środa, 18 kwietnia 2012

Rozdział 6: Sophie Tania Brown

Wybiegł. Po prostu sobie poszedł!!! I zostawił mnie samą z Coldy! Najpierw odwróciła się za nim, a potem spojrzała na mnie. Uśmiechnęła się i dodała:
-Musi się czuć nieswojo. Wiesz, jedyny rodzynek w naszej sweet paczce.-złapała się za kolana i zaczęła kołysać w lewo i prawo.
Po upływie minuty wstała gwałtownie.
-Idę go poszukać. W końcu nie chce żeby się za mną zbytnio stęsknił!- uśmiechnęła się zawadiacko, puściła oczko i wyskoczyła z przedziału.
Gdy tylko zniknęła wyciągnęłam telefon. 5 wiadomości od Daniela! Szybko sprawdziłam pocztę
„Hej skarbie, już jedziesz”
„Trzymaj się i niczym przypadkiem nie zaraź od tych dzikich jankesów!!”
„Idę na zakupy, kupić ci jakiś ładny drobiazg?”
„No niewierze!!Jestem w kawiarni i ciągle ogląda się za mną bardzo przystojny facet!!!Zagadnąć do niego???Chyba zagadnę, jest taki uroczy!!!”
„MAM JUTRO RANDKE!!!!!!Jestem tak przejęty, że idę kupić sobie nowe ubrania!!! Pisz jak najszybciej!”
Jejciu, to wspaniale! Musze mu natychmiast odpisać.
„Jejciu wspaniale! Jestem taka zadowolona z twojego szczęścia!!Miłych zakupów!!!”
Napisałam i kliknęłam wyślij. O nie, nie ma tu zasięgu! Przeciesz jak tego nie wyśle to pomyśli, że go ignoruje i stracę jedynego przyjaciela!!! Musze mu to wysłać.
Podniosłam telefon w gorę i zaczęłam szukać zasięgu. Nic to nie dało. Weszłam na siedzenie, żeby być jeszcze wyżej. Nadal nic. Może na zewnątrz będzie lepiej. Zeszłam na dół i nie opuszczając telefonu zaczęłam iść w kierunku wyjścia. Ostrożnie wyszłam po schodkach z wagonu. Powoli poruszałam się do przodu. „Brak zasięgu”. Znienawidzona wiadomość!
-Marcos nie bój się!!! – usłyszałam pisk Coldy.
Obejrzałam się w kierunku głosu. Ledwie się powstrzymałam przed wybuchem śmiechu. Na drzewie siedział Marcos z obojętną, miną grający na przenośnej konsoli. Pod drzewem dreptała przerażona Coldy i co chwila krzyczała.
-Tylko spokojnie! Zaraz będziesz bezpieczny! Skacz złapie cię!!!
Uśmiechnęłam się mimo wszystko. Jednak moja mina zbladła, kiedy znowu spojrzałam na telefon. Zaczęłam znowu iść z telefonem w ręku. Zaczęła mi drętwieć ręka, gdy nagle na telefonie zaczęła niewyraźnie mrugać jedna kreska zasięgu. Trzebaby wspiąć się gdzieś wyżej. Rozejrzałam się. Niedaleko leżał kamień. Podeszłam do niego i ostrożnie na nim stanęłam. Obok było strome urwisko, a ja miałam buty na obcasie, choć i tak nie są one tak wysokie jak szpilki Coldy. Lekko się zachwiałam, ale złapałam równowagę. Aż dwie kreski! Chyba tu zamieszkam! Może, jeśli się trochę wyciągnę do góry to będzie jeszcze więcej. Prawie stałam na palcach, ale dobiłam do trzech kresek. No powinno dojść. Kliknęłam „wyślij” i……… wysłało!!!! Udało się!!! Zrobiłam nieuważny krok w przód i straciłam równowagę. Pośliznęłam się na mokrym mchu porastającym kamień. W jednej chwili znalazłam się parę metrów niżej. No pięknie! Lepiej już wrócę i udam, że nic się nie stało. Chciałam wstać, ale gdy tylko spróbowałam poczułam straszny ból. Spojrzałam na moje nogi. Jedna z nich była zaklinowana między kamieniami. Świetnie. Musze wezwać pomoc.
-Pomocy!!!Słyszy mnie ktoś??!!Ratunku!!!Marcos!!!Coldy!!!Niech ktoś mi pomoże!!!-krzyczałam najgłośniej jak potrafię.
Krzyczałam przez parę minut. Kiedy już się poddałam, usłyszałam wołającego mnie Marcosa.
-Jestem tutaj!!!
Dobiegł do mnie.
-Hej! W ostatniej chwili uciekłem przed panną ADHD. Widzę, że znalazłaś sobie niezłą kryjówkę.
-Nie do końca…- popatrzyłam na moją nogę, między kamieniami.- Utknęłam… Pomożesz mi?
-O chol… -skrzywiłam się, więc nie dokończył- sory, znaczy się, boli cię?- powiedział lekko zaniepokojonym głosem.
Na jego czole pojawiła się mała zmarszczka, świadcząca o myśleniu nad problemem mojej nogi. Zrobiło mi się milej wiedząc, że ktoś się o mnie martwi.
-Potrzebny nam lekarz, albo w ogóle ktoś dorosły. Może spróbuje podnieść ten kamień? Nie lepiej nie, niewiadomo czy nie masz mocno uszkodzonej nogi.
W tej samej chwili zza drzewa wyskoczyła Coldy.
-Tu jesteście moi fensy przyjaciele!!! Wszędzie was szukałam!!! Kto chce sobie zrobić sweet zdjęcia z sweet przyjaciółeczką????
Marcos ją zignorował.
-Lecę do pociągu, poszukać pomocy.
-Przynieś nasze torby. W końcu jedziemy na obóz przetrwania, na pewno znajdzie się coś, co będzie pomocne.
-Racja, nie ruszaj się z stąd, zaraz będę.
-Bardzo śmieszne-odparłam ironicznie- tylko błagam cię pośpiesz się.
-Spoko, zaraz jestem.-pobiegł w stronę torów.
-Poczekam tu z tobą.-usiadła na jednym z kamieni, który klinował mi nogę.-Pokarze ci moje sweet focie z ferii zimowych!!!
Marcos błagam cię, pośpiesz się!!!!!

środa, 4 kwietnia 2012

Rozdział 5: W klatce u różowego potwora


Jechaliśmy pociągiem.
Nigdy nie wierzyłem w przesądy, tak samo jak w złe czarownice próbujące nabrać dzieci na swoją "słodką" osobowość. Widać ta wycieczka miała za zadanie mnie tego nauczyć. Pół godziny temu ADHD oznajmiła, że wszyscy mamy godzinę na zdrzemnięcie się. Sama rozłożyła się na 2 siedzeniach, nam zostało oprzeć się na pionowo postawionych oparciach lub na sobie. W tym wypadku oczywiste było, że żadne z nas nie chciało skorzystać z któregokolwiek z powyższych rozwiązań. Wariatka nawet przez sen sprawiała wrażenie niebezpiecznej, Sophie mruczała "swoje spostrzeżenia" pod nosem, a ja zastanawiałem się, nie pierwszy raz zresztą, na jakim terenie bezpiecznie będzie wyskoczyć przez okno.
W końcu Sophie rzuciła mi spojrzenie typu "jeśli-podczas-snu-położę-ci-się-na-ramieniu-nie-zrzucaj-mnie-ani-nie-rozmarzaj-się-za-bardzo" i obróciła się by zasnąć. Przez myśl przemknęło mi, że to najdłuższe przesłanie wysłane samym spojrzeniem w historii mojego życia. Uśmiechnąłem się przez chwilę, a potem moje spojrzenie padło na Coldy. Znów spojrzałem tęsknie przez okno.
Kolejne pół godziny później przez muzykę płynącą z mojego ipod'a przedarł się dzwonek budzika panny ADHD. Okazało się, że leżał obok jej torebki, którą trzymała pod głową. To była moja szansa. Sophie już zaczęła się budzić z jakiegoś nadzwyczajnie szczęśliwego snu. Nie chciałem czekać, aż ta psychopatka zrobi to samo. Pochyliłem się i szybkim ruchem wyłączyłem jej budzik. Przez chwilę zanurzyłem się w euforii przy dźwiękach kompletnie nieznanej piosenki płynącej z radia. Moje szczęście nie trwało jednak długo. Napotkałem spojrzenie rozbudzonej już Sophie. Niechętnie wyjąłem słuchawki z uszu.
- Może powiesz mi, że nie zrobiłabyś tego samego? - Rzuciłem niechętnie w odpowiedzi na jej zdumione spojrzenie.
- Hm, ależ nie, po prostu ja bym się pewnie nie chciała do niej zbliżyć z metrowym kijem w ręku. - Wzruszyła obojętnie ramionami. Widocznie jej pierwsze zaskoczenie już minęło.
Roześmiałem się, słysząc ten tekst.
- Wiesz, w normalnych okolicznościach ten budzik by mnie nie obchodził, ale zrobiłem to w obronie własnej. - Uśmiechnąłem się szeroko, ciesząc się, że może nie jest tak źle jak zakładałem. Przynajmniej ona też nie przepadała za Coldy. Mogła być maniaczką, typem oschłej arystokratki czy jakimkolwiek innym, ale przynajmniej nie wyglądała na psychopatkę, tak jak panna ADHD. Wszystko jest lepsze od rozstawiającej po kątach nadpobudliwej i całej RÓŻOWEJ dziewczyny.
- Zostałeś zmuszony? To tak jak ja. - Dodała nie czekając na odpowiedź. - Jakiego miała na ciebie haka?
Zastanowiłem się, czy mogę jej powiedzieć prawdę zamiast używać "oficjalnej wersji". Po kilku sekundach doszedłem do wniosku, że wersja oficjalna jest wymyślona dla chłopaków i zainteresowanych sprawą, a z Sophie płynęliśmy na tej samej fali. Przynajmniej w tej chwili.
- No. - Skrzywiła się lekko z nieznanego mi powodu. - Jakoś tak poszło. Powiedzmy, że moi rodzice pracują dla pani Canavan, a w tej branży liczą się wpływy i spełnianie zachcianek wyżej postawionych ludzi. Tym razem jej mama - wskazałem na rozłożoną przed nami Coldy - posunęła się do zaangażowania mnie w swoje życzenie. I tak wylądowałem tutaj, zamiast spokojnie i według planu spędzać wolne dni. - Poczułem swojego rodzaju ulgę, że mogłem się wygadać. Nie chciałem jednak by teraz Sophie wiedziała o mnie więcej niż ja o niej. - A ciebie co tu sprowadziło?
- Cóż, rodzice, jak się można domyślić. - Posłała mi blady uśmiech. - A może powinnam powiedzieć, że cała rodzina na mnie polega. To nie fair, że tak poważane osoby wyręczają się nastolatką, która niedawno przeżyła przeprowadzkę z domu rodzinnego do cioci i do tego została siłą zapisana do SZKOŁY. - Ostatnie słowo wymówiła z taką niechęcią, że ledwie powstrzymałem uśmiech. Wciąż pamiętałem jak pani Hill mówiła nam, że Sophie do niedawna uczyła się w domu i określiła zamaszystym ruchem ręki jak wielkiej pomocy w zaaklimatyzowaniu się potrzebuje nowa uczennica, co Sophie skwitowała wtedy skwaszoną miną.
- Znam ten ból. Choć mnie było chyba łatwiej znaleźć się w szkole. Zacząłem w wieku kilku lat i pierwszy rok polegał na wywoływaniu zdumienia u nauczycieli. Znałem materiał z pierwszej klasy i czytałem na poziomie ostatniej klasy junior school. - Dodałem w odpowiedzi na niezadane pytanie.
- Mhm. Musiało ci być łatwo w późniejszych latach. - Nie wykazywała większego entuzjazmu podczas rozmowy. Mój zapał do rozmowy też przygasł. Postanowiłem doprowadzić temat do końca.
- Biorąc pod uwagę liczbę wezwań do dyrektora nie bardzo. Okazuje się, że chłopacy zazdrośni z powodu pochwał z wielką chęcią i zapałem zabrali się za robienie ze mnie pierwszej swojej szkolnej ofiary. Na szczęście mój ojciec trochę mnie szkolił i jak dotąd nie wiem jak smakuje woda z toalety. - Zaśmiałem się widząc jej minę. Chyba trochę pozieleniała. - Tak, w statystykach wypadłabyś lepiej ode mnie. Szkoła w domu nie gwarantuje takich atrakcji. Ale zwykła szkoła nie jest taka okropna, jak już się przyzwyczai.
Widać było, że poważnie wątpi w moje słowa. Już otworzyła usta żeby odpowiedzieć, kiedy stało się coś co wstrząsnęło nami wszystkimi.
Rozległ się ogłuszający pisk, a potem dźwięk jakby jakiś ogr walnął w wagon maczugą. Pociąg stanął w miejscu. W tym samym czasie stało się kilka rzeczy.
Najpierw Coldienne otworzyła oczy i spojrzała na nas nieco zdziwiona. Z 3 sekundy potem była już całkiem rozbudzona i na jej twarzy wykwitł uśmiech tak szeroki, że ukazywał chyba wszystkie jej górne zęby. Zrobiło mi się niedobrze. W tej samej chwili do przedziału wszedł konduktor, mówiąc że jest awaria i jesteśmy na pustkowiu.
- Przykro mi dzieciaki. - Zwrócił się do nas, bo tylko my byliśmy w tym przedziale. - Nie mamy jak zapewnić wam jakichś atrakcji, a pociąg ruszy może niedługo, a może nawet za kilka godzin. W najlepszym bądź razie możecie wyjść na zewnątrz. Bylebyście się zbytnio nie oddalali, bo nie będę was potem szukał. - Puścił nam oko i wyszedł.
- Oooh. - Westchnęła ADHD. - Ależ uroczo. Siedzicie sobie, gadacie... Jak para zakochanych! - Uśmiechnęła się, a my chyba jednocześnie zrobiliśmy bardzo niezadowolone miny. - Szkoda tylko - zwróciła się do mnie - że mnie nie obudziliście. A myślałam, że nie będziecie dawać mi spokoju żeby się pobawić. - Już myślałem, że będzie miała pretensje, ale ona znów szeroko się uśmiechnęła. - Aż tak dbacie o to, żeby wasza fency przyjaciółka miała energię do tych wszystkich rozrywek!!! Jacy wy jesteście sweet!!!
W tej chwili już mnie konkretnie zemdliło. Miałem aż za dużo powodów by uważać, że wcale nie jestem "sweet". Nie, ja stanowczo nie zasłużyłem na bycie SWEET. To się musiało kiedyś skończyć! Przeklęty los, czemu rozbiliśmy się tak daleko od cywilizacji??? Czemu nie miałem nawet marnej szansy by uciec?!
Przyłożyłem czoło do i tak niezbyt chłodnej szyby. Usłyszałem tylko cichą wypowiedź Sophie:
- SWEET?! Co to wogóle ma znaczyć?!
A potem nie wytrzymałem. Zerwałem się z miejsca i wybiegłem na zewnątrz. Miałem ogromną nadzieję, że ADHD będzie na tyle zszokowana że nie pobiegnie za mną w tych swoich różowych pantofelkach na obcasach.