Po całej mojej wielkiej imprezie padałem na twarz. Miałem tylko nadzieję, że Matt oddał listę - ja bym się tam kolejny raz nie od... - znaczy się poszedłbym tam, ale musiałem jeszcze odprawić chłopaków do domu, tak? A to wbrew pozorom nie było takie proste...
- MIKE... JAK CIĘ DORWĘ RODZONA MATKA CIĘ NIE POZNA!!! - wygrażał jeden z moich gości. Niestety dorwać go nie mógł... Mike dodał mu czegoś do coli, tak więc moja łazienka została... chwilowo zajęta... na dłuższy czas, tak przypuszczałem.
- Zamknij się i pozbądź balastu, bo niedługo moi rodzice wracają. - stęknąłem, przystając pod drzwiami. Zatkałem nos z obrzydzeniem. Boże, nie wywietrzę tego do końca roku... - I weź czymś tam psiknij! - zawołałem zduszonym głosem. Obojętne mi było czym... Niech ktoś to paskudztwo zneutralizuje!
- Kopnij tego dupka ode mnie!!! - zawołał zduszonym głosem, ale byłem już na tyle daleko, bym nie mógł usłyszeć zbyt dobrze. A przynajmniej tak zamierzałem się wymigiwać.
- Już mogę mój koc, prawda? - mruknąłem, zabierając niedawno "ochrzczony" Kocyś z objęć jednego z moich gosci. Ten dopiero się otrząsnął i wstał, po czym poprawiwszy bluzkę i włosy, prychnął, że wcale nie był mu taki niezbędny, jak myślę. To w końcu tylko koc. Ta, bo uwierzę. - Spoko, miłej podróży do domu. - Klepnąłem go w ramię. Byłbym złośliwy, ale po co... SPAAAĆ... Może to po to dziewczynom te wszystkie maseczki? Po tylu imprezach powinny mieć chociaż cienie pod oczami, nie? No, a jakoś ich nie zauważyłem. W ogóle ciekawe, jak one sobie radzą ze zmęczeniem... Radzenie ze zmęczeniem! Że też dopiero na to wpadłem!
Przerwałem żegnanie niedobitków, zamiast tego pognałem jak głupi do kuchni. Energetyki... Gdzie moje energetyki?! ...Cholera, wszystkie mi wychlali w nocy, zostały jedynie puste butelki! Z ostatniej wypłynęła jedynie kropla życiodajnego płynu. Zemsta. Poprzysięgam zemstę... tylko na kim? A kurna na wszystkich! Moje energetyki, zemrę!
Upewniłem się, że wszyscy prócz tego szopa na toalecie wyszli, wziąłem forsę i poszedłem do sklepu.
Czy wiecie, jak to jest, być zombie? Dokładnie tak czułem się w tej chwili. Szedłem do sklepu, droga przede mną była prosta i pozornie krótka, a jednak mój krok, nie ważne jak bym się starał, był tak powolny... Powłóczyłem nogami, a droga się wydłużała i wydłużała... W końcu sięgając samego horyzontu...!
- Marcos... Marcos! - Ktoś mnie wołał. Odwróciłem głowę... Było tak ciepło... - MARCOS! - Podskoczyłem, zderzając się głową z ojcem. Ten z niezadowoleniem rozmasował głowę. Rozejrzałem się. Nie skończyłem sprzątać resztek śmieci...
- Sorry... Przysnąłem...?
- Ta, zdecydowanie. Obiecałeś, że będzie czysto. I co? - Pełne oczekiwania spojrzenie wbite było centralnie w moje oczy. Przełknąłem nerwowo.
- No wybacz. Już się za to zabieram, serio. Jak wam się spało?
- Zdecydowanie lepiej, niż tobie, jak widać! - zaśmiała się mama, wyglądając z przedpokoju. Cała była roześmiana. - Głodny?
- Aa... Nie, nie zjem nic chyba do wieczora. - Skrzywiłem się, masując brzuch. Gdzie by spalić ten tłuszcz z wczorajszego wieczora...
- O? Czyżbyś złamał dietę nałożoną przez tenera? - Ojciec popatrzył na mnie z cieniem uśmiechu.
- A czy kiedykolwiek ją stosowałem? - Uśmiechnąłem się do niego porozumiewawczo i rozłożyłem ręce. Po tym już jednak szybko chwyciłem za w połowie wypełniony worek stojący w rogu pokoju i zacząłem wrzucać do niego nadal leżące śmieci. W końcu nie zostawię wszystkiego na głowie mamy...
- Może chcecie lemoniady, czy czegoś? - Mama już krzątała się po kuchni. Przynajmniej tam był w miarę porządek. - Kochanie?
- Ja kawy.
- Mamo, mi też! - zawołałem z salonu. Przypomniał mi się sen o energetykach. Drugi raz po nie nie wyjdę... Namieszał mi w głowie. Gości już dawno nie było, energetyków też faktycznie nie...
- Dobrze, dobrze!
Następnego dnia obudziłem się zadziwiająco wcześnie, wciąż nie odespawszy do końca poprzedniej nocy. Zrobiłem sobie tosty i kawę i porobiłem kilka ćwiczeń rozciągających, po których poczułem się znacznie lepiej. Chyba czas wymienić łóżko, moje było niewygodne...
Dojechałem do szkoły, zabierając się na doczepkę z ojcem. Tak to jest, jak się nie ma prawa jazdy... Będzie trzeba je zdać jak najprędzej...
Wchodząc do szkoły powitałem kilku kumpli z drużyny, oczywiście z kilkoma cheerleaderkami... nawet Matt dał się znaleźć, a zwykle znikał mi z oczu. jak taki cień, patrzy się na niego, a go nie widać. Wyglądał na o wiele bardziej wypoczętego ode mnie. Czy tylko ja odczuwam tu niesprawiedliwość...?
- Hejka Matt. - Dosiadłem się i zajrzałem mu przez ramię w podręcznik. - Jakim cudem oglądasz środek podręcznika na początku roku? - Zmarszczyłem brwi, patrząc bez zrozumienia.
- Hej. - Przywitał się skinieniem głowy. - Sprawdzałem, czy będziemy mieli temat, który mnie interesuje...
- I co, jest? - Z prychnięciem oparłem się o ścianę. Jeszcze chwila do dzwonka... Kwadrans. Za co trafiłem tu tak wcześnie...? mogłem jeszcze spać... Przyjechać w piżamie... No... Dobra, pokazanie się w piżamie w szkole to nie najlepszy pomysł. Już szczególnie nie dla mnie.
- Jakby cię to interesowało... - Pokręcił głową i z lekkim uśmiechem schował podręcznik do torby. - Jest, ale za pół roku. Lepiej pogadajmy o czymś, co faktycznei cięinteresuje, co? - Jego uśmeich zmienił się w jakiś... podstępny...? - Masz zdjęcia w tej kiecce? - Wyszczerzył się.
No, tego to się nei spodziewałem.
- W jakiej kiecce? - Zmarszczyłem brwi, próbując sobie przypomnieć, żebym kiedykolwiek wkładał sukienkę. Nie... No, nie... O co do cholery chodziło???
- Ech... Jak ty nic nie rozumiesz... Miałeś założyć tę perukę z szafy i sukienkę po moim wyjściu, pamiętasz~? - Puknął mnie w skroń, na co popatrzyłem na niego, urażony.
- Nie, nie miałem. Potem to było... - Spróbowałem przegonić mój nieudany sen i przypomnieć sobie, co tak właściwie się działo. - Potem chyba wszyscy się rozeszli. Jeśli faktycznie wyobrażasz sobie, że mógłbym założyć coś takiego, to idź się lecz. - burknąłem, wyjmując z plecaka butelkę z wodą i pijąc z pół butelki naraz. Muszę się nauczyć nosić te większe... Albo raczej zacząć je w ogóle kupować, co mi po takiej buteleczce...?
- Pewnie Steve'owi byś się podobał. - rzucił i śmiejąc się, uchylił się przed tym, jak próbowałem go trzepnąć w głowę. Skubany, koordynację miał niezłą. Jak na gościa z lasu przystało, nie...?
- Jak się od niego nie odwalisz to serio ci przyłożę. - ostrzegłem, w międzyczasie wyciągając z torby jeszcze czekoladę. To tak na odżycie... Po niewyspaniu się... - Chcesz trochę? - Połamałem kilka kostek i poczęstowałem go, wyciągając rękę z tabliczka w jego stronę. Niebo dla podniebienia...
Niespodziewanie podeszła do nas Sophie. Przywitała się tylko i poszła dalej, ale chyba mogłem uznać za sporą zmianę, że mnie nie zignorowała... Ani nie ochrzaniła za wtargnięcie na jej imprezę...
Poszedłem za zajęcia, rozglądając się po drodze za automatami z jedzeniem. Przysiągłbym, że w tym korytarzu stał jeden... Może go przenieśli...? Albo poszedł do naprawy? Chociaż nie, powinien być naprawiany na miejscu... Gdzie do cholery zabrali moje upragnione słodycze???
- Idę do swojej klasy.
- A, jasne. - pożegnałem Matt'a tymczasowo i stanąłem pod drzwiami, czekając na nauczycielkę. Sophie rozglądała się, najwidoczniej zdezorientowana. - Co jest? - podszedłem do niej, zaciekawiony.
- Coldy jest nieuchwytna. - Wzruszyła ramionami, prostując się. - Nie widziałam jej w szkole, telefonu też nie odbiera...
- Może jest chora? - Rozejrzałem się, jakbym faktycznie jej szukał. A to w końcu było niemożliwe, gdyby tu była już dawno bym zauważył...
- Wczoraj było z nią wszystko w porządku...
- A na waszej imprezie nie zachowywała się dziwnie...?
- Nie bardziej, niż zwykle. - prychnęła.
Korzystając z okazji, dosiadłem się do niej. Na matmie nikt nie powinien zwrócić na to uwagi... nie? Zresztą, najwyżej dostanie mi się mały ochrzan...
- No to nie wiem... Możemy ją odwiedzić... W końcu dziś chyba mieliśmy wyjść gdzieś całą grupą, nie? Ty, ja, Matt i Coldy...
Zmarszczyła nos, jakby zastanawiała się nad czymś nieprzyjemnym. Czyżby myślała o mnie...? Tak to wyglądało. Całkiem zabawnie.
- Z Matt'em u boku chyba nic mi nie grozi. - oznajmiła w końcu.
- Ej, ej, masz mnie za jakiegoś zboczeńca, czy jak...?
Jej spojrzenie mówiło samo za siebie.
- Może nie chce, żeby się do niej odzywać, jak tak mnie unika... - westchnęła, zaczynając spisywać działanie z tablicy. Wziąłem się za to samo.
- Nie uważam w ten sposób... Możemy chociaż zapukać po drodze. Po drodze to będzie... kino? - zaproponowałem, całkiem zadowolony ze swojego geniuszu. Chociaż zaraz... Jeśli Coldy dołączy, to ja się nie zgadzam na żadne romansidła!
- No... - Przewróciła długopis między palcami. - Może być. Matt wie?
- Nie, dopiero to wymyśliłem. - Uśmiechnąłem się szczerze, spisując rozwiązanie zadania. - Obgadamy to na przerwie, dobra?
Właśnie w tej chwili nauczyciel wywołał mnie do tablicy za "randkowanie na lekcji". Co jest do cholery, czy ja już nie mogę porozmawiać z dziewczyną, żeby nie brali tego za podryw?!