piątek, 30 sierpnia 2013

Jeden dzień z wakacji

Matt:
20 sierpnia
-Hej zapakowaliście się już? - zapytałem wchodząc do pokoju rodziców
- tak synku właśnie kończymy~! - krzyknęła podekscytowana Rose skacząc na walizkę żeby ta się domknęła.
- wiecie musieliście mieć naprawdę wyjątkowe szczęście. Wygrać wycieczkę do puszczy amazońskiej - powiedziałem bez entuzjazmu. Nie mam sarkastycznej natury ale tu sarkazm aż cisnął się na usta. Kto normalny chce jechać na rok w dziką głuszę, ja rozumiem na na weekend ale na rok???
- prawda? - rozpromieniła się mama -  to cudowne kochanie, szkoda, że musimy cię opuścić~! Ale nie martw się wujek Earl się wami zajmie, badź grzeczny~!
- Oi nie przesadzaj Rose to zawsze jest wzorowy chłopak!- Gregory zamknął mnie w lwim uścisku. Prawie nie mogłem oddychać choć przez te lata powinienem przywyknąć.
- Tato dusisz mnie- wydyszałem ledwo. Ojciec puścił mnie i rozczochrał mi włosy.
- A właśnie jak tam Matt co z tę nową szkołą? - zapytał się siadając na krześle przy biurku.
- dostałem się, mam już podręczniki a w pirwszy dzień dyrektorka oprowadzi mnie po budynku.
- Och to wspaniale, wiedziałm, że mój synek z takimi wspaniałymi ocenami ma szanse dostac się wszędzie - klasnęła w dłonie mama. -  do tego jesteś taki dzielny zgodziłeś się zamieszkac sam, w obcym mieście nie sądziłam ż tak dorośniesz
- Och przestań Rose to nie jest już chłopiec to jest mężczyzna, sam go wytrenowałem musi być zaradny - Gregory wypiął dumnie pierś
- poza tym nie będę sam Magie jedzie ze mną prawda? - przypomniałem, nie za bardzo widzi mi się mieszkanie pod jednym dachem z moją kuzyneczką.... na szczęście dom wujka Earl'a jest spory. Może nie będę widywał jej dość często.
- Ach no tak powinam zadzwonić do Ruth że zabierzemy jej córkę do wujka a potem jedziemy we czwórkę na lotnisko. Właśnie Gregory gdzie masz bilety?
- Spokojnie, jedziemy po obiedzie, nikt nie powinien stawać między mężczyzną a stekiem co nie Matt? - zapytał wstając z krzesła. Dogadał by się z Marcosem nie ma co. Westchnąłem mentalnie kierując się do salonu.
- A wiecie co jest najlepsze do obiadu? - zapytał retorycznie - Meczyk! - chwycił pilota
- Kochanie zaraz mamy jechać! - Rose przyniosła talerze. Na sam zapach tato przestał się kłócić, rzucił do mnie pilota i już zaczynał pałaszować mięso. Normalnie Marcos za dwadzieścia lat... Ciekawe czy Coldy Sophie i Marcos zdziwią się trochę jak spotkamy się kiedyś na mieście... no za Maggie nie przepadali więc pewnie nie będą zbyt szczęśliwi... no trudno pocierpią. Wzruszyłem ramionami zaczynając jeść obiad. Przecież raczej nie trafimy do jednej szkoły, a na pewno nie na te same zajęcia, prawda?

Sophie:
 18 sierpień
-Ta bluzka wygląda rewelacyjnie z tymi butami!!!!!Twoi rodzice mają gust, skoro kupują ci takie ciuchy!
-Tak, chociaż wolałabym mieszkać w Londynie, niż dostawać ciuchy za „odwagę”.- Odpowiedziałam Danielowi.
Mój przyjaciel siedzi u mnie niemal bez przerwy, odkąd tylko przyjechałam(czyli jakieś dwa dni).Teraz wyjmuje moje nowe ubrania z szafy i głośno komentuje, co o nich sądzi i do czego by mi pasowały. Leże na łóżku i cierpliwie go słucham.
-Teraz zadasz szyku w tej szkole pełnej jankesów!
-Wiesz, oni ubierają się bardziej…jakby to określić…na luzie.
-Na luzie?- Zapytał chłopak niezbyt przekonany. -€“ Chciałbym to zobaczyć!

-Przyjedź kiedyś do mnie! Czuje się sama w obcym mieście.
-Skarbie,wiesz,że rodzice mnie nie puszczą w roku szkolnym . A w wakacje jesteś tu, więc nie widzę powodu żeby jechać ! Podziwiam cię, że wytrzymałaś cały rok.
-Staram się jak mogę €“- powiedziałam i zakryłam głowę poduszką.
-Powiedziałem coś nie tak? -€“ zapytał Daniel niepewnie.
-Nie, zgadzam się z tobą. Po prostu nie przywykłam jeszcze do zmiany godzin.€“ Mówiąc to usiadłam na łóżku.
-Rozumiem. -€“ Po chwili ciszy dodał. -€“ Powinnaś wyjść z domu na świeże powietrze! Od przyjazdu siedzisz w domu i nigdzie się nie ruszasz. Mam pomysł! Jeśli twoi rodzice się zgodzą, to mój kierowca zabierze nas na kilka dni do naszego letniego domu. Jest nad jeziorem, obok lasu. Niedaleko jest stadnina koni w której są trzy nasze konie. Będziemy mogli urządzać sobie przejażdżki. Obsługa jest tam cały czas, więc wszystko załatwione, tylko wsiadać do samochodu i ruszać!
-Brzmi fantastycznie -€“ powiedziałam z uśmiechem. Co prawda jezior i lasów miałam już powyżej uszu, ale miło z jego strony, że mnie zaprosił. -€“ Chodźmy zapytać moich rodziców.
Rodzice po wysłuchaniu propozycji Daniela naradzili się między sobą, ale w końcu się zgodzili. Uścisnęłam ich, zadowolona. Omówiliśmy jeszcze szczegóły i wróciliśmy do mojego pokoju.
-Posiedzę u ciebie tylko chwilę. Skoro jutro wyjeżdżamy to muszę się spakować!

Marcos:
12 sierpnia

- Hej, chłopie, nie siedź przybity nad burgerem, bo wyglądasz jak ostatni nerd! - Krzyknąłem do Dake'a.

- Odwal się. - Burknął tylko, marszcząc brwi.
- No daj spokój... Nie koniec świata, nie? Rozchmurz się, rozejrzyj za jakąś fajną dziewczyną... - Zaoponował Steve.
- W fast-foodzie?! - warknął, patrząc na Steve'a jak na totalnego idiotę.
- Dobra, gościu, ogarnij się jakoś... - Mruknąłem, starając się jakoś załagodzić tę sprzeczkę.
- Bo co? - Burknął do mnie.
- Amanda idzie! - Syknąłem.
- Weźcie ślub. - Szepnął złośliwie, za co zarobił łokciem pod żebra tak, że prawie spadł ze stołka. - Auuuu... - Stęknął akurat, kiedy nasza przyjaciółka usiadła obok.
- Hej Amanda! - Wyszczerzyłem się głupio.
- Hej wam. - Parsknęła śmiechem, patrząc na mnie.
- Właśnie tak powinieneś się śmiać. - Pouczyłem Dake'a.
- Czyli, że jak... - Zaczął złośliwie, ale przerwał, widząc moją minę.
- To czemu zwyczajnie nie pójdziecie gdzieś, gdzie on chce? - Zapytała blondynka, sięgając po swoje nuggetsy.
- Frytkę? - Steve postanowił zmienić temat. Oczywiście, że nie za bardzo mu wyszło... Co za półgłówek.
- Poważnie pytam. Co się stało? - Wszyscy zamilkli.
- Dziewczyna go rzuciła. - Poczułem się w obowiązku wyjaśnić. Oczywiście zarobiłem kopniaka prosto w kolano, ale to dało się jeszcze przemilczeć.
- I o to cały szum? - Prychnęła, sięgając po frytki Steve'a. W końcu leżały sobie... bezpańsko... na jego tacce, nie? - Słuchaj mnie uważnie, bo dwa razy nie powtórzę. Masz dwie fajne laski na godzinie ósmej. Koło lady z zamówieniami, nie odwracaj się, więc możesz stanąć w kolejce i nawiązać rozmowę. Jak to spaprzesz to nie tylko wygląd obecnie, ale i zachowanie masz do niczego. One ciągle na ciebie zerkają. Co zrobisz? - Znów sięgnęła po nie swoje frytki.
- Zerknę? - Zapytał nieco niechętnie.
- Mnie się pytasz? Tylko nie rób takiej miny.
- Ale Diana...
- Olej ją! - Zacisnęła pięść. Chyba miałem na nią zły wpływ... - Gapią się na ciebie bliźniaczki, idioto! - Syknęła.
- Bliźniaczki? - Na chwilę jego oczy osiągnęły niesamowite rozmiary, a wszystko w efekcie zaskoczenia. Po chwili uśmiechnął się pewnie i jakby od niechcenia zabrał się za swoje frytki. - Mhm, chyba pójdę zaraz coś zamówić... Nie czekajcie na mnie, ok?
- Żartujesz? - Parsknął Steve. - Tylko tyle? I nagle przestałeś zachowywać się jak nerd? Bo bliźniaczki? - Jego twarz przedstawiała niedowierzanie w całej okazałości.
- Fetysz bliźniaczek. Nawet jak się z nimi nie umówi, będzie się podniecał jeszcze do końca wakacji. - Parsknąłem i za chwilę znów oberwałem w kolano. - Mam dość! Kopnij mnie jeszcze raz a oderwę ci tę nogę! - Podniosłem nieco głos.
- Cicho! - Syknął Dake, nieco spanikowany. - Zachowuj się!
- Ja mam się zachowywać, idioto??? A ty to co?! - Syknąłem, żeby nie krzyknąć.
- Marcos, uspokój się. - Amanda położyła mi dłoń na ramieniu i poczekała, aż spojrzę jej w oczy. - Jesteś znerwicowany. Musisz się uspokoić, zanim wrócisz do pracy.
- Dobra, dobra... Osz kurde, praca! - Zerknąłem na wyświetlacz telefonu. - Mam kwadrans. - Złapałem za burgera, chcąc go szybko dokończyć.
- Odprowadzić cię? - Zaproponowali Amanda i Steve jednocześnie.
- Mhm. - Odpowiedziałem obojgu. Dake zagapił się na bliźniaczki siedzące koło lady.
- Jesteś cały w ketchupie... - Blondynka podała mi serwetkę.
- Mhmmm... Dzięki.
     Piętnaście minut później wychodziłem właśnie z szatni dla personelu. Robota na pół etatu w siłowni była jednak darem od losu. Ale nie dostałbym jej bez gruntowniejszego przeszkolenia, gdyby obecny tu instruktor mnie nie znał. Tymczasem znał i był pewien, że opanowałem podstawy na tyle, by móc tu pracować. Przepytał mnie tylko, sprawdził, i mogłem sobie dorabiać. Zbieranie na nową perkusję trochę przecież kosztuje.
     Rozejrzałem się. Już na pierwszy rzut oka widać było, kto siedzi tu od dawna, kto od niedawna, a kto przyszedł pierwszy raz. I nie mówię tu o stanie mięśni. To bardziej kwestia zachowania. Jedni przychodzili jak na swoje, jedni starali się ćwiczyć, ale zamiast się rozluźnić, skupiali się jak na matmie. Byli też tacy, którzy przyszli pierwszy raz, czyli próbowali ćwiczyć, ale nie bardzo im szło, prosili kogoś o radę, szukali instruktora wzrokiem, albo, najśmieszniejsze - obchodzili przyrządy, starając się zrozumieć ich przeznaczenie. Jeden z takich "Pierwszorazowców" (pierwotniaków brzmi lepiej) właśnie mi się trafił. Próbował ćwiczyć na własną rękę. Mięśnie miał w dobrym stanie, dobrze się odżywiał i najwidoczniej często chodził na spacery, tyle się dało stwierdzić na pierwszy rzut oka. Jednak nie ćwiczył na siłowni jeszcze nigdy. I wyglądało na to, że nawet nie ma na to zbytniej ochoty, więc musiał mieć silną motywację...
- Hej. Pomóc? - Uśmiechnąłem się lekko. Nie kpiąco, nieco przyjaźnie, ale też nie spoufalając się. Po prostu fachowy uśmiech trenera. Widziałem go tyle razy, że z naśladowaniem nie było problemów.
- Ee... Dam radę. - Stwierdził tylko, dalej wykonując ćwiczenia, które na dobrą sprawę nie miały zbytniego sensu.
- Wymarzona randka? - Strzeliłem.
- Hę? - Przerwał ćwiczenie i spojrzał na mnie, zdziwiony. - Skąd...?
- Przecież wiem, jak to wygląda. - Uśmiechnąłem się, tym razem przyjaźnie.
- Aha. - Uśmiechnął się kącikami ust z rezygnacją. - Chciałem trochę poćwiczyć, żeby nie wyglądać dla niej... tak, jak wyglądam... No wiesz, do tej pory umawiała się bardziej... Z takimi jak ty. Znaczy nie obraź się, pasujesz do jej stylu. Ale ja chyba nie dam rady. - Pokręcił głową.
     Musi mu bardzo zależeć, skoro wyżala się w gruncie rzeczy obcemu gościowi...
- Słuchaj mnie uważnie, bo dwa razy nie powtórzę. - Powtórzyłem słowa Amandy. - Skoro się z tobą umówiła, to może zmieniła styl, dziewczyny już tak mają. - Wzruszyłem ramionami. - A może przyciągnęło ją w tobie coś innego. Na razie używaj tego czegoś, a w międzyczasie postaraj się przychodzić tu i ćwiczyć powoli, ale systematycznie. Jak poćwiczysz raz a intensywnie, nic ci to nie da, a nawet tylko pogorszy sprawę. I zacznij od innego przyrządu, może najlepiej od ciężarków, bo mięśnie nóg na razie masz napakowane wystarczająco. Chcesz być wysportowany tylko od pasa w dół?
- Nie. - Uśmiechnął się weselej. Chyba jednak polepszyłem mu humor. Niesamowite, że Amanda musi to robić cały czas. Jak ona to wytrzymuje? Przecież to trudne zajęcie jest... - Pracujesz tu na stałe, czy tylko przez wakacje?
- Aż tak staro wyglądam? - Zażartowałem. - Tylko wakacje.
- Więc jest szansa, że będziesz mnie codziennie instruował? Nie znam się na tych urządzeniach ani trochę... - Westchnął.
- Jasne. - Znów przybrałem "fachowy" uśmiech. - Ale nie musisz przychodzić codziennie. Wystarczy, jak poćwiczysz codziennie w domu brzuszki, skłony... Zresztą, wypiszę ci to. Na siłownię przychodzi się raz, dwa razy w tygodniu, ewentualnie później co drugi dzień, na lekkie ćwiczenia, jak bardzo potrzebujesz. I na efekty trzeba czekać, nie zniechęć się.
- Widać, że często tu bywasz. - Palnął.
- Wiesz co... Wiem o tym. - Wyszczerzyłem się i podałem mu ciężarki, uprzednio pokazując, jak powinien ćwiczyć i gdzie jest na to miejsce.
     Następnych kilka godzin upłynęło mi na instruowaniu, wyszczególnianiu ćwiczeń, odsyłaniu i poprawianiu ludzi. No i oczywiście odkażaniu przyrządów. Kto chciałby ćwiczyć na zapoconym siodełku?
- Przyjść pod siłownię? - Ledwo wyszedłem, Amanda zadzwoniła.
- Nie, nie trzeba. Kupić popcorn po drodze?
- Nie, już jest. Wysłałam Sam, żeby kupiła.
- Oliver się pojawił?
- Coś ty... Nie miałabym czasu gadać. - Zaśmiała się cicho.
- Dobra... Wszyscy się schowali?
- Ta, czekamy w ukryciu.
- Ok, to jakby co zapukam sygnałem, że to ja, a nie on. Zaraz będę.
- Jasne. Marcos?
- Co?
- Imprezy-niespodzianki są extra.
- Może za dwa lata ci taką wyprawię. Schowam się w torcie.
- Hahaha. Dobra, kończę, Olly może zaraz przyjść.
- Do zobaczenia. - Rozłączyłem się.
     Impreza. Jak dobrze wrócić do starych nawyków.



Coldy:
3 sierpnia

To miał być mój wymarzony wyjazd. Miałam być tylko ja z mamą w ekskluzywnym hotelu na Ibizie: szampan, fancy muzyka i chłopaki... Wszystko się diametralnie zmieniło, gdy ten.... nie kryjmy się, murzyn przyczepił się do mojej mamy. Wilow zabrała go ze sobą. Całą drogę samolotem siedziałam zła, słuchając muzyki najgłośniej jak się dało, by nie słyszeć jak moja mama zachwyca się "rodzinnym wyjazdem". Prędzej nie umalowałabym się do szkoły niż nazwała tą wogóle-nie-emo wycieczkę "rodzinną"! Gdy dotarliśmy do naszego apartamentu było jeszcze gorzej. 
-Czyż to nie wspaniałe? Dwa tygodnie pod słońcem palm z moim ukochanym mężczyzną... No i oczywiście tobą, Coldy.
Przynajmniej jeszcze o mnie nie zapomniała. Chwyciłam swoją torebkę i wyszłam do swojego pokoju głośno trzaskając drzwiami.
-Chyba nie jest zadowolona...- odezwał się chłopak mojej mamy.
-Przejdzie jej. Jest trochę podbita, bo na obozie jakiś chłopak ją rzucił...
Tego było już za wiele. Gwałtownie podniosłam się z łóżka.
-TO JA RZUCIŁAM MARCOSA!!!- wrzasnęłam i ponownie zatrzasnęłam drzwi dla lepszego efektu. Padłam na różowe łóżko usłane mnóstwem poduszek. Moje życie nie ma sensu... I czemu nikt nie powiadomił architektów, że zmieniłam styl?!
-A ten Marcos to nie czasem dzieciak John'a i Marry z twojej firmy?
Ugh!
                                                                    
                                                         :* :* :*

Nie mogło być gorzej. Już drugiego dnia wyjazdu mama poszła na zabiegi SPA BEZE MNIE. Kazała mi jechać ze swoim chłopakiem, żebyśmy się lepiej poznali. Teraz leżałam na plaży opalając się, nadal ze skwaszoną miną, a on siedział koło mnie i czytał gazetę. Uprzednio nasmarował się kremem (zakład, że mama mu go dała?), podśpiewując przy tym jakieś prehistoryczne melodie. I po co on zmarnował tyle dobrego olejku? Przecież i tak bardziej opalić się nie może.
-To co robimy?- zapytał.
Wyjęłam z ucha jedną słuchawkę.
-Do mnie mówiłeś? Bo jakoś nie usłyszałam...- mruknęłam.
-Coldy wiem, że możesz czuć się zła tymi gwałtownymi zmianami, zwłaszcza, że mnie nie znasz, ale ja naprawdę chciałbym się zaprzyjaźnić...
Kulawy jednorożec! Teraz bierze mnie na litość! No nic, trzeba będzie wstać, bo widzę, że nie da mi spokoju... No jasne, on jest opalony aż za bardzo, więc nie ma już co robić na plaży. Niechętnie wstałam i nałożyłam na siebie swoją nową emo sukienkę.
-To masz jakieś pomysły...-jak on miał, kurczę, na imię?!- Babojode?
-Babajide- odparł mężczyzna, jednak rozpromienił się.
-No przecież mówię, nie?

                                                            :* :* :*

Szliśmy przez miasto, a ja udawałam, że Bajedo jest moim lokajem. Taka ważna osobistość jak ja powinna mieć przecież kogoś takiego. Tylko, że Babejo ciągle zadawał mi pytania i opowiadał o swoim życiu. Aktualnie był w fazie interesowania się moim życiem osobistym.
- A czemu nie wyszło ci z Marcosem?- zapytał, gdy mijaliśmy właśnie jakiegoś fajnego chłopaka. Jejciu, jak ten wielki goryl się nie zamknie to odstraszy wszystkich potencjalnych kandydatów!
-Znalazł sobie młodszą, a poza tym nie lubił różu- rzuciłam, szukając wzrokiem jakiś ciekawych sklepów. Wyjazd bez shoppingu nie może być przecież zaliczony!
-To dlatego zmieniłaś styl? Twoja mama mówiła mi przed przyjazdem, że wprost uwielbiałaś ten kolor...
Kurczę, to miało sens. Ten Abejo umie powiedzieć czasem coś mądrego.
-Masz rację, Badeje! Nie powinnam zmieniać się dla jakiegoś chłopaka! Jestem idealna taka jaka jestem. A bycie sweet mam we krwi! Koniec z byciem emo!
-Wiesz co, Coldy, lepiej już mów do mnie Simba- Adeje objął mnie ramieniem.
-Ok, ok- mruknęłam, szczęśliwa z pozbycia się wizerunku emo. Ten makijaż mnie wykańczał. Właśnie! Jejciu, przecież nadal wyglądam jak jakaś... fanka rocka! 
-Simba, szybko, salon Prady, Coco Chanel lub cokolwiek! Nie mogę się tak pokazać ludziom!- nerwowo szarpałam chłopaka mojej mamy za rękaw, w nadziei, że coś zrobi.
Mężczyzna wyjął mapę (jakby nie mógł używać komórki...) i wskazał na duży punkt na środku brązowej plamy.
-Siedziba mody europejskiej jest tutaj.
-A myślisz, że umiem czytać mapy? Daleko to?- byłam już bliska płaczu. 
Stałam na środku miasta w kompletnie-nie-sweet ciuchach! Ze zgrozą spojrzałam na swoje buty. Idąc na plaże zapomniałam wziąć szpilki na zmianę i właśnie szłam w czerwonych japonkach. O Boże, co ja mam zrobić?!
-Jakieś pareset metrów w prawo- mruknął Simba.
-Nie dam rady dojść w takim stanie!- jejciu, czemu nie wzięliśmy samochodu?! Zrobiłam krótką pauzę i oświadczyłam dramatycznym tonem:- Musisz mnie tam zanieść.
-Co?
-Simba, mówię poważnie. Musisz mnie ponieść. Jestem ubrana na czarno więc nie będę się tak rzucała w oczy- położyłam mu rękę prawie na ramieniu, tak wysoko jak sięgnęłam.- Tak trzeba.
Jakiś czas później wpadliśmy do salonu Dolce&Gabbana.
-Nagła sprawa- ogłosił już od progu Simba. -Potrzebna natychmiastowa przemiana.

sobota, 10 sierpnia 2013

Rozdział 34: Coldy Canavan


Obudził mnie pisk hamującego pociągu. Jejciu, gdzie ja jestem? Otworzyłam oczy i  zobaczyłam jak zwykle wściekłego Marcosa, chwytającego swój plecak i wychodzącego z przedziału. Gwałtownie się poderwałam.
-Hej!- zawołałam za nim.- A co z moimi torbami?
Chłopak jednak poprawił słuchawki na uszach i wyszedł z pociągu.
-Co za egoistyczny... palant!- westchnęłam i opadłam na siedzenie, nie wiedząc co mam teraz zrobić.- Po tym wszystkim co dla niego zrobiłam...
-Niewątpliwie dużo zrobiłaś na tej wycieczce. Niekoniecznie przyjaznego- mruknęła Sophie, pakując książkę do torby.- Pozwól więc, że ja też sobie pójdę. Cześć.
Dziewczyna, którą dotąd uważałam za przyjaciółkę również zostawiła mnie samą z torbami. Spojrzałam na półkę uginającą się od mojego bagażu. Może pojadę dalej? W tym momencie żałowałam, że nie zadzwoniłam do mamy i nie powiedziałam jej, o której przyjeżdżam. Zamówiłaby jakąś ciężarówkę czy coś... Chwyciłam swoją torebkę z niesamowicie cennymi rzeczami oraz nowo przefarbowanego, czarnego jednorożca i ruszyłam do wyjścia. Zawlokę tu Marcosa siłą. No, albo ewentualnie zadzwonię do mamy, żeby przysłała pana Pettersona... Na dworcu było mnóstwo ludzi. Niedaleko pociągu zauważyłam Marcosa. Jakaś dziewczyna przytuliła go i zaczęła się śmiać. Była trochę za młoda jak na jego matkę. Ścisnęłam mocniej jednorożca. Marcos mnie wykorzystał! Nigdy nie mówił, że ma dziewczynę! Poczułam, jak moja twarz przybiera czerwony kolor. Ten... Ten...
-Coldy! Jesteś skarbie!- usłyszałam za moimi plecami i gwałtownie się odwróciłam. Moja mama uściskała mnie i pocałowała powietrze wokół mojej twarzy, by nie rozmazać sobie makijażu.
Miała na sobie jaskrawe czerwone szpilki i luźną sukienkę od Calvina Kleina. Oj, coś się szykowało...
-Wasz opiekun do mnie zadzwonił. Gdzie masz walizki?
-W pociągu... - odparłam, zauważając przed sobą wielkie, czarne spodnie na oko od Tommy'ego Hilfiger'a.
Podniosłam głowę wyżej. Przede mną stał wielki czarny mężczyzna, który przyjacielsko się do mnie uśmiechał. Nie był bardzo przystojny, ale na mojego osobistego asystenta się nadaje.
-Cukiereczku, to jest Babajide Ayokunle Bellugi. Będzie...
-Och, dzięki mamo!- przerwałam jej, nie mogąc ukryć zadowolenia.- Wiedziałam, że się zgodzisz na niew... osobistego asystenta- poprawiłam się.- Baba co? Zresztą nieważne, będę cię nazywać po prostu Simba. Oboje z Afryki, więc jaka różnica, nie? Dobrze, że jest taki wielki. Budzi większy respekt. Tylko mógłby nosić garnitur i takie fancy okulary...
W umyśle już widziałam siebie, jako emo-gwiazdę, która jest noszona przez swojego osobistego asystenta...


Bylibyśmy jak Angelina Jolie i Bill... Tylko, że on nie nazwałby mnie wariatką, gdybym go wyrzuciła.
-Nie, kochanie- przerwała mi mama.- Babajide to mój chłopak. Zamieszka z nami.
Poczułam, jak podłoga wiruje mi pod stopami. "Pięć minut do odjazdu pociągu"- oznajmił komunikat.
-Pomogę panu Petterson'owi z walizkami- zaproponował mój niedoszły asystent i  poszedł w stronę pociągu, zostawiając nas same.
Nie mogłam w to uwierzyć. Moja mama związała się z murzynem?! Jejciu i on w dodatku mówi po angielsku! Jakiś wykształcony chyba...
Ruszyłyśmy z mamą w stronę wyjścia.
-Widzę, że nie jesteś już sweet. Zmiana stylu? Co się stało? - zapytała mama.
-Po prostu przestawiłam się na czarny.- "Ale nie na tyle, żeby zamieszkać z czarnym mężczyzną w domu!"- chciałam dodać.
Odczekałyśmy parę minut na przyjście naszego szofera. Chwilę później, po pytaniach mamy, czemu nasz były opiekun dzwonił do niej z pytaniem, czy na pewno pojechałam na TEN obóz, bo mnie na nim nie ma, pan Petterson pakował walizki do bagażnika, a ten czarny gdzieś poszedł. "I oby już nie wracał"- pomyślałam.
Może to i sweet mieszkać z wielkim murzynem pod jednym dachem, ale już na pewno nie emo.Gdy torby były już w samochodzie, a szofer siedział za kierownicą, chwyciłam mamę za rękę i pociągnęłam w stronę auta.
-Chodź, uciekamy, zanim ON nas znajdzie.
-O, Babajide już idzie!- zawołała Wilow, machając do czarnego mężczyzny.
I kolejny genialny plan nie wypalił... A już się prawie go pozbyłam.
-Pomyślałem, że jesteś głodna, Coldy, więc kupiłem nam wszystkim hamburgery- odparł z uśmiechem nowy chłopak mojej mamy.




czwartek, 8 sierpnia 2013

Rozdział 33: Tym razem PRAWDZIWY powrót.

    Od prawie pół godziny tłukliśmy się pociągiem przez lasy, pola i Bóg wie co jeszcze, żeby W KOŃCU wrócić do domu. Miałem ogromną nadzieję, że tych kilka godzin minie krótko i bezproblemowo, a przecież miałem się czym martwić... W końcu mimo usilnych prób przekonania siebie, że wcale nie odpowiadam za te dwie wariatki, wepchnąłem się do ich przedziału. I tak na szczęście dotąd nic się nie stało, jednak obawy to obawy, nie znikają, bo "JESZCZE nic się nie stało". Przecież w każdej chwili mogło się stać. Jednego byłem pewien - nie wysiądę dopóki nie dotrzemy do naszej stacji. Nie zgubię się, one się nie zgubią, dotrzemy, oddam je ich rodzicom i wrócę do domu, do Amandy... Amanda!!!
     Wyjąłem telefon i wybrałem numer. Po trzech sekundach usłyszałem sygnał i dziewczęcy głos:
- Hej Marcos! Wracasz już?
- Ta, właśnie jadę. - Specjalnie zsunąłem słuchawki, żeby móc rozmawiać.
- Oki, więc o której będziecie?
- Coś tak koło 15?
- Mnie pytasz? - Roześmiała się. - Dobra, powiem, że koło 14 i najwyżej się poczeka, nie?
- Też tam będziesz? - Chciałbym, żeby była, ale tego nie dopowiedziałem.
- A co myślałeś, że tak po prostu puszczę cię samego do domu i spotkamy się po wakacjach? - Teraz już naprawdę się ze mnie śmiała. - Tylko chłopaków nie będzie, bo jednak ta twoja sweet, emo, czy jak to tam było, podopieczna rzuci im się w oczy.
- No nie podopieczna... Zresztą nieważne, dzięki, nie mogę się doczekać aż cię zobaczę. - Mruknąłem i odwróciłem się w stronę okna, żeby nie widzieć spojrzeń Coldy i Sophie.
- Jasne. I nawzajem. - Odpowiedziała radośnie i przesunęła trochę słuchawkę. - Jedź bezpiecznie, trzymaj się i do zobaczenia.
- Jasne. Cześć. - Odpowiedziałem i się rozłączyłem.
     Schowałem telefon do kieszeni i nadal nie patrząc na dziewczyny sięgnąłem po swoją konsolę, żeby jakoś zapewnić sobie rozrywkę na resztę podróży. Niestety czekała mnie przykra niespodzianka... Nie naładowałem konsoli! Niech to szlag!!! Została muzyka i ewentualnie... karty...
     Zerknąłem na dziewczyny, nie dając po sobie poznać, że przyglądam im się celowo. Coldy właśnie zasypiała albo i już spała, za to Sophie była zajęta nalewaniem sobie herbaty. Już prawie otworzyłem usta, żeby zaproponować grę w te głupie karty, ale się powstrzymałem. Założyłem słuchawki na uszy. Poleciała piosenka zespołu Nickleback. Niespecjalnie moja ulubiona, ale... Nie taka znowu zła.
     Ona i tak ma mnie gdzieś, więc po co pytać? Byle dotrzeć do domu i skończyć przebywanie z nimi. Ta znajomość nie była wcale dobrym pomysłem... Ale jeszcze trochę, a ten koszmar się skończy.
     Miałem wrażenie, że ktoś coś powiedział, może to Coldy mruczała przez sen, a może Sophie zwróciła na mnie uwagę. Jednak oparłem głowę o ścianę, owinąłem się bluzą, pod którą zrobiło się niemiłosiernie gorąco i udałem, że zasypiam, nie odpowiadając.
     Po paru chwilach rzeczywiście straciłem świadomość i przeniosłem się w krainę snów. Przynajmniej w ten sposób uwolniłem się od natrętnych, nieprzyjaznych myśli, a dokładniej - rozważań, czy przebywanie z nimi jest naprawdę takie okropne. W końcu gdybym się przekonywał, że w gruncie rzeczy nie było tak źle, jeszcze zdołałbym je polubić. A wtedy nastąpiłby z pewnością koniec resztek mojej normalności. Więc to nawet lepiej, że w momencie, gdy zaczynałem myśleć, że przeżyłem niezwykłą przygodę, chybotliwy pociąg uśpił mnie na resztę podróży.