Po piątkowym WDŻ'cie nastąpił cudowny wypoczynek. No, może nie aż tak cudowny, bo mimo, że był to pierwszy tydzień, praca domowa już czekała na wszystkich drugoklasistów.
Ach, cholera, jak ja nienawidzę matmy... Francuskiego... A nade wszystko fizyki! To cholerstwo było ponoć najlogiczniejszym ze wszystkich przedmiotów, a nie miało ani krztyny sensu!!!
Spokojnie, Marcos... Bawiłeś się w piątek, poszedłeś na kolejną imprezę w sobotę... Szlag by cię, Steve... Siedziałeś przed kompem w niedzielę... No to masz. Niedziela wieczór. Albo zrobisz te cholerne zadania, albo możesz się... Nie, moment... Potrzebuję coli... Mhm...
Powlokłem się na palcach do kuchni. Oczywiście nikt nie pomyślał o wsadzeniu mojego nektaru bogów do lodówki... Ciepła cola. Fuj.
Zabrałem ze sobą całą butelkę, po namyśle zgarniając też szklankę i kostki lodu. Chyba czekała mnie bezsenna noc.
23:00 - Odrabianie głupich zadań z matmy. Byle do końca...
23:30 - Od dziesięciu minut siedzę nad pierwiastkami i działaniami na niewiadomych. Niech szlag weźmie ułamki i działania na nich... Takie proste, a tak upierdliwe... Czy my musimy co roku od tego zaczynać???
00:00 - Zegarek się świeci. Mam wrażenie, że zrobiło się gorąco. Pół butelki coli za mną. Lód dawno się roztopił. Jeszcze jedno zadanie, francuski i fizyka... Dam radę...
00:30 - Matma i francuski za mną! Jeszcze tylko fizyka i wolne! ...***, zapomniałem o angielskim!!!
01:00 - Jestem blisko. Blisko padnięcia na twarz. Cholera, oczy mnie pieką. Muszę zrobić jeszcze dwa działania i napisać krótką notatkę... Dlaczego ta cola nie działa?! To na pewno przez to, że stała w cieple... Cholera, komuś powinno się za to oberwać! ...A już pamiętam, to Dake ją wyciągnął. Jak się spotkamy, to go wykończę... Własnoręcznie, przysięgam... Aaa, fizyka...
01:10 - Zasnąłem na biurku.
Z samego rana obudził mnie krzyk ojca, żebym się budził i zbierał. Popatrzyłem nieprzytomnie na biurko. Plecy mnie bolały. Nogi mnie bolały. Wszystko bolało. Chyba coś mi strzyknęło w kręgach szyjnych... O ***, fizyka i angielski!!! Nie skończyłem!!!
W biegu wpadłem pod prysznic. Opłukałem się tylko zimną wodą. Czułem, że powinienem podeprzeć powieki wykałaczkami, żeby przestały się zamykać, ale zimna woda musiała starczyć. Umyłem zęby, ochlapałem twarz jeszcze raz, znalazłem na pozór czyste ciuchy w szafie i w pośpiechu wpakowałem książki i zeszyty do plecaka. Został mi kwadrans. Fizyka była pierwsza, więc postanowiłem dokończyć zadanie. Zapewne wyszły mi kompletne bzdury, ale najważniejsze, że były. Tylko jak weźmie mnie do tablicy, mam przerąbane...
Na kolejny krzyk ojca wrzuciłem ostatni zeszyt do plecaka i zbiegłem na dół. Poklepał mnie po plecach tak, że mało nogi się pode mną nie ugięły. Ach, cholerne przemęczenie...
- Hej Marcos, będę dziś wracał z roboty wcześniej, zabrać cię z siłowni?
- Nie, będę u Amandy. Ale dzięki.
- A co z twoją pracą?
- Dziś mam wolne.
- Aha, pomyliłem dni. No to pojadę dziś do baru Yao.
- Nie przesadź.
- Nie, to pomysł klienta... Chce wziąć rozwód na swoją korzyść, a tak naprawdę to on znalazł kochankę i się rozpija...
- Hazard, co?
- Ta... Ci ludzie potrafią być cholernie wkurzający jak im się chce. - Westchnął, mijając kolejny zakręt. - Gdyby nie pani Canavan, miałbym teraz spokojne zlecenie z odszkodowaniem za wypadek drogowy...
Na wzmiankę o mamie Coldy poczułem lekkie mdłości.
- Co poradzisz... Następnym razem ty zniknij w buszu z jej córką-wariatką, a ja postaram się gadać z mętami społecznymi i dla nich pracować. Zobaczymy, kto ma gorzej. - Prychnąłem.
- Nadal się o to gniewasz?
- Mam traumę.
- Hahahahaha! - Zaczął się ze mnie śmiać, o mało nie puszczając kierownicy. - Mój syn ma traumę, dobre. - Znów poklepał mnie w plecy. - Daj spokój, było minęło.
- Wiem. - Westchnąłem. Jakoś nie było mi do śmiechu. Chociaż fakt, trauma to za dużo powiedziane, jednak te wspomnienia towarzyszą mi na każdym kroku... Wszystko jak wyjęte ze snu porąbanego umysłu. Nie, to nie sen, to moje życie. - Dobra, dzięki za podwiezienie. Narka.
- Pozdrów Amandę!
- Spoko. - Trzasnąłem drzwiami i ruszyłem do szkoły. Nagle mignęło mi coś rudego.. Nie, to nie Maggie, ogarnij się chłopie, nie śpij...
Wzruszyłem ramionami sam do siebie i poszedłem dalej. Byłem już prawie pod klasą, gdy odezwała się wczorajsza cola. Coraz bardziej zirytowany zawróciłem do łazienki.
- Yabe, łap go! - Zdyszany pierwszoroczniak prawie wyminął mnie w drzwiach, jednak zaraz został zaciągnięty z powrotem do kabiny. Patrzyłem na to z niesmakiem, ale to właściwie był już całkiem zwyczajny widok. Zwyczajne pierwsze tygodnie w szkole. "Chrzest" pierwszaków.
Tylko dlaczego do jasnej cholery musieli zająć wszystkie kabiny?!
- Clayton, co to ma do jasnej cholery być? - Warknąłem zirytowany do stojącego niedaleko napakowanego blondyna. Nie dość, że jestem zmęczony, to jeszcze marnuję energię na wkurzanie się. Teraz to na bank padnę gdzieś na korytarzu...
- O, Marcos. Chrzcimy koty. Trochę się wyrywają... Jak to kociaki widząc wodę. A co? Może chcesz pomóc?
- Podziękuję. - Nie zmieniłem tonu. - Wyjaśnij mi raczej, dlaczego zajęliście wszystkie kabiny. Wiesz, niektórzy potrzebują ich w innych celach.
Gyby tylko głupi zarząd szkoły nie robił remontu i pisuary byłyby na miejscu... Nie musiałbym się przejmować żadnym przepakowanym, zidiociałym... Czy on wogóle wie, do czego służy siłownia, czy robi z siebie kulturystę?
- Spoko, chyba zaraz skończą z tą panienką z trzeciej kabiny...
Fakt, za pozostałymi drzwiami coś cię tłukło, coś jęczało czy inne takie, ale z tej chyba nie dochodził już żaden dźwięk poza śmiechami i spłukiwaniem wody.
Uhh, sadyści... Pomógłbym, ale sorry, w czterech kabinach, przy czym w jednej nie było wody, razem z Claytonem musiało tu być chociaż sześciu drugo- bądź trzecioklasistów. Sam, do tego ledwie stojący na nogach, nie dałbym rady. Biorąc pod uwagę to, że zapewne z przynajmniej kilkoma z nich byłem w drużynie i reszta drużyny by ich poparła (w końcu prawie każdy przez to przeszedł), moje szanse były jak jeden do tysiąca.
Wzruszyłem ramionami, skinąłem głową i oparłem się o ścianę, czekając, aż skończą. Clayton wrócił do swojego kociaka.
- Ohoo, a to co? - Z drugiej kabiny dobiegły mnie śmiechy. Nawet nie chciałem wiedzieć, o co chodziło.
W końcu trzecia kabina się zwolniła. Wyszedł stamtąd umoczony w toaletowej wodzie niski brunet. Z obojętną miną założył na nos okulary i szedł dalej do wyjścia. Ci "ważniacy" którzy mu to zrobili nie spieszyli się z wyściem aż tak.
- Jak macie się migdalić to może poza kabiną? - Rzuciłem złośliwie. Władowałem w to całą swoją frustrację. Mogliby już wyjść... Poznęcali się nad pierwszakiem, no dobra, ale żeby zmówić się z tą cholerną colą, która i tak mi nie pomogła, i robić mi na złość, siedząc tam?!
- Co się tak przegrzewasz, mały? - Prychnął jeden z nich, wyhodząc. Ton miał luzacki, ale jego wzrok pałał rządzą mordu. Trzecioroczniak. Czyżbym trafił w czuły punkt? Zresztą, mniejsza. Nie chciało mi się kłócić, byłem na to zbyt zmęczony. Niech oni po prostu już sobie idą...
- Masz jakiś problem? - Wyszedł też drugi. Taki jakiś... Nie napakowany, niższy od swojego kumpla... Można by powiedzieć, że urodę ma raczej po matce niż po ojcu. Ledwo pohamowałem uśmiech. Gdybym się uśmiechnął, byłbym martwy. Widać miał kompleksy.
- Tylko taki, że zajmujecie kabinę.
Obaj z niechęcią opuścili łazienkę.
Jak to dobrze, że jestem w reprezentacji szkoły. - Odetchnąłem z ulgą w myślach. Gdyby nie "status szkolny" sam miałbym teraz głowę w muszli klozetowej...
W końcu załatwiłem co miałem załatwić i jak najszybciej się dało wyszedłem, ruszając pod klasę. Pod drzwiami przywitałem się ze znajomym i olałem zarówno Sophie jak i Coldy, z którymi akurat miałem te zajęcia.
Znów mignęła mi ruda czupryna... Chyba jestem przewrażliwiony. W końcu nie każdy rudzielec to Maggie.
Zadzwonił dzwonek. Nauczycielka przyszła, obrzucając wszystkich, a w szczególności mnie, niemiłym spojrzeniem i otworzyła drzwi. Kiedy już wszyscy usadowili się na miejscach i otworzyli książki bądź wyciągnęli jakieś swoje brudnopisy, zaczęła wyczytywać obecność. Podparłem głowę na dłoni. Myślałem, że lada chwila odpłynę, a monotonny głos staruszki wcale nie pomagał. Powieki mi się kleiły...
Nagle drzwi otworzyły się z rozmachem i na środek klasy wyszła... Maggie!!! CO ona tu do cholery robiła?!
Rozejrzała się, olewając skonfundowaną nauczycielkę. Jej wzrok zatrzymał się na mnie.
- Marcos! - Rzuciła się do mnie i uściskała mnie, po czym zwiała do drzwi. - Zobaczymy się później~!
...O kurde. Mam przerąbane...
Drzwi się zatrzasnęły, a nauczycielka kazała mi podejść. Doczłapałem jakoś do jej biurka.
- Nie wiem kim była ta młoda panna, ale na następny raz powiedz jej, żeby NIE wparowywała na moje zajęcia w ten sposób! A teraz, za karę za twoją... Khem, dziewczynę, może podaj mi swój zeszycik... Zobaczymy, czego się nauczyłeś na ostatnich lekcjach...
Po klasie potoczyły się śmiechy. Wróciłem się do ławki, starając nie patrzyć na dziewczyny i chłopaków. Kumpel z ławki posłał mi współczujące spojrzenie. Trochę mu nie wyszło, bo też się uśmiechał. Tyle, że przynajmniej starał się to ukryć. Liczy się gest, nie?
Zaniosłem starej wiedźmie swój zeszyt i stanąłem na środku, rzucając wszystkim obojętne spojrzenie. Wciąż byłem zbyt śpiący, by na coś się wysilać. Nawet na proste emocje nie było mnie stać. Widok Coldy i Sophie bynajmniej tego nie zmienił. Chociaż miny miały naprawdę śmieszne... Ale w tej chwili i tak nie było mi do śmiechu. Nie roześmiałbym się z żadnego powodu, no chyba, że nauczycielka nagle stałaby się "sweet różowym jednorożcem" Coldy, a ja bym się obudził.
- Dobrze. Podaj mi teraz wzory, których uczyliśmy się na ostatniej lekcji, potem wymień, kiedy je stosujemy i dostaniesz jeszcze jedno, albo dwa zadanka...
...Uczcijmy to minutą ciszy.