czwartek, 31 maja 2012

Rozdział 8: Coldy (Show-Girl) Canavan

Zobaczysz, Sophie, uratuję cię!! Przemierzałam las w poszukiwaniu patyków. Marcos dał mi bardzo odpowiedzialne zadanie. Co oni by beze mnie zrobili... Czułam się jak w najprawdziwszym filmie superbohaterskim. Trzeba wymyślić jakieś odpowiednie pseudonimy! Ja mogę być Show-Girl. Jak już wsiądziemy do pociągu, to wszyscy wymyślą sobie nowe imiona, a potem zrobimy sobie super stroje bohaterów!! Ja zamawiam kolor różowy! Szkoda, że nie mam małego chichuaua. Nazywałby się Show-Dog i bylibyśmy nierozłączni. Jak ten, no, Batman i ten drugi. Jest super z moimi nowymi przyjaciółmi! W swojej nowej torebce marki Coco Channel (kocham cię, skarbie :*) miałam już dość dużo patyków. Usiadłam więc na kamieniu, rozłożywszy wcześniej na nim kurtkę Marcosa. Dobrze, że wzięłam ją, zakładając plecak. Teraz bardzo się przydała. Nasz rodzyneczek później upierze ją sobie w rzece. Będzie jak te sweet czarno-białe kotki w Królewnie Śnieżce!! Wyjęłam z torebki pierwszy patyk, oderwałam boczne gałęzie i starannie opiłowałam pilniczkiem do paznokci, by był gładki. Sophie na pewno nie lubi szorstkich patyków. Spojrzałam na niego i wydał mi się on jakiś taki blady. Pewnie był chory, dlatego ktoś go tam porzucił. Wyjęłam więc z plecaka (ciebie też uwielbiam :*) zestaw do ozdabiania torebek, włączyłam muzykę na komórce i zabrałam się do pracy. Po chwili wszystkie patyki wyglądały jak najprawdziwsze różdżki z krainy wróżek. Schowałam je do torebki, spakowałam wszystko i ruszyłam z powrotem. Poszłam jednak chyba w złym kierunku, bo po chwili wyszłam z lasu. Słońce chyliło się ku zachodowi, a jakiś pociąg właśnie odjeżdżał. Pomachałam im na do widzenia i zrobiłam parę pięknych zdjęć pociągu na tle pomarańczowego nieba. Parę następnych sweet fotek ze mną w roli głównej zrobiłam specjalnie na facebooka. Zaczęło robić się zimno, więc założyłam różowy sweterek z plecaka i udałam się z powrotem do moich przyjaciół. Pewnie zdążyli się już za mną stęsknić. Marcos będzie potrzebował tych patyków. Nie wysyłałby mnie przecież po nie, gdyby nie były one szalenie ważne. Jak ja uwielbiałam moich fancy kumpli :) Postarałam się więc iść szybciej na moich szpilkach. Gdy byłam już prawie przy kumplach, usłyszałam Sophie:
-Nareszcie! Nie można było szybciej?
-Przepraszam, skarbie, ale pomyliłam drogę- przytuliłam ją- Ale zobacz, zrobiłam takie ładne nowe zdjęcia.
Sophie jęknęła. Gdy wreszcie odnalazłam upragnione pliki, pokazałam jej. Moja przyjaciółka otworzyła buzię ze zdziwienia. Nie wiedziałam, że jestem, aż taka dobra.
-Marcosiku, ty też zobacz- podsunęłam chłopakowi komórkę pod nos.- Piękne, co? Możemy wkleić nasze zdjęcia na tym...
-Pociąg odjechał?!- wrzasnął Marcos
-No i?- spytałam, nie rozumiejąc.

poniedziałek, 21 maja 2012

Rozdział 7: Akcja ratunkowa.



No i nareszcie! Sorry OGROMNE że tak długo to trwało, ale musiałem trochę się naczekać na wenę, a potem jeszcze znaleźć czas między sprawdzianami. W ramach przeprosin MEGA długa notka. ;D



Dobiegłem do pociągu i wpadłem do naszego przedziału. Nareszcie pokazałem prawdziwego siebie. Opadłem na kolana i zgiąłem się w pół. Zbierało mi się na wymioty kiedy tylko przypominałem sobie nogę Sophie zaklinowaną między kamieniami. Kto by się spodziewał że to się tak potoczy?! Chciałem uwolnić się od tego okropnego chochlika a wyszło na to, że przeze mnie Sophie wyszła i naraziła się na niebezpieczeństwo!
Co ja mam teraz zrobić?! Myśl chłopie, myśl! Jesteś tu jedynym chłopakiem, musisz wziąć odpowiedzialność za te dwie! Cholera, ja już gadam do siebie!!! No dobra, uspokój się. Musisz coś z tym zrobić. Przypomnij sobie zasady. Nigdy nie zostawia się nikogo w potrzebie i trzeba ratować innych niezależnie od sytuacji. Nawet jeśli ona ma zmasakrowaną nogę...
Złapałem się za brzuch i starałem głęboko oddychać. Bogu dzięki, że nie czuć było nigdzie zapachu krwi.
Dobra Marcos, jesteś idiotą. Nie wyobraża się sobie takich rzeczy, kiedy są twoją słabością!!! Teraz spokój i myśl logicznie. Musisz brać odpowiedzialność za swoje czyny, jak to zawsze powtarza ojciec. No dobra. Sytuacja. Pociąg się zepsuł. Nie pojedziemy przez najbliższy czas. Chciałem uciec przed tym skrzatem, a Sophie wyszła na spacer i zaklinowała nogę między skałami. Że też to się musiało przytrafić akurat jej i akurat teraz! Mówiła żeby znaleźć coś w torbach. Których torbach? Miałem się pospieszyć... No to wezmę wszystkie! Skąd mam niby wiedzieć gdzie one mają coś czym można wyciągnąć jej nogę?! Cholera, trzeba te torby wyciągnąć, NATYCHMIA...
Nawet moje myśli zamarły, kiedy spojrzałem na nasze bagaże.
Cholera. Szlag by to trafił!!! Co za...
- Jak ja mam to... - Mruknąłem, spoglądając jeszcze raz dookoła siebie. - No ale co ja mam wybrać??? Jak mam to wynieść, żeby było szybko?! - Powiedziałem już niemal na głos.
A niech to, znów gadam do siebie. Dobra, więc jak wynieść tę górę bagaży??? ADHD i Sophie zawaliły cały przedział swoimi walizami, torbami i plecakami. Łatwo odróżnić które są czyje. Wariatka ma wszysko aż rażąco różowe a Sophie kolorowe. Moje nieliczne bagaże są na półce. Ta czarna walizka i zielony plecak. No to... Najkrótszą drogą.
Otworzyłem okno. Zacząłem od bagaży Coldy, bo ich było na oko najwięcej. Zacząłem wyrzucać wszystkie na trawę. Walizka poleciała dość daleko, ale nie tyle ile chciałem. Była na to za ciężka. Postanowiłem bardziej się przyłożyć. Rzuciłem kolejną walizkę. I kolejną. Potem poleciała spora torba, cięższa niż te walizki. I następna, też nie za lekka. Zirytowałem się. Jak ona to tu dotargała?! Wogóle nie pomyślała o tym co będzie jeśli trzeba będzie biec?! Rzuciłem następną różową torbę. Była nawet lekka. Resztę wyrzucałem już bez zastanowienia. Trzeba było się skupić na wyciąganiu Sophie z tarapatów.
Czwarta rażąco różowa torba. Walizeczka. Plecak na wycieczki z przymocowanym śpiworem, też różowe. Walizka w rozmiarze mini. Przemknęło mi przez myśl, że to tak jak spódniczki panny ADHD.
-Idiota. - Mruknąłem do siebie.
Złapałem ostatnią różową rzecz i tuż przed wyrzuceniem dotarło do mnie, że trzymam torbę z laptopem w środku. Odłożyłem ją na koniec i wziąłem się za rzeczy Sophie. Ona też była na tyle bezmyślna, żeby spakować i zabrać ze sobą całą szafę.
Z zamachem rzuciłem przez okno spory plecak z dopiętym śpiworem. Potem poleciała walizka. Następnie duża torba z czymś twardym w środku. I kolejna torba. I plecak szkolnych rozmiarów. A potem chwyciłem ostatnią torbę Sophie i zorientowałem się, że w środku coś szczęknęło. Otworzyłem. Termosy. No brawo, termosami nie można rzucać bo szkło w środku się potłucze. I znów odłożyłem torbę na siedzenie.
Przyszła kolej na moje rzeczy. Wywaliłem za okno swój plecak do zabierania w teren i chwyciłem za swoją przesadnie dużą walizkę. Teraz dotarło do mnie jakie to głupie, że zabrałem tyle rzeczy ze zdenerwowania. No cóż, chciałem mieć jak chronić siebie i je bo nie wiedziałem jaką karę bym dostał gdyby ADHD nie umiała się wykaraskać z tarapatów. Kolejny idiotyzm.
Po co ja wogóle o tym myślę?! Trzeba tam biec!!!
Założyłem torbę Sophie na ramię, chwyciłem wszystko co zostało włącznie ze swoją walizą i wytargałem wszystko aż do drzew. Potem biegłem i sprowadzałem całą resztę do lasu, bez przerwy, aż zgarnąłem wszystko. Dla zaoszczędzenia czasu nosiłem kilka walizek i toreb naraz.
Szybciej. Szybciej! No już!!! Cholera, że też więcej tego badziewia nie było. Mogłem sprawdzić to wszystko jeszcze w pociągu i wyrzucić tylko to co potrzebne. To wszystko przez tę dziewczęcą tępotę! Co ona sobie myślała włażąc na te skały?! Jeszcze w podróży a ja już mam przez nie problemy!!!
Zabrałem na dobry początek to co wydawało się być pożyteczne. Mój plecak podróżny, plecaki terenowe dziewczyn i po krótkim zastanowieniu termosy Sophie. Po tym jak obie dziś się wydzierały musi im się chcieć pić, a ja nie miałem zamiaru pomagać im jak się jeszcze odwodnią.
Pobiegłem do dziewczyn. Była 16:48. Nie było mnie z 20 minut. ADHD pewnie już wykończyła psychicznie Sophie. A ta druga... Miałem nadzieję, że jeszcze żyła. Przeszedłem kilka kursów pierwszej pomocy, ale zawsze robiło mi się jakoś gorąco i słabo.
Dobiegłem do tych dwóch i natychmiast odłożyłem na ziemię plecaki i torbę. Starałem się spowrotem zachowywać spokojnie, tyle że przeszkadzał mi w tym widok zaklinowanej nogi Pewnej Angielki.
- Ooch! Hej Marcos! Ja i moja fency przyjaciółka wspaniale spędziłyśmy czas! Ale dobrze że już jesteś. - ADHD wstała i rzuciła się na mnie z wyciągniętymi rękami. Coś jak lew próbujący przygwoździć ofiarę do ziemi. Odruchowo zrobiłem unik. - No co? Och! - Nagle zrobiła zaskoczoną minę. - Biedactwo, czyżby chłopcy nigdy nie ściskali się na powitanie? - Nie wiedzieć czemu wyglądała na zatroskaną.
- Hę? - Teraz to już jawnie spojrzałem na nią jak na wariatkę. - A NIBY PO CO?!
Byłem tak zaskoczony że udało mi się na nią wrzasnąć. Wystarczyła chwila żebym zrozumiał swój błąd.
Najpierw przez chwilę zrobiła się jakby... zmieszana. A chwilę później jakby lekko zdziwiona spytała:
- No wiesz... Tak zwyczajnie... Z Bridgit zawsze tak robimy... Ale dobra, rozumiem jak nie chcesz... W końcu to musi być dla ciebie coś nowego. - Uśmiechnęła się lekko i znów zachowywała jak zawsze. - No cóż, pewnie jesteś jeszcze zbyt onieśmielony. - Puściła mi oko i podeszła do swojego plecaka.
- Sorry, nie chciałem krzyknąć. - Mruknąłem w jej stronę.
- Nic się nie stało. - Rozpięła plecak. - Jak miło, przyniosłeś moje ekologiczne przekąski! Wiadziałam że będziecie mieli apetyt! No to chodźcie, zrobimy sobie piknik! - Odwróciła się w naszą stronę z szerokim uśmiechem, trzymając w ręce coś zielonego położonego na papierze śniadaniowym.
- A MOŻE TAK NAJPIERW ZAJMIEMY SIĘ MOJĄ NOGĄ?! - Krzyknęła Sophie.
Jej twarz była cała czerwona. Wyglądała jakby była już na skraju szaleństwa. No tak, po niemal pół godzinie z ADHD i z zaklinowaną nogą - wcale jej się nie dziwiłem.
- Dobra, no to może ja znajdę coś dzięki czemu cię wydostanę... Coldy, co masz w plecaku? - Spytałem.
- Mojego sweet jednorożca oczywiście! - Uśmiechnięta wyciągnęła z plecaka różowego jednorożca, wyglądającego jak ulubiona zabawka 3-latki.
No to świetnie. To po co ja to targałem?! Ciekawe co jest w reszcie jej walizek...
-Eee... A coś, czym możnaby wyciągnąć nogę Sophie? - Bez większej nadziei podeszłem do plecaków. Zacząłem szperać w plecaku Sophie. Dobrze wiedziałem, że to co jest w moim plecaku może nie być przygotowane akurat na tę okazję.
- No chyba nie...
- Dobra, poszukam w plecaku Sophie.
Zabrałem się za wyrzucanie rzeczy z plecaka, ale niewiele mi to dało. Coprawda były tam przekąski, kolejny termos, koc, apteczka (dziwnym zbiegiem okoliczności ja też zabrałem kilka apteczek) i kilka jeszcze innych, raczej nieprzydatnych w tej sytuacji rzeczy. Nie spodziewałem się po właścicielce plecaka pełnego gazet, gier (jednoosobowych), kosmetyków i innych dziewczęcych błachostek. No ale jak się zastanowić to jej tak za bardzo nie znam.
W ostateczności wyciągnąłem swoje rzeczy z plecaka i zacząłem się zastanawiać jaki pożytek z nich zrobić.
Na mini polance na której się znajdowaliśmy rozbrzmiała właśnie niezbyt cenzuralna piosenka o miłości. Głośno. Nie mogłem skupić myśli. Dodatkowo irytujące było to, że ta wariatka zaczęła tańczyć jak na jakiejś dyskotece i fałszować słowa piosenki.
- No chodźcie! Pobawmy się trochę! Sophe, zatańczysz???
Tego już było za wiele!!! Sophie spojżała na ADHD tak, że teoretycznie ten chochlik powinien już nie żyć. Ja też nie miałem zamiaru tego tolerować.
Zabrałem najpotrzebniejsze ze swoich rzeczy i podbiegłem do Sophie. Gestem pokazałem, żeby była cicho. Złapałem leżące niedaleko patyki, 2 większe kije, przygotowałem apteczkę i sznurek i udając zmartwionego podeszłem do Coldy.
Z ogromnym poświęceniem chwyciłem ją za rękę, unieruchomiłem i odebrałem małe radio, po czym je wyłączyłem. Spoglądała na mnie oczami okrągłymi ze zdziwienia, a mnie coś przewracało się w żołądku, ale grałem dalej.
- Coldy. - Powiedziałem poważnie, choć instynkt mówił mi, że będę miał później ogromne kłopoty. - Sophie ma zaklinowaną nogę. Kto wie, czy nawet nie złamaną. - Starałem się nie wyobrażać sobie co by było jeśli to byłaby prawda. - A ja bardzo chciałbym, żebyśmy wszyscy byli cali. Chcę ją wydostać. - Spojrzałem jej w oczy i poczułem naprawdę silne mdłości. Chwile potem instynkt ucieczki dał o sobie znać. Stałem dalej. - Musisz mi pomóc. - Powiedziałem dobitnie. - Nie mam wszystkich potrzebnych materiałów. Trzeba iść do lasu i poszukać szerokich i dość drobnych gałęzi. Wiesz - powiedziałem jak do rozumnego stworzenia, co samo w sobie było śmieszne - nie takich ogromnych konarów drzewa, tylko gałęzi. A jak taką znajdziesz, to oberwij z mniejszych gałązek i dopiero przyprowadź. - Miałem nadzieję, że trochę jej to zajmie. - To bardzo ważne.
ADHD wciąż patrzyła na mnie ze zdziwieniem, ale na jej twarzy malowała się duma i szeroki uśmiech. W końcu puściłem jej ręce i na wszelki wypadek zrobiłem krok w tył. Ale wciąż wpatrywałem się w nią poważnie.
- Robi się!!! Zobaczysz Sophie, uratuję cię! - Puściła mi oko, pomachała Sophie i w podskokach pobiegła do lasu.
Kiedy zniknęła podszedłem do Sophie. Ona wpatrywała się we mnie z niedowierzaniem, a ja wykrzywiłem się z odrazą. W końcu usiadłem na trawie pod skałami i ukryłem twarz w dłoniach.
- Masz coś robić, rób to tak, żeby za wszelką cenę wszystko poszło zgodnie z planem. - Wypowiedziałem swoje motto przez przerwę między palcami.
W końcu podniosłem się i zabrałem za czyszczenie patyków, nie patrząc na Sophie.

- Skoro już się jej pozbyłem, wyciągnę cię stąd i nareszcie pójdę należycie odreagować. A jak ty się czujesz? Przynieść ci coś może?