sobota, 22 września 2012

Rozdział 15:Sophie Tania Brown

Jak on mógł to zrobić!!!!Wydawał się całkiem fajny, a tymczasem.....on....on mnie wykorzystał!!!!!!!Z wściekłości miałam łzy w oczach.Idiotka ze mnie!!!!! Przecież od początku podejrzewałam, że zależy mu tylko na jednym!!!! Ale tak przekonywał, że to wina Coldy!!!! A ja, kretynka mu uwierzyłam!!!! Przez niego tracę wiarę w ludzi!!!! I do tego Coldy też musiała się poczuć zraniona. Przynajmniej ja na jej miejscu tak bym się poczuła. Pewnie zaraz za mną przybiegną. Coldy, żeby mnie spoliczkować, jak ja Marcosa.A Marcos żeby się tłumaczyć, że "to nie tak jak myślę". Zaczełam biec, tak szybko, na ile pozwoliły mi szpilki od Coldy. Gdy byłam maksymalnie wyczerpana, znalazłam dość przyzwoite(jak na las) miejsce do krótkiego postoju. Miałam ochotę zdjąć te niemoralnie wysokie buty, ale wtedy musiałabym iść boso po lesie, a zdawałam sobie sprawę, że nie uszłabym tak nawet 100 metrów. Zdesperowana wyciągnęłam jeden z termosów z zimną już herbatą i wypiłam przynajmniej pół jego zawartości. Siedziałam tak i rozmyślałam nad tym, co niedawno się wydarzyło. I niepotrzebnie, bo po chwili wręcz mnie nosiło ze złości. Nie mogę tak siedzieć, musze coś zrobić, bo jak spodkam Marcosa, albo Coldy to nie ręczę za siebie!!!
Z nową dawką nienawiści i herbaty we krwi, ruszyłam przed siebie. Znalazłam jakąś wydeptaną dróżkę. Super, niech zjedzą mnie jeszcze dzikie świnie!!!! Szczerze nienawidzę Ameryki!!! Szczerze nienawidzę Amerykanów!!!! Szczerze nienawidzę chłopaków z ameryki!!!!!
Nagle stanełam jak wryta przed sklepem spożywczym. Świetnie, nawet amerykańskie sklepy stoją tam, gdzie człowiek chce przejść!!!!! Zła weszłam do sklepu, chcąc wygarnąć sprzedawcy co o nim myślę, ale to był tylko miły starszy pan, więc kupiłam gumę i wyszłam. Skoro sklep stoi mi na drodze, to muszę się cofnąć i znaleźć inną drogę. Szczerze nienawidzę budujących amerykańskie sklepy!!!!! Pewnie to byli mężczyźni!!! Skręciłam z drogi w głąb lasu i po paru minutach znowu zaczęłam wyliczanie, czego nienawidzę w Ameryce. Wyciągnęłam kupioną paczkę gum i wzięłam dwie, żeby ochłonąć. Kto stawia sklepy w środku lasu!!!! Chyba tylko Amerykanie!!!!!Doszłam do rzeki. Pewnie to ta sama, przy której jest nasz obóz. Usiadłam nad jej brzegiem i przejrzałam się swojemu odbiciu. Obraz nędzy i rozpaczy. Umyłam twarz i ułożyłam poszarpane przez gałęzie włosy. Kiedy kończyłam, usłyszałam za sobą cichy pisk szczęścia. Gdy się odwróciłam, zobaczyłam Coldy całą w skowronkach.
-Sophie!!!!!!-Dobiegła do mnie cały czas piszcząc.-Jak dobrze, że cię znalazłam.Wiesz, jak daleko jesteśmy? Prawie złamałam mój sweet obcasik na jakimś kamieniu!!!!!-popatrzyła za smutkiem na buty, ale po chwili przypomniała sobie, że też tu jestem.-Choć nie będziemy tak siedzieć. Znajdźmy jakieś sweet owocki do jedzenia. Od tego szukania zgłodniałam, a w torebce mam tylko telefon i sweet jednorożca!!!!
Szłyśmy w milczeniu, aż Coldy nie wytrzymała.
-Dobrze znam twój ból. Wiem, że Marcos nie jest najlepszy w te klocki, miałam nawet zamiar mu to powiedzieć....
-Coldy nie chodzi o to, tylko po prostu....-Nie skończyłam zdania, bo przed nami wyrósł jak z podziemia wielki niedźwiedź!!!!
Z przerażenia zabrakło mi powietrza.Coldy zrobiła wielkie oczy i już myślałam, że zacznie krzyczeć z przerażenia, jednak ona rozłożyła ręce jak do uścisku i zaczęła iść w jego kierunku.
-Jejciu, jaki jesteś sweet!!!! Choć, przytul się do mnie!!!!!
-Coldy nie!!!! To prawdziwy niedźwiedź, a nie zabawka!!!-Ale Coldy nic sobie z tego nie zrobiła.
Nagle usłyszałam huk, jak od wystrzału, a potem zobaczyłam Coldy leżącą na ziemi i niedźwiedzia uciekającego w popłochu.
-Coldy nic ci nie jest?!-Uklęknęłam przy niej.
-Co się...-Coldy otworzyła oczy i nagle podskoczyła z ziemi do pozycji pionowej.-Gdzie mój sweet misiaczek??? Co się wogóle stało???
Nim odpowiedziałam usłyszałam męski głos.
-Nic wam nie jest?
Super kolejny chcący pomóc chłopak z ameryki!!! Wstałam i odwróciłam się w stronę, z której nadchodził głos.
Stał tam blondyn, ubrany w bluzkę na krótki rękaw i znoszone spodnie. W ręku trzymał strzelbę myśliwską. Podszedł do nas i powtórzył pytanie.
-Nie,chyba nie.- Odpowiedziałam niepewnie.-Coldy jest w lekkim szoku.-To mówiąc pokazałam na Coldy, która z zawiedzoną miną szła w naszym kierunku.
-To był duży okaz niedźwiedzia.-Jakbym sama nie zauważyła.-Połknął by was dwoma kęsami. Macie szczęście, że byłem w pobliżu.-Uśmiechnął się. Mógł być w naszym wieku, ewentualnie o rok starszy.-Jestem Matt.-Podał ręke na przywitanie.
-Ja jestem Coldy, a moja sweet przyjaciółeczka to Sophie.-Coldy energicznie potrząsneła ręką Matta.
-Miło mi.Co robiłyście same w środku lasu?
-To długa historia, ale po prostu się zgubiłyśmy.A ty zawsze czekasz w lesie,aż kogoś zaatakują niedźwiedzie?
Zaśmiał się.
-Nie. Chodze czasami na polowanie z ojcem. Takie nasze męskie zajęcie. Już mieliśmy wracać, ale na szczęście usłyszałem wasz krzyk i wróciłem sprawdzić co się stało.
-Mieszkasz w lesie? O,pewnie w takim fency domku na drzewie!!!-Coldy była zachwycona naszym nowym towarzyszem.
-W lesie? Nie, skąd! Miasto leży kilometr z tąd. Zawieść was do domu?
-Matt,co się stało?-Podszedł do niego mężczyzna w średnim wieku, ubrany podobnie jak on.-Znalazłeś niedźwiedzia?-Podszedł i zobaczył nas.-A kim są te dziewczyny?
-Jestem Sophie, a to Coldy. Zgubiłyśmy się w lesie, a nasze miasto leży przynajmniej 80kilometrrów z tąd.
-Nie martwcie się. Zawieziemy was do miasta, stamtąd będziecie mogły zadzwonić po rodziców. Był z wami ktoś jeszcze?
W tej chwili z krzaków wyszedł Marcos, z liśćmi we włosach i cały w szoku.
-Sophie, Coldy, nareszcie was znalazłem!!! Usłyszałem huk i pomyślałem, że na pewno musicie tu być.Wiecie jak się o was bałem?-Zobaczył naszego wybawcę i jego ojca.-Co to za faceci?
-Marcosik!!!!-Coldy z piskiem żuciła się na niego i pocałowała w policzek.
Bezczelny, jeszcze nas szukał!!! Myśli, że tak po prostu zapomnę co zrobił? Biedna Coldy znowu dała mu się omamić.Wpadłam na genialny pomysł. Niech poczuje się jak zraniona Coldy!!!
-To Matt i jego ojciec.-To mówiąc objełam Matta i uśmiechnęłam się do niego.-Uratował nas przed niedźwiedziem.Zawiozą nas do miasta,żebyśmy mogły wezwać pomoc. Jedziesz z nami???
Marcos miał najgłupszą minę, jaką widziałam w życiu! Ojciec Matta, zawołał nas do samochodu.Poszłam z Mattem przodem. Także obiął mnie w talii i prowadził obok siebie.
Pochyliłam się do jego ucha i szepnęłam "Dziękuje".Spojrzałam triumfalnie na Marcosa, który nadal z tą samą miną, szedł z Coldy zawieszoną na ramieniu i udawał, że słucha jej zwierzeń z samotnej wycieczki.
-...i wtedy powiedziałam do jednorożca....-usłyszałam, gdy wchodziłam do terenówki Matta.
Na szczęście obok mnie usiadła Coldy.Marcos zamknął drzwi i ruszyliśmy w kierunku miasta słuchając przygód Coldy w lesie.

Rozdział 14: Coldy Canavan


-Oh, God i co mamy teraz zrobić?- powtórzyłam już chyba z trzeci raz, chodząc wokoło. W miejscu powstał już mały dołek. Patrząc na Marcosa nie mogłam się jednak oprzeć od myśli, że wygląda on jak śpiąca królewna. Dobra, do sweet królewny mu trochę brakuje, ale na ślicznego śpiącego królewicza się nadaje.
-Coldy, spokojnie, on tylko zemdlał- odparła Sophie, chowając resztki bandaża do swojego plecaka.
-Jak to zemdlał?! On nie żyje!!- wzburzyłam się. Obchodząc biednego Marcosika zastanawiałam się nad ewentualnymi wyjściami. Wrzucenie do rzeki nie wchodziło w rachubę, a nie mamy tasaka do posiekania kości i zakopania w lesie. A podobno z filmów można się wiele nauczyć... Hmm...- A jakby tak zrzucić Marcosa z jakiejś skarpy, przykryć jego plecakiem i uciec do Teksasu jako sieroty z patologicznej rodziny?
-Marcos żyje!- zdenerwowała się Sophie, buszując w plecaku i mrucząc coś o mojej patologii.
Odetchnęłam z ulgą. A więc Marcosik żyje! Jejku, a ja już myślałam, że do końca życia będę musiała się ukrywać w polu kukurydzy!
-To ratujmy go! Dobra, co ci potrzeba? Pobiec po pomoc? Może rozpalić ognisko, żeby wiedzieli, gdzie jesteśmy? O, wiem, wejdę na drzewo i...
-Podaj mi wodę- rzuciła Sophie, pochylając się nad Marcosem i klepiąc go w policzek.
-No tak też można - odparłam, jednak byłam trochę zawiedziona, że nie będę mogła wykorzystać swojej wiedzy z kryminałów. Schyliłam się po swoją torbę. Pianki, szczotka, lokówka, mój sweet pamiętnik, jednorożec, nożyczki, spinki do włosów... Wyjęłam komórkę. O, jest zasięg. Szybko połączyłam się z bezprzewodowym internetem i zmieniłam status na facebooku na "w związku". 
Gdzieś tak na zachód musiało być jakieś miasto, bo internet był naprawdę szybki. Musiałam też oczywiście wstawić nową sweet focię. 





Pośpiesznie wysłałam też wszystkim znajomym esa , jak świenie się bawię na wakacjach ze swoją fancy przyjaciółką i CHŁOPAKIEM, po czym schowałam komórkę i z braku wody wyjęłam flakonik perfum. Żeby Marcos wiedział, że to ja go uratowałam, odkręciłam zakrętkę i wylałam na niego całą zawartość buteleczki.
-Coldy, to miała być WODA!- zdenerwowała się moja fancy kumpelka, nadal klęcząc nad moim sweet chłopakiem. Gdy tylko do nozdrzy chłopaka dostała się supermocna woń moich perfum, Marcos otworzył oczy zmieszany, pokasłując.
-Wiedziałam, że tu tylko Beyonce pomoże- oświadczyłam z triumfem. Przecież to właśnie ja przed chwilą ocaliłam życie Marcosa.
-Hej, dobrze się czujesz?- zapytała oszołomionego chłopaka Sophie. Widząc, że Marcosowi włączył się jakiś dziwny tik oczny, Sophie wytarła jego twarz jedwabną husteczką. Chłopak uśmiechnął się, podparł na ramionach, po czym ku zdziwieniu wszystkich pocałował Sophie. Szybko odskoczyła, z chęcią mordu w oczach spoliczkowała go i odbiegła w głąb lasu. Chłopak równie zdziwiony jak Sophie powoli się podniósł, co zaskutkowało spadnięciem spodni, do których pasek leżał na ziemii.
-Teraz to już nie mam ochoty- oświadczyłam, patrząc wymownie na dolną część jego ciała. A co, niech nie myśli, że może mieć nas obie. Parę sekund potem usłyszeliśmy szelest. Z krzaków ponownie wychynęła Sophie, zakrywając rumieniec na twarzy. W mojej fency spódniczce wyglądała
tak sweet jak Blair z "Plotkary". Marcos szybko podciągnął spodnie.
-Zapomniałam herbaty- oświadczyła dziewczyna, chwytając swoją torbę. Marcos podszedł do niej, próbując coś powiedzieć, lecz zarobił kolejnego plaskacza. Jak już Marcosik mnie przeprosi, to muszę pamiętać, żeby bić go tylko w prawy policzek. Mój chłopak nie może przecież mieć do połowy wklęsłej twarzy! Sophie szybkim krokiem i z podniesioną głową odeszła.
-Coldy...- zaczął powoli Marcos. Nagle zaświtało mi w głowie. No jasne!
-Romans kontrolowany dla urozmaicenia doznań, czyż nie?- poruszyłam brwiami, podchodząc do chłopaka. - Ale czy aż tak się sobie znudziliśmy? We wszystkich serialach zdrada następuje zwykle po 129 dniach!- zrobiłam minkę kota ze Shreka. Gdybym nie bała się o swój makijaż, to na pewno bym się popłakała. 
-Coldy ja nie...

-Zamilcz -oświadczyłam teatralnym tonem, odsuwając się od niego. Pani Redbird dałaby mi A za ten dramatyczny ton. Może powinnam zostać aktorką? Już widziałam siebie na czerwonym dywanie, w fancy sukience i błyskach fleszy, odbierając nagrodę...



 Podniosłam z ziemi swoją najważniejszą torebkę i ruszyłam w stronę, gdzie zniknęła Sophie, zostawiając Marcosa. Moje odejście było takie pełne dramaturgi! Powstała by z tego niezła opowieść. Chyba zacznę pisać bloga.