środa, 22 sierpnia 2012

Rozdział 13: Efekty poprzedniego wieczoru.


Miałem niezłą wenę. ;) Sorry że tak długo, ale przez 2 miesiące nazbierało się tyle pomysłów, że do następnej noty bym nie wytrzymał. Życzę wszystkim wytrwałości w czytaniu. ;)



     Au, cholera, moja głowa! Kiedy to się wreszcie skończy?! Od rana nic tylko walenie młotem od środka. Jakiś upierdliwy gnom mi tam wlazł podczas snu, czy jak?!
     Przedzieraliśmy się bezustannie przez gęste poszycie lasu. Od kilku godzin nic tylko śpiew ptaków i potok nudnych historyjek Coldy. Niedługo mieliśmy zrobić przerwę obiadową składającą się z kilku marnych przekąsek i znalezionych dzikich owoców. Sophie (która nie wiadomo dlaczego unikała mnie jak ognia cały dzień)  wyglądała już na porządnie zmęczoną. ADHD mimo że starała się sprawiać inne wrażenie, też powoli opadała z sił. Mnie zaczynały pobolewać stopy w terenowych butach. No i było potwornie gorąco. Koszulki lepiły nam się do skóry jakby ktoś polał nas wodą. Trzeba było znaleźć jakieś źródło pitnej wody albo pogodzić się ze śmiercią z odwodnienia.
- Stójcie. - Krzyknąłem w momencie gdy Coldy skończyła kolejną historyjkę.
- Co się stało mój sweet misiaczku?! - Zaniepokojony chochlik znalazł się tuż przy mnie, niby z troski ściskając mnie w pasie.
     Delikatnie zdjąłem z siebie jej ręce, starając się nie pokazywać niezadowolenia.
- Nic nie mówcie. Proszę, chociaż przez chwilę.
     Zamilkły, a ja nasłuchiwałem czegoś, co w gruncie rzeczy mogło być tylko złudzeniem.
     A jednak! Jest woda. Gdzieś na... prawo. Jeśli to woda pitna można by uzupełnić zapasy, a jeśli nie... No zaraz, skoro słychać plusk to musi być strumyk. Ze strumyka można pić. Nareszcie! Specjalnie przecież poszliśmy wgląb lasu gubiąc ścieżkę, tory i wogóle nadrabiając drogi, żeby dotrzeć w końcu w to miejsce. I jesteśmy u celu.
- Strumyk. - Oznajmiłem, uśmiechając się szeroko. - Pójdziemy w prawo i zrobimy przerwę na... Właściwie na wszystko czego nam trzeba. Dacie radę jeszcze kawałek? - Mimo że ja nagle odzyskałem siły sprzed kilku godzin one mogły nie mieć już energii i musiałbym im pomóc.
- Ja dam radę Marcosiku! - Szczęśliwa Coldy już słaniała się na swoich niedorzecznie wysokich szpilkach ale też się uśmiechała. Stłumiłem ponownie niezadowolenie z nowego zdrobnienia i też się do niej uśmiechnąłem.
- A ty Sophie? - Spytałem nieco zażenowaną szatynkę.
- Przeżyję. Chcę się ochłodzić, bo ten upał jest po prostu nie do zniesienia. - Spojrzała na mnie spod zmrużonych powiek, co pewnie miało wyglądać groźnie. - A TY pójdziesz sobie na ten czas DALEKO ode mnie. Zrozumiano?
- Nooo aż tak tępy nie jestem żeby nie zrozumieć. - Odciąłem się. Co ją dziś ugryzło?! Uparła się że jestem jakimś zboczeńcem, jakbym nie wiem co wyprawiał wczorajszej nocy... - To ruszamy.
     Przeszedłem może z 4 metry, gdy usłyszałem za sobą jak coś pada na ziemię. Odwróciłem się. Okazało się, że to Coldy, a nad nią pochyla się Sophie, próbując pomóc jej wstać. Szczegółu że przy okazji wypięła się w moją stronę postanowiłem nie skomentować.
- No dobra Coll... Chodź.
     Stanąłem obok Sophie, na co ta od razu się odsunęła. Kucnąłem i wziąłem zaskoczoną, ale uśmiechniętą Coldy na ręce. Chwyciła mnie za szyję i ruszyliśmy dalej. Myślałem już tylko o czekającej mnie ochłodzie i zupełnie nie zwracałem uwagi na chichot i słowa Coldy, ani na reakcje Sophie.
     Po kilku minutach byliśmy już na miejscu. Posadziłem Coldy nad wodą, wróciłem się po jej walizki, zapowiadając że zaraz wrócę i wróciłem w tempie które można by nazwać ekspresowym. Dziewczyny moczyły nogi, mając już na sobie zamiast super przylegających spodni super krótkie spódniczki. Zacząłem się poważnie cieszyć że obie musiały się ubierać według gustu Coldy. Pierwszy raz miałem takie widoki na codzień.
- Marco, byłbyś taki sweetaśny i nabrał za mnie wody? - ADHD po wczorajszym wieczorze stała się jakoś bardziej znośna, więc nie miałem nawet ochoty odmawiać. Po prostu z westchnieniem ulgi ściągnąłem swoje ciężkie obuwie i przemoczoną koszulkę i położyłem z dala od dziewczyn żeby się nie krzywiły na zapach.
     Po chłodnych kamieniach w wodzie przeszedłem na drugi brzeg strumienia i nabrałem czystej wody do butelek. Powinno starczyć na dobrych kilka dni. Szczęśliwy dzięki nowej nadziei na przetrwanie pomachałem do dziewczyn. Coldy odmachała ze swoim zwyczajnym entuzjazmem, a Sophie stała osłupiała przez chwilę, po czym odwróciła się i zaczęła szeptać coś na ucho chochlikowi. Chwilę później ADHD przywołała mnie do siebie gestem dłoni. Gdy do niej dotarłem patrząc za oddalającą się Sophie, Coll wygłosiła:
- Sophie chce się przebrać. Mówiła że masz nie patrzeć w jej stronę, ale zapewniłam ją że ty będziesz patrzył tylko na mnie. Mam rację, mój sweet chłopaku? - Zarzuciła mi ręce na szyję i spojrzała w oczy. - Bo przecież teraz mamy czas tylko dla siebie... - Szepnęła słodko i zatrzepotała rzęsami.
- Hmmm... - Mruknąłem, niezadowolony. - Coll, sądzę że Sophie wyobraża sobie że w nocy stało się coś więcej niż się naprawdę stało. Mówiłem ci, żebyś szybko schowała te gumki. - Spojrzałem na nią karcąco, choć tak naprawdę nie potrafiłem się już na nią tak wkurzać jak dawniej. - I znów muszę ci powtórzyć, że się nie zgadzam? - Spytałem ponuro.
- Jeeej, Marco... - Pisnęła cichutko. - Nie bądź taki! - Przysunęła się bliżej, na co nie zareagowałem. - Już ci mówiłam! Będę z tobą aż się zgodzisz! I będziemy mieli gromadkę fancy dzieciaczków! Pierwsza dziewczynka będzie się nazywać Barbie, a druga będzie się nazywać... No, to jeszcze wymyślę, a gdyby to byli chłopcy to...
     Przyłożyłem jej palec do ust, tym samym uciszając ją na chwilę.
     Jak ona może wygadywać takie bzury?! NIGDY nie będę z nią robił TEGO, nie mówiąc już o posiadaniu dzieci z NIĄ które ONA będzie nazywać!!! Ileż można?! ILE CZASU MAM JEJ TO POWTARZAĆ?!
- Coldy. - Zacząłem najdelikatniej jak mogłem. - Uspokój się. Mówiłem już, że ten pocałunek... Wogóle ten wieczór to był efekt grzybków z kolacji. I miałaś zapomnieć o tym co robiłem. Miało być tak, jakby nic się nie stało. Uzgadnialiśmy to rano, prawda? Nie, nie będę twoim chłopakiem. Nie, nie będziemy się całować. A już tym bardziej nie planuj nam dzieci, bo nie ma żadnych nas. Jestem ja i...
     Przerwała mi pocałunkiem. Próbowałem ją od siebie oderwać, ale w końcu pociągnęła mnie na dół i wylądowałem leżąc na niej. Próbowałem wstać, ale przycisnęła mnie do siebie z siłą o jaką nikt jej pewnie nigdy nie podejrzewał. Nie pozostało mi nic innego niż odwzajemnić jej gesty i w końcu zranić ją jeszcze bardziej.
     Pogładziłem ją delikatnie po policzku na znak, że się poddaję. Tylko zwiększyła swoje pieszczoty. Oddawałem jej pocałunki aż w końcu oderwała się ode mnie, sapiąc ciężko. Chciałem sturlać się na trawę, ale wciąż mocno mnie trzymała. Uświadomiłem sobie w pełni że moja koszulka leży parę metrów dalej dopiero gdy Coll położyła dłoń na mojej klatce piersiowej.
- Dosyć. Wystarczy, Coll. Niech ci będzie, możemy się całować... - Skrzywiłem się lekko w duchu, ale musiałem przyznać że czerpałem z tych chwil swojego rodzaju satysfakcję. To się chyba nazywa pierwotny instynkt. - Ale pamiętaj: żadnych dzieci. I nie jestem twoim chłopakiem. Jasne? - Szepnąłem, pilnie się jej przyglądając.
     Zrobiła smutną minkę, ale skinęła głową.
- Zobaczysz, kiedyś i tak zmienisz zdanie. - Powiedziała pewna siebie. - Kto by się oparł takiej fency me???
     Tylko westchnąłem i dla sprawdzenia jej reakcji pocałowałem ją delikatnie, prawie natychmiast się odsuwając.
     Zachichotała i spróbowała mnie do siebie przyciągnąć. Nie było tak źle, myślałem że zareaguje gorzej.
- Nie, mówiłem przecież że wystarczy. Teraz mnie puść. Zapomniałaś już, że Sophie też jest z nami?
     W końcu mnie puściła. Pomogłem jej podnieść się z ziemi i dopiero zauważyłem postać siedzącą w "bezpiecznej" odległości od nas, czyli jakieś 20 metrów dalej przy linii drzew. Sophie siedziała do nas tyłem, zatykając sobie uszy.
     O Boże... - Pomyślałem, po czym poczułem okropny ból brzucha. - Teraz to już na pewno moje dowodzenie legnie w gruzach. A zaczynaliśmy być taką zorganizowaną grupą...
     Westchnąłem tak ciężko jak tylko się dało i ruszyłem w stronę chwilowo odciętej od świata towarzyszki niedoli.
- Zostań tu i czekaj na mnie, Coll. - Rzuciłem jeszcze do nadąsanego chochlika.
     Dotarłem w końcu do Sophie i usłyszałem jak dość głośno nuci jakąś nieznaną mi piosenkę. Kucnąłem przed nią. Nie zauważyła tego, ściskała mocno powieki i zatykała uszy aż palce jej pobielały. Przyglądałem się grymasowi na jej twarzy z niesłabnącym uśmiechem. Zastanawiałem się, dlaczego aż tak bardzo nie chce wiedzieć co dzieje się ze mną i Coldy.
     Wstydzi się nas podglądać? Nie lubi takich zachowań? Nie chce zobaczyć, do czego jesteśmy zdolni? A może to z zazdrości? No nie, to ostatnie raczej odpada. Chłopie, weź się w garść... Trzeba jej wytłumaczyć co stało się wczoraj i swoje zachowanie dzisiaj, albo nie będziesz miał drugiej szansy.
     Chwyciłem stanowczo jej ręce i oderwałem od uszu, przybierając trochę skruszony wyraz twarzy. Spojrzała na mnie zaskoczona i chciała się odsunąć, ale przytrzymałem ją za ręce. Patrzyła na mnie z nieskrywaną złością, ale się tym nie przejąłem. W końcu to nie moja wina, że ADHD się do mnie klei.
- Czego chcesz? - Spytała nieprzyjaznym tonem. - Skończyłeś z tą wariatką i teraz przyszedłeś do mnie? Jakoś wolę nie ginąć z powodu jej zazdrości.
- Eh... - Nie wiedziałem jak zacząć. - Słuchaj Sophie, to nie jest tak jak myślisz.
- A ja sądzę, że to jest tak samo ohydne jak myślę. Chociaż możesz mnie oświecić, proszę bardzo. A tak wogóle to najpierw mnie puść. Nie chcę dotykać kogoś, kto przed chwilą robił nie wiadomo co z Coldy!
- Pamiętaj tylko, że nie masz po co próbować uciec. Lepiej mnie wysłuchaj. - Kiwnęła głową, nadal przeszywając mnie wzrokiem. Puściłem jej ręce, a ona od razu odsunęła się jakiś metr.
- Możesz mi to wytłumaczyć z tej odległości.
     Westchnąłem zrezygnowany.
- Mam krzyczeć? Jak chcesz. Chciałem ci tylko wyjaśnić co się stało wczoraj wieczorem i jak to się stało że zastałaś nas na polanie w takiej pozycji. Może jednak się zbliżysz? Tylko o pół metra. - Nie chciałem krzyczeć, żeby Coldy czegoś przypadkiem nie usłyszała i się nie obraziła. - Nic ci przecież nie zrobię.
     Przysunęła się kilka kroków.
- Słucham. Tylko bez dokładnych szczegółów. Nie chcę wiedzieć co i jak robiliście. - Skrzywiła się, zniesmaczona.
- Więc tak... - Zacząłem spokojnie. - Jak już mówiłem, to nie tak jak myślisz. Wczoraj wieczorem między mną a Coll do niczego nie doszło. Po prostu nazbieraliśmy trochę grzybów do złudzenia przypominających te jadalne i straciliśmy... - Odchrząknąłem. - Trochę straciliśmy na logicznym myśleniu. Jakoś tak poszło... Coldy wyciągnęła pianki, a potem jakoś tak przestałem myśleć o kłopotach... - Odwróciłem wzrok na trawę, lekko speszony. - No i się pocałowaliśmy. A potem ona kompletnie mnie zaskoczyła wyciągając "tę rzecz" z plecaka i wymachując nią w powietrzu. Daj mi skończyć. - Powiedziałem, słysząc jak nabiera powietrza, żeby mi przerwać. - Ale kazałem jej to schować i więcej nie wyjmować. Tak sobie pomyślałem, że nie chciałabyś tego zobaczyć. Pech chciał, że chyba jednak zobaczyłaś. - Spojrzałem na nią. Miała ściągnięte brwi, ale już przynajmniej się nie krzywiła. - No a potem trochę nas poniosło, ale nie aż tak jak myślisz. Coll rozwaliła trochę rzeczy próbując się przebrać w jak najbardziej kuse ciuchy, no i przy okazji ja zostałem w bieliźnie... No nie patrz tak na mnie, w nocy było gorąco, spodni pozbyłem się sam. Nie pozwoliłem jej ich tknąć. - Nie wyglądała na przekonaną, ale kontynuowałem. - A kiedy wstałem rano przykryłem ją moją bluzą, żebyś nie doznała wstrząsu na widok ADHD leżącej w samej bieliźnie. No ale tu też się chyba trochę przeliczyłem. A potem ustaliliśmy, że będziemy się zachowywać, jakby nic się nie stało... I tu z kolei ja się przeliczyłem. W każdym bądź razie przepraszam cię, że zastałaś nas tak wracając z lasu. Wychodzi na to, że nie uda mi się jej teraz pozbyć, więc... - Gdybym mógł się zarumienić, pewnie teraz wyglądałbym jak ostatni kretyn cały różowy gapiąc się w trawę. - Bardzo cię proszę, żebyś przez jakiś czas tolerowała nasze wybryki. Przyrzekam, postaram się na ten czas schodzić ci z drogi, żebyś nas nie widziała. Poza tym do niczego poważnego nie dojdzie, więc o dźwięki też się nie martw. Zgoda? - Spojrzałem jej prosto w oczy, mobilizując pozostałą pewność siebie. - Wolałbym, żebyśmy wszyscy trzymali się razem. - Dodałem poważnie.
     Przez chwilę przyglądała mi się z nieodgadnionym wyrazem twarzy, a potem powoli skinęła głową.
- Przysięgasz, że nic się nie stało i się nie stanie, tak?
- Tak. - Pozwoliłem sobie na lekki uśmiech. - Nie będziemy cię niepokoić. Zresztą nic jej nie mów, ale postaram się to przerwać tak szybko jak się da. - Spojrzałem na Coldy chodzącą po kamieniach w strumyku. - Tylko że nie mogę tak od razu, bo to nie skutkuje. Chyba muszę jej się po prostu znudzić. - Uśmiechnąłem się wesoło, wracając do rzeczywistości i patrząc na lekko zdziwioną Sophie. - No dobrze, a teraz skoro już to załatwiliśmy, idziemy złapać kilka ryb. Te w strumieniu może nie są wielkie, ale jeśli uda nam się je złapać będziemy mieli kolację. Lepiej chodź, bo każdy łapie je dla siebie.
     Podniosłem się i poszedłem wolnym krokiem w stronę wody, obserwując Coldy, która własnie uzupełniała zapasy picia dla Sophie. Dopiero po chwili usłyszałem jak szatynka również wstaje i podąża za mną. Właśnie miałem pozwolić sobie na moment ulgi, gdy zobaczyłem, że Coldy wpada do wody. Bez namysłu pobiegłem i ją wyciągnąłem.
     Zakrztusiła się, ale żyła. Po długim ataku kaszlu położyła się na trawie. Przykryłem ją znów moją bluzą, żeby było jej cieplej. Dosnałem sporego szoku widząc, że bluza ma na sobie sporą czerwoną plamę. W pierwszym odruchu sprawdziłem czy Coll nie ma żadnych obrażeń. Niestety szybko przekonałem się, że to ja zostawiłem krwawy ślad zarówno na swojej bluzie jak i na ramieniu ADHD. Nagle zrobiło mi się słabo. Dłoń płonęła żywym ogniem, wypuszczając czerwoną stróżkę ściekającą na trawę.
     Byłem bardzo blisko załamania i zasłabnięcia i chyba tylko siłą woli zatkałem nos i nie zemdlałem. Starałem się nie patrzeć na kilkucentymetrowe nieregularne rozcięcie na dłoni, jednocześnie unikając spojrzeń dziewczyn. Dla tych którzy nigdy nie znaleźli się w takiej sytuacji - było to niemal niewykonalne. Chciałem się podnieść i coś zrobić, ale zapach krwi był wyczuwalny nawet przy oddychaniu ustami. Nogi odmówiły mi posłuszeństwa.
- Marcos! - Krzyknęły dziewczyny, niemal jednocześnie.
- Misiaczku, wszystko w porządku?
     O co ta idiotka pyta?! Nic nie jest w porządku! Krew! Ta rana jest okropna, do cholery! TO CHOLERNIE BOLI!!! CO MA BYĆ W PORZĄDKU?!
- Marcos, nie ruszaj się! Przyniosę apteczkę! - Sophie ruszyła się z miejsca i poleciała do swoich toreb.
     O, w końcu ktoś rozsądny... Boże, dlaczego ten chochlik płacze?! Nie czas się rozklejać, zwłaszcza, że to nie ona jest ranna!!!
     Nie byłem w stanie ani się poruszyć, ani cokolwiek powiedzieć. Starałem się po prostu nie zemdleć. Przestałem nawet uważać, żeby nie zauważyły mojej słabości. Po prostu dopadła mnie niema panika.
- Marco, pokaż mi tę dłoń. - Coldy zebrała się w sobie i starała się udawać dzielną. - Zobaczysz, twoja princess da sobie z tym radę!
     O czym ona gada? Trzeba poczekać na apteczkę i to opatrzyć. Co ona niby może zrobić bez środków medycznych?!
     Coldy wzięła moją dłoń w swoje ręce i dotknęła miejsca koło rany. Syknąłem z bólu i wyrwałem dłoń.
- Uważaj co robisz, ADHD! - Bóz zaślepił mnie do tego stopnia, że nie zastanawiałem się nawet nad tym, co mówię. Chciałem tylko, żebo przestało boleć. - Przydałoby ci się trochę pomyśleć, zanim zaczniesz cokolwiek robić. Niech ktokolwiek coś z tym w końcu zrobi!!! - Wydarłem się w powietrze, zaciskając z całej siły powieki. Dłoń paliła jakby ktoś mi ją piłował rozpaloną do czerwoności piłą centymetr po centymetrze.
     Niech to się skończy, niech to się skończy, niech to się skończy...
     Poczułem uścisk na nadgarstku i ostry głos Sophie:
- Coldy, teraz musisz przytrzymać jego drugą rękę. Cokolwiek się stanie, nie wolno ci jej puścić, rozumiesz? Nawet żeby zatkać uszy, bo będzie krzyczał.
     Usłyszałem jak przez mgłę słowa szatynki, a potem ciche chlipnięcie chochlika. Po chwili Coldy bardzo mocno przytrzymywała mi rękę za plecami.
- Marcos. - Powiedziała wyraźnie Sophie. - Wytrzymaj. I nie ruszaj się, bo to dla twojego dobra. Oszczędzę ci szczegółów, po prostu współpracuj.
     Nie odpowiedziałem. Byłem zajęty zaciskaniem zdrowej pięści.
     Po chwili poczułem, jak coś zagłębia się w ranie. Zacisnąłem zęby i wysyczałem:
- Pasek. Coldy, wsadź mi pasek między zęby, bo je stracę.
     To był ostatni przebłysk mojego zdrowego rozsądku. Potem byłem już w stanie tylko zagryzać pasek ze swoich spodni, zaciskać pięści, włącznie z tą chorą, co wcale nie pomagało, i wierzgać całym ciałem. Czułem się jak u kata na torturach. Sophie najpierw wyjęła coś ostrego z mojej dłoni, potem polała ją wodą utlenioną, od czego aż wygiąłem się w łuk i padłem na ziemię, a potem dopiero założyła opatrunek.
     Rozluźniłem szczęki i skrajnie wyczerpany nareszcie zemdlałem.

niedziela, 19 sierpnia 2012

Rozdział 12: Sophie Tania Brown

Nakryłam głowę śpiworem i mocno zacisnęłam powieki.Nigdy więcej nie będę pić tyle przed spaniem! Człowiek chce spokojnie wyjść z namiotu i co widzi? Coldy machającą prezerwatywami! Jak ja mam teraz spokojnie spać?! Gdy tylko próbowałam zasnąć widziałam przed oczyma tą samą scenę: Coldy całuje Marcosa, on delikatnie ściąga jej koszulkę....zawsze szybko się rozbudzam. Nie chcę wiedzieć co oni tam robią. A na pewno nie chcę tego widzieć!Przeleżałam tak całą noc. Postanowiłam wstać, kiedy słońce świeciło już na niebie. Spojrzałam na komórkę. Była 9:17. To chyba neutralna godzina na wstanie.Wyszłam z namiotu i od razu zakręciło mi się w głowie od nie przespanej nocy. Obejrzałam się w poszukiwaniu jakiegoś dowodu, że to co widziałam wczoraj, po prostu mi się przewidziało. Dookoła leżało trochę ubrań. Mam nadzieję, że czystych. Coldy spokojnie spała sobie przy miejscu, gdzie wczoraj było ognisko...przykryta bluzą Marcosa! W nocy było strasznie ciepło, nawet ja spałam niczym nie nakryta. A Coldy? Mam nadzieje, że ma na sobie piżamę! Skoro o tym mowa, to gdzie jest Marcos?
Jak na zawołanie za moimi plecami usłyszałam jego głos:
-O, hej Sophie! Wcześnie wstałaś.
Przez chwile stałam bez ruchu, bojąc się odwrócić w jego kierunku. Kiedy wreszcie to zrobiłam, Marcos grzebał w torbie, w poszukiwaniu jedzenia. Na szczęście był ubrany...prawie. Miał na sobie jedynie krótkie spodenki. Zawstydzona szybko przeniosłam wzrok na namiot stojący obok.
- Choć, wybierz coś sobie.
Niechętnie podeszłam do niego, po drodze dokładnie patrząc, gdzie stawiałam stopy. Gdzieś tu mogła leżeć zużyta guma! Fuj!! Ostrożnie przykucnęłam obok plecaka i delikatnie dwoma palcami odchyliłam ścianki plecaka. Marcos przyglądał mi się z rozbawieniem.
- Spodziewasz się tam jakiegoś leśnego potwora?
Zignorowałam jego pytanie. Postanowiłam szybko wyciągnąć jakąś bułkę. Bałam się, że Coldy pomyśli, że przystawiam się do Marcosa, spędzając z nim dużo porannego czasu i w ramach zemsty zepchnie mnie z pierwszego lepszego wzniesienia prosto w przepaść. A nie chce zginąć w jakiejś nieokrzesanej Ameryce!
Znalazłam bułkę i ostrożnie poszłam w kierunku namiotu. Czułam na sobie wzrok Marcosa.
-Sophie, coś się stało?
-Nie.-dalej ostrożnie szłam naprzód-Czemu pytasz?
-Po prostu...dziwnie się zachowujesz.
-Ach, dziewczyna nie łasi się do twoich nóg i już jest dziwna?!-Wyrwało mi się.
-O co ci chodzi?-zaczął z zakłopotaną miną-...Jaka dziewczyna...chodzi ci o...-nagle zrozumiał-ty myślisz, że ja....i Coll....że my...
-Zniczego nie musisz mi się tłumaczyć.-dochodziłam już do namiotu- z tego co zrozumiałam na historii, Ameryka to wolny kraj.-Klęknęłam koło wejścia-Zjedzmy śniadanie, idźmy dalej i...proszę nie poruszajmy tej sprawy.
-Ale Sophie, my naprawdę...-zaczął znowu.
-Spokojnie, nikomu nie powiem. Ale nie mieszajcie mnie do tego.-Zniknęłam w namiocie.
Przesiedziałam tam z godzinę. Słyszałam, że Coldy już wstała. Rozmawiała chwilę z Marcosem. Gdy skończyli Marcos gdzieś poszedł. Niedługo potem wyszłam z namiotu.
-Witaj sweetaśna, śpiąca królewno!!!-Zaświegotała na powitanie- Marcos poszedł rozejrzeć się, w którą stronę mamy iść. Chcesz śniadanko???
-Nie dziękuję. Ale skoro nie ma Marcosa, to chciałabym się przebrać.
-Ach,rozumiem.-Puściła do mnie oczko-Chcesz go zaskoczyć?!Tylko mi go nie odbijaj!!!-Powiedziała to ze śmiechem, mnie jednak po plecach przebiegł dreszcz.-Choć, wybierz co chcesz!-Złapała mnie za rękę i pociągnęła do walizki.
-Wiem!-Krzyknęła gdy klęknęłyśmy obok walizki.-Idź szybko,ubierz tą sweetaśną bluzeczkę, a do tego te super slim jeansy!
Posłusznie wzięłam ubrania i poszłam się przebrać.Kiedy wróciłam Coldy była ubrana w do złudzenia podobne ubrania.
-Wyglądamy tak sweetaśnie!!! Jak chcesz, możemy poozdabiać jeszcze ubrania cekinami i brokatem...
-Nie!..To znaczy, nie trzeba Coldy, naprawdę. Może pozbieramy nasze rzeczy nim Marcos wróci?
-Ok, jeśli tego chce moja sweet przyjaciółka, mogę to zrobić dla Marco....ach, Marco-rozmarzyła się- nie masz pojęcia jak on całuje...
-Uwierz mi, nie chcę wiedzieć. Bierzmy się do pracy.
Kiedy Marcos wrócił, cały obóz był już gotowy do drogi.
-Rany dziewczyny, zrobiłyście kawał dobrej roboty.-Powiedział, uśmiechięty.-Musimy iść na północ, więc ruszajmy!
-Co rozkarzesz, Marco-Coldy mrugnęła do niego i ruszyła na przód-Witaj nowa przygodo!-Krzyknęła przebijając się przez pobliskie krzaki.
Ruszyłam za nią, bojąc się zostać sam na sam z Marcosem. Po chwili dołączył do nas, targając torby.
-Marco, mój bohaterze, jaki ty jesteś silny!-Kokietowała go Coldy, co on przyją cichym wzdechnięciem rezygnacji- Opowiadałam wam, jak pewnego dnia Bridgit poszła z takim jednym facetem...
I zaczęła opowiadać długą, nudną i jakże podobną do jednego z głupich filmów jakie Coldy mi streściła historię.Ale z drugiej strony byłam jej wdzięczna,że opowiada tę historie,a nie ze szczegółami wczorajszą noc.