czwartek, 14 lutego 2013

Rozdział 24: Początek nowej przygody.


 Trochę spóźnione, ale wszystkiego najlepszego z okazji walentynek. ;)

    Po uwadze Maggie dotyczącej jednorożca, atmosfera w domku dziewczyn stała się dość napięta. Coldy zaczęła się przechadzać po pokoju wymieniając, co należałoby zmienić w wystroju, Matt pomagał Sophie się rozpakowywać, a ta ostatnia co chwila rzucała mi i Maggie wrogie spojrzenia. Za to sama rudowłosa z uśmiechem na ustach zasypała mnie pytaniami, zaczynając od miejsca zamieszkania po ulubione zwierzęta.
     Może obserwowanie Obrażonej Księżniczki, wysłuchiwanie Coldy i odpowiadanie Maggie, w warunkach sprzed 24 godzin bardzo by mnie wkurzyło, jednak teraz miałem niesamowicie dobry humor, więc nawet odwzajemniłem uśmiech kuzynki Matt'a.
- A masz może jakieś rodzeństwo? Ja sądzę, że małe dzieci są irytujące... - Rozejrzała się po pokoju, zatrzymując wzrok nieco dłużej na ADHD. - Ale chyba nie miałabym nic przeciwko starszej siostrze... Zawsze byłoby od kogo pożyczyć prostownicę czy z kim podzielić się cukierkami. - Przez chwilę uśmiechnęła się tak szeroko, że w jej policzkach pojawiły się dołeczki.
- Nie mam rodzeństwa, ale zawsze chciałem mieć młodszego brata. - Odpowiedziałem zgodnie z prawdą. - Jakoś tak lubię małe dzieci.
- Aha. - Uśmiech Maggie jakby przybladł. - To dużo wyjaśnia. - Jeszcze raz zamyśliła się, wodząc wzrokiem po pokoju. W tej samej chwili Sophie rzuciła mi już niemal zabójcze spojrzenie. - Wiesz co? - Rudowłosa najwidoczniej wpadła na jakiś pomysł, bo z oczu wręcz biła jej radość. - Może przeszlibyśmy się na spacer? Tu jest zdecydowanie za dużo ludzi i nie mogę skupić myśli tak jak bym chciała. Poza tym jak zostaniemy sami mogłabym się dowiedzieć o tobie dużo więcej. Więc chcesz się przejść?
     Łapiąc kolejny przejaw wrogości od pseudoarystokratki, z chęcią skinąłem głową.
- Jasne, nie mam nic przeciwko.
     Dziewczyna niemal w podskokach dotarła do swojego łóżka z zieloną narzutą i przez chwilę grzebała w małej szafce nocnej. Po chwili wróciła ze sporym pudełkiem, złapała mnie za rękę i wyciągnęła na zewnątrz.
- W sumie tu jest zakaz na takie rzeczy, ale trochę przemyciłam. - Mówiąc to, otworzyła pudełko i zobaczyłem cudowny widok: paczkę ciastek, dwie czekolady, cukierki i żelki, a do tego jeszcze ze trzy batoniki. Posłała mi wesoły uśmiech, ponownie pokazując dołeczki. - Co ty na to? Jeszcze mam colę, ale nie mogłam jej wyjąć tak, żeby nikt nie zauważył... Ktoś mógłby z tym pójść do moich rodziców, więc nie chciałam ryzykować. - Przez chwilę na jej twarzy pojawił się grymas niezadowolenia, zaraz jednak znów stała się wesoła. - Częstuj się. - Podsunęła mi pudełko niemal pod nos.
- Jesteś pewna? - Już niemal nie mogłem się oprzeć, żeby nie chwycić za pierwsze słodycze z brzegu i nie zacząć się nimi zajadać. Nie jadłem ich od jakiegoś tygodnia! A to druga rzecz po mięsie, której smak był dla mnie niezastąpiony.
- Jak nigdy! Bierz, co tylko chcesz! - Zaśmiała się.
     Nie musiała mi tego powtarzać dwa razy. Wziąłem ciastka i niecierpliwie otworzyłem paczkę. Były niesamowicie smaczne.
- Dzięki. - Mruknąłem, starając się nie spieszyć z pochłanianiem jej słodyczy. W końcu tęsknota za normalnym jedzeniem to jedno, ale chamskie zachowanie przy nowo poznanej dziewczynie to drugie...
- Nie ma sprawy. - Dotarliśmy do linii drzew i skręciliśmy, tak żeby iść przy ich granicy. - Wyglądasz jakbyś dawno nie jadł nic porządnego, więc tak sądziłam, że trochę cukru ci się przyda. - Odłamała kawałek czekolady i przyłożyła mi do ust. - Otwórz! - Zaśmiała się.
     Przyjąłem jej prezent najkulturalniej jak się dało. Takie rzeczy zdarzały się czasem w szkole, więc byłem dość przyzwyczajony. Czekolada rozpływała się w ustach.
- To pewnie wy jesteście tymi nastolatkami, którzy nie dotarli? Rodzice martwili się czy się pojawicie, ale skoro nikt nie skarżył się, że nie ma od was wieści, uznali, że pewnie zostaliście w domach i zapomniano ich o tym powiadomić. Dziś mieli dzwonić do waszych domów, więc zjawiliście się w samą porę. Dziwię się tylko, że jest z wami Matt. Od dawna się znacie? A jeśli tak, to dlaczego nigdy o tobie nie wspominał???
- Niestety, przez ten czas który nie mogliśmy tu dotrzeć błąkaliśmy się po lesie, rozpalając ogień wróżkowymi patykami Coldy i wysłuchując narzekań Sophie. Dopiero po pięciu dniach jakimś cudem natknęliśmy się na Matt'a z jego ojcem, bo akurat byli na polowaniu. Już mieliśmy wracać do domów, ale jakimś cudem ten różowy chochlik uciekł z domu twojego kuzyna i pobiegliśmy za nią. Skoro już ruszyliśmy i byliśmy tak daleko, Matt postanowił doprowadzić nas do obozu. I po kolejnych przygodach nareszcie dotarliśmy tutaj. Gdybyśmy go nie poznali, pewnie jeszcze długo szukalibyśmy drogi powrotu... Albo gdyby nie on, wogóle byśmy nigdzie nie dotarli, tylko umarli na miejscu. - Skrzywiłem się lekko. - Szkoda trochę, że to nie mnie udało się nas tutaj doprowadzić. - Nagle zrobiło mi się głupio, że znów wyżalam się przed nieznajomą osobą. - Ale wiesz, to nieważne, grunt że już tu jesteśmy.
- Biedactwo. - Mruknęła współczująco, znów karmiąc mnie kawałkiem czekolady. - Podróż z nimi musiała być istną tragedią. Ta różowa zachowuje się gorzej niż pięciolatka, z tego co zdążyłam zauważyć. Musiałeś mieć z nią sporo problemów... - Dotknęła jednej ze świeżych ranek na mojej klatce piersiowej, która niestety była wciąż odkryta, bo rano nie mogłem znaleźć już żadnej koszulki zdatnej do ubrania. - Widać zresztą, że wiele przeszedłeś. Z tego co mówiłeś, 5 dni sam dbałeś o to, żeby nikt się nie zabił, prawda? Więc moim zdaniem wiele osiągnąłeś sam. Mój kuzyn pokazał wam dokąd iść, ale to przecież nie to samo co opieka nad tymi dwiema, racja? Musisz być świetnym dowódcą. - Uśmiechnęła się lekko, odgarniając włosy za ucho.
     Miała niesamowicie ciemne zielone oczy. I trzeba było przyznać, że śliczny uśmiech. Szedłbym o zakład, że podbiła już niejedno serce chłopaków z tego obozu. Aż jej współczułem, że będzie musiała od teraz dzielić pokój z ADHD i Sophie.
     Co jeśli coś jej się teraz stanie? Przecież nie można przewidzieć, na jaki pomysł wpadnie ten chochlik... Nawet jeśli robi to nieświadomie, często sprowadza kłopoty na ludzi wokół siebie... No dobra, muszę się otrząsnąć, przecież Maggie nie jest taka jak one. Często jeździ na obozy przetrwania, to po niej widać, poza tym nie biega w szpilkach i mini, tylko nosi porządne spodnie i terenowe buty, a do tego na pewno jest inteligentną osobą. To nie dziecko, poradzi sobie. Po co ja się tym martwię?
- Dzięki. - Uśmiechnąłem się, słysząc komplement. - I sorry że się przed tobą wyżalałem, to przez czas spędzony w tak małym gronie...
- Spokojnie! - Roześmiała się. - Nic się nie stało. Chcę wiedzieć o tobie jak najwięcej. Jesteś bardzo ciekawy, wiesz? - Zamrugała parokrotnie, uśmiechając się do mnie. - Wiesz co? Jeśli chcesz, mogę ci dać kilka koszulek z obozowych zapasów. Pewnie ci zimno... - Położyła dłoń na moim ramieniu. - Jejku, Marco, masz strasznie zimną skórę! Chodź szybko... - Zamknęła pudełko ze słodyczami i złapała mnie za rękę, ciągnąc w stronę jakiegoś malutkiego domku. - To składzik na ciuchy, materace i inne takie... - Wyciągnęła klucz i szybko otworzyła drzwi, wchodząc do środka. Po chwili wróciła z kilkoma koszulkami w niemal moim rozmiarze. Stanęła w progu i uśmiechnęła się figlarnie, chowając koszulki za plecy. - A co dostanę w zamian?
- W zamian? - Spytałem, nieco zdezorientowany. Czego mogłaby chcieć w zamian? Co więcej, co ja niby mógłbym dać jej w zamian? - To zależy czego byś chciała. - Wzruszyłem ramionami, z dość niepewną miną.
- Dobrze! - Stwierdziła, przysuwając się. - Najpierw: to ja cię ubiorę.
- Dobra... - Mruknąłem, wystawiając ręcę, żeby było jej łatwiej. Szybko i sprawnie wciągnęła na mnie koszulę. Od razu zrobiło się dużo cieplej.
- A po drugie - powiedziała wesoło - w geście podziękowania, musisz pocałować mnie w policzek. - Zrobiła zabawną minę słodkiej pięciolatki i nastawiła policzek. Czułem się bardziej jakbym właśnie został jej starszym bratem, niż jak gdybym miał przed sobą kuzynkę Matt'a.
- Skoro to ma być podziękowanie... - Poddałem się ze śmiechem, nie mogąc przestać przypatrywać się jej ciemnym oczom. Złożyłem krótki pocałunek w miejscu, w którym pojawiał się jeden z jej dołeczków i szybko się odsunąłem. - Może być?
- Nooo, Marcos, nie mów tego takim obojętnym tonem! - Nadąsała się. - Traktuj mnie choć trochę poważniej. W końcu jestem od ciebie tylko o rok młodsza. A teraz chodź, nie mamy czasu, miałam nie pokazywać nikomu, że mam klucz... - Zamknęła drzwi i pomachała jakiejś dziewczynie, która właśnie przechodziła niedaleko. - Cześć Judy! Pamiętaj o zbiórce za godzinę, dobrze? A na obiad dziś są ziemniaki z mielonymi albo paluszkami rybnymi i surówka, jeśli to idziesz sprawdzić.
- Dzięki Meg! - Zawołała tamta i zawróciła w stronę, z której przyszła. - Do zobaczenia na zbiórce! - Pomachała nam i odeszła.
- Mielone? - Spytałem badawczo, zastanawiając się, czy takie obiady podają codziennie na obozach przetrwania.
- Aha. - Potwierdziła, odwracając się do mnie z miłym uśmiechem. - Sama pomagałam robić.
- Serio? To nie ma od tego jakichś kucharek?
- Nie, w kuchni są konkretne zmiany. Dlatego raz obiady są pyszne, a raz niejadalne. Ale ja się zgłosiłam jako ochotniczka, żeby pomagać codziennie. A ty umiesz gotować?
- Uczyłem się trochę. Chętnie też bym pomagał w kuchni, jeśli mogę. No chyba że są jakieś bardziej męskie zajęcia dla mnie...
- Serio, chciałbyś pomagać ze mną?! - Na jej twarzy widać było zachwyt. - Super, moglibyśmy coś ugotować razem! To będzie extra! Coprawda jesteśmy ograniczeni składnikami, ale na pewno wynajdziemy coś pysznego. Chcesz, żebym cię zgłosiła???
- Jasne. - Odpowiedziałem wesoło. Jej nastrój poniekąd mi się udzielił.
- Od jak dawna gotujesz? Kto cię uczył? Jaka jest twoja ulubiona potrawa? Jej, chłopacy którzy potrafią gotować są niesamowici! Czekaj, czekaj, o coś jeszcze chciałam spytać...
- Moment, zanim się pogubię. - Zaśmiałem się, kierując się w stronę jej domku, gdzie została moja walizka. - Więc próbowałem gotować od dziecka, mama mnie trochę uczyła jak byłem w przedszkolu... A no i lubię jeść steki z grilla, ale grillować akurat uczył mnie ojciec. Co dalej?
- Hmmm... W takim bądź razie czy lubisz krwiste, pół krwiste, średnio dopieczone czy może dobrze dopieczone steki? - Nie przestawała zasypywać mnie pytaniami.
- Dobrze dopieczone. Nie lubię jak mięso jest choćby częściowo surowe.
- A jeśli chodzi o słodycze, które lubisz najbardziej?
     Odpowiadałem na jej ciekawskie pytania aż dotarliśmy do jej domku. Zatrzymaliśmy się na ulubionym owocu, kiedy otworzyłem drzwi i wpuściłem ją do środka.
- Granaty. - Palnąłem, przestępując próg.
     Spojrzenie Sophie dosięgnęło mnie niczym piorun, mrożąc krew w żyłach. Wbrew pozorom nie było nas tylko co najwyżej dwadzieścia minut, więc Obrażona Księżniczka dopiero rozpakowała swoje torby z termosami i całą resztą niepotrzebnych rzeczy, wśród których jakimś cudem nie było ani jednego z jej ciuchów. Mierzyła nas przez chwilę wzrokiem, aż do momentu gdy z góry po schodach zbiegła Coldy.
- Marcosiku, wróciłeś! Już myślałam, że zgubiłeś się beze mnie... - Zatrzymała się wpół kroku, widząc Maggie. A rudowłosa akurat w tej chwili złapała mnie za rękę i pomachała nią wesoło.
- Nie żartuj, ze mną nigdy by się nie zgubił. Zresztą, ON nie jest tak głupi, żeby się gubić... - Westchnęła, patrząc na Coldy z dość dziwnym uśmiechem. Odgarnęła włosy i popatrzyła na mnie. - Prawda, Marco?
- Aha... - Mruknąłem, nieco skonfundowany całą tą sytuacją.
     Czy one zaczęły się nie cierpieć tak po prostu, bez żadnego powodu, czy może tylko mi się wydaje?
- Marcos, nareszcie jesteś. - Matt zszedł ze schodów i podszedł tak blisko, że zasłonił mi widok na dziewczyny. - Aleś się guzdrał, zaczynałem myśleć, że wogóle nie wrócisz. - Popatrzył na Maggie przyjaznym wzrokiem. - Może zostawisz na razie Marcosa pod moją opieką? Musimy się jeszcze wprowadzić i rozpakować. Chodź Marcos, niedługo zbiórka, a tej swojej torby chyba tak szybko nie rozpakujesz, nie? - Pokazał mi moją walizkę i plecak, stojące w rogu pokoju.
- A tak, racja... - Maggie puściła moją dłoń, a ja wziąłem swoje bagaże i skierowałem się do wyjścia, odprowadzany przez Matt'a.
- Dobra, ja niedługo będę gdzieś dzwonić, więc bądźcie tak miłe i zajmijcie się swoimi sprawami, dobra? Coldy, rozpakuj się, słyszałaś że niedługo zbiórka, prawda? - Usłyszałem jeszcze słowa Sophie zanim zamknęły się za nami drzwi.
     Przez kilka metrów szliśmy w całkowitej ciszy. Zastanawiałem się nad nietypowym zachowaniem dziewczyn, dopóki z zamyślenia nie wyrwał mnie głos Matt'a.
- Uważaj na Maggie, dobra? Lepiej żebyś nie spędzał z nią zbyt dużo czasu. A najlepiej dla ciebie byłoby  wogóle jej unikać. - Zamyślił się na chwilę. - Chociaż w sumie to twój wybór, ja ci tylko daję wskazówki.
     Chciałem go zmusić do wyjaśnień, ale tylko z uśmiechem wzruszył ramionami i stwierdził, że sam się niedługo dowiem o co chodzi, jeśli nie będę uważał. Naprawdę czasem nie rozumiałem tego człowieka...
     Przypomniały mi się nagle słowa Sophie, że ma zamiar gdzieś zadzwonić. Dla odmiany pomyślałem o tym, że muszę teraz koniecznie zadzwonić do Amandy. Przecież ona się o mnie martwiła przez kolejne dni tego całego błąkania się po lesie!!!
- To tu. - Matt znów wyrwał mnie z zamyślenia, otwierając drzwi domku, do którego właśnie podeszliśmy. - Ja już się rozpakowałem. Masz łóżko obok mojego. - Doprowadził mnie do mojego kąta, przy okazji pokazując jakiegoś goth'a po drugiej stronie pokoju. - A to jest Zick, nasz współlokator.
- Hej Matt. - Mruknął Zick, nie spuszczając oczu z jakichś kartek, które trzymał w ręce. - I hej Marcos. Poznamy się później, dobra? Teraz jestem trochę zajęty.
- Jasne, spoko... - Powiedziałem, i zacząłem rozpakowywać walizkę i plecak. Uwinąłem się z tym bardzo szybko, biorąc pod uwagę że brudne ciuchy zostawiłem wewnątrz walizki, z zamiarem jakiegoś względnego wyczyszczenia ich później. - Dobra, Matt, jakby kto pytał to będę obok domku, mam pilny telefon do wykonania. - Wyszedłem i natychmiast wykręciłem numer do Amandy. Każdy sygnał dłużył mi się jak cała wieczność, ale w końcu odebrała.
- Marcos!!! - Krzyknęła z ulgą. - Gdzie jesteś?! Grozi ci jakieś niebezpieczeństwo?! Długo możesz rozmawiać???
- Spokojnie! - W jednej chwili poczułem taką ulgę, że niemal się roześmiałem. Żyła, miała się dobrze i martwiła się o mnie. To jedyne, co chciałem wiedzieć. - Nie uwierzysz, ale dotarliśmy na ten obóz! I już nic nam nie grozi, wszyscy mają się dobrze, ja chyba najlepiej z nich wszystkich. Mogę rozmawiać ile chcę, chyba że siłą będą mnie ciągnąć na tę zbiórkę za pół godziny.
- Tak się cieszę! - Chyba się rozkleiła, bo jej głos stał się nagle przytłumiony, a słowa przerywane. - Marcos, proszę cię, już się w nic nie pakuj! Wróć szybko i nie stresuj mnie tak więcej! Jesteś strasznym głupkiem, wiesz? Potwornym! Od kilku dni nic tylko próbujemy cię znaleźć, a ty... Martwiłam się, wiesz...?
     Nagle dopadły mnie straszne wyrzuty sumienia. Co ja sobie myślałem, dręcząc ją informacjami o tym, co się ze mną dzieje?! Niepotrzebnie tylko dołożyłem jej zmartwień. Niepotrzebnie wkręcałem ją w tą historię, dzieląc się z nią moją paniką. Jak ostatni idiota kazałem się zamartwiać mojej najlepszej i najbliższej przyjaciółce. Co ja sobie myślałem?!
- Strasznie za tobą tęsknię wiesz? - Westchnąłem do telefonu. - Nie martw się, nie zginę, dopóki cię nie zobaczę. Dotrę cały i zdrowy. Od teraz już wszystko będzie dobrze, przyrzekam, więc się nie martw. Obiecasz mi to? - Uśmiechnąłem się, wyobrażając sobie jej zapłakaną twarz. Miałem nadzieję, że teraz też się uśmiechnęła.
- Obiecuję. A ty obiecujesz, że dotrzesz cały? - Spytała już mniej zapłakanym tonem.
- Przyrzekam ci to.
- To dobrze. A co masz zamiar teraz zrobić? Przyjedziesz, czy zostaniesz do zakończenia?
- Zostanę do zakończenia obozu. Lepiej jeśli nie będę wracał sam, tylko odeślą nas opiekunowie. A ty, co masz zamiar robić?
- Czekać na ciebie. - Zaśmiała się cicho. - A tak poważnie, chłopcy wychodzą do kina, więc zabieram się z nimi, a potem mam zamiar pobiegać po mieście i... Jakoś ułożyć sobie dzień. Jak dotąd nad tym nie myślałam. Muszę jakoś uspokoić chłopaków, bo żebyś ty ich słyszał... Pocieszali mnie przez ostatnie dni jak potrafili, bo zupełnie nie rozumieli, dlaczego chodzę taka przybita. - Spróbowała się zaśmiać, ale nie za bardzo wyszło, więc tylko westchnęła cicho. - Bywają kochani, kiedy się martwią...
- Hej... - Mruknąłem w słuchawkę. - Ty też jesteś kochana, wiesz o tym? Dziękuję, że się o mnie martwiłaś cały ten czas. Ale nie rób tego już więcej. - Zastrzegłem. - Wykończysz się, jeśli będę cię martwił każdym swoim głupstwem.
- Marcos, ty głupku... - Tym razem naprawdę się roześmiała. - Nie waż się kłamać, żeby mnie nie martwić! Chcę wiedzieć co się z tobą dzieje. Od dzisiaj masz dzwonić codziennie, pamiętaj. A zresztą ja zadzwonię. Będziesz miał co dobowy nadzór. I postaraj się nie robić takich głupstw jak zwykle, a najlepiej żadnych innych. Zrozumiano?
     Wysłuchałem tego żartobliwego kazania z szerokim uśmiechem.
- Rozumiem, rozumiem. Będę ci posłuszny w każdym calu, jak tylko sobie zażyczysz. - Zaśmiałem się.
- Dobrze, idę uspokoić twoich rodziców. Do usłyszenia!
- Do usłyszenia. - Rozłączyłem się.
     Oczywiście że rozumiem. Będzie trudno, ale dla ciebie postaram się nie mieszać w nic głupiego. A przynajmniej mam nadzieję, że mi się to uda...
     Odwróciłem się, wciąż się uśmiechając, i doznałem szoku na widok Maggie, opierającej się o ścianę domku z założonymi rękami i zmarszczonymi brwiami.
- Hej Marcos. - Mruknęła ponuro.
- Maggie? - Spytałem, zdziwiony. - Co ty tu robisz?
- Przyszłam do ciebie, żeby zaprowadzić cię do kuchni i zgłosić jako ochotnika do gotowania, ale usłyszałam, że jesteś w tej chwili gdzieś koło domku. Więc przyszłam tu. I czekałam, aż skończysz rozmowę. - Niezadowolenie nie schodziło z jej twarzy.
- I jak długo tu stoisz? - Dopytywałem dalej.
- Mniej więcej od "Ty też jesteś kochana, wiesz o tym?". - Powiedziała naburmuszonym tonem. - To ci robi jakąś różnicę?
- Nie, skąd. - Wzruszyłem ramionami, nieco podenerwowany faktem, że podsłuchiwała moją prywatną rozmowę. - W końcu nie byłaś świadkiem jakichś wyznań miłosnych tylko rozmowy z bliską przyjaciółką, więc to nie aż taka znowu wielka tajemnica... - Ledwo powstrzymałem nuty nerwowego sarkazmu w głosie.
     Nagle jej wyraz twarzy złagodniał. Oczy przestały być przymrużone, a z twarzy zszedł grymas. Opuściła ręce i wyglądała, jakby nie wiedziała co ze sobą zrobić z zakłopotania.
- Ojej, Marco, przepraszam... - Mruknęła płaczliwie i spuściła wzrok. - Podsłuchałam twoją rozmowę... - Powiedziała jakby nie dowierzała temu, co mówi. - Jak ja mogłam? Przepraszam!!! Naprawdę, to przez tę wrodzoną ciekawość... - Wyglądała na tak nerwową i zakłopotaną, że nie mogłem jej nie wybaczyć. - Jejku... Wybaczysz mi to? Naprawdę, to taki zły nawyk... To się nie powtórzy...
- Spokojnie. - Przerwałem jej z lekko znużonym uśmiechem. - Dobrze już, nieważne. Zapomnij o tym po prostu, ok? Chodźmy do tej kuchni, a potem na zbiórkę. Obowiązki się zaczęły, prawda? - Podniosłem jej głowę do góry i uśmiechnąłem się do niej. Odwzajemniła uśmiech.
- Tak, chodźmy. - Złapała mnie za rękę i zaczęła prowadzić.
     Wtedy jeszcze nie zdawałem sobie sprawy, że już złamałem słowo dane Amandzie. Tkwiłem w kłopotach po uszy.

3 komentarze:

  1. coldy powinna go rzucic

    OdpowiedzUsuń
  2. trzeba by tu trochę poprawek nałożyć :) pani adhd zaraz wyciągnie z walizek słonia, albo koparkę ;P kto wiecznie pilnuje bagaż, nawet jak ktoś wybiega z domu matt`a? no i chyba najlepze: - który telefo wytrzyma tykle dni bez ładowania? :) który rodzic nie dzwoniłby na następny dzień do obozu co się dzieje z dziećmi, skoro nie dają znaku życia, rodzice matt`a chyba spaleni bo nawet nie ma wzmianki, żeby się nim zainteresowali... wszystko pomysłowe, tylko tyle, że bez ładu i składu :)

    OdpowiedzUsuń
  3. szczery do bólu, ale to ma was zmotywować

    OdpowiedzUsuń