niedziela, 19 sierpnia 2012

Rozdział 12: Sophie Tania Brown

Nakryłam głowę śpiworem i mocno zacisnęłam powieki.Nigdy więcej nie będę pić tyle przed spaniem! Człowiek chce spokojnie wyjść z namiotu i co widzi? Coldy machającą prezerwatywami! Jak ja mam teraz spokojnie spać?! Gdy tylko próbowałam zasnąć widziałam przed oczyma tą samą scenę: Coldy całuje Marcosa, on delikatnie ściąga jej koszulkę....zawsze szybko się rozbudzam. Nie chcę wiedzieć co oni tam robią. A na pewno nie chcę tego widzieć!Przeleżałam tak całą noc. Postanowiłam wstać, kiedy słońce świeciło już na niebie. Spojrzałam na komórkę. Była 9:17. To chyba neutralna godzina na wstanie.Wyszłam z namiotu i od razu zakręciło mi się w głowie od nie przespanej nocy. Obejrzałam się w poszukiwaniu jakiegoś dowodu, że to co widziałam wczoraj, po prostu mi się przewidziało. Dookoła leżało trochę ubrań. Mam nadzieję, że czystych. Coldy spokojnie spała sobie przy miejscu, gdzie wczoraj było ognisko...przykryta bluzą Marcosa! W nocy było strasznie ciepło, nawet ja spałam niczym nie nakryta. A Coldy? Mam nadzieje, że ma na sobie piżamę! Skoro o tym mowa, to gdzie jest Marcos?
Jak na zawołanie za moimi plecami usłyszałam jego głos:
-O, hej Sophie! Wcześnie wstałaś.
Przez chwile stałam bez ruchu, bojąc się odwrócić w jego kierunku. Kiedy wreszcie to zrobiłam, Marcos grzebał w torbie, w poszukiwaniu jedzenia. Na szczęście był ubrany...prawie. Miał na sobie jedynie krótkie spodenki. Zawstydzona szybko przeniosłam wzrok na namiot stojący obok.
- Choć, wybierz coś sobie.
Niechętnie podeszłam do niego, po drodze dokładnie patrząc, gdzie stawiałam stopy. Gdzieś tu mogła leżeć zużyta guma! Fuj!! Ostrożnie przykucnęłam obok plecaka i delikatnie dwoma palcami odchyliłam ścianki plecaka. Marcos przyglądał mi się z rozbawieniem.
- Spodziewasz się tam jakiegoś leśnego potwora?
Zignorowałam jego pytanie. Postanowiłam szybko wyciągnąć jakąś bułkę. Bałam się, że Coldy pomyśli, że przystawiam się do Marcosa, spędzając z nim dużo porannego czasu i w ramach zemsty zepchnie mnie z pierwszego lepszego wzniesienia prosto w przepaść. A nie chce zginąć w jakiejś nieokrzesanej Ameryce!
Znalazłam bułkę i ostrożnie poszłam w kierunku namiotu. Czułam na sobie wzrok Marcosa.
-Sophie, coś się stało?
-Nie.-dalej ostrożnie szłam naprzód-Czemu pytasz?
-Po prostu...dziwnie się zachowujesz.
-Ach, dziewczyna nie łasi się do twoich nóg i już jest dziwna?!-Wyrwało mi się.
-O co ci chodzi?-zaczął z zakłopotaną miną-...Jaka dziewczyna...chodzi ci o...-nagle zrozumiał-ty myślisz, że ja....i Coll....że my...
-Zniczego nie musisz mi się tłumaczyć.-dochodziłam już do namiotu- z tego co zrozumiałam na historii, Ameryka to wolny kraj.-Klęknęłam koło wejścia-Zjedzmy śniadanie, idźmy dalej i...proszę nie poruszajmy tej sprawy.
-Ale Sophie, my naprawdę...-zaczął znowu.
-Spokojnie, nikomu nie powiem. Ale nie mieszajcie mnie do tego.-Zniknęłam w namiocie.
Przesiedziałam tam z godzinę. Słyszałam, że Coldy już wstała. Rozmawiała chwilę z Marcosem. Gdy skończyli Marcos gdzieś poszedł. Niedługo potem wyszłam z namiotu.
-Witaj sweetaśna, śpiąca królewno!!!-Zaświegotała na powitanie- Marcos poszedł rozejrzeć się, w którą stronę mamy iść. Chcesz śniadanko???
-Nie dziękuję. Ale skoro nie ma Marcosa, to chciałabym się przebrać.
-Ach,rozumiem.-Puściła do mnie oczko-Chcesz go zaskoczyć?!Tylko mi go nie odbijaj!!!-Powiedziała to ze śmiechem, mnie jednak po plecach przebiegł dreszcz.-Choć, wybierz co chcesz!-Złapała mnie za rękę i pociągnęła do walizki.
-Wiem!-Krzyknęła gdy klęknęłyśmy obok walizki.-Idź szybko,ubierz tą sweetaśną bluzeczkę, a do tego te super slim jeansy!
Posłusznie wzięłam ubrania i poszłam się przebrać.Kiedy wróciłam Coldy była ubrana w do złudzenia podobne ubrania.
-Wyglądamy tak sweetaśnie!!! Jak chcesz, możemy poozdabiać jeszcze ubrania cekinami i brokatem...
-Nie!..To znaczy, nie trzeba Coldy, naprawdę. Może pozbieramy nasze rzeczy nim Marcos wróci?
-Ok, jeśli tego chce moja sweet przyjaciółka, mogę to zrobić dla Marco....ach, Marco-rozmarzyła się- nie masz pojęcia jak on całuje...
-Uwierz mi, nie chcę wiedzieć. Bierzmy się do pracy.
Kiedy Marcos wrócił, cały obóz był już gotowy do drogi.
-Rany dziewczyny, zrobiłyście kawał dobrej roboty.-Powiedział, uśmiechięty.-Musimy iść na północ, więc ruszajmy!
-Co rozkarzesz, Marco-Coldy mrugnęła do niego i ruszyła na przód-Witaj nowa przygodo!-Krzyknęła przebijając się przez pobliskie krzaki.
Ruszyłam za nią, bojąc się zostać sam na sam z Marcosem. Po chwili dołączył do nas, targając torby.
-Marco, mój bohaterze, jaki ty jesteś silny!-Kokietowała go Coldy, co on przyją cichym wzdechnięciem rezygnacji- Opowiadałam wam, jak pewnego dnia Bridgit poszła z takim jednym facetem...
I zaczęła opowiadać długą, nudną i jakże podobną do jednego z głupich filmów jakie Coldy mi streściła historię.Ale z drugiej strony byłam jej wdzięczna,że opowiada tę historie,a nie ze szczegółami wczorajszą noc.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz