niedziela, 5 października 2014

Rozdział 21: Coldy Canavan


Obudziłam się i od razu wyskoczyłam z łóżka. Po wczorajszym super-sweet-pidżama-party nie było już śladu. Włączyłam nową płytę Justina Biebier'a, podeszłam do kalendarza, wykreślając z niego jeszcze jeden dzień. Do mojej sweet szesnastki zostały niecałe dwa tygodnie.
-Coldy, pora brać się do roboty- powiedziałam do siebie teatralnym głosem i pobiegłam do swojej łazienki, by zrobić makijaż. Pół godziny później zeszłam na dół, by sprawdzić kto jest w domu i zastałam w kuchni Simbę, siedzącego przy stole i czytającego jakąś nudną gazetę.
-A ty nie wybierasz się do szkoły?- zapytał, popijając kawę.
-Eee... Mam dziś na dziesiątą- rzuciłam, uśmiechając się niewinnie. Jak to dobrze, że byłam taką świetną aktorką...-A ty...
-Zaraz wychodzę. Wilow kazała ci przekazać, że dziś późno wróci. Podobno jakieś renowacje w papierach... Ciężka sprawa. Pan Petterson ma dziś wolne, więc jak chcesz...
-Poradzę sobie, dziękuję- położyłam dłoń na ramieniu mężczyzny, uśmiechając się szeroko.- Miłej pracy!
-No, to ja będę leciał- Simba wstał, nieco zmieszany. Wiem, że mój uśmiech nr 5 jest oszałamiający, ale nie wiedziałam, że działa także na niego.-Pieniądze na taksówkę leżą na stole w salonie.
Mężczyzna pożegnał się i wyszedł, a ja szybko zjadłam gofry prawie własnej produkcji (pani Mitchell je zrobiła, a ja położyłam mój sweet dżem z odrobiną jadalnego brokatu- dziewczyny wczoraj oszalały na jego punkcie) i pobiegłam na górę się przebrać. Misja: Moja-sweet-16 wymagała zakamuflowania swojej tożsamości. Wyjęłam z głębi szafy ciuchy emo, które w przypływie chwilowego załamania zostałam zmuszona nosić. Jak to dobrze, że ich nie wyrzuciłam. Musiałam niestety zmazać również mój fancy makijaż, który był zbyt charakterystyczny i zastąpić go pasującym do emo ciuchów. Spojrzałam ze smutkiem na rząd moich ukochanych szpilek.
-Nie dzisiaj, kochane...-rzuciłam ze smutkiem, zakładając trampki.
Chwyciłam torebkę, uścisnęłam jednorożca na pożegnanie i wybiegłam z domu. Dzień był wprost idealny na misję. Słońce grzało tak, że na pewno odciągnie uwagę od jednej niewinnej nastolatki, która powinna być w szkole. Założyłam moje fancy okulary przeciwsłoneczne.
-A więc misja rozpoczęta- rzuciłam do siebie, włączając muzykę z Mision:Impossible. Szpiegowski nastrój to podstawa.

                                                                  :*     :*     :*

Na przystanek autobusowy dotarłam po paru minutach. Widziałam go wiele razy, jadąc z panem Pettersonem, więc miałam przewagę. Nie mogłam sobie pozwolić na taksówkę. Ktoś mógłby mnie rozpoznać. Podeszłam do kartek, rozwieszonych na szybie, jednak nic z nich nie rozumiałam. Jakie to wszystko skomplikowane, cyfry, ulice, różne autobusy...
-Przepraszam, o której odjeżdża najbliższy bus?- zapytałam staruszkę siedzącą obok.
-A czy ja wyglądam jak informacja?!- oburzyła się kobieta.- Co za młodzież...
Już miałam jej coś odpowiedzieć (na pewno nie była by to sweet pogawędka), gdy zauważyłam wielki, czerwony pojazd nadjeżdżający zza rogu. Wsiadłam do autobusu, wysoko podnosząc głowę.
-Na Rodney Street poproszę- rzuciłam, siadając na wolnym miejscu.
I znowu spotkałam się z kompletnym nietaktem, gdyż pasażerowie zaczęli się śmiać, a kierowca mruczał coś do siebie. Nie pokażę im, że mogą mnie urazić. Podgłosiłam szpiegowską muzykę w telefonie i włączyłam facebooka, sprawdzając co tam nowego w moim fancy świecie. Tasha dodała kolejne zdjęcie ze swoim chłopakiem, Georgie pisała, że znów zawaliła test, a Leo pytał, kto wybierze się z nim na imprezę. Właśnie odpisywałam mu, że chętnie, dodając mnóstwo serduszek do wypowiedzi, gdy ktoś szturchnął mnie w ramię. Wyjęłam jedną słuchawkę z ucha, patrząc pytająco na mężczyznę stojącego nade mną.
-Bilet, proszę- rzucił gniewnie mężczyzna.
-Ja jeszcze nie dojechałam, później zapłacę- odparłam, uśmiechając się.- Tak jak za normalną taryfę, tak?
Mężczyzna spojrzał na mnie jak na idiotkę, a dookoła znów rozległy się śmiechy. Czy na mieście rozdawano gaz rozweselający?

                                                                     :*     :*     :*

Skąd miałam wiedzieć, że autobusy nie są w rzeczywistości zbiorowymi taksówkami i potrzeba do nich biletu? Wysiadłam z pojazdu z jakimś kwitkiem i wyrzuciłam go do śmieci. Będzie mi jeszcze ulotki rozdawał! Czerwona ze złości zadzwoniłam po taksówkę. Byłam w kompletnie innej części miasta niż miałam być. Po dwudziestu minutach wysiadłam wreszcie na Rodney Street, płacąc kierowcy solidny napiwek.
-Proszę tu na mnie poczekać- rzuciłam, zostawiając dwie setki na siedzeniu.
Musiałam się zabezpieczyć na wypadek, gdybym miała szybko uciekać. Ach, gdybym miała taki fancy bat-mobil... Poprawiłam okulary i weszłam do dość obdrapanego budynku. Numer 10, 12... W oddali zauważyłam przebiegającego szczura. Jejciu, gdzie ja weszłam?! Nagle moja komórka głośno zapikała, czym przyprawiła mnie niemalże o atak serca. Kulawy jednorożec! To był Marcos. "Coll, gdzie jesteś??". Nie miałam teraz na to czasu. Miałam misję do zrealizowania. Szybko odpisałam, że źle się czuję i wrzuciłam komórkę z powrotem do torby. Odnalazłam drzwi numer 32 i zapukałam do nich, wyjmując wizytówkę. Otworzyła mi miła kobieta w zwykłych ciuchach z sieciówek.
-Przepraszam, czy zastanę pana... Sergiejew'a?- przeczytałam, nieco się plącząc. Po jakiemu to?
-Iwan jest w pracowni. Zaprowadzę cię.
Przeszłyśmy obok ślęczących nad monitorami mężczyzn. Niektórzy mówili w jakimś obcym języku, co chwilę pokrzykując i przewracając jakieś zdjęcia. "Spokojnie, Coldy, to tylko ukryta firma szpiegowska. Jordan z informatyki przecież by cię nie oszukał". Kobieta otworzyła drzwi do pracowni która okazała się dość słabo oświetlonym pomieszczeniem z mnóstwem sprzętu elektronicznego, a Iwan kolesiem z zupełnie nie sweet ubraniami. I w dodatku ten podkoszulek! Zignorowałam tak rażące naruszenie kodeksu modowego i przywitałam się.
-Pan Sergiejew, tak? Ja przychodzę od Jordana...
-Mów mi Iwan- mężczyzna podał mi rękę. Poznawałam ten akcent. To był rosyjski. Czyżbym właśnie odkryła tajną bazę ruskiej mafii? Podczas gdy rozważałam, czy nie zadzwonić na policję i wydać wujka Jordana, Iwan wyjął z szafki jakieś papiery i rozłożył je na stole, odgarniając puste opakowania po batonach.
- To ile będzie dowodzików?- spytał, uśmiechając się.