niedziela, 24 lutego 2013

Notka rocznicowa


     Zapraszamy wszystkich na nową notkę. Zapewne niektórych zdziwił nieco tytuł  zwłaszcza, że pierwszą notkę na blogspocie opublikowaliśmy 11 miesięcy temu. Jednak nasz pierwszy blog powstał na onecie i Właśnie dziś upływa okrągły rok od pierwszej dodanej tam notki. Z tej okazji, a także z racji tego że dotarliśmy WRESZCIE na ten obóz postanowiliśmy opisać nasze problemy w pierwszym dniu pobytu tutaj. Ta notka, jako rocznicowa, jest wyjątkowa ponieważ piszemy ją wszyscy. Życzymy miłego czytania :)

Matt: No dla mnie to jeszcze nie jest rok... więc nawet nie wiem co napisać.... i czy w ogóle coś pisać powinienem, ale dobra, napisałem, proszę taki prezent z okazji ( nie dla wszystkich) rocznicy bloga

 Dziewczyny, albo w sumie Sophie się przebiera, w sumie nie wiem po co, bo może wybierać tylko między różowa spódniczką, a różową spódniczką. Coldy nie ma wielkiej różnorodności w ubraniach. Marcosa gdzieś wywiało, pewnie jest z moją kuzynką... gdziekolwiek ona go zabrała raczej nie ma się o co martwić przecież w ciągu jednego dnia nie zdoła go omotać, przynajmniej mam taką nadzieję. Coldy, znając ją prawdopodobnie przemierza obóz w swoich "fancy" okularkach zachowując się jak jakaś gwiazda filmowa i zastanawiając się jak by tu przerobić go w takie samo różowe coś jakie namalowała mi w zeszycie...
 Rozglądałem się uważnie w poszukiwaniu tej różowej chochliczki idąc do biura mojego wujka. Mimo że wcześniej już pokrótce wyjaśniłem mu zaistniałą historię to wypadało by to jakoś bardziej sprostować.
 Zapukałem do drzwi jednego z domków w którym rezydowali moi wujkowie, i jeszcze raz rozejrzałem się po obozie. Widziałem kilka znajomych twarzy, ale również wiele nowych. Dobrze, że biznes wujka jakoś się kręci. W dość sporym tłumie który zebrał się ma polance nie dostrzegłem ani Coldy, ani Marcosa ani Maggie. W tej samej chwili usłyszałem głośne: "Proszę wejść, jest otwarte." co nieco wyrwało mnie z zamyślenia. Nacisnąłem klamkę i popchnąłem drzwi. Wchodząc do środka zobaczyłem starszego mężczyznę o pulchnej buzi i wesołym wyrazie twarzy. Stał nad moim wujkiem usilnie coś mu  tłumacząc i pokazując to coś w papierach, które leżały dosłownie wszędzie. Zgarnąłem kilka leżących najbliżej kartek, ułożyłem je wszystkie w jedną stronę i podałem owemu mężczyźnie. On uśmiechnął się do mnie, odbierając przy okazji z moich rąk stosik papieru, po czym odezwał się do wujka:
- Hej Jim, ale twój Matt wyrósł. - odezwał się pulchny mężczyzna, szczęśliwy że mogą na chwilę oderwać się od papierów.
- No oczywiście, w końcu to moja krew, już kawał chłopa z niego, co nie? - przez wujka przemawiała duma i szczęście.
- Em... Przepraszam że wam przeszkadzam, chciałem tylko wyjaśnić co się dokładnie stało i jak się tu znaleźliśmy. - powiedziałem, uśmiechając się lekko i ukrywając tym samym moją dezorientację w sprawie pyzatego jegomościa.
- A co tu tłumaczyć, to przecież proste jak patyk, te mieszczuchy się zgubiły w naszych pięknych lasach, a ty im pomogłeś wrócić na dobry szlak. To ci się chwali synu, widać że płynie w tobie nasza krew. - uśmiechnął się wujek, jednocześnie dodając - Jeśli martwisz się czy możesz tu zostać, to nie krepuj się, z ciocią jesteśmy szczęśliwi z powodu tej niezapowiedzianej wizyty, a z pewnością i Maggie cię radośnie przywitała. Prawda, że moja córuchna z dnia na dzień pięknieje?
- Tak jak uważasz, wujku. - zaśmiałem się nerwowo. - Przywitała mnie po swojemu, ale bardzo miło. - uśmiechnąłem się jeszcze raz - Cieszę się, że mogę tu zostać. Nie będę wam już przeszkadzał, skoro macie coś ważnego do omówienia. - uśmiechnąłem się po raz kolejny i już chciałem wyjść, ale nim przekroczyłem próg usłyszałem jeszcze:
- Ruth bardzo się cieszy z twojego przyjazdu. Mówiła, że nie ma udanego biwaku bez naszej rodzinnej szarlotki i że bez ciebie nie będzie równie dobra. - powiedział mi jeszcze na odchodne wujek i powrócił do omawiania interesów z tym gościem.
 Ja wyszedłem na świeże powietrze i zacząłem się zastanawiać, co to może być za człowiek. W końcu uznałem go za jednego z opiekunów bądź nauczycieli prowadzących zajęcia i postanowiłem dłużej nie zaprzątać sobie tym głowy. Poszedłem jeszcze do obozowej kuchni w której zostałem entuzjastycznie powitany przez ciocię, i ubrudzony mąką, ponieważ właśnie robiła ciasto na pierogi. Szybko otrzepałem się, tworząc tym samym mały, biały tuman mąki. Dowiedziałem się od cioci, że Maggie miała pomagać w kuchni, ale poszła gdzieś ze swoim nowym chłopakiem, przez co biedna ciocia została sama z pierogami.
 Postanowiłem jej jakoś pomóc. Mimo że nie jestem orłem w gotowaniu to chyba umiem stworzyć z ciasta i farszu pieroga, aż taką fajtłapą nie jestem. Ubrałem więc fartuszek i zacząłem pomagać. Jakieś 500 pierogów później byłem cały ubrudzony mąką, ale niesamowicie szczęśliwy, że to już koniec. Szybko umyłem ręce i wyszedłem z kuchni, żegnając się z ciocią i wyjaśniając jej, że muszę się przebrać przed obiadem. Wróciłem do swojego domku. Wchodząc przez próg zacząłem mówić, będąc pewnym, że Zick dalej coś czyta:
- Nie wiesz może czym sprać mąkę z ciuchów? Bo jak poleję to wodą to się tylko zrobi breja i... - urwałem, widząc dosyć osobliwy widok. Coldy siedziała i wypłakiwała się w ramię Zick'a!!! A ten jeszcze porozumiewawczo kiwał głową i podawał blondynce chusteczki.
 Otworzyłem szerzej oczy i podszedłem bliżej, chcąc usłyszeć o czym mówią, i zrozumieć co tu się właściwie stało. Przecież wyszedłem jakąś godzinę temu, zostawiając zaczytanego Zick'a, zakochanego Marcosa, zdenerwowaną Sophie i zachwyconą Coldy, a zastaję rozryczaną blondynkę i rozchwianego emocjonalnie Goth'a! Jak Sophie zacznie latać na jednorożcu, a Marcos wparuje tu z bukietem róż i zacznie gadać jak Anglik, to chyba będę musiał się porządnie zastanowić, czy przypadkiem nie skręciliśmy źle za jakąś sosną i czy przypadkiem nie trafiliśmy do wariatkowa.

Coldy: Jejciu! Sama nie wiem od czego zacząć! Więc chciałam Wam wszystkim podziękować za to, że zdecydowaliście się wyruszyć w tą (jakże niebezpieczną) wyprawę po bloga. Mając mnóstwo pomysłów, świetnie się bawiąc (no dobra, i czasem się nie zgadzając) daliśmy sobie radę przez caaały rok. Ale tak seerio to już tyle??

-Tylko ty jeden mnie rozumiesz- wtuliłam twarz w ramię mojego nowego fancy przyjaciela.- Jak on tak mógł? Zostawić mnie dla jakiejś małolaty! I jeszcze założył ciuchy, które mu dała, a mojej sweet spódniczki nie chciał! Ona była na prawdę fancy...
-No to masz problem- odparł Zick, podając mi chusteczkę.
-Masz rację, muszę jak najszybciej zmyć makijaż! Nie, właściwie to nie muszę! Jesteś wspaniały, Zick! Nie wolno mi płakać, gdy mój biedny Marco jest właśnie więziony przez tego miłosnego potwora znanego powszechnie jako Maggie! Nie poddam się!- wstałam, wymachując chusteczką, gdy zauważyłam Matta.- Co ty tutaj robisz?
-Eee... Mieszkam?-rzucił chłopak, strzepując mąkę ze spodni.
-Nieważne, muszę uratować Marcosa! To pa, chłopaki!- pocałowałam Zick'a i Matt'a w policzek i pobiegłam do naszego domku.
Nikogo w nim nie było. Pobiegłam na górę i otworzyłam swoją szafę, szukając czegoś totalnie fancy. Rozejrzałam się po pokoju. Że też muszę dzielić piętro z Maggie... Jej rzeczy są wszędzie, zupełnie jakby nie było granic! A jakby tak je zrobić... W szufladzie przy oknie znalazłam białą taśmę "na nieoczekiwane usterki". Niestety moja różowa została w domu. Wiedziałam, że czegoś zapomniałam... Włączyłam muzykę i zabrałam się do pracy. Po chwili pokój był przedzielony na dwie całkiem sensowne części. Skierowałam się w stronę łazienki. Miałam lekki problem z klozetem, ale stwierdziłam, że jego lewa część wraz z prysznicem będzie należała do mnie a prawa z umywalką do Maggie. Jak podział to na całego. Parę minut potem przez cały dół przechodziła równa, dobrze widoczna linia. Z uśmiechem na ustach wróciłam do sprawy z ciuchami. Postanowiłam założyć czarną bluzkę i czerwone spodnie. Marcos chyba aż tak bardzo nie lubi różowego, skoro nie chciał założyć mojej sweet spódniczki. Trzymałam te rzeczy na specjalne okazje i oto nadeszły. Spojrzałam w lustro. Co takiego ma Maggie a ja nie mam, że Marco tak za nią szaleje? Wtedy przypomniałam sobie o kolczyku. Sama nie dam rady przebić sobie języka, trzeba będzie poprosić Sophie jak wróci. Wlepiłam wzrok w prostownicę Maggie. Serio? Stylista zawsze mi powtarzał, że mam nie prostować moich fancy włosów, bo je zniszczę. Miłość wymaga jednak poświęceń. Tak przynajmniej mówili ludzie w filmach... Niepewnie chwyciłam urządzenie i podłączyłam je do prądu. Gdy prostownica się nagrzała, chwyciłam kosmyk i przejechałam nią po włosach. Jejciu, jakie to okropne! Prawie spaliłam sobie ucho! Nie, nie, nie, nie.  Nie dam rady tego zrobić. Wyłączyłam to okropne urządzenie z kontaktu. Nagle usłyszałam, jak ktoś wchodzi do domku. Zbiegłam na dół,  trzymając prostownicę w ręku. Jeśli to Sophie to możemy od razu zabrać się do przekłuwania. Niestety, osobą, która stała jak wryta, przypatrując się taśmie przecinającej telewizor nie była moja fancy przyjaciółka, lecz Maggie.
-Co to ma być?!- dziewczyna podeszła do mnie.- Czy to moja...
-STÓJ BO CIĘ WYPROSTUJĘ!- krzyknęłam do dziewczyny.- Jakiej trucizny wsypałaś Marcosikowi do tych czekoladek?!
-Co ty wygadujesz? Zatrułaś się różem do policzków czy co?
-Wiem, co knujesz- zbliżyłam się, trzymając przed sobą prostownicę.-Ale nie uda ci się to. Gdzie jest Marcos?
Zaczęłam okrążać Maggie, by nie uciekła. Dziewczyna udawała przerażoną. Teraz to jest niewinna...
-Ty jesteś nienormalna. Marcos poszedł z grupą na wspinaczkę, jak wszyscy. Ja przyszłam się tylko przebrać. Gdybyś była na zebraniu...
-Zaprowadź mnie tam- powiedziałam, ze wściekłością w oczach.
-Okej, okej, tylko odłóż prostownicę.
Posłusznie odłożyłam ją na miejsce i udałam się za Maggie. Przez całą drogę wpatrywałam się nienawistnie w kuzynkę Matta, zastanawiając się, co być może jeszcze zrobiła mojemu biednemu chłopakowi. Chwilę potem drzewa się rozrzedziły i naszym oczom ukazała się skała wspinaczkowa z paroma uczniami na niej. W małej grupce obozowiczów zauważyłam Sophie. Od razu podbiegłam do niej, wypytując o Marcosa.
-Jest na górze- dziewczyna wskazała na skałę.- Skąd wytrzasnęłaś te nieróżowe ciuchy?- spytała z nutą zaskoczenia i złości w głosie.
-Trzymałam właśnie na takie fancy okazje- odparłam z uśmiechem.- Oo! Widzę go! Marco!!
Wlepiłam wzrok w chłopaka. Nie był on wysoko nad ziemią, może jakieś piętnaście szpilek. Gdy mnie usłyszał, odwrócił się i.... spadł na ziemię. Krzyknęłam z przerażenia. W tłumie zawrzało. Instruktor przekrzykiwał obozowiczów, pochylając się nad Marcosikiem. Podbiegłam do niego.
-On żyje?- zapytałam mężczyznę, prawie płacząc- Ty!- odwróciłam się do Maggie, która razem z Sophie podbiegła do leżącego chłopaka.- Przez twoje czekoladki mój chłopak...
-Spokojnie, spadł z niewielkiej wysokości, stracił tylko przytomność.
-To i tak twoja wina!!


Marcos: Hej wszystkim! Nie wierzę, że to już rok odkąd dałem się w to wkręcić... No ale jakimś cudem jeszcze żyję, jeszcze nie zwariowałem (mimo wszystko) i skoro to już tyle czasu, to... Chyba mogę spokojnie powiedzieć, że polubiłem ten blog. I mam nadzieję, że wy też go lubicie, mimo że tak rzadko się odzywacie. Przy okazji, dzięki wszystkim osobom, które dotychczas skomentowały te wypociny. Wasze wypowiedzi, motywujące czy nie, dają niezłego kopa do pisania. ;)
A teraz życzę wam miłego czytania mojej części historii.


     Byłem w domu. Stałem dokładnie na środku swojego pokoju, słuchając zapłakanej Amandy.
- Marcos, ja wiem, że tobie to może nie pasować i wiem, że pewnie byś mi odmówił, więc... Chcę tylko powiedzieć... - Popatrzyła na mnie jakby szukała ratunku. - Marcos, kocham cię! Proszę, nie odpowiadaj, ja tylko... Nie chcę niszczyć naszej przyjaźni, ale nie mogłam tego dłużej powstrzymywać. Zapomnij o tym, błagam! - Wybiegła z pokoju niemal na oślep, płacząc.
- Nie! Poczekaj! - Pobiegłem za nią. - Amanda!
- Zostaw mnie, zapomnij o tym Marcos! - Wybiegła na dwór.
     Przystanąłem w miejscu i zawołałem:
- Kocham cię! Naprawdę, kocham cię!!!
     Otworzyłem gwałtownie oczy. Oślepiło mnie mocne światło, prześwitujące od wejścia namiotu. Zanim zdążyłem zauważyć coś więcej poczułem, że oplatają mnie czyjeś ramiona.
- Ja ciebie też kocham, Marcosiku! - Zawołała Coldy. - Dobrze, że w końcu powiedziałeś mi to prosto w twarz, bo już myślałam...
- No nie! - Przerwałem jej wywód zrozpaczonym jęknięciem. - Boże, proszę, niech ktoś zabierze od mnie tego różowego... - Urwałem i otworzyłem szerzej oczy, widząc kolor bluzki Coldy. Czarny? To jakiś żart? - Coldy? To na pewno ty? - Spytałem niepewnie.
- Jasne że ja, Marcosiku! - Puściła mnie i okręciła się dookoła. - I jak, podobają ci się moje fancy ciuchy na specjalne okazje???
- Niezłe. - pochwaliłem ją. - Nie spodziewałem się, że masz wogóle coś nie różowego. A te kolory... Są nawet w moim typie. - Byłem pod wrażeniem. Zupełnie jakby słuchała rock'a, a nie cukierkowego pop'u...
- To takie sweet z twojej strony! - Zachwyciła się. - A zaczynałam myśleć, że...
     Przerwało jej głośne chrząknięcie. Odwróciłem głowę w stronę nowego dźwięku i zobaczyłem Maggie, stojącą nieco bardziej w cieniu.
- A może wyjaśnij jej, Marcos, komu wyznałeś miłość, zanim ci przerwała? - Spytała z lekkim uśmiechem.
     O cholera, wyrwało mi się to na głos?! No nie, teraz to będzie problem...
- Na pewno nie tobie. - Mruknął ktoś zza zasłony po mojej prawej stronie.
- Sophie, dziękuję ci, ale Marcosik sam może jej powiedzieć, że to mnie... - Zaczęła Coldy.
- A co, może tobie?! - Naburmuszyła się rudowłosa.
- Na pewno nie!!! - Krzyknęła Sophie i odsunęła zasłonkę, patrząc gniewnie to na Maggie, to na mnie. - Niechby tylko spróbował znów gadać takie dziwne rzeczy...
- ZNOWU?! - Maggie wydawała się być wstrząśnięta. - Marcos, czy ty jej kiedyś coś takiego powiedziałeś?! - Popatrzyła na mnie wielkimi oczami.
- Ja... - Zacząłem, ale od razu przerwała mi Coldy.
- Wcale nie, Marco kocha tylko mnie! - Oświadczyła najwyraźniej w bojowym nastroju. - Nie myśl sobie że kolczyk w języku to nie wiadomo jak fancy rozwiązanie, żeby dał się na nie nabrać!!!
     Hmmm, no tak, czyli to co mi mignęło to rzeczywiście był kolczyk... No nie, o czym ja myślę?! Po co wogóle od razu robić z tego wszystkiego taką aferę???
- Nie sądź, że jak tylko zmienisz ciuchy on od razu da się nabrać na to, że się zmieniłaś!!! - Rudowłosa tupnęła nogą ze złości. - Jesteś tak samo...
- Dziewczyny, dosyć!!! - Przerwałem im ostro. Wszystkie zamilkły i odwróciły się do mnie. Sophie zdenerwowana, Coldy najwidoczniej nieco przestraszona moim wybuchem, a Maggie najpierw się zmieszała, a potem popatrzyła urażonym wzrokiem na pozostałe dziewczyny. - Co to ma być, co?! Spadłem ze skały wspinaczkowej, jeśli mnie pamięć nie myli. Uderzyłem się w głowę. Wygląda na to, że leżę w jakimś pozornym szpitalu. I kiedy tylko się budzę, robicie aferę taką, że głowa pęka! Mam tego dosyć! Czy wy nie potraficie się, jak normalni ludzie, poznać i polubić?! Nawet nie wiem za co tak się nienawidzicie!!! To nie ma sensu, dziewczyny! Pogódźcie się, albo chociaż przestańcie ciągle na siebie naskakiwać, bo inaczej już wogóle do żadnej się nie odezwę. - Niestety to była najgorsza groźba jaką mogłem zastosować. Jak na mój gust była wręcz żałośnie słaba, ale co mogłem poradzić?!?
- Pfff... - Prychnęła Sophie. - Skoro tak, to możecie na mnie liczyć w każdej kłótni, chętnie dołączę, jeśli dzięki temu przestaniesz się do mnie odzywać. - Zbliżyła się do wyjścia. - Resztę załatwiajcie już między sobą, ja wracam na zajęcia. Powodzenia Coldy. - Rzuciła jeszcze i wyszła.
     No tak, tego się mogłem po niej spodziewać... Może chociaż te dwie się uspokoją? Boże, przysięgam, zacznę wierzyć w cuda jeśli te dwie się naprawdę pogodzą...
- A co z wami? Dacie wreszcie spokój? - Spytałem Coldy i Maggie.
     Maggie zmierzyła chochlika obrażonym spojrzeniem i popatrzyła na mnie tak, jakby zaraz miała się rozpłakać.
- Muszę? - Jęknęła.
     Już miałem odpowiedzieć, kiedy usłyszałem, jak ktoś zbliża się do wejścia namiotu. Po chwili do środka wszedł Matt. Zauważył że nie śpię i uśmiechnął się, podchodząc i siadając na krześle obok mojego łóżka. Wyciągnął sobie jakąś książkę do czytania, właściwie nic sobie nie robiąc z napiętej atmosfery. Przez chwilę miałem nadzieję, że coś powie swojej kuzynce, ale on tylko siedział, wciąż lekko się uśmiechając.
- Tak, musisz. - Zwróciłem się do kuzynki Matt'a poważnie, porzucając nadzieję że czerwonowłosy dokończy to za mnie. - Nie mam zamiaru znosić waszych kłótni przez cały czas, skoro już dotarłem w jakieś względnie spokojne miejsce. Musisz wybrać, czy wolisz się kłócić, czy rozmawiać ze mną.
     Meg wyglądała, jakby jeszcze nie do końca zdecydowała.
- Dobrze Marcosiku. - Coldy odezwała się, jakby odgrywała rolę w teatralnym dramacie. - Jeśli nie mam wyboru, przestanę odpowiadać na jej zupełnie nie sweet wypowiedzi. Zależy mi na tobie bardziej niż jej. - Uniosła głowę nieco wyżej, w pełnym godności geście. I w tych ciuchach to nawet nie wyglądało tak głupio jak wygląda w teatrze...
- Właśnie że zależy mi bardziej niż tobie! - Zaprzeczyła Maggie, robiąc znów smutną minę. - Tylko że nie wiem, czy wytrzymam z nią, jeśli o nic nie będę się kłóciła! Przecież ona już nawet przedzieliła pokój i łazienkę na pół, przy tym nawet ekran telewizora... Przecież nie mogę się o to nie kłócić, prawda? - Spytała rozpaczliwie.
- Racja. - Stwierdziłem. - Więc Coldy anuluje podział rzeczy, a już szczególnie telewizora i łazienki, i wy dwie przestajecie się kłócić. Od teraz rozstrzygacie spory pokojowo. Czy zgadzacie się na to??? - Popatrzyłem na nie wyczekująco.
- Robię to tylko dlatego, że mnie prosisz. - Podsumowała Maggie.
- Dla ciebie wszystko, Marcosiku. - Odpowiedziała z uśmiechem Coll.
     Chwila moment, czy ja mam jakiś dziwny rodzaj Deja vu?


Sophie:Marcos nie przesadzaj!!! Fakt, czasem były spięcia i braki herbaty, ale jeśli miałabym wybrać, to chyba jeszcze raz bym w to weszła (może poprawiając przy tym kilka rzeczy). Mimo wszystko ten rok należał do udanych i sama z niecierpliwością czekam, co się jeszcze wydarzy :)


   Wyszłam w bojowym nastroju na świeże powietrze.Z wspinaczki już nic nie będzie, po upadku Marcosa wszyscy musieli obowiązkowo zejść. A nawet nie spróbowałam!!!Oczywiście, wszystko zawsze kręci się wokół niego!!! A inni to co,zimna herbata?! Rozejrzałam się dookoła,gdzie mogłabym się podziać. Nikogo tu nie znam, Matt gdzieś zniknął, a Coldy będzie siedzieć przy podróbce spider-mana razem z Peggy...Meggie...Andie...mniejsza jak się nazywa. Ważne, że jestem teraz całkiem sama! Na szczęście nie musiałam sama daleko iść, bo pojawił się Matt.
-Hejka Sophie, byłaś już u Marcosa?
-Tak, straciłam tam mnóstwo mojego czasu i nerwów, ale wspierałam Coldy w jej, jak to określiła "strasznie nie fancy chwilach,tak jakby jednorożec zarysował swój róg".
-Wszystko u niego dobrze? Nieźle walną w tą skałę.
-Tak, spider-man z niego żaden. Ale już się obudził i jeśli nie przeszkadzają ci krzyki i kłutnie to możesz do niego zajrzeć.
-Ok, dzięki. -Już chciał wejść,ale go zatrzymałam.
-Powiedz mi tylko, czy teraz będzie jakieś zebranie, albo coś? Bo nie wiem gdzie się podziać...
-Na dzisiaj była zaplanowana wspinaczka, więc teraz macie czas wolny. Obiad będzie za godzinę.
-Super, to do zobaczenia później. I pilnuj Coldy, żeby nie zrobiła... więcej głupstw niż zazwyczaj.
-Dobra, narazie!! - I wszedł do środka.
Przeszłam wzrokiem po budynkach w obozie. Wypatrzyłam nasz domek i udałam się w jego kierunku. Kiedy szłam, minęła mnie dziewczyna w fioletowej bluzce, którą już gdzieś widziałam. Potem szła jeszcze grupka dziewczyn w pięknych bluzkach i bardzo markowych spodniach, które też na pewno kiedyś mignęły mi przed oczyma. Kolejna dziewczyna też miała super ciuchy.
-Ladna bluzka - zagadnęłam ją.
-Dzięki. -obejrzała mnie od stup do głów - a ty sama się tak ubrałaś, czy ci za to płacą?- spytała niby złośliwie, ale widziałam, że pożera wzrokiem buty Coldy.
-Długa historia. Zgubiła się moja walizka i jestm zmuszona ubierać się w ubrania Coldy, tej blondynki z którą mieszkam.
-Biedactwo - powiedziała - wiesz co mamy tu takie sekretne miejsce, w sumie mogę ci pokazać, ale nikomu ani słowa, zwłaszcza tej Maggie z którą mieszkasz.
-Oczywiście, usta na kłódkę. Tak wogóle to jestem Sophie.
-A ja Ellie. To co idziemy?
Poszłam za nią. Wyszłyśmy z obozu i kilka metrów dalej zatrzymałyśmy się przy starej szopie, zamkniętej na kłódkę.
-Klucz jest pod trzecią deską od lewej - schyliła się i wyciągnęła mały kluczyk. Otworzyła kłudkę i weszłyśmy do środka. - To nasza tajemnica. Większość dziewczyn tu przychodzi. Ale jest zasada, że jak już coś urzyjesz, to masz to wyprać i oddać. Nie bierzemy nic dla siebie...narazie, bo jek będzie koniec obozu, rozpęta się tu piekło. - zapaliła światło i moim oczom ukazała się walizka. Bródna, podarta, trochę mokra i jakby znajoma...
-Hej, to moja walizka!!! - krzyknęłam. Ellie trochę pobladła.
-Jak to twoja? Mówiłaś, że swoją zgubiłaś...pozatym skąd mam mieć pewność, że to twoja walizka?! Może chcesz zagarnąć wszystkie ubrania dla siebie??!!
-Nie to moja walizka!!! Udowodnię ci. W dużej kieszeni jest torba z termosem. - Sprawdziła torbę i wyciągnęła termos.
-To było łatwe. Każda dziewczyna mogła ci o tym powiedzieć.
-Dobra, w bocznej kieszeni jest skrytka, w której jest moja legitymacja. Jest tam napisane, że jestem Sophie Tania Brown i moje zdjęcie. - Dziewczyna włożyła ręke do kieszeni i znalazła legitymację. Przyjrzała mi się bardzo uważnie, a potem zdjęciu w dokumencie.
-Ok, ok tego nie da rady podważyć. To twoja walizka.
Ucieszyłam się,że nie będe już wyglądać jak Coldy. A przynajmniej jej stara wersja. Ellie pomogła mi zanieść walizkę do naszego domku, zrobiłam listę ubrań, które zniknęły, przebrałam się w swoje ubrania i zaczęłam chodzić po do domkach w poszukiwaniu reszty. Dwa razy przez przypadek zapukałam do domków chłopców, z czego musiałam się wykręcać i wysłuchiwać obleśnych zaczepek, ale w wróciłam z większością moich ciuchów, mając przy okazji listę dziewczyn, które mają aktualnie ubrania na sobie i oddadzą je jutro. Zajęło mi to cały czas wolny. Schowałam moją walizkę pod moim łóżkiem i poszłam na obiad. Przynajmniej problem z ubraniami rozwiązany. Teraz tylko znieść moje współlokatorki...

czwartek, 14 lutego 2013

Rozdział 24: Początek nowej przygody.


 Trochę spóźnione, ale wszystkiego najlepszego z okazji walentynek. ;)

    Po uwadze Maggie dotyczącej jednorożca, atmosfera w domku dziewczyn stała się dość napięta. Coldy zaczęła się przechadzać po pokoju wymieniając, co należałoby zmienić w wystroju, Matt pomagał Sophie się rozpakowywać, a ta ostatnia co chwila rzucała mi i Maggie wrogie spojrzenia. Za to sama rudowłosa z uśmiechem na ustach zasypała mnie pytaniami, zaczynając od miejsca zamieszkania po ulubione zwierzęta.
     Może obserwowanie Obrażonej Księżniczki, wysłuchiwanie Coldy i odpowiadanie Maggie, w warunkach sprzed 24 godzin bardzo by mnie wkurzyło, jednak teraz miałem niesamowicie dobry humor, więc nawet odwzajemniłem uśmiech kuzynki Matt'a.
- A masz może jakieś rodzeństwo? Ja sądzę, że małe dzieci są irytujące... - Rozejrzała się po pokoju, zatrzymując wzrok nieco dłużej na ADHD. - Ale chyba nie miałabym nic przeciwko starszej siostrze... Zawsze byłoby od kogo pożyczyć prostownicę czy z kim podzielić się cukierkami. - Przez chwilę uśmiechnęła się tak szeroko, że w jej policzkach pojawiły się dołeczki.
- Nie mam rodzeństwa, ale zawsze chciałem mieć młodszego brata. - Odpowiedziałem zgodnie z prawdą. - Jakoś tak lubię małe dzieci.
- Aha. - Uśmiech Maggie jakby przybladł. - To dużo wyjaśnia. - Jeszcze raz zamyśliła się, wodząc wzrokiem po pokoju. W tej samej chwili Sophie rzuciła mi już niemal zabójcze spojrzenie. - Wiesz co? - Rudowłosa najwidoczniej wpadła na jakiś pomysł, bo z oczu wręcz biła jej radość. - Może przeszlibyśmy się na spacer? Tu jest zdecydowanie za dużo ludzi i nie mogę skupić myśli tak jak bym chciała. Poza tym jak zostaniemy sami mogłabym się dowiedzieć o tobie dużo więcej. Więc chcesz się przejść?
     Łapiąc kolejny przejaw wrogości od pseudoarystokratki, z chęcią skinąłem głową.
- Jasne, nie mam nic przeciwko.
     Dziewczyna niemal w podskokach dotarła do swojego łóżka z zieloną narzutą i przez chwilę grzebała w małej szafce nocnej. Po chwili wróciła ze sporym pudełkiem, złapała mnie za rękę i wyciągnęła na zewnątrz.
- W sumie tu jest zakaz na takie rzeczy, ale trochę przemyciłam. - Mówiąc to, otworzyła pudełko i zobaczyłem cudowny widok: paczkę ciastek, dwie czekolady, cukierki i żelki, a do tego jeszcze ze trzy batoniki. Posłała mi wesoły uśmiech, ponownie pokazując dołeczki. - Co ty na to? Jeszcze mam colę, ale nie mogłam jej wyjąć tak, żeby nikt nie zauważył... Ktoś mógłby z tym pójść do moich rodziców, więc nie chciałam ryzykować. - Przez chwilę na jej twarzy pojawił się grymas niezadowolenia, zaraz jednak znów stała się wesoła. - Częstuj się. - Podsunęła mi pudełko niemal pod nos.
- Jesteś pewna? - Już niemal nie mogłem się oprzeć, żeby nie chwycić za pierwsze słodycze z brzegu i nie zacząć się nimi zajadać. Nie jadłem ich od jakiegoś tygodnia! A to druga rzecz po mięsie, której smak był dla mnie niezastąpiony.
- Jak nigdy! Bierz, co tylko chcesz! - Zaśmiała się.
     Nie musiała mi tego powtarzać dwa razy. Wziąłem ciastka i niecierpliwie otworzyłem paczkę. Były niesamowicie smaczne.
- Dzięki. - Mruknąłem, starając się nie spieszyć z pochłanianiem jej słodyczy. W końcu tęsknota za normalnym jedzeniem to jedno, ale chamskie zachowanie przy nowo poznanej dziewczynie to drugie...
- Nie ma sprawy. - Dotarliśmy do linii drzew i skręciliśmy, tak żeby iść przy ich granicy. - Wyglądasz jakbyś dawno nie jadł nic porządnego, więc tak sądziłam, że trochę cukru ci się przyda. - Odłamała kawałek czekolady i przyłożyła mi do ust. - Otwórz! - Zaśmiała się.
     Przyjąłem jej prezent najkulturalniej jak się dało. Takie rzeczy zdarzały się czasem w szkole, więc byłem dość przyzwyczajony. Czekolada rozpływała się w ustach.
- To pewnie wy jesteście tymi nastolatkami, którzy nie dotarli? Rodzice martwili się czy się pojawicie, ale skoro nikt nie skarżył się, że nie ma od was wieści, uznali, że pewnie zostaliście w domach i zapomniano ich o tym powiadomić. Dziś mieli dzwonić do waszych domów, więc zjawiliście się w samą porę. Dziwię się tylko, że jest z wami Matt. Od dawna się znacie? A jeśli tak, to dlaczego nigdy o tobie nie wspominał???
- Niestety, przez ten czas który nie mogliśmy tu dotrzeć błąkaliśmy się po lesie, rozpalając ogień wróżkowymi patykami Coldy i wysłuchując narzekań Sophie. Dopiero po pięciu dniach jakimś cudem natknęliśmy się na Matt'a z jego ojcem, bo akurat byli na polowaniu. Już mieliśmy wracać do domów, ale jakimś cudem ten różowy chochlik uciekł z domu twojego kuzyna i pobiegliśmy za nią. Skoro już ruszyliśmy i byliśmy tak daleko, Matt postanowił doprowadzić nas do obozu. I po kolejnych przygodach nareszcie dotarliśmy tutaj. Gdybyśmy go nie poznali, pewnie jeszcze długo szukalibyśmy drogi powrotu... Albo gdyby nie on, wogóle byśmy nigdzie nie dotarli, tylko umarli na miejscu. - Skrzywiłem się lekko. - Szkoda trochę, że to nie mnie udało się nas tutaj doprowadzić. - Nagle zrobiło mi się głupio, że znów wyżalam się przed nieznajomą osobą. - Ale wiesz, to nieważne, grunt że już tu jesteśmy.
- Biedactwo. - Mruknęła współczująco, znów karmiąc mnie kawałkiem czekolady. - Podróż z nimi musiała być istną tragedią. Ta różowa zachowuje się gorzej niż pięciolatka, z tego co zdążyłam zauważyć. Musiałeś mieć z nią sporo problemów... - Dotknęła jednej ze świeżych ranek na mojej klatce piersiowej, która niestety była wciąż odkryta, bo rano nie mogłem znaleźć już żadnej koszulki zdatnej do ubrania. - Widać zresztą, że wiele przeszedłeś. Z tego co mówiłeś, 5 dni sam dbałeś o to, żeby nikt się nie zabił, prawda? Więc moim zdaniem wiele osiągnąłeś sam. Mój kuzyn pokazał wam dokąd iść, ale to przecież nie to samo co opieka nad tymi dwiema, racja? Musisz być świetnym dowódcą. - Uśmiechnęła się lekko, odgarniając włosy za ucho.
     Miała niesamowicie ciemne zielone oczy. I trzeba było przyznać, że śliczny uśmiech. Szedłbym o zakład, że podbiła już niejedno serce chłopaków z tego obozu. Aż jej współczułem, że będzie musiała od teraz dzielić pokój z ADHD i Sophie.
     Co jeśli coś jej się teraz stanie? Przecież nie można przewidzieć, na jaki pomysł wpadnie ten chochlik... Nawet jeśli robi to nieświadomie, często sprowadza kłopoty na ludzi wokół siebie... No dobra, muszę się otrząsnąć, przecież Maggie nie jest taka jak one. Często jeździ na obozy przetrwania, to po niej widać, poza tym nie biega w szpilkach i mini, tylko nosi porządne spodnie i terenowe buty, a do tego na pewno jest inteligentną osobą. To nie dziecko, poradzi sobie. Po co ja się tym martwię?
- Dzięki. - Uśmiechnąłem się, słysząc komplement. - I sorry że się przed tobą wyżalałem, to przez czas spędzony w tak małym gronie...
- Spokojnie! - Roześmiała się. - Nic się nie stało. Chcę wiedzieć o tobie jak najwięcej. Jesteś bardzo ciekawy, wiesz? - Zamrugała parokrotnie, uśmiechając się do mnie. - Wiesz co? Jeśli chcesz, mogę ci dać kilka koszulek z obozowych zapasów. Pewnie ci zimno... - Położyła dłoń na moim ramieniu. - Jejku, Marco, masz strasznie zimną skórę! Chodź szybko... - Zamknęła pudełko ze słodyczami i złapała mnie za rękę, ciągnąc w stronę jakiegoś malutkiego domku. - To składzik na ciuchy, materace i inne takie... - Wyciągnęła klucz i szybko otworzyła drzwi, wchodząc do środka. Po chwili wróciła z kilkoma koszulkami w niemal moim rozmiarze. Stanęła w progu i uśmiechnęła się figlarnie, chowając koszulki za plecy. - A co dostanę w zamian?
- W zamian? - Spytałem, nieco zdezorientowany. Czego mogłaby chcieć w zamian? Co więcej, co ja niby mógłbym dać jej w zamian? - To zależy czego byś chciała. - Wzruszyłem ramionami, z dość niepewną miną.
- Dobrze! - Stwierdziła, przysuwając się. - Najpierw: to ja cię ubiorę.
- Dobra... - Mruknąłem, wystawiając ręcę, żeby było jej łatwiej. Szybko i sprawnie wciągnęła na mnie koszulę. Od razu zrobiło się dużo cieplej.
- A po drugie - powiedziała wesoło - w geście podziękowania, musisz pocałować mnie w policzek. - Zrobiła zabawną minę słodkiej pięciolatki i nastawiła policzek. Czułem się bardziej jakbym właśnie został jej starszym bratem, niż jak gdybym miał przed sobą kuzynkę Matt'a.
- Skoro to ma być podziękowanie... - Poddałem się ze śmiechem, nie mogąc przestać przypatrywać się jej ciemnym oczom. Złożyłem krótki pocałunek w miejscu, w którym pojawiał się jeden z jej dołeczków i szybko się odsunąłem. - Może być?
- Nooo, Marcos, nie mów tego takim obojętnym tonem! - Nadąsała się. - Traktuj mnie choć trochę poważniej. W końcu jestem od ciebie tylko o rok młodsza. A teraz chodź, nie mamy czasu, miałam nie pokazywać nikomu, że mam klucz... - Zamknęła drzwi i pomachała jakiejś dziewczynie, która właśnie przechodziła niedaleko. - Cześć Judy! Pamiętaj o zbiórce za godzinę, dobrze? A na obiad dziś są ziemniaki z mielonymi albo paluszkami rybnymi i surówka, jeśli to idziesz sprawdzić.
- Dzięki Meg! - Zawołała tamta i zawróciła w stronę, z której przyszła. - Do zobaczenia na zbiórce! - Pomachała nam i odeszła.
- Mielone? - Spytałem badawczo, zastanawiając się, czy takie obiady podają codziennie na obozach przetrwania.
- Aha. - Potwierdziła, odwracając się do mnie z miłym uśmiechem. - Sama pomagałam robić.
- Serio? To nie ma od tego jakichś kucharek?
- Nie, w kuchni są konkretne zmiany. Dlatego raz obiady są pyszne, a raz niejadalne. Ale ja się zgłosiłam jako ochotniczka, żeby pomagać codziennie. A ty umiesz gotować?
- Uczyłem się trochę. Chętnie też bym pomagał w kuchni, jeśli mogę. No chyba że są jakieś bardziej męskie zajęcia dla mnie...
- Serio, chciałbyś pomagać ze mną?! - Na jej twarzy widać było zachwyt. - Super, moglibyśmy coś ugotować razem! To będzie extra! Coprawda jesteśmy ograniczeni składnikami, ale na pewno wynajdziemy coś pysznego. Chcesz, żebym cię zgłosiła???
- Jasne. - Odpowiedziałem wesoło. Jej nastrój poniekąd mi się udzielił.
- Od jak dawna gotujesz? Kto cię uczył? Jaka jest twoja ulubiona potrawa? Jej, chłopacy którzy potrafią gotować są niesamowici! Czekaj, czekaj, o coś jeszcze chciałam spytać...
- Moment, zanim się pogubię. - Zaśmiałem się, kierując się w stronę jej domku, gdzie została moja walizka. - Więc próbowałem gotować od dziecka, mama mnie trochę uczyła jak byłem w przedszkolu... A no i lubię jeść steki z grilla, ale grillować akurat uczył mnie ojciec. Co dalej?
- Hmmm... W takim bądź razie czy lubisz krwiste, pół krwiste, średnio dopieczone czy może dobrze dopieczone steki? - Nie przestawała zasypywać mnie pytaniami.
- Dobrze dopieczone. Nie lubię jak mięso jest choćby częściowo surowe.
- A jeśli chodzi o słodycze, które lubisz najbardziej?
     Odpowiadałem na jej ciekawskie pytania aż dotarliśmy do jej domku. Zatrzymaliśmy się na ulubionym owocu, kiedy otworzyłem drzwi i wpuściłem ją do środka.
- Granaty. - Palnąłem, przestępując próg.
     Spojrzenie Sophie dosięgnęło mnie niczym piorun, mrożąc krew w żyłach. Wbrew pozorom nie było nas tylko co najwyżej dwadzieścia minut, więc Obrażona Księżniczka dopiero rozpakowała swoje torby z termosami i całą resztą niepotrzebnych rzeczy, wśród których jakimś cudem nie było ani jednego z jej ciuchów. Mierzyła nas przez chwilę wzrokiem, aż do momentu gdy z góry po schodach zbiegła Coldy.
- Marcosiku, wróciłeś! Już myślałam, że zgubiłeś się beze mnie... - Zatrzymała się wpół kroku, widząc Maggie. A rudowłosa akurat w tej chwili złapała mnie za rękę i pomachała nią wesoło.
- Nie żartuj, ze mną nigdy by się nie zgubił. Zresztą, ON nie jest tak głupi, żeby się gubić... - Westchnęła, patrząc na Coldy z dość dziwnym uśmiechem. Odgarnęła włosy i popatrzyła na mnie. - Prawda, Marco?
- Aha... - Mruknąłem, nieco skonfundowany całą tą sytuacją.
     Czy one zaczęły się nie cierpieć tak po prostu, bez żadnego powodu, czy może tylko mi się wydaje?
- Marcos, nareszcie jesteś. - Matt zszedł ze schodów i podszedł tak blisko, że zasłonił mi widok na dziewczyny. - Aleś się guzdrał, zaczynałem myśleć, że wogóle nie wrócisz. - Popatrzył na Maggie przyjaznym wzrokiem. - Może zostawisz na razie Marcosa pod moją opieką? Musimy się jeszcze wprowadzić i rozpakować. Chodź Marcos, niedługo zbiórka, a tej swojej torby chyba tak szybko nie rozpakujesz, nie? - Pokazał mi moją walizkę i plecak, stojące w rogu pokoju.
- A tak, racja... - Maggie puściła moją dłoń, a ja wziąłem swoje bagaże i skierowałem się do wyjścia, odprowadzany przez Matt'a.
- Dobra, ja niedługo będę gdzieś dzwonić, więc bądźcie tak miłe i zajmijcie się swoimi sprawami, dobra? Coldy, rozpakuj się, słyszałaś że niedługo zbiórka, prawda? - Usłyszałem jeszcze słowa Sophie zanim zamknęły się za nami drzwi.
     Przez kilka metrów szliśmy w całkowitej ciszy. Zastanawiałem się nad nietypowym zachowaniem dziewczyn, dopóki z zamyślenia nie wyrwał mnie głos Matt'a.
- Uważaj na Maggie, dobra? Lepiej żebyś nie spędzał z nią zbyt dużo czasu. A najlepiej dla ciebie byłoby  wogóle jej unikać. - Zamyślił się na chwilę. - Chociaż w sumie to twój wybór, ja ci tylko daję wskazówki.
     Chciałem go zmusić do wyjaśnień, ale tylko z uśmiechem wzruszył ramionami i stwierdził, że sam się niedługo dowiem o co chodzi, jeśli nie będę uważał. Naprawdę czasem nie rozumiałem tego człowieka...
     Przypomniały mi się nagle słowa Sophie, że ma zamiar gdzieś zadzwonić. Dla odmiany pomyślałem o tym, że muszę teraz koniecznie zadzwonić do Amandy. Przecież ona się o mnie martwiła przez kolejne dni tego całego błąkania się po lesie!!!
- To tu. - Matt znów wyrwał mnie z zamyślenia, otwierając drzwi domku, do którego właśnie podeszliśmy. - Ja już się rozpakowałem. Masz łóżko obok mojego. - Doprowadził mnie do mojego kąta, przy okazji pokazując jakiegoś goth'a po drugiej stronie pokoju. - A to jest Zick, nasz współlokator.
- Hej Matt. - Mruknął Zick, nie spuszczając oczu z jakichś kartek, które trzymał w ręce. - I hej Marcos. Poznamy się później, dobra? Teraz jestem trochę zajęty.
- Jasne, spoko... - Powiedziałem, i zacząłem rozpakowywać walizkę i plecak. Uwinąłem się z tym bardzo szybko, biorąc pod uwagę że brudne ciuchy zostawiłem wewnątrz walizki, z zamiarem jakiegoś względnego wyczyszczenia ich później. - Dobra, Matt, jakby kto pytał to będę obok domku, mam pilny telefon do wykonania. - Wyszedłem i natychmiast wykręciłem numer do Amandy. Każdy sygnał dłużył mi się jak cała wieczność, ale w końcu odebrała.
- Marcos!!! - Krzyknęła z ulgą. - Gdzie jesteś?! Grozi ci jakieś niebezpieczeństwo?! Długo możesz rozmawiać???
- Spokojnie! - W jednej chwili poczułem taką ulgę, że niemal się roześmiałem. Żyła, miała się dobrze i martwiła się o mnie. To jedyne, co chciałem wiedzieć. - Nie uwierzysz, ale dotarliśmy na ten obóz! I już nic nam nie grozi, wszyscy mają się dobrze, ja chyba najlepiej z nich wszystkich. Mogę rozmawiać ile chcę, chyba że siłą będą mnie ciągnąć na tę zbiórkę za pół godziny.
- Tak się cieszę! - Chyba się rozkleiła, bo jej głos stał się nagle przytłumiony, a słowa przerywane. - Marcos, proszę cię, już się w nic nie pakuj! Wróć szybko i nie stresuj mnie tak więcej! Jesteś strasznym głupkiem, wiesz? Potwornym! Od kilku dni nic tylko próbujemy cię znaleźć, a ty... Martwiłam się, wiesz...?
     Nagle dopadły mnie straszne wyrzuty sumienia. Co ja sobie myślałem, dręcząc ją informacjami o tym, co się ze mną dzieje?! Niepotrzebnie tylko dołożyłem jej zmartwień. Niepotrzebnie wkręcałem ją w tą historię, dzieląc się z nią moją paniką. Jak ostatni idiota kazałem się zamartwiać mojej najlepszej i najbliższej przyjaciółce. Co ja sobie myślałem?!
- Strasznie za tobą tęsknię wiesz? - Westchnąłem do telefonu. - Nie martw się, nie zginę, dopóki cię nie zobaczę. Dotrę cały i zdrowy. Od teraz już wszystko będzie dobrze, przyrzekam, więc się nie martw. Obiecasz mi to? - Uśmiechnąłem się, wyobrażając sobie jej zapłakaną twarz. Miałem nadzieję, że teraz też się uśmiechnęła.
- Obiecuję. A ty obiecujesz, że dotrzesz cały? - Spytała już mniej zapłakanym tonem.
- Przyrzekam ci to.
- To dobrze. A co masz zamiar teraz zrobić? Przyjedziesz, czy zostaniesz do zakończenia?
- Zostanę do zakończenia obozu. Lepiej jeśli nie będę wracał sam, tylko odeślą nas opiekunowie. A ty, co masz zamiar robić?
- Czekać na ciebie. - Zaśmiała się cicho. - A tak poważnie, chłopcy wychodzą do kina, więc zabieram się z nimi, a potem mam zamiar pobiegać po mieście i... Jakoś ułożyć sobie dzień. Jak dotąd nad tym nie myślałam. Muszę jakoś uspokoić chłopaków, bo żebyś ty ich słyszał... Pocieszali mnie przez ostatnie dni jak potrafili, bo zupełnie nie rozumieli, dlaczego chodzę taka przybita. - Spróbowała się zaśmiać, ale nie za bardzo wyszło, więc tylko westchnęła cicho. - Bywają kochani, kiedy się martwią...
- Hej... - Mruknąłem w słuchawkę. - Ty też jesteś kochana, wiesz o tym? Dziękuję, że się o mnie martwiłaś cały ten czas. Ale nie rób tego już więcej. - Zastrzegłem. - Wykończysz się, jeśli będę cię martwił każdym swoim głupstwem.
- Marcos, ty głupku... - Tym razem naprawdę się roześmiała. - Nie waż się kłamać, żeby mnie nie martwić! Chcę wiedzieć co się z tobą dzieje. Od dzisiaj masz dzwonić codziennie, pamiętaj. A zresztą ja zadzwonię. Będziesz miał co dobowy nadzór. I postaraj się nie robić takich głupstw jak zwykle, a najlepiej żadnych innych. Zrozumiano?
     Wysłuchałem tego żartobliwego kazania z szerokim uśmiechem.
- Rozumiem, rozumiem. Będę ci posłuszny w każdym calu, jak tylko sobie zażyczysz. - Zaśmiałem się.
- Dobrze, idę uspokoić twoich rodziców. Do usłyszenia!
- Do usłyszenia. - Rozłączyłem się.
     Oczywiście że rozumiem. Będzie trudno, ale dla ciebie postaram się nie mieszać w nic głupiego. A przynajmniej mam nadzieję, że mi się to uda...
     Odwróciłem się, wciąż się uśmiechając, i doznałem szoku na widok Maggie, opierającej się o ścianę domku z założonymi rękami i zmarszczonymi brwiami.
- Hej Marcos. - Mruknęła ponuro.
- Maggie? - Spytałem, zdziwiony. - Co ty tu robisz?
- Przyszłam do ciebie, żeby zaprowadzić cię do kuchni i zgłosić jako ochotnika do gotowania, ale usłyszałam, że jesteś w tej chwili gdzieś koło domku. Więc przyszłam tu. I czekałam, aż skończysz rozmowę. - Niezadowolenie nie schodziło z jej twarzy.
- I jak długo tu stoisz? - Dopytywałem dalej.
- Mniej więcej od "Ty też jesteś kochana, wiesz o tym?". - Powiedziała naburmuszonym tonem. - To ci robi jakąś różnicę?
- Nie, skąd. - Wzruszyłem ramionami, nieco podenerwowany faktem, że podsłuchiwała moją prywatną rozmowę. - W końcu nie byłaś świadkiem jakichś wyznań miłosnych tylko rozmowy z bliską przyjaciółką, więc to nie aż taka znowu wielka tajemnica... - Ledwo powstrzymałem nuty nerwowego sarkazmu w głosie.
     Nagle jej wyraz twarzy złagodniał. Oczy przestały być przymrużone, a z twarzy zszedł grymas. Opuściła ręce i wyglądała, jakby nie wiedziała co ze sobą zrobić z zakłopotania.
- Ojej, Marco, przepraszam... - Mruknęła płaczliwie i spuściła wzrok. - Podsłuchałam twoją rozmowę... - Powiedziała jakby nie dowierzała temu, co mówi. - Jak ja mogłam? Przepraszam!!! Naprawdę, to przez tę wrodzoną ciekawość... - Wyglądała na tak nerwową i zakłopotaną, że nie mogłem jej nie wybaczyć. - Jejku... Wybaczysz mi to? Naprawdę, to taki zły nawyk... To się nie powtórzy...
- Spokojnie. - Przerwałem jej z lekko znużonym uśmiechem. - Dobrze już, nieważne. Zapomnij o tym po prostu, ok? Chodźmy do tej kuchni, a potem na zbiórkę. Obowiązki się zaczęły, prawda? - Podniosłem jej głowę do góry i uśmiechnąłem się do niej. Odwzajemniła uśmiech.
- Tak, chodźmy. - Złapała mnie za rękę i zaczęła prowadzić.
     Wtedy jeszcze nie zdawałem sobie sprawy, że już złamałem słowo dane Amandzie. Tkwiłem w kłopotach po uszy.

czwartek, 7 lutego 2013

Rozdział 23: Coldy Canavan


Przyśpieszyliśmy, przedzierając się przez coraz rzadsze drzewa. Po chwili wyszliśmy z lasu, a naszym oczom ukazał się obóz w dolinie. Marcos zbiegał już po skarpie, zostawiając większość moich toreb na górze. Mina Sophie jak i Matta wyrażała ulgę.
-Jejciu, jak tu ładnie- pisnęłam.- Ale będziemy wszyscy razem w pokoju, nie?- zapytałam z nutką niepokoju w głosie.
-Chodźcie, bo Marcos jest daleko przed nami. Boję się, że może komuś wyrwać z rąk kanapkę czy coś.
 Każdy z nas chwycił po jednej mojej torbie i dzielnie ruszyliśmy przed siebie.
                                          
                                                                         
*    *    *

Wszyscy w obozie patrzeli się na nas jak na jakieś fancy gwiazdy. Wyprostowałam się więc i założyłam sweet przeciwsłoneczne okulary, by wyglądać na ważną.
-Czy to nie super, że są tak nami oczarowani?- szepnęłam Sophie na ucho.
-Raczej zdziwieni bandą idiotów, która przez dwa tygodnie błąkała się po lesie- rzuciła Angielka, pisząc sms-a na swojej komórce.
Zza domku opiekunów wyłonił się Matt wraz z Marcosem.
 -Ok., załatwiłem, mamy domki nr 6 i 38, po przeciwnych stronach obozu- powiedział Matt, chwytając swój plecak.
 -Mamy?!- pisnęłam.- Jejciu, więc jednak zostajesz z nami!!- rzuciłam się chłopakowi na szyję, jednak szybko wróciłam do pionu.- Przepraszam, Sophie- szepnęłam do niej, jednak nie zbyt cicho.- To super. Tylko szkoda, że tak daleko…
 -Szkoda…- powiedział z szerokim uśmiechem  Marcos.- To chodźmy się rozpakować, co? Coldy, na co ci te okulary? Drzewa zasłaniają całe słońce.
 -To dodaje mi takiej fancy tajemniczości- powiedziałam, biorąc mojego sweet jednorożca oraz najmniejszą walizkę i ruszając za Mattem.
 -Jak załatwiłeś to, że zostajesz?- zapytała Sophie.
 -Mój wujek z ciocią prowadzą ten obóz. Dopilnuję, żebyście nigdzie się znowu nie zgubili.
 Jak sweet! Matt tak szaleje za Sophie, że nie chce jej opuścić! I co by oboje zrobili beze mnie, gdybym ich nie połączyła? Może powinnam zostać dobrą wróżką w sprawach sercowych… Chwilę później stanęliśmy przed naszym domkiem. Nie, domek, to nie było właściwe określenie. Staliśmy przed drewnianą kreaturą. Zupełnie jakby architekt miał depresję i powiesił się na jednej z wystających belek. Uchyliłam lekko okulary, myśląc, że bez nich efekt będzie lepszy. Niestety nie był. Otworzyłam szeroko oczy. Nie tak to wyglądało w filmach…
-Coldy, nie wchodzisz?- zapytała Sophie ze środka.
-Wydaje mi się, że stajnia jest niepotrzebna dla mojego sweet jednorożca. On jest jeszcze za młody, więc możemy przejść do NASZEGO domku.
-Coll, to właśnie on.
 Założyłam z powrotem okulary i dziarsko ruszyłam przed siebie. Gdyby go pomalować na różowo… Weszłam do środka. No, trochę lepiej- pomyślałam.-Tylko parę poprawek i będzie sweet.
-Cześć, jestem Maggie… Matt? Co ty tu robisz?- rudowłosa dziewczyna wyszła właśnie z łazienki, czesząc swoje mocno wyprostowane włosy.
-Coll, Sophie, to moja kuzynka, Maggie- przedstawił ją Matt.- Jak widać będziecie z nią mieszkać.- chłopak nie wyglądał na pozytywnie oszołomionego tą nowiną.
-Okej, walizki postawiłem ci, Coll na górze- Marcos schodził
 Rudowłosa podbiegła do niego i zaczęła się przymilać:
-Hej, jestem Maggie a ty?
-A on jest zajęty- podeszłam do Marcosika i specjalnie pocałowałam go w policzek.- Dzięki za wniesienie walizek, Marco.
 Sophie zaczęła się rozpakowywać, a Matt zaoferował jej pomoc, przysłaniając śmiech ręką.
 -Marco, to z włoskiego, nie?- zaszczebiotała.- Byłam kiedyś we Włoszech. A tak właściwie, to do której szkoły chodzisz, Marco? No bo zakładam, że oczywiście mieszkamy w tym samym mieście- dziewczyna zaśmiała się, pokazując kolczyk w języku. Jejciu, ta małolata flirtowała z moim biednym Marcosikiem!! To chyba jakiś bardzo nie-fancy sen!
 Poczułam, że czerwienię się ze złości. Maggie poprawiła włosy, zalotnie się uśmiechając do MOJEGO chłopaka.
 -Ładny jednorożec- rzuciła.- Jak dla 10-cio latki to całkiem sweet.