poniedziałek, 25 czerwca 2012

Rozdział 11: Coldy Canavan

Siedząc razem z Marcosem przy ognisku patrzeliśmy, jak Sophie wnosi swoje rzeczy do mojego malutkiego namiociku.
-No co?-spytała, widząc nieco przygnębioną twarz naszego rodzyneczka. -Zasłużyłam. Przecież zgodnie ustaliliśmy, że śpimy na przemian w tym ociekającym różem pałacu- tu spojrzała znacząco na mnie, a ja uśmiechnęłam się olśniewająco.
Marcos szepnął, że on nie miał tu nic do gadania, lecz ja wiedząc, że Sophie ma dziś zły dzień szybko zmieniłam temat:
-Może trochę pośpiewamy? Zaraz puszczę coś na komórce...
-Nie, wolałabym nie- ucięła Sophie.- Mam migrenę. A teraz, jeśli pozwolicie, udam się do namiotu.
-Słodkich snów, kwiatuszku- posłałam całusa w jej stronę.
-Mhm.- rzuciła Sophie, po czym zniknęła w namiocie.
-No, to teraz możesz mnie przeprosić. Wiem, że wstydziłeś się przed Sophie.
-JA MAM CI POWIEDZIEĆ PRZEPRASZAM?! Dziewczyno...
-No widzisz, od razu lepiej. Nie gniewam się już- uśmiechnęłam się.
Marcos cicho jęknął i uwalił się na śpiworze. Jejku, cieszy się!! Wiedziałam, że ta kłótnia go dręczyła.
-To co teraz będziemy robić?- zapytałam, ściskając mojego ukochanego jednorożca.
-Rób sobie co tylko chcesz, byle beze mnie.
-Oj Marcos nie bądź taki- przybliżyłam się nieco do niego i wyjęłam z torby paczkę pianek.- Co ty na to?
Marcos szybko się rozchmurzył, biorąc dwa wróżkowe kijki i nadziewając na nie pianki. Jednak moja świętej pamięci babcia miała rację, że do serca mężczyzny najszybciej trafia się przez żołądek. 
-Skąd wiedziałaś, że uwielbiam pieczone pianki?- zapytał.
-Ognisko bez takich przysmaków? Marcos, przecież to niezgodne z Duchem Obozu!- udałam oburzoną. Roześmialiśmy się. Z namiotu Sophie usłyszeliśmy dzwoneczek na znak, że mamy być ciszej. 
-Wiesz co, Coll? Wcale nie jesteś taka zła.- powiedział Marcos, a ja wprost promieniałam. Chwilę później siedzieliśmy przy ognisku otuleni śpiworami, zajadając ostatnie, przypalone pianki, gdy coś mnie tknęło i pod wpływem tej wprost wymarzonej, romantycznej sceny przybliżyłam się do Marcosa i pocałowałam go. Z początku Marcos był zaskoczony, jednak odwzajemnił mój pocałunek. Chłopak pachniał trochę swoimi perfumami przesiąkniętymi przez przepoconą koszulkę z nutą dymu z ogniska i przypalonymi piankami. Może nie do końca tak wyobrażałam sobie ten idealny, pierwszy pocałunek, jednak byłam szczęśliwa. Otworzyłam oczy i ujrzałam nieco zmieszanego, lekko uśmiechniętego chłopaka. 
-Coldy...
-Poczekaj chwilkę! Wiem co chcesz powiedzieć- wygramoliłam się ze śpiwora i dopadłam swojej torby.- Jestem przygotowana na wszystko- powiedziałam, wymachując różowymi prezerwatywami.
-Truskawkowe- zapewniłam.

środa, 20 czerwca 2012

Rozdział 10: Początek podróży.



     No tak. Tego się mogłem spodziewać. Jednak dobrze, że wyjąłem te wszystkie walizy z pociągu. Chociaż... Gdybym nie wyjął, może ktoś zwróciłby uwagę, że nas brakuje? Jedno jest pewne - gdybym nie wypadł jak ostatni idiota z pociągu, dziewczyny też by nie wyszły i teraz siedzielibyśmy w pociągu. Coprawda z Panną ADHD i Wielce Obrażoną Damą (choć trzeba przyznać że gdyby nie ten wściekły róż wyglądałaby całkiem całkiem w tej mini... i napewno nie kojaży się nikomu z damą...) ale mimo wszystko pod koniec podróży przejąłby je ktoś do tego przeszkolony.
     Cholera!!! Znowu wychodzi ze mnie sztywniak! Amanda jak zwykle miała rację. Zachowuję się jak skończony idiota. Po kiego ja się martwię innymi? To raczej ja tu jestem ofiarą. Wylądowałem z dwiema dziewczynami na jakimś odludziu a do tego jedną z tych dziewczyn jest ADHD. Nawet święta cierpliwość Amandy gdzieś znika kiedy widzi mnie po spotkaniu z tym chochlikiem. Martwi się o mnie jakby była moją starszą siostrą... Jakby mi to wogóle było potrzebne... Szkoda że nie mogłem jej powiedzieć, gdzie jadę. Może dałoby się wtedy ustalić że jeśli do jutra nie zadzwonię że dojechałem powiadomi chociaż policję... Ale już za późno. Pociąg odjechał. A my jesteśmy w lesie totalnie bez zasięgu. Jedyny jaki dało się znaleźć to był ten na kamiennej górce. Ale lepiej było nie próbować. Dlaczego wcześniej nie wpadłem na te wszystkie plany awaryjne które teraz krążą mi po głowie?! Chociażby powiadomić kogoś dorosłego w pociągu... Ale nie, teraz jest za późno. A na TERAZ nie mam planu. Nic nie mam. Co my do cholery mamy zrobić?! Mogłem to przemyśleć wcześniej... Idiota!!!
     Szliśmy przez las. Słuchałem ich trajkotu. Sytuacja była beznadziejna, nawet jeśli próbowałem je pocieszać.
- Masz jakiś plan, Marcos? - Spytała w końcu Sophie.
     Zastanowiłem się chwilę.
- Póki co najlepiej będzie szukać zasięgu do GPS-a i iść w cieniu drzew pilnując torów, aż dojdziemy do jakiejś stacji. Możliwe że będziemy nocować w lesie, więc trzeba oszczędzać prowiant. Czy któraś z was pomyślała o namiocie?
     Widząc ponurą minę Sophie właściwie nic czego bym się nie spodziewał się nie dowiedziałem.
- Spanie pod gołym niebem jest TAKIE ROMANTYCZNE!!! - Zachwycała się ADHD.
     Tylko potwierdziło się moje założenie.
- Ok. Na najbliższym postoju przeliczymy prowiant. Starajcie się też namierzyć zasięg. Z tego co mi wiadomo jesteś w tym najlepsza Sophie, ale tym razem nie poświęcaj się aż tak. - Przez jakieś 2 sekundy zmuszałem mięśnie twarzy do uśmiechu. Wielce Obrażona Dama tylko zmarszczyła brwi. - Tak poza tym robi się chłodniej a na noc powinno być znacznie zimniej. Ekhem... - Właśnie zdałem sobie sprawę, że czegoś mi brakuje. Mimo że znaczną część niepotrzebnych bagaży zostawiliśmy prześwitujących zza drzew w tamtej części lasu (Większość to były rzeczy Coldy. Znalazła się tam nawet torba z mniejszymi torebkami w środku. Co to jakaś rewia mody?! Sama wybrała obóz przetrwania!!!) z tego co nam pozostało miałem same potrzebne rzeczy więc walizka i plecak były cały czas ze mną. Ale co z... - Widział ktoś moją kurtkę? - Zapytałem na głos.
     Chochlik zrobił minę w stylu "Oops" i wyciągnęła z jednej z toreb moją... Chyba moją kurtkę. Skórzaną... zapewne niegdyś idealnie czarną, skórzaną kurtkę.
- Wiesz, była bardzo pomocna przy szukaniu patyków, no bo przecież nie mogłam pozwolić żeby moja sweet różowa spódniczka się zabrudziła! Mam ich ze sobą tylko kilkanaście rodzajów!
     Patrzyłem na nią z niedowierzaniem. Kilkanaście!!! A ja ze sobą miałem tylko jedną kurtkę... I teraz nie miałem żadnej, a noc zapowiadała się naprawdę wietrzna. Powstrzymałem się jednak od krzyku. Możliwe że po prostu mnie zatkało. W końcu udało mi się coś wymyślić, żeby nie zamarznąć.
- Ekhem... - Odchrząknąłem. Sophie patrzyła na mnie ze współczuciem w oczach, ale się nie odzywała, a ADHD się uśmiechała (!) i patrzyła z oczekiwaniem. - Skoro pozbawiłaś mnie nawet nadziei na ciepłą noc to może chociaż postarajmy się zrobić ognisko na noc, co? Wiem, ognisko w lesie jest więcej niż karalne - możemy spłonąć. Ale innego wyboru nie mamy. Wygląda na to, że pójdzie nam jeszcze wolniej niż zakładałem w najgorszych planach, ale przeżyjemy. - Przypomniałem sobie, jak mało mamy jedzenia, a potem przypomniał mi się mój nóż myśliwski. Czy byłbym w stanie zabić jakieś zwierzę, by przeżyć? Wolałem tego nie wypróbowywać. Wróciłem do przedstawiania planu. - Możemy rozpalać ogniska na noc. Trzeba zatrzymać się na najbliższej łące jaką uda nam się znaleźć, a potem oczyścimy miejsce na ognisko, ogrodzimy znalezionymi kamieniami i zniesiemy drewno. Trzeba to zrobić przed zmierzchem. Później trzeba jeszcze rozłożyć śpiwory. No i potrzebna nam sucha rozpałka. Myślę że jakiekolwiek są te patyki które zebrałaś, nadadzą się na rozpałkę, bo są suche. Przy okazji, ponieważ nie chciałaś zostawić czasopism które ważą prawie tyle co mój plecak, a tylko spowalniają nasz marsz, one też przydadzą się na rozpałkę. - Coldy już otwierała usta żeby zaprotestować, ale powoli się rozkręcałem i z każdą chwilą byłem na nią bardziej wściekły, więc ruchem dłoni pokazałem tylko, że ma siedzieć cicho i kontynuowałem. - Od teraz ja tu dowodzę i dbam żebyśmy tu nie pomarli, więc słuchajcie poleceń. A jeśli Sophie ma jakieś "ale" to możemy o tym porozmawiać. - Spojrzałem groźnie na ADHD. - Nawet się nie sprzeciwiaj, bo mam cię z góry dość. Te wszystkie problemy powstały przez twój irytujący charakter.
     Już się nie uśmiechała. Wyglądała na bliską łez. Wewnątrz może i byłem w szoku z powodu swojego zachowania, ale też zły jak jeszcze nigdy w życiu. To wszystko przez ten jej cyrk z obozem przetrwania. Chciała mieć szkołę "jak przetrwać w dziczy"??? No to ją dostanie. I już nigdy, przenigdy o tym nie zapomni!!!

niedziela, 10 czerwca 2012

Rozdział 9:Sophie Tania Brown

Pociąg odjechał. Pociąg odjechał. Pociąg odjechał. Pociąg odjechał. Pociąg odjechał. Pociąg odjechał. Pociąg odjechał. Pociąg odjechał. Pociąg odjechał. Pociąg odjechał. Pociąg odjechał. Pociąg odjechał.
-Która godzina?- spytałam łamiącym się głosem.
-Już sprawdzam- Coldy wyciągnęła telefon, przejrzała się w nim, puściła oczko i wreszcie sprawdziła godzinę- Jest 15:50, a co?
-No właśnie, przecież już nigdzie nam się nie spieszy!- krzyknął Marcos
-Ojej, Marcosik się zdenerwował. Spokojnie tygrysie!- Coldy najwyraźniej świetnie się bawiła.
Jednak Marcos już jej nie słuchał. Po raz setny wbiegł na górkę i sprawdzał czy pociąg nie wraca.
-Podaj mi mój plecak.
-Ale on jest taki duży i ciężki i sorki, ale brzydki….
-Podaj go!!!!
Coldy szybciutko przyciągnęła mi plecak.
-Dzięki-powiedziałam.
Szybko wyciągnęłam z torby jeden z termosów. Mam nadzieje, że rodzina mi wybaczy, ale musze wypić herbatę  już teraz. Nie wytrzymam do 17!!!Już po pierwszym łyku poczułam się o niebo lepiej.
-Zobaczcie co znalazłam!- Coldy pokazała biały telefon-O dostałam wiadomość. Od Daniela. Nie znam nikogo takiego. Napisze, żeby już mnie więcej nie nękał.
Albo mi się wydaje, albo to mój telefon! Ta dziewczyna zaraz zniszczy moją przyjaźń z Danielem. Marcos właśnie do nas podchodził, ale nie mogłam liczyć na jego pomoc.
-Nie znam cie, może się odczep, ja tu się świetnie bawię- Coldy mówiła głośno co pisze- i wyś…..
-Nie!!!!!-krzyknęłam i szarpnęłam się mocno, żeby móc wstać.
O dziwo głazy puściły. Upadłam na Coldy(przez przypadek) i w ten sposób odebrałam jej telefon. Zdążyłam w samą porę. Uśmiechnęłam się triumfalnie i odwróciłam w stronę Marcosa, żeby wytłumaczyć mu o co chodziło.
-Zobacz jednak kamienie puściły- powiedziałam gdy już stałam do niego twarzą.
Marcos miał strasznie, strasznie zdziwioną minę. Oczy szeroko otwarte i w ogóle.
-Co jest zobaczyłeś ducha?- spytałam
-Em, Sophie…- Powiedziała Coldy z uśmieszkiem i pokazała na miejsce, gdzie jeszcze niedawno byłam uwięziona.
Leżały tam podarte spodnie. Mina mi pobladła. Spojrzałam na moje nogi. Stałam w samych koronkowych majteczkach. W jednej chwili wydałam z siebie taki pisk, że na pewno ludzie w naszym pociągu też to usłyszeli.
-Marcos odwróć się, JUŻ!!!!!- Wrzasnęłam.
-Okej, okej!- Marcos szybko odwrócił się do mnie plecami.-Ale jak ci się podobam wystarczyło powiedzieć, a nie od razu się rozbierać- żartował sobie.
-Ha, ha bardzo śmieszne. Odwróć się jeszcze raz, to pozwę cię o molestowanie!
- Dobra, spokojnie tylko żartowałem. Podać ci twoją walizkę?
-Nie dzięki, sama sobie poradzę. Coldy, możesz mi podać cokolwiek do ubrania?
Coldy uśmiechnęła się niesamowicie szeroko.
-O rany pewnie! Już mam wizje. To podepniemy bluzkę, wsadzimy cię w szpilki, a do tego…
-Coldy, błagam szybciej!
-Już mam!- podskoczyła do swojej walizki i zaraz była koło mnie.- Myślę, że mamy ten sam rozmiar.
Wzięłam do ręki jaskrawo różową spódniczkę mini. Mogłam się tego spodziewać.
-A gdzie jest moja walizka?
-No wiesz, nie znalazłam tam nic ciekawego, więc zrobiłam sobie z niej siedzisko. Ale tu jest strasznie stromo i jak chciałam sobie usiąść to tak jakoś kopnęłam ją- tu czule zerknęła na swoje szpilki sprawdzając, czy nic im nie jest-a ona wpadła do tamtej rzeczki…
-Co?- odparłam zaskoczona. Nie spodziewałam się takiego obrotu sprawy.
-Mogę się odwrócić?- Zapytał Marcos
-Nie! – mimo, że miałam na sobie spódniczkę Coldy, czułam się naga. Była taka krótka!
-Oj nie przesadzaj Sophie! Marcos spójrz i oceń moje dzieło! – mówiąc to w ostatniej chwili zdążyła mi jeszcze rozpuścić włosy.
Marcos się odwrócił i ……
-No wiesz….. chyba widzę klona Coldy….
-Tak się czuje – powiedziałam mu zbierając włosy w kucyk. – I co teraz? Nie mamy ani transportu, ani ja nie mam ubrań…
-Spokojnie damy sobie radę. W końcu i tak jechaliśmy na obóz przetrwania! – Marcos chyba starał się zrobić dobrą minę do złej gry.
Wiem co napisałabym Danielowi.  "Dlaczego ja?!"