czwartek, 1 listopada 2012

Rozdział 17: Matt Solitarie


     Usłyszałem krzyki. Zobaczyłem zrywającego się do biegu Marcosa, a potem Sophie. Spojrzałem na rodziców. Oboje byli bardzo zdziwieni. Szybko chwyciłem plecak i założyłem buty. Krzyknąłem do rodziców, że ,,muszę ich dogonić, bo skoro nie znają tego lasu zaraz się zgubią i jakby co zadzwonię na komórkę mamy". Wybiegłem z domu. Przebiegłem szybko przez polankę i przeskakując przez niewielki krzew wbiegłem między drzewa. Z przodu majaczyła mi mała różowa kropka, pewnie spódniczka Sophie. Kolor ten okropnie raził w oczy, ale przynajmniej odznaczał się od brązowych pni i spowijających wszystko dookoła zielonych liści. Biegłem więc za denerwującym różowy punkcikiem, starając się przy okazji zorientować dokąd w zasadzie się kierujemy. Minąłem już jedno wielkie rozłożyste drzewo wierzby płaczącej i fikuśnie powykręcany klon, na którym zawsze bardzo lubiłem siadać. Z reguły dojście do tego miejsca zajmowało jakieś pół godziny, ale teraz błyskawicznie pokonałem ten dystans. Jednak to nie koniec, dziewczyny biegły dalej, no i Marcos też był z nimi. Usłyszałem szum wody. (Czyżbyśmy już dobiegali do strumienia?) Zacząłem rozglądać się po czubkach drzew. Zobaczyłem 4 "górki" w liściastej koronie. To były wierzchołki topoli. (Nie dość że odbiegamy coraz dalej od domu to jeszcze wchodzimy coraz głębiej w las.) Minąłem kolejne wielkie drzewo, a uświadomiwszy sobie, że tym biegiem tylko nadkładamy sobie drogi powrotnej, przyspieszyłem. Musiałem jak najszybciej ich dogonić. Przebiegałem koło kolejnych charakterystycznych drzew i kamieni, ale nie miałem już czasu zastanawiać się jak daleko się zapędziliśmy. Bardziej martwiło mnie że będziemy dosyć długo wracać, a jakby nie patrzeć wziąłem chwilowo odpowiedzialność za tę trójkę.
     Oni przecież nawet nie znają tego terenu, przecież może im się coś stać! Zaraz czy mijałem już ogromny kamień przypominający łódkę? Założę się ze tak, chyba jakieś 5 min temu. Za tym kamieniem zaczynają się nierówności terenu, mogą wpaść w jakiś wąwóz albo wejść na torfowiska... Rany jak któremuś się coś stanie to będzie moja wina, moja, tylko moja! Muszę ich szybko dogonić.
     Mała różowa kropeczka zatrzymała się koło drugiej różowej i kolejnej niebieskiej.
     To oni. Jak dobrze że stanęli. Mam nadzieję że nikomu się nic nie stało. Oby.
     Szybko podbiegłem do nich i oparłem się o pień pobliskiego drzewa próbując złapać oddech. Niesamowite ile adrenalina potrafi dać człowiekowi energii. Biegłem jakieś 40 minut szybkim sprintem i nie padłem z wycieńczenia, to się nazywa sukces.
     Zobaczyłem że Sophie też stoi i ciężko dyszy, a Marcos padł na ziemię i teraz leży i sapie jak parowóz. Koło bruneta leżała Coldy, obrócona na plecy i z ułożonymi pod głową rękoma patrzyła w niebo. 
- Poparzcie, ta chmurka wygląda jak mój sweet jednorożec! - krzyknęła blondynka pokazując palcem w górę. 
     Spojrzeliśmy na nią zdziwieni. Jak ona mogła po tak wyczerpującym biegu nawet się nie zdyszeć i do tego patrzyć sobie spokojnie na chmury, gdy nie wiadomo gdzie jesteśmy? Marcos był chyba podobnego zdania bo jego mina wrażała teraz zdenerwowanie. Miał chyba nawet ochotę krzyknąć, ale jakoś się opanował.
- Matt? Gdzie my jesteśmy? - pytanie wyrażało zdenerwowanie i obawę, Marcos chyba nawet się trochę bał, ale nie mogę tego stwierdzić, to tylko takie luźne przypuszczenie
- Gdzieś w lesie, daleko od mojego domu, ale przynajmniej nie weszliśmy jeszcze na bagna - odpowiedziałem dosyć spokojnie, starając się wyczuć jak bardzo czarnowłosy jest zdenerwowany.
- Bagna? BAGNA!!! Moja sweet spódniczka sie pobrudzi!!! - pisnęła Coldy od razu stając na nogi.
- Coldy, nie obchodzi nas twoja spódniczka, mamy o wiele większe kłopoty. - wycedził przez zęby Marcos, a następnie dodał już normalniejszym tonem - Matt, nie wiesz jak daleko jest stąd do ciebie do domu albo chociaż do tego miasta?- zapytał z nadzieją w głosie
- Hmm... jak ruszymy od razu to jutro po południu doszlibyśmy spacerkiem do miasta. A do mojego domu będzie z... - Coldy przerwała mi nagłym piskiem.
- NIE nie nie ja nie wracam do domu tych barbarzyńców!!! Mój sweet misiaczek wisi u nich na ścianie, w dodatku jedzą mięso i nie mają ani jednego fency pokoiku!!! To nie sa normalni ludzie! Ja tam nie wracam, nie ma mowy! - machała głową na prawo i lewo, chyba miała łzy w oczach, ale nie widziałem dokładnie.
- Przestań marudzić, musimy szybko wyjść z tej dziczy! Nie obchodzi mnie że nie chcesz! Wracamy do domu Matta! No już, ruchy!!! - Marcos zaczął wydzierać się na Coldy, gdy blondynka już prawie płakała.

     Gdy zielonooki dalej mówił co mu ślina na język przyniesie, do akcji wkroczyła Sophie, próbując jakoś udobruchać Marcosa i pocieszyć Coldy. Niestety odniosło to odwrotny skutek. Marcos zaczął wymyślać na obie i wkrótce również Sophie została zmieszana z błotem. Później odpowiedziała Marcosowi tym samym i zaczęła się kłótnia. A ja tak bardzo nie lubię jak ludzie sie kłócą, że postanowiłem jakoś to załatwić.
- Dobra to idziemy do tego miasta - zarządziłem bezceremonialnie i wyjąłem z plecaka czarny gruby notes. po czym spojrzałem na jedną z jego kartek. Była to narysowana przeze mnie mapa. No cóż nie jestem dobrym kartografem, ale to jedyna mapa tego lasu jaka wogóle istnieje. - Musimy przejść obok bagien i dojść do kamiennego kręgu, a później przez sosnowy lasek. - dodałem napotykając zdziwione spojrzenie moich przymusowych towarzyszy.

     Schowałem zeszyt i ruszyłem przed siebie. Chwilę potem dobiegł do mnie Marcos, a jakieś 2 metry dalej szły Sophie oraz Coldy.
- Co jest? - zapytałem Marcosa, który zagryzał wargę, najwyraźniej usilnie o czymś myśląc.
- Nie nic tylko... a dobra, nieważne. - powiedział ze zmartwioną miną.

     Pewnie nie chciał mnie zanudzać ale po prostu widac było, że musi się przed kimś wygadać.
- Nie "nieważne" tylko mów co ci leży na sercu
- No więc... Znowu jesteśmy w lesie, ja mam ich już serdecznie dosyć, a nie minęła chyba nawet godzina! Poza tym chyba nie wytrzymam znowu sam na sam z tymi wariatkami- Marcos rozgadał się na dobre.

     To będzie długi marsz i zapewne jeden z najbardziej gadatliwych dni w moim życiu, ale chyba dam radę to jakoś przecierpieć...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz