Zapraszamy wszystkich na nową notkę. Zapewne niektórych zdziwił nieco tytuł zwłaszcza, że pierwszą notkę na blogspocie opublikowaliśmy 11 miesięcy temu. Jednak nasz pierwszy blog powstał na onecie i Właśnie dziś upływa okrągły rok od pierwszej dodanej tam notki. Z tej okazji, a także z racji tego że dotarliśmy WRESZCIE na ten obóz postanowiliśmy opisać nasze problemy w pierwszym dniu pobytu tutaj. Ta notka, jako rocznicowa, jest wyjątkowa ponieważ piszemy ją wszyscy. Życzymy miłego czytania :)
Matt: No dla mnie to jeszcze nie jest rok... więc nawet nie wiem co napisać.... i czy w ogóle coś pisać powinienem, ale dobra, napisałem, proszę taki prezent z okazji ( nie dla wszystkich) rocznicy bloga
Dziewczyny, albo w sumie Sophie się przebiera, w sumie nie wiem po co, bo może wybierać tylko między różowa spódniczką, a różową spódniczką. Coldy nie ma wielkiej różnorodności w ubraniach. Marcosa gdzieś wywiało, pewnie jest z moją kuzynką... gdziekolwiek ona go zabrała raczej nie ma się o co martwić przecież w ciągu jednego dnia nie zdoła go omotać, przynajmniej mam taką nadzieję. Coldy, znając ją prawdopodobnie przemierza obóz w swoich "fancy" okularkach zachowując się jak jakaś gwiazda filmowa i zastanawiając się jak by tu przerobić go w takie samo różowe coś jakie namalowała mi w zeszycie...
Rozglądałem się uważnie w poszukiwaniu tej różowej chochliczki idąc do biura mojego wujka. Mimo że wcześniej już pokrótce wyjaśniłem mu zaistniałą historię to wypadało by to jakoś bardziej sprostować.
Zapukałem do drzwi jednego z domków w którym rezydowali moi wujkowie, i jeszcze raz rozejrzałem się po obozie. Widziałem kilka znajomych twarzy, ale również wiele nowych. Dobrze, że biznes wujka jakoś się kręci. W dość sporym tłumie który zebrał się ma polance nie dostrzegłem ani Coldy, ani Marcosa ani Maggie. W tej samej chwili usłyszałem głośne: "Proszę wejść, jest otwarte." co nieco wyrwało mnie z zamyślenia. Nacisnąłem klamkę i popchnąłem drzwi. Wchodząc do środka zobaczyłem starszego mężczyznę o pulchnej buzi i wesołym wyrazie twarzy. Stał nad moim wujkiem usilnie coś mu tłumacząc i pokazując to coś w papierach, które leżały dosłownie wszędzie. Zgarnąłem kilka leżących najbliżej kartek, ułożyłem je wszystkie w jedną stronę i podałem owemu mężczyźnie. On uśmiechnął się do mnie, odbierając przy okazji z moich rąk stosik papieru, po czym odezwał się do wujka:
- Hej Jim, ale twój Matt wyrósł. - odezwał się pulchny mężczyzna, szczęśliwy że mogą na chwilę oderwać się od papierów.
- No oczywiście, w końcu to moja krew, już kawał chłopa z niego, co nie? - przez wujka przemawiała duma i szczęście.
- Em... Przepraszam że wam przeszkadzam, chciałem tylko wyjaśnić co się dokładnie stało i jak się tu znaleźliśmy. - powiedziałem, uśmiechając się lekko i ukrywając tym samym moją dezorientację w sprawie pyzatego jegomościa.
- A co tu tłumaczyć, to przecież proste jak patyk, te mieszczuchy się zgubiły w naszych pięknych lasach, a ty im pomogłeś wrócić na dobry szlak. To ci się chwali synu, widać że płynie w tobie nasza krew. - uśmiechnął się wujek, jednocześnie dodając - Jeśli martwisz się czy możesz tu zostać, to nie krepuj się, z ciocią jesteśmy szczęśliwi z powodu tej niezapowiedzianej wizyty, a z pewnością i Maggie cię radośnie przywitała. Prawda, że moja córuchna z dnia na dzień pięknieje?
- Tak jak uważasz, wujku. - zaśmiałem się nerwowo. - Przywitała mnie po swojemu, ale bardzo miło. - uśmiechnąłem się jeszcze raz - Cieszę się, że mogę tu zostać. Nie będę wam już przeszkadzał, skoro macie coś ważnego do omówienia. - uśmiechnąłem się po raz kolejny i już chciałem wyjść, ale nim przekroczyłem próg usłyszałem jeszcze:
- Ruth bardzo się cieszy z twojego przyjazdu. Mówiła, że nie ma udanego biwaku bez naszej rodzinnej szarlotki i że bez ciebie nie będzie równie dobra. - powiedział mi jeszcze na odchodne wujek i powrócił do omawiania interesów z tym gościem.
Ja wyszedłem na świeże powietrze i zacząłem się zastanawiać, co to może być za człowiek. W końcu uznałem go za jednego z opiekunów bądź nauczycieli prowadzących zajęcia i postanowiłem dłużej nie zaprzątać sobie tym głowy. Poszedłem jeszcze do obozowej kuchni w której zostałem entuzjastycznie powitany przez ciocię, i ubrudzony mąką, ponieważ właśnie robiła ciasto na pierogi. Szybko otrzepałem się, tworząc tym samym mały, biały tuman mąki. Dowiedziałem się od cioci, że Maggie miała pomagać w kuchni, ale poszła gdzieś ze swoim nowym chłopakiem, przez co biedna ciocia została sama z pierogami.
Postanowiłem jej jakoś pomóc. Mimo że nie jestem orłem w gotowaniu to chyba umiem stworzyć z ciasta i farszu pieroga, aż taką fajtłapą nie jestem. Ubrałem więc fartuszek i zacząłem pomagać. Jakieś 500 pierogów później byłem cały ubrudzony mąką, ale niesamowicie szczęśliwy, że to już koniec. Szybko umyłem ręce i wyszedłem z kuchni, żegnając się z ciocią i wyjaśniając jej, że muszę się przebrać przed obiadem. Wróciłem do swojego domku. Wchodząc przez próg zacząłem mówić, będąc pewnym, że Zick dalej coś czyta:
- Nie wiesz może czym sprać mąkę z ciuchów? Bo jak poleję to wodą to się tylko zrobi breja i... - urwałem, widząc dosyć osobliwy widok. Coldy siedziała i wypłakiwała się w ramię Zick'a!!! A ten jeszcze porozumiewawczo kiwał głową i podawał blondynce chusteczki.
Otworzyłem szerzej oczy i podszedłem bliżej, chcąc usłyszeć o czym mówią, i zrozumieć co tu się właściwie stało. Przecież wyszedłem jakąś godzinę temu, zostawiając zaczytanego Zick'a, zakochanego Marcosa, zdenerwowaną Sophie i zachwyconą Coldy, a zastaję rozryczaną blondynkę i rozchwianego emocjonalnie Goth'a! Jak Sophie zacznie latać na jednorożcu, a Marcos wparuje tu z bukietem róż i zacznie gadać jak Anglik, to chyba będę musiał się porządnie zastanowić, czy przypadkiem nie skręciliśmy źle za jakąś sosną i czy przypadkiem nie trafiliśmy do wariatkowa.
Coldy: Jejciu! Sama nie wiem od czego zacząć! Więc chciałam Wam wszystkim podziękować za to, że zdecydowaliście się wyruszyć w tą (jakże niebezpieczną) wyprawę po bloga. Mając mnóstwo pomysłów, świetnie się bawiąc (no dobra, i czasem się nie zgadzając) daliśmy sobie radę przez caaały rok. Ale tak seerio to już tyle??
-Tylko ty jeden mnie rozumiesz- wtuliłam twarz w ramię mojego nowego fancy przyjaciela.- Jak on tak mógł? Zostawić mnie dla jakiejś małolaty! I jeszcze założył ciuchy, które mu dała, a mojej sweet spódniczki nie chciał! Ona była na prawdę fancy...
-No to masz problem- odparł Zick, podając mi chusteczkę.
-Masz rację, muszę jak najszybciej zmyć makijaż! Nie, właściwie to nie muszę! Jesteś wspaniały, Zick! Nie wolno mi płakać, gdy mój biedny Marco jest właśnie więziony przez tego miłosnego potwora znanego powszechnie jako Maggie! Nie poddam się!- wstałam, wymachując chusteczką, gdy zauważyłam Matta.- Co ty tutaj robisz?
-Eee... Mieszkam?-rzucił chłopak, strzepując mąkę ze spodni.
-Nieważne, muszę uratować Marcosa! To pa, chłopaki!- pocałowałam Zick'a i Matt'a w policzek i pobiegłam do naszego domku.
Nikogo w nim nie było. Pobiegłam na górę i otworzyłam swoją szafę, szukając czegoś totalnie fancy. Rozejrzałam się po pokoju. Że też muszę dzielić piętro z Maggie... Jej rzeczy są wszędzie, zupełnie jakby nie było granic! A jakby tak je zrobić... W szufladzie przy oknie znalazłam białą taśmę "na nieoczekiwane usterki". Niestety moja różowa została w domu. Wiedziałam, że czegoś zapomniałam... Włączyłam muzykę i zabrałam się do pracy. Po chwili pokój był przedzielony na dwie całkiem sensowne części. Skierowałam się w stronę łazienki. Miałam lekki problem z klozetem, ale stwierdziłam, że jego lewa część wraz z prysznicem będzie należała do mnie a prawa z umywalką do Maggie. Jak podział to na całego. Parę minut potem przez cały dół przechodziła równa, dobrze widoczna linia. Z uśmiechem na ustach wróciłam do sprawy z ciuchami. Postanowiłam założyć czarną bluzkę i czerwone spodnie. Marcos chyba aż tak bardzo nie lubi różowego, skoro nie chciał założyć mojej sweet spódniczki. Trzymałam te rzeczy na specjalne okazje i oto nadeszły. Spojrzałam w lustro. Co takiego ma Maggie a ja nie mam, że Marco tak za nią szaleje? Wtedy przypomniałam sobie o kolczyku. Sama nie dam rady przebić sobie języka, trzeba będzie poprosić Sophie jak wróci. Wlepiłam wzrok w prostownicę Maggie. Serio? Stylista zawsze mi powtarzał, że mam nie prostować moich fancy włosów, bo je zniszczę. Miłość wymaga jednak poświęceń. Tak przynajmniej mówili ludzie w filmach... Niepewnie chwyciłam urządzenie i podłączyłam je do prądu. Gdy prostownica się nagrzała, chwyciłam kosmyk i przejechałam nią po włosach. Jejciu, jakie to okropne! Prawie spaliłam sobie ucho! Nie, nie, nie, nie. Nie dam rady tego zrobić. Wyłączyłam to okropne urządzenie z kontaktu. Nagle usłyszałam, jak ktoś wchodzi do domku. Zbiegłam na dół, trzymając prostownicę w ręku. Jeśli to Sophie to możemy od razu zabrać się do przekłuwania. Niestety, osobą, która stała jak wryta, przypatrując się taśmie przecinającej telewizor nie była moja fancy przyjaciółka, lecz Maggie.
-Co to ma być?!- dziewczyna podeszła do mnie.- Czy to moja...
-STÓJ BO CIĘ WYPROSTUJĘ!- krzyknęłam do dziewczyny.- Jakiej trucizny wsypałaś Marcosikowi do tych czekoladek?!
-Co ty wygadujesz? Zatrułaś się różem do policzków czy co?
-Wiem, co knujesz- zbliżyłam się, trzymając przed sobą prostownicę.-Ale nie uda ci się to. Gdzie jest Marcos?
Zaczęłam okrążać Maggie, by nie uciekła. Dziewczyna udawała przerażoną. Teraz to jest niewinna...
-Ty jesteś nienormalna. Marcos poszedł z grupą na wspinaczkę, jak wszyscy. Ja przyszłam się tylko przebrać. Gdybyś była na zebraniu...
-Zaprowadź mnie tam- powiedziałam, ze wściekłością w oczach.
-Okej, okej, tylko odłóż prostownicę.
Posłusznie odłożyłam ją na miejsce i udałam się za Maggie. Przez całą drogę wpatrywałam się nienawistnie w kuzynkę Matta, zastanawiając się, co być może jeszcze zrobiła mojemu biednemu chłopakowi. Chwilę potem drzewa się rozrzedziły i naszym oczom ukazała się skała wspinaczkowa z paroma uczniami na niej. W małej grupce obozowiczów zauważyłam Sophie. Od razu podbiegłam do niej, wypytując o Marcosa.
-Jest na górze- dziewczyna wskazała na skałę.- Skąd wytrzasnęłaś te nieróżowe ciuchy?- spytała z nutą zaskoczenia i złości w głosie.
-Trzymałam właśnie na takie fancy okazje- odparłam z uśmiechem.- Oo! Widzę go! Marco!!
Wlepiłam wzrok w chłopaka. Nie był on wysoko nad ziemią, może jakieś piętnaście szpilek. Gdy mnie usłyszał, odwrócił się i.... spadł na ziemię. Krzyknęłam z przerażenia. W tłumie zawrzało. Instruktor przekrzykiwał obozowiczów, pochylając się nad Marcosikiem. Podbiegłam do niego.
-On żyje?- zapytałam mężczyznę, prawie płacząc- Ty!- odwróciłam się do Maggie, która razem z Sophie podbiegła do leżącego chłopaka.- Przez twoje czekoladki mój chłopak...
-Spokojnie, spadł z niewielkiej wysokości, stracił tylko przytomność.
-To i tak twoja wina!!
Marcos: Hej wszystkim! Nie wierzę, że to już rok odkąd dałem się w to wkręcić... No ale jakimś cudem jeszcze żyję, jeszcze nie zwariowałem (mimo wszystko) i skoro to już tyle czasu, to... Chyba mogę spokojnie powiedzieć, że polubiłem ten blog. I mam nadzieję, że wy też go lubicie, mimo że tak rzadko się odzywacie. Przy okazji, dzięki wszystkim osobom, które dotychczas skomentowały te wypociny. Wasze wypowiedzi, motywujące czy nie, dają niezłego kopa do pisania. ;)
A teraz życzę wam miłego czytania mojej części historii.
Byłem w domu. Stałem dokładnie na środku swojego pokoju, słuchając zapłakanej Amandy.
- Marcos, ja wiem, że tobie to może nie pasować i wiem, że pewnie byś mi odmówił, więc... Chcę tylko powiedzieć... - Popatrzyła na mnie jakby szukała ratunku. - Marcos, kocham cię! Proszę, nie odpowiadaj, ja tylko... Nie chcę niszczyć naszej przyjaźni, ale nie mogłam tego dłużej powstrzymywać. Zapomnij o tym, błagam! - Wybiegła z pokoju niemal na oślep, płacząc.
- Nie! Poczekaj! - Pobiegłem za nią. - Amanda!
- Zostaw mnie, zapomnij o tym Marcos! - Wybiegła na dwór.
Przystanąłem w miejscu i zawołałem:
- Kocham cię! Naprawdę, kocham cię!!!
Otworzyłem gwałtownie oczy. Oślepiło mnie mocne światło, prześwitujące od wejścia namiotu. Zanim zdążyłem zauważyć coś więcej poczułem, że oplatają mnie czyjeś ramiona.
- Ja ciebie też kocham, Marcosiku! - Zawołała Coldy. - Dobrze, że w końcu powiedziałeś mi to prosto w twarz, bo już myślałam...
- No nie! - Przerwałem jej wywód zrozpaczonym jęknięciem. - Boże, proszę, niech ktoś zabierze od mnie tego różowego... - Urwałem i otworzyłem szerzej oczy, widząc kolor bluzki Coldy. Czarny? To jakiś żart? - Coldy? To na pewno ty? - Spytałem niepewnie.
- Jasne że ja, Marcosiku! - Puściła mnie i okręciła się dookoła. - I jak, podobają ci się moje fancy ciuchy na specjalne okazje???
- Niezłe. - pochwaliłem ją. - Nie spodziewałem się, że masz wogóle coś nie różowego. A te kolory... Są nawet w moim typie. - Byłem pod wrażeniem. Zupełnie jakby słuchała rock'a, a nie cukierkowego pop'u...
- To takie sweet z twojej strony! - Zachwyciła się. - A zaczynałam myśleć, że...
Przerwało jej głośne chrząknięcie. Odwróciłem głowę w stronę nowego dźwięku i zobaczyłem Maggie, stojącą nieco bardziej w cieniu.
- A może wyjaśnij jej, Marcos, komu wyznałeś miłość, zanim ci przerwała? - Spytała z lekkim uśmiechem.
O cholera, wyrwało mi się to na głos?! No nie, teraz to będzie problem...
- Na pewno nie tobie. - Mruknął ktoś zza zasłony po mojej prawej stronie.
- Sophie, dziękuję ci, ale Marcosik sam może jej powiedzieć, że to mnie... - Zaczęła Coldy.
- A co, może tobie?! - Naburmuszyła się rudowłosa.
- Na pewno nie!!! - Krzyknęła Sophie i odsunęła zasłonkę, patrząc gniewnie to na Maggie, to na mnie. - Niechby tylko spróbował znów gadać takie dziwne rzeczy...
- ZNOWU?! - Maggie wydawała się być wstrząśnięta. - Marcos, czy ty jej kiedyś coś takiego powiedziałeś?! - Popatrzyła na mnie wielkimi oczami.
- Ja... - Zacząłem, ale od razu przerwała mi Coldy.
- Wcale nie, Marco kocha tylko mnie! - Oświadczyła najwyraźniej w bojowym nastroju. - Nie myśl sobie że kolczyk w języku to nie wiadomo jak fancy rozwiązanie, żeby dał się na nie nabrać!!!
Hmmm, no tak, czyli to co mi mignęło to rzeczywiście był kolczyk... No nie, o czym ja myślę?! Po co wogóle od razu robić z tego wszystkiego taką aferę???
- Nie sądź, że jak tylko zmienisz ciuchy on od razu da się nabrać na to, że się zmieniłaś!!! - Rudowłosa tupnęła nogą ze złości. - Jesteś tak samo...
- Dziewczyny, dosyć!!! - Przerwałem im ostro. Wszystkie zamilkły i odwróciły się do mnie. Sophie zdenerwowana, Coldy najwidoczniej nieco przestraszona moim wybuchem, a Maggie najpierw się zmieszała, a potem popatrzyła urażonym wzrokiem na pozostałe dziewczyny. - Co to ma być, co?! Spadłem ze skały wspinaczkowej, jeśli mnie pamięć nie myli. Uderzyłem się w głowę. Wygląda na to, że leżę w jakimś pozornym szpitalu. I kiedy tylko się budzę, robicie aferę taką, że głowa pęka! Mam tego dosyć! Czy wy nie potraficie się, jak normalni ludzie, poznać i polubić?! Nawet nie wiem za co tak się nienawidzicie!!! To nie ma sensu, dziewczyny! Pogódźcie się, albo chociaż przestańcie ciągle na siebie naskakiwać, bo inaczej już wogóle do żadnej się nie odezwę. - Niestety to była najgorsza groźba jaką mogłem zastosować. Jak na mój gust była wręcz żałośnie słaba, ale co mogłem poradzić?!?
- Pfff... - Prychnęła Sophie. - Skoro tak, to możecie na mnie liczyć w każdej kłótni, chętnie dołączę, jeśli dzięki temu przestaniesz się do mnie odzywać. - Zbliżyła się do wyjścia. - Resztę załatwiajcie już między sobą, ja wracam na zajęcia. Powodzenia Coldy. - Rzuciła jeszcze i wyszła.
No tak, tego się mogłem po niej spodziewać... Może chociaż te dwie się uspokoją? Boże, przysięgam, zacznę wierzyć w cuda jeśli te dwie się naprawdę pogodzą...
- A co z wami? Dacie wreszcie spokój? - Spytałem Coldy i Maggie.
Maggie zmierzyła chochlika obrażonym spojrzeniem i popatrzyła na mnie tak, jakby zaraz miała się rozpłakać.
- Muszę? - Jęknęła.
Już miałem odpowiedzieć, kiedy usłyszałem, jak ktoś zbliża się do wejścia namiotu. Po chwili do środka wszedł Matt. Zauważył że nie śpię i uśmiechnął się, podchodząc i siadając na krześle obok mojego łóżka. Wyciągnął sobie jakąś książkę do czytania, właściwie nic sobie nie robiąc z napiętej atmosfery. Przez chwilę miałem nadzieję, że coś powie swojej kuzynce, ale on tylko siedział, wciąż lekko się uśmiechając.
- Tak, musisz. - Zwróciłem się do kuzynki Matt'a poważnie, porzucając nadzieję że czerwonowłosy dokończy to za mnie. - Nie mam zamiaru znosić waszych kłótni przez cały czas, skoro już dotarłem w jakieś względnie spokojne miejsce. Musisz wybrać, czy wolisz się kłócić, czy rozmawiać ze mną.
Meg wyglądała, jakby jeszcze nie do końca zdecydowała.
- Dobrze Marcosiku. - Coldy odezwała się, jakby odgrywała rolę w teatralnym dramacie. - Jeśli nie mam wyboru, przestanę odpowiadać na jej zupełnie nie sweet wypowiedzi. Zależy mi na tobie bardziej niż jej. - Uniosła głowę nieco wyżej, w pełnym godności geście. I w tych ciuchach to nawet nie wyglądało tak głupio jak wygląda w teatrze...
- Właśnie że zależy mi bardziej niż tobie! - Zaprzeczyła Maggie, robiąc znów smutną minę. - Tylko że nie wiem, czy wytrzymam z nią, jeśli o nic nie będę się kłóciła! Przecież ona już nawet przedzieliła pokój i łazienkę na pół, przy tym nawet ekran telewizora... Przecież nie mogę się o to nie kłócić, prawda? - Spytała rozpaczliwie.
- Racja. - Stwierdziłem. - Więc Coldy anuluje podział rzeczy, a już szczególnie telewizora i łazienki, i wy dwie przestajecie się kłócić. Od teraz rozstrzygacie spory pokojowo. Czy zgadzacie się na to??? - Popatrzyłem na nie wyczekująco.
- Robię to tylko dlatego, że mnie prosisz. - Podsumowała Maggie.
- Dla ciebie wszystko, Marcosiku. - Odpowiedziała z uśmiechem Coll.
Chwila moment, czy ja mam jakiś dziwny rodzaj Deja vu?Sophie:Marcos nie przesadzaj!!! Fakt, czasem były spięcia i braki herbaty, ale jeśli miałabym wybrać, to chyba jeszcze raz bym w to weszła (może poprawiając przy tym kilka rzeczy). Mimo wszystko ten rok należał do udanych i sama z niecierpliwością czekam, co się jeszcze wydarzy :)
Wyszłam w bojowym nastroju na świeże powietrze.Z wspinaczki już nic nie będzie, po upadku Marcosa wszyscy musieli obowiązkowo zejść. A nawet nie spróbowałam!!!Oczywiście, wszystko zawsze kręci się wokół niego!!! A inni to co,zimna herbata?! Rozejrzałam się dookoła,gdzie mogłabym się podziać. Nikogo tu nie znam, Matt gdzieś zniknął, a Coldy będzie siedzieć przy podróbce spider-mana razem z Peggy...Meggie...Andie...mniejsza jak się nazywa. Ważne, że jestem teraz całkiem sama! Na szczęście nie musiałam sama daleko iść, bo pojawił się Matt.
-Hejka Sophie, byłaś już u Marcosa?
-Tak, straciłam tam mnóstwo mojego czasu i nerwów, ale wspierałam Coldy w jej, jak to określiła "strasznie nie fancy chwilach,tak jakby jednorożec zarysował swój róg".
-Wszystko u niego dobrze? Nieźle walną w tą skałę.
-Tak, spider-man z niego żaden. Ale już się obudził i jeśli nie przeszkadzają ci krzyki i kłutnie to możesz do niego zajrzeć.
-Ok, dzięki. -Już chciał wejść,ale go zatrzymałam.
-Powiedz mi tylko, czy teraz będzie jakieś zebranie, albo coś? Bo nie wiem gdzie się podziać...
-Na dzisiaj była zaplanowana wspinaczka, więc teraz macie czas wolny. Obiad będzie za godzinę.
-Super, to do zobaczenia później. I pilnuj Coldy, żeby nie zrobiła... więcej głupstw niż zazwyczaj.
-Dobra, narazie!! - I wszedł do środka.
Przeszłam wzrokiem po budynkach w obozie. Wypatrzyłam nasz domek i udałam się w jego kierunku. Kiedy szłam, minęła mnie dziewczyna w fioletowej bluzce, którą już gdzieś widziałam. Potem szła jeszcze grupka dziewczyn w pięknych bluzkach i bardzo markowych spodniach, które też na pewno kiedyś mignęły mi przed oczyma. Kolejna dziewczyna też miała super ciuchy.
-Ladna bluzka - zagadnęłam ją.
-Dzięki. -obejrzała mnie od stup do głów - a ty sama się tak ubrałaś, czy ci za to płacą?- spytała niby złośliwie, ale widziałam, że pożera wzrokiem buty Coldy.
-Długa historia. Zgubiła się moja walizka i jestm zmuszona ubierać się w ubrania Coldy, tej blondynki z którą mieszkam.
-Biedactwo - powiedziała - wiesz co mamy tu takie sekretne miejsce, w sumie mogę ci pokazać, ale nikomu ani słowa, zwłaszcza tej Maggie z którą mieszkasz.
-Oczywiście, usta na kłódkę. Tak wogóle to jestem Sophie.
-A ja Ellie. To co idziemy?
Poszłam za nią. Wyszłyśmy z obozu i kilka metrów dalej zatrzymałyśmy się przy starej szopie, zamkniętej na kłódkę.
-Klucz jest pod trzecią deską od lewej - schyliła się i wyciągnęła mały kluczyk. Otworzyła kłudkę i weszłyśmy do środka. - To nasza tajemnica. Większość dziewczyn tu przychodzi. Ale jest zasada, że jak już coś urzyjesz, to masz to wyprać i oddać. Nie bierzemy nic dla siebie...narazie, bo jek będzie koniec obozu, rozpęta się tu piekło. - zapaliła światło i moim oczom ukazała się walizka. Bródna, podarta, trochę mokra i jakby znajoma...
-Hej, to moja walizka!!! - krzyknęłam. Ellie trochę pobladła.
-Jak to twoja? Mówiłaś, że swoją zgubiłaś...pozatym skąd mam mieć pewność, że to twoja walizka?! Może chcesz zagarnąć wszystkie ubrania dla siebie??!!
-Nie to moja walizka!!! Udowodnię ci. W dużej kieszeni jest torba z termosem. - Sprawdziła torbę i wyciągnęła termos.
-To było łatwe. Każda dziewczyna mogła ci o tym powiedzieć.
-Dobra, w bocznej kieszeni jest skrytka, w której jest moja legitymacja. Jest tam napisane, że jestem Sophie Tania Brown i moje zdjęcie. - Dziewczyna włożyła ręke do kieszeni i znalazła legitymację. Przyjrzała mi się bardzo uważnie, a potem zdjęciu w dokumencie.
-Ok, ok tego nie da rady podważyć. To twoja walizka.
Ucieszyłam się,że nie będe już wyglądać jak Coldy. A przynajmniej jej stara wersja. Ellie pomogła mi zanieść walizkę do naszego domku, zrobiłam listę ubrań, które zniknęły, przebrałam się w swoje ubrania i zaczęłam chodzić po do domkach w poszukiwaniu reszty. Dwa razy przez przypadek zapukałam do domków chłopców, z czego musiałam się wykręcać i wysłuchiwać obleśnych zaczepek, ale w wróciłam z większością moich ciuchów, mając przy okazji listę dziewczyn, które mają aktualnie ubrania na sobie i oddadzą je jutro. Zajęło mi to cały czas wolny. Schowałam moją walizkę pod moim łóżkiem i poszłam na obiad. Przynajmniej problem z ubraniami rozwiązany. Teraz tylko znieść moje współlokatorki...
