niedziela, 31 marca 2013

Wesołego jajka! ;)

 Coldy: Weszłam na sam szczyt! Jejciu, jestem pierwsza! Chyba ten kolor już nie jest odpowiedni... Ok, więc zacznę jeszcze raz:

Zawsze kochałam Wielkanoc. Te kwiaty, słodkie kurczaczki i pisanki dookoła... Całe te święta są takie sweet  emo? Przede wszystkim, życzę Wam, kochani towarzysze niedoli, byście w życiu znaleźli waszą drugą połówkę pisanki, czy raczej skorupkę od jajka lub koguta do Waszej kury, no, coś takiego... Nie jestem dobra w przenośniach. Jako emo dopiero zaczynam się uczyć :) Obyście nie zawiedli się na waszych przyjaciołach (nie chcę wytykać palcem ) ((Marcos)). Oby też żadna małolata nie obierała Waszego jajka, czy odrąbywała głowy waszej kurze, jak to mi się przytrafiło. To na pozór sweet zdjęcie wielkanocne idealnie obrazuje życie:


Latasz za jakimś facetem, ustawiasz się do zdjęcia a i tak jakaś małolata wbija ci się w kadr, a do tego twój "samiec alfa" spycha cię kuperkiem. Życie kurczaków jest takie emo... 

Chciałabym Wam też życzyć, żeby króliczek wielkanocny nie zaspał, ani nie zaginął w śniegu i żeby przyniósł Wam na czas coś... fancy? Emo mówią fancy?? 




 Marcos: Więc, ludzie... Czego by wam życzyć? Żeby wiosna w końcu przyszła, żeby na wielkanocnym stole nie zabrakło jajek i oczywiście wędlin oraz ciasta, żebyście spędzili ten dzień z rodziną... Nie w gronie wiecznie fochniętych małolat (no chyba że chodzi o młodsze rodzeństwo, w tym wypadku nie ma chyba co narzekać?) i unikając ludzi patrzących na was wilkiem... Życzę wam żeby wszyscy wokół was żyli w ZGODZIE, żeby was NIE WKURZALI, żeby DALI WAM SPOKÓJ... Doceńcie to, niektórzy nie mają tyle szczęścia...
 No ok, przyznaję, nie potrafię pisać życzeń kiedy się denerwuję (Ale niech mi ktoś powie, że nie mam powodu?). Więc może trochę je zmienię. OD POCZĄTKU!!!
 Chłopacy i dziewczyny, życzę wam spokojnych, miłych, radosnych, ciepłych, rodzinnych i pełnych słodkości świąt wielkanocnych! Mam nadzieję że króliczek w tym roku był bogaty, a ten czekoladowy z prawdziwej czekolady. Życzę wam, żebyście dużo odpoczywali i żebyście mogli spędzić ten dzień tak jak chcecie. Poza tym, żebyście w poniedziałek wielkanocny nabrali jak najwięcej osób i nie uwierzyli w ani jedno kłamstwo! Chłopakom życzę, żeby mogli oblewać dziewczyny, bo rzucanie śnieżkami prawdopodobnie już się znudziło. Dziewczynom życzę, żeby zostały oblane przez jak największą liczbę chłopaków i żeby to nabrało takiego znaczenia jak kiedyś... Jeśli jeszcze nie wiecie, kiedyś jeśli chłopak oblał dziewczynę na śmingusa-dyngusa znaczyło to, że mu się podoba. ;) (Widzisz Matt, też potrafię popisać się jakąś ciekawostką! Ha!)
 I co jeszcze? Może po prostu wszystkiego, czego sobie zażyczycie. :)
Matt: Teraz ja, tak? Więc ja wam życzę przede wszystkim pogodnych i radosnych świąt, jajek i pisanek w ciekawe wzory. :) Szkoda, że nie wychodzą z nich kurczaki we wzorki, ale niestety jest to biologicznie niemożliwe, ponieważ...
Marcos: Matt, znowu?! Chłopie, weź się w garść i pisz z sensem, a nie o skorupkach jajek!
Matt: Po prostu boisz się, że napiszę więcej i ciekawiej od ciebie. No ale dobrze, skoro są święta, będę miły i zostawię pole do popisu tobie...
Marcos: Wcale nie o to mi chodziło! Po prostu przypominam...
Matt: Tak tak, Marcos, wszyscy wiedzą co chciałeś powiedzieć, ale bądź tak miły i daj mi skończyć. A więc chciałem jeszcze powiedzieć, że mam nadzieję, że będziecie się dobrze bawić, nawet jeśli jednak przyjdzie wam obrzucać się śnieżkami. (Na Marcosa już czeka śnieżna pułapka, więc mam nadzieję że śnieg jednak nie stopnieje. ;) )
Marcos: Cooo? Jaka śnieżna pułapka? Wszystko słyszałem, więc się nie wymiguj! Te święta miałem spędzić spokojnie na zabawie, a nie pod śniegiem! Jeśli odważysz się spuścić na mnie lawinę jak w zeszłym roku...
Matt: No już, już, spokojnie Marcos, żartowałem... (A może i nie? ;) )
Marcos: Ja z nimi zwariuję...
Sophie: Dobra już, przestańcie się przekomarzać, bo naprawdę brzmicie jakbyście byli jakąś parą... Teraz czas na moje życzenia.
Marcos: Jaką parą kobieto?! On mnie po prostu wkurza...
Sophie: Przestań się w końcu wcinać ludziom! Teraz ja piszę i koniec! Ty siądź na ten czas cicho gdzieś w kącie.
Marcos: ...Niech będzie.
Sophie: Więc życzę wam wszystkim wesołych świąt wielkanocnych! Mam nadzieję, że wszyscy spędzacie je z rodziną w domu, a nie wśród... bardzo różnorodnego towarzystwa w środku lasu. I że wszystko co robicie jest wyłącznie czystą przyjemnością płynącą z odpoczynku w święta.
Marcos: ...To wszystko?
Sophie: Tak, to wszystko Marcos, a wiesz dlaczego? Bo poraz kolejny KTOŚ stwierdził, że będę pisała ostatnia! Zużyłeś chyba wszystkie epitety których można użyć w życzeniach. No chyba że masz pomysł na coś jeszcze, co nie padło? Widzisz, nie masz. Dlatego właśnie to wszystko. Następnym razem piszesz po mnie i problem z głowy.
Coldy: Nie przejmuj się Sophie, ja uważam, że twoje życzenia są bardzo fancy.
Sophie: Dzięki Coldy. :)
Marcos: No dobra, pozwólcie że wetnę się poraz ostatni i stwierdzę, że kończymy, skoro już nikt nie ma nic do dodania. Po prostu życzymy wam wszystkim WESOŁYCH ŚWIĄT ludzie i żegnamy się aż do następnej notki. ;)

sobota, 23 marca 2013

Rozdział 26: Czy wy się kiedyś przestaniecie kłócić?!


Nie ludzie, pasek do przewijania tekstu wcale wam się nie zaciął... Przepraszam że to takie długie, ale trochę pomysłów się nazbierało. Mam nadzieję że na tyle was wciągnie, że nie będziecie mieli pretensji.

     Po tym jak stwierdzono że jestem zdrowy, zostałem siłą wytargany ze szpitala i wrzucony do swojego tymczasowego domu. Ale to co tam zobaczyłem musiało być tylko kolejnym przywidzeniem po uderzeniu w głowę...
     Coldy nie była już panną ADHD. Co więcej, zamieniała się w... coś... Zaraz, czyżby ona przechodziła metamorfozę w EMO?! Nienienienienie.... Może i nie cierpiałem tego rażącego oczy różu i podobała mi się bardziej w czarno-czerwonym stroju, ale... TO to była już przesada. Czarne powieki, czarne obwódki wokół oczu, całkowity brak rumieńców i usta malowane właśnie na ciemno... TO ZDECYDOWANIE NIE BYŁA COLDY!!! Nie miałem pojęcia co to do cholery miało być, ale na pewno nie chochlik którego znałem...
- Patrz co żeś narobił. - Matt odezwał się do mnie, ale nie do końca to zarejestrowałem. Wmurowało mnie.
    Gapiłem się chwilę jak ostatni idiota na postępującą przemianę Coldy, nie będąc w stanie wykrztusić ani słowa. W końcu otrząsnąłem się, widząc że jest coraz gorzej.
- Coldy - odezwałem się jakoś bezbarwnie - co ty wyprawiasz???
- Matt, przekaż Marcosowi, że to nie jego sprawa. - Odpowiedziała poważnie, nawet się nie odwracając.
- Marcos, Coldy kazała ci przekazać, że to nie twoja sprawa. - Przekazał Matt, w przerwach tłumiąc śmiech.
- Aha. - Mruknąłem tępo.
     Zaraz zaraz, jak to nie moja...? CO??? To ja tu cały ten czas dbam, żeby ta różowa wariatka nie dała się rozszarpać leśnym zwierzętom, nie zamarzła, nie utopiła się do końca w bagnie, miała jadalne owoce kiedy już kończą się zapasy, a kiedy docieramy do obozu ona strzela focha nie wiadomo za co, zamienia się ze "sweet" w "emo" i jeszcze twierdzi, że to nie moja sprawa?!? Co ona sobie do cholery myśli?! Że może nic z tym nie zrobię?! Jakby po tym wszystkim jej los mógłby mnie nie obchodzić! Nie, cholera, za dużo nerwów na nią zmarnowałem żeby teraz zwyczajnie to olać.
     Coldy jakby nigdy nigdy nic kazała Zick'owi kontynuować i siedziała patrząc na swoje odbicie w lusterku, które najwidoczniej ze sobą przyniosła.
- Coldy! - Huknąłem, patrząc na nią groźnie. Zick najwidoczniej nie był przyzwyczajony do nagłych krzyków, bo przez przypadek wyjechał kredką do oczu aż na policzek blondynki. Sam zrobił po prostu niezadowoloną minę i zaczął naprawiać szkody, a chochlik popatrzył na mnie zaskoczony. - Co ty do cholery wprawiasz?!? - Powtórzyłem pytanie, tym razem nie oczekując odpowiedzi. - Rozumiem przebieranie się w ciemne ciuchy, ale teraz to już grubo przesadziłaś. - Warknąłem. Podszedłem do Zick'a i położyłem rękę na jego ramieniu. Popatrzył na mnie ponuro. - Nie obraź się chłopie, ale... - zmieniłem ton na niedowierzający i poirytowany - jakim cudem mogłeś jej posłuchać i malować ją w ten sposób??? - Zabrałem z jego ręki wacik nasączony czymś, co najwidoczniej nieźle ścierało tę tapetę z twarzy. - Sorry, ale to nie jej styl. - Popatrzyłem na pannę ADHD wzrokiem mówiącym: "nawet-nie-waż-się-sprzeciwiać" i sam zabrałem się za jej demakijaż. - To nie twój styl, Coll. - kontynuowałem. - Może i mało się na tym znam, ale tyle że tobie nie pasuje tyle czarnego to nawet ja widzę. - Po dwóch ostrożnych ruchach po jej powiece wacik był smolistoczarny, a jej make-up powiększył się o ciemnoszarą plamę nieco nad powieką. Chyba tylko wszystko rozmazałem... Ile tego świństwa tam było?! Rozejrzałem się dookoła, w poszukiwaniu pomocy. Dopiero teraz zauważyłem Sophie siedzącą na łóżku z kamienną miną i piszącą coś w telefonie. - Sophie, byłabyś tak miła i mi pomogła? - Widziałem wyraźnie że mnie nie lubiła odkąd pomyliłem ją z Amandą i pocałowałem, ale chyba czas najwyższy był się pogodzić, więc uderzyłem w najmilszy ton na jaki było mnie stać. Matt za moimi plecami znów zachichotał.
- A niby dlaczego miałabym ci pomagać? -Spytała Angielka, mierząc mnie niechętnym wzrokiem. - Nie przypominam sobie, kiedy ostatnio ty mi pomogłeś.
     No ok, przynajmniej chęci miałem dobre...
- No to bądź tak miła i pomóż Coldy. Chyba się lubicie, tak? - Kolejna rzecz której nie rozumiałem, czyli to że panna arystokratka polubiła tego narwanego chochlika, praktycznie bez powodu. Ale może chodziło o zasadę "wróg mojego wroga jest moim przyjacielem". Kto ją wie... Miałem tylko nadzieję, że ta ostatnia deska ratunku zadziała. Got chyba się obraził, bo usiadł na swoim łóżku z słuchawkami na uszach, tak więc nie mógł mi pomóc. A Matt'a poznałem na tyle dobrze, żeby nie chcieć go prosić o taką pomoc, cokolwiek by się stało... Mogłem jeszcze próbować radzić sobie sam...
- Coldy, zgadzasz się jednak na zmianę stylu na poprzedni, czy poprawić ci to, co rozwalił Marcos?
     Nie wierzyłem własnym uszom. Ona się jeszcze pytała o zgodę?! Nie widziała jak ADHD wygląda w tym przebraniu grabarza, czy jak?! I po co wogóle tu siedziała, skoro nie zamierzała pomagać??? No jak raz człowiek próbuje być miły, a ona dalej obrażona nie wiadomo o co... Wszyscy jak dzieci. Pięknie. Skończyłem jako samotny ojciec z gromadką dzieci za które jestem odpowiedzialny. A przynajmniej tak się czuję...
- Sophie, - odezwała się blondynka swoim najbardziej teatralnie wyrozumiałym tonem - czy mogłabyś przekazać Marcosowi, że to niegrzeczne, kiedy rozmazuje się komuś makijaż żeby wyglądał jak panda? Znaczy pandy są strasznie sweet zwierz... Znaczy, są bardzo EMO zwierzaczkami, ale to nie znaczy, że chcę wyglądać jak one. Wolę to jak mnie pomalował Zick.
- Słyszałeś? - Szatynka niechętnie popatrzyła na mnie. - Ona jeszcze nie chce zmieniać się w pełnego życia motyla. - Powiedziała, jakby cytowała Coll. - W pandę też nie. - Dodała złośliwie.
     Matt już chyba leżał na podłodze ze śmiechu, bo dało się słyszeć głuche "łup" i jego zagłuszony czymś śmiech. A Zick wciąż zajęty był olewaniem otoczenia.
- A masz pojęcie, ile mnie to obchodzi? - Rzuciłem równie uprzejmie co z tłumioną złością. - Coll, wybacz że to mówię, ale wyglądasz nie jak panda, a raczej jak zombie w pierwszej fazie pośmiertnej. - Powiedziałem na tyle cicho, że, miałem nadzieję, got nie usłyszy mnie zza głośnej muzyki. - Dużo bardziej podobałaś mi się w normalnych ciuchach i w naturalniejszym makijażu, wiesz? Innym raczej też. Przemyśl to proszę i zmyj to do końca. - Przełknąłem ślinę, bo nagle zaschło mi w ustach. Musiałem to powiedzieć, ale nie chciałem... No dobrze, muszę się przemóc, jeśli chcę żeby chociaż trochę wróciła do normalności. Jak inaczej wytłumaczę potem jej zmianę jej mamie? - Wyglądałaś naprawdę fajnie kiedy byłaś naturalniejsza... Wiesz, wtedy w szpitalu.
     I co teraz? Znów stanie się "sweet", zacznie piszczeć, czy może coś jeszcze gorszego...?
     Ku mojemu zdumieniu, Coldy po prostu odwróciła się do lusterka i demonstrując swoją "dumną" minę, zaczęła ostrożnie zmywać cienie znad oka.
- Sophie, przekaż Marcosowi, że nie zależy mi na jego zdaniu, tylko kogoś INNEGO. - Powiedziała spokojnie.
     Zamurowało mnie. Poraz kolejny tego dnia nie wiedziałem, co dokładnie chciałbym odpowiedzieć.
     Wyręczyło mnie kolejne głuche "łupnięcie", tym razem drzwi. Zanim Sophie zdążyła coś powiedzieć, do domku ktoś wmaszerował i objął mnie delikatnymi rękami, zakrywając oczy.
- Zgadnij kto to! - Zawołała ze śmiechem Meg.
- Maggie? - Uśmiechnąłem się mimowolnie. Gdzieś z otoczenia wyłapałem skrzypnięcie krzesła Coldy i prychnięcie Sophie, a Matt w końcu przestał się śmiać.
- Brawo! - Zdjęła gorące dłonie z mojej twarzy i stanęła przede mną, nie zwracając uwagi na wkurzone spojrzenie angielki, wycelowane właśnie w jej plecy. - To co, idziemy do mojego domku, skoro nikogo tam nie ma? - Jej uśmiech wyraźnie sugerował, że ma jakąś niespodziankę albo chociaż chce zrobić jakiegoś psikusa komuś z obozu. - Zajmę ci całą resztę wieczoru, ale nie pożałujesz! - Zaśmiała się i pociągnęła mnie za rękę do wyjścia. Lekko opornie postawiłem kilka kroków za nią.
- Coldy, przemyśl to... - Mruknąłem jeszcze przez ramię, przypatrując się odbiciu twarzy blondynki w lusterku.
- Marco zostaw ją, tak czy siak odstrasza ludzi! - Mruknęła zirytowana rudowłosa. - Zmiana z różowego na czarny image nic jej nie pomoże, i tak nikt jej nie zechce, powinna to wiedzieć od dawna. - Dopowiedziała głośno i siłą wypchnęła mnie za drzwi.
     Zaraz, co...? Skąd w nich dzisiaj tyle złości??? Co one, znów się kłócą, czy jak??? I dlaczego do cholery Meg odzywa się w ten sposób, skoro już nawet Coll ją ignoruje?!? I co teraz z chochlikiem?! O nie, cholera, cholera, cholera, pewnie jej teraz przykro...!
     Chwyciłem za klamkę od drzwi zamkniętego domku i popatrzyłem poważnie na Maggie.
- Meg, czy masz zamiar ją przeprosić? - Spytałem spokojnie.
- Co? - Popatrzyła na mnie zaskoczona, a po chwili się zmieszała. - No ale ja tylko mówię prawdę! - Rzuciła mi spojrzenie w stylu "jak możesz ją popierać???". - Przecież ona dokuczała mi cały czas, nie mogę jej się nawet raz odciąć??? To niesprawiedliwe! - Z oka spłynęła jej łza, a ona sama miała minę tak żałosną jakby zaraz miała się rozbeczeć na dobre.
- No nie płacz... - Westchnąłem i przygarnąłem ją do siebie, przytulając przez chwilę. - Ale wiesz co? Miałem nadzieję że jesteś o tyle mądrzejsza, że chociaż ty nie będziesz się kłócić. - Powiedziałem ponuro, puszczając ją w końcu. - Teraz niestety albo przeprosisz, albo więcej już nie pogadamy. Muszę pilnować tych dwóch, więc co za tym idzie muszę trzymać się ich. Jeśli się pokłócicie, nie będę mógł trzymać się też z tobą, rozumiesz? - Próbowałem pokojowo namówić ją do naprawienia błędu.
- Ale Marco, przecież możesz je już olać, są bezpieczne, spokojnie wrócą do domów... A ja... - Usta jej zadrżały. - Ja jestem całkiem sama, a ty nie chcesz mi nawet pomóc! - Zagryzła usta i zamknęła oczy, jakby zaraz miała znów się rozpłakać.
     Nie... Błagam, niech ona nie płacze... No przecież sama doprowadziła do tej sytuacji... No dlaczego jak trzeba kogoś pocieszać to nie mogę znajdować się daleko stąd, zupełnie o tym nie wiedząc?! Dlaczego zawsze mieszam się w takie spory?! Cholera, niech ona tylko przeprosi i będzie spokój!
- Meg, no! - Mruknąłem podenerwowany. - Tu nie chodzi o to czyją stronę biorę! Zachowałaś się niemiło, chociaż obiecałaś już się nie kłócić z Coldy. Przeproś ją tylko i wszystko będzie w porządku. Przecież to wcale nie jest dużo! - Dodałem już z nutką rozpaczy.
     Ile można przekonywać...? Czy dziewczyny naprawdę nie mogą przestać wyolbrzymiać takich spraw i przestać zachowywać się jak przedszkolaki? Czy proszę o zbyt wiele???
- Ty nawet nie wiesz... - Zacisnęła pięści jakby miała ochotę mi przyłożyć. - Ty nic nie wiesz!!! - Krzyknęła, tupnęła nogą i odbiegła w stronę swojego domku.
     O ja pierniczę... Znowu zrobiłem coś nie tak? Nie, proszę, nie mówcie mi, że zraziłem do siebie kolejną dziewczynę... To zdecydowanie robi się nienormalne!!!
     Odetchnąłem głęboko i wszedłem do swojego domku. Pobieżnie ogarniając wzrokiem pomieszczenie stwierdziłem, że Matt coś czyta, Zick nadal słucha muzyki, rzucając ukradkowe spojrzenia w stronę Coldy, Sophie zmywa blondynce resztę rozmazanego makijażu, a sama Coll siedzi z podkulonymi nogami, patrząc na ścianę. Jej poza była tak spokojna, że aż nienaturalna.
- Coldy? - Zagadnąłem cicho. Nie odpowiedziała. - Przepraszam cię za nią. To nieprawda co powiedziała, jest wielu ludzi którym na pewno się podobasz. - Dalej nie reagowała, więc się poddałem. - Nie wiem, czy mnie słuchasz, więc nie powiem już więcej. Dobranoc.
     Byłem niesamowicie zmęczony, chociaż dopiero sobie to uświadomiłem. Dosłownie padałem na twarz. Wykąpałem się już wcześniej, więc nie wysilałem się na ponowne wchodzenie pod prysznic. Zresztą i tak bym tam nie dotarł. Nie miałem sił nawet na umycie zębów. Wskoczyłem na swoje posłanie i niemal natychmiast zasnąłem.
     Zanim zamknąłem oczy wydawało mi się jeszcze, że pod drugim okiem chochlika, tym którego nie rozmazałem, błyszczy ślad po łzach. Ale nie mogłem być pewien. To równie dobrze mogła być gra światła.

     Rano zbudził mnie niezidentyfikowany ostry dźwięk. Ledwo podniosłem głowę i zatkałem uszy dłońmi.
     Za jakie grzechy?!
     Na szczęście pisk ustał po kilkunastu sekundach. Już i tak rozbudzony, zwlekłem się z łóżka i zająłem poranną toaletą. Co dziwne, najwidoczniej tylko ja dopiero co wstałem. Moi współlokatorzy byli już ubrani i chyba gotowi do wyjścia na zbiórkę. Matt akurat chował do torby mały, pomarańczowy przedmiot, wyglądający trochę jak piszczałka. Jednak nie obudziłem się na tyle, żeby to sprawdzać czy się tym jakoś bardziej przejąć.
- Nie zapomnij zamknąć drzwi. - Rzucił jeszcze uśmiechnięty Matt, zanim obaj wyszli.
     Po szybkich przygotowaniach i porządnym ubraniu się w ostatnią czystą koszulkę (szczęście że było ciepło) dostałem telefon od Amandy. Opisałem jej ogólnie wczorajszy dzień, mówiąc nawet o tym, że spadłem ze ścianki wspinaczkowej, ale pomijając fakt wylądowania w szpitalu (przecież obiecałem, że w nic się nie wpakuję), mimo to jednak kazała mi na siebie bardziej uważać. W kilka następnych minut opisała mi, jak się mniej więcej mają chłopacy i że u niej wszystko w porządku. Spytałem ją jeszcze, czy ma jakiś pomysł na pogodzenie Coldy i Maggie, ale usłyszałem tylko, że powinienem zostawić je w spokoju, żeby rozwiązały wszystko między sobą, bo jeśli będę ingerował, nigdy nie pogodzą się tak naprawdę, tylko dla świętego spokoju. Nie bardzo pasowała mi jej odpowiedź, ale, jakby nie patrzeć, rzeczywiście była jedyną możliwą... Podziękowałem i znów obiecałem jej, że będę na siebie uważał. A potem rozłączyłem się i pognałem, już spóźniony, na zbiórkę.
     Po zbiórce i porannym treningu (dziewczyny i chłopacy osobno, wykonując inne ćwiczenia) mogliśmy wszyscy w spokoju pójść się przebrać albo umyć, jak kto chciał, i udać się na śniadanie. Dla mnie te ćwiczenia były na tyle mało wyczerpujące, że nawet nie przepociłem koszulki, więc poszedłem na śniadanie od razu. Pomogłem przy tym roznosić jedzenie na stoliki (skoro już się nawinąłem, a śniadanie i tak było niegotowe...) i kiedy już skończyłem, sporo stolików było zajętych. Przysiadłem się do tego, przy którym siedziały Sophie z Coldy. Widząc mnie jak na komendę wstały i bez słowa przesiadły stolik dalej. Przez chwilę chciałem jakoś zareagować, ale przypomniałem sobie poradę Amandy, żeby zostawić dziewczyny w spokoju i poraz kolejny się poddałem.
     I dobrze, niech sobie robią co chcą... Przynajmniej do końca obozu będę miał całkowity spokój. Samotność i ćwiczenia, trochę jak na początku podstawówki...
     Po kilku minutach i kilku kanapkach, koło mojego ramienia wylądował czyjś czysty talerz i sztućce. Zobaczyłem tylko niezadowoloną minę Maggie, zanim odeszła do stolika dalej, do panny emo, angielki i dosiadającego się właśnie Matt'a. Nachyliła się, opierając ręce na stoliku i stała przez chwilę, mówiąc coś na tyle cicho, że nie zrozumiałem ani trochę prócz nieco głośniejszego "przepraszam" i "jesteś". Czerwonowłosy mruknął coś cicho, z obojętnym wyrazem twarzy i nie wiadomo do kogo, za to Pseudoarystokratka wciąż piorunowała Maggie zachmurzonym wzrokiem, a Coldy obdarzyła ją tak chłodnym spojrzeniem, o jakie w życiu bym jej nie podejrzewał. W końcu Meg odwróciła się do mnie i z lekkim uśmiechem ukrytym w kącikach warg wróciła do stolika.
- No, przeprosiłam. Teraz możemy normalnie rozmawiać i spędzać czas razem, prawda? - Zapytała jakby nigdy nic.
- Skoro już po sprawie to oczywiście że tak. - Ledwo powstrzymałem westchnienie względnej ulgi, która mnie opanowała.
     Amanda znów miała rację! Może teraz już, z czasem, wszyscy się uspokoją, będą mili i w końcu będzie zgoda...
     Zabrałem się za robienie kolejnych kanapek. Meg też. W pewnym momencie kątem oka zauważyłem, że przerwała. Zerknąłem pod ramieniem, na co tak uważnie patrzyła. I zauważyłem coś, na co prawdopodobnie nie zwracałem uwagi aż dotąd...
     Rudowłosa patrzyła na chochlika z jakąś satysfakcją i mściwym uśmiechem. A potem jeszcze wystawiła jej na krótko język, jak to zazwyczaj robią pięciolatki które wygrały spór o lalkę. Odwróciłem wzrok, mechanicznie kończąc robienie kanapki.
     Więc to się działo od samego początku...? Ten spór wywoływała ciągle Maggie...? I teraz jeszcze opiera się o mnie jakby nic się nie stało?! Przecież... Jeśli była tak fałszywa od początku... Cholera, co ze mnie za idiota...
     Nie dając po sobie ani trochę poznać że coś widziałem, skończyłem śniadanie i jako jedni z ostatnich ruszyliśmy w stronę jej domku. Zastanawiałem się, czy powinienem jakoś wydrzeć się na kuzynkę Matt'a, czy może raczej po prostu przestać spędzać z nią czas... Zanim jednak ustaliłem coś konkretnego, doszliśmy na miejsce, a raczej przed nie i stanęliśmy jak wmurowani. Coldy była właśnie w trakcie zawziętego wywalania rzeczy Maggie na trawę przed domkiem. Poleciały ciuchy, kosmetyki, szczotka do włosów, walizka... Sama właścicielka tych rzeczy najwyraźniej wręcz nie mogła się ruszyć. Ja sam oprzytomniałem trochę szybciej i błyskawicznie podbiegłem do wściekłej blondynki, unikając zderzenia z ręcznikiem i parą ciężkich butów.
- Coldy, co ty do jasnej cholery wyprawiasz?! - Podniosłem głos i chwyciłem ją za ręce, żeby nie rzuciła na wilgotną ziemię także zapasów słodyczy swojej współlokatorki.
- Nie twój interes! Odsuń się! - Krzyknęła na mnie, rozzłoszczona.
- Właśnie że mój! Przestań ale już! - Zażądałem.
- NIE!!! - Niemal warknęła, starając się posłać pudełko jak najdalej mimo skrępowanych rąk.
- Przestań, to głupie!!! - Potrząsnąłem nią, denerwując się coraz bardziej. - Zachowujesz się jak przedszkolak!!!
- PUSZCZAJ MARCOS!!! - Wyrwała mi się i jednym silnym kopnięciem wyrzuciła pudełko ze słodyczami. - Ta jędza wcale nie jest sweet jak myślisz! Jest wredną małolatą, która wciąż z tobą flirtuje! A ty się na to godzisz, jakbyś się rzucał na każdą!!! Jesteście zupełnie nie sweet, zdecydowanie nie fancy i nawet nie emo!!! Jesteś po prostu tępy!!! - Walnęła pięścią w moją klatkę piersiową i wypchnęła mnie za drzwi. - NIENAWIDZĘ CIĘ!!! - Pisnęła głośno i zamknęła drzwi tuż przed moim nosem z takim rozmachem, że gdybym stał nieco bliżej, znów wylądowałbym w szpitalu.
     Z bezsilnej złości kopnąłem drzwi aż zadudniło, ale i tak się nie otworzyły. Wokół zebrał się już tłumek ciekawskich gapiów. Załomotałem jeszcze kilka razy, ale wciąż było zamknięte. Odwróciłem się gwałtownie z taką miną, że ludzie od razu się rozstąpili, robiąc mi miejsce, a ci bliżej stojący odsunęli się o kilka kroków.
     JESZCZE TYLKO TEGO MI **** BRAKOWAŁO!!! TERAZ TO JUŻ **** W ZUPEŁNOŚCI WYSTARCZY!!!
     Szybkim krokiem udałem się w stronę lasu, po drodze nawet nie zaszczycając zbierającej swoje rzeczy Maggie spojrzeniem. Teraz już naprawdę miałem ich dość.

wtorek, 12 marca 2013

Rozdział 25: Matt Solitarie


 Siedzieliśmy z Zick 'iem w naszym pokoju zajadając się paluszkami. Streściłem mu w jaki sposób dotarłem tu na obóz i jakim cudem znam tak, jak sam to określił, "wnerwiających" i "płytkich" ludzi. Dowiedziałem się  też od niego kim jest osoba z którą rozmawiał mój wujek. Potem zaczął coś opowiadać o sprzeczkach na obozie i swoich kumplach, ale nie słuchałem go wtedy aż tak dokładnie i nie uznałem tego co mówił za dostatecznie ważne, by to dokładnie przemyśleć, niemniej jednak co ważniejsze ( tak mi się zdaje) rzeczy zapamiętałem. Nie chciałem później nie rozumieć o czym mówi abo słuchać kolejnego przydługiego monologu, który i tak streszcza na końcu w 5 słowach " nikt mnie nigdy nie rozumie". Do mnie on jeszcze nigdy nie był skierowany, jednak przysłuchiwałem się już takim 3, żałując byłych znajomych Zick'a, którzy nie do końca wiedzieli o co mu w takich momentach chodziło. Sam skupiałem się głównie na szkicowaniu i nie oceniałem tego jaki jest mój współlokator, może dlatego jeszcze nie słyszałem tych kazań. Rysowałem właśnie widok przez okno, gdy drzwi do naszego domku otworzyły się z hukiem. Odruchowo odwróciłem się w kierunku wejścia, niszcząc sobie tym samym pracę przez przeciągnięcie czarnym pastelem po całej długości kartki. Jednak wtedy nie przejąłem się tym aż tak bardzo, bardziej zdziwiła mnie postać w drzwiach. Coldy weszła do nas do domku z miną mówiącą "gotowa na wszystko i jeszcze więcej".
- Mam dość, chce się raz na zawsze odciąć od Marcosa - powiedziała twardo i stanowczo podchodząc do nas i ugryzła jednego z podebranych nam z paczki paluszków. Nawet nie przejęła się tym, że są o smaku bekonu.
- Wow, co za zmiana - pochwaliłem ją, zeskakując z łóżka z uśmiechem na ustach. Podszedłem do niej. - Czego od nas potrzebujesz? - uśmiechnąłem się jeszcze szerzej i przechyliłem głowę w bok. Nie będę  ukrywał, że ta sytuacja wydawała mi się komiczna.
- Ty - wskazała na Zick'a - pomóż mi się zmienić. Wygląd, osobowość, wszystko - powiedziała ze zdecydowaniem wypisanym na twarzy.
 Spojrzałem na Zick'a. On też się uśmiechał. Podszedł do swojej walizki i wyciągnął kilka rzeczy, a następnie usadził Coldy na krześle i zaczął ją malować. Zdziwiłem się, ale nic nie powiedziałem.
 Po chwili przyglądania się jak postępuje metamorfoza Coldy bąknąłem, że mam coś do załatwienia i wyszedłem na zewnątrz, szybko kierując się do szpitala polowego. Po drodze wpadłem jeszcze do domku dziewczyn. Tak jak się spodziewałem zastałem tam tylko Sophie. Czyli że Maggie jest u Marcosa i będę musiał ją jakoś delikatnie zbyć - pomyślałem. Wyjaśniłem szybko angielce, czemu przerywam jej liczenie ciuchów (!?) i poprosiłem, by jakoś odwiodła Coldy od zmiany w emo. Brunetka wysłuchała mnie a potem spokojnie odłożyła liczone bluzki i zaczęła przygotowywać się do wyjścia. Westchnąłem, pożegnałem się z nią i ruszyłem w stronę namiotu z wielkim czerwonym + ( plusem). Wetknąłem głowę do środka i rozejrzałem się. Nie było widać Maggie, a Marcos już się powoli zbierał, ponieważ go wypisali.
 Podszedłem i rzuciłem krótkie "hej", nadal uważnie rozglądając się w poszukiwaniu mojej kuzynki. Na szczęście jej nie było. Pociągnąłem więc Marcosa za ramię i wyprowadziłem ze szpitala. Nie zwracając uwagi na jego zdziwienie czy nawet późniejszą złość, przyprowadziłem go pod nasz domek, otworzyłem drzwi i wepchnąłem do środka. Sam wszedłem za nim.
- Patrz, co żeś narobił - powiedziałem, wskazując już w połowie umalowaną Coldy.
 Marcos stanął jak wryty, nie będąc w stanie nawet się odezwać.