piątek, 24 stycznia 2014

Rozdział 10: Matt Solitarie


Chodzimy do szkoły może ze trzy tygodnie? a jedna nauczycielka już się rozchorowała. Geografia- nigdy nie lubiłem tego przedmiotu i nawet się cieszyłem że mamy zamiast niej okienko. Było koło czternastej i zostały mi więc jeszcze dwie lekcje, w tym informatyka, a potem kółko informatyczne... muszę czekać.
Przed klasą słyszałem jak, że niektórzy chcą się zarwać wcześniej. Dziewczyny zapraszały mnie nawet do jakiejś kawiarni, ale...nie am zamiaru tracić godzin. Odmówiłem grzecznie i poszedłem do szafki. Chwyciłem swoje wielkie słuchawki, które ledwo co uchroniłem przed  konfiskacją dyrektorki, i mój ukochany nieodłączny zeszyt. A no i oczywiście zestaw ołówków. Tak uzbrojony ruszyłem na pierwsze piętro. Były tam ławeczki, jakiś stolik, a w korytarzu stał automat z herbatą. Normalnie poszedł bym do kawiarenki, ale wiem że jeszcze jedna grupa nie ma teraz lekcji...więc pewnie oni okupują kawiarenkę. Wolę już posiedzieć tu gdzie cisza i spokój.
Po drodze przeszedłem nie daleko sali sportowej. Zaraz... według rozpiski jest teraz... próba cheerleaderek i zespołu football'owego... zaraz razem? No to nie wchodzę, Marcos pewnie znów się będzie wydzierał na Coldy... nie mam zamiaru się w to mieszać. Mimo tego że oddalałem się od źródła hałasu jakim była sala ten wcale nie milknął, gorzej odbijał się od ścian i nakładał na siebie... denerwujący dźwięk. Założyłem słuchawki i włączyłem pierwsza piosenka na odtwarzaczu. Poskutkowało przestałem słyszeć gwizdy i przytłumione okrzyki.
Wszedłem po schodach, skręciłem w prawo, minąłem automat i zobaczyłem prawie pusty przedpokój. Mówię prawie bo w jednym koncie siedziała sobie Sophie powoli sącząc jakiś napój.. sądzę, że to herbata.
Zdjąłem słuchawki i mruknąłem "hej" siadając koło niej.
- Hej- przywitała się. Odstawiła kubek na stolik i westchnęła- Czemu amerykanie to tacy idioci?
- Chodzi ci o to że chcą się zerwać z lekcji?- wydawało mi się ze to jedyny powód dla czego akurat teraz o tym myśli- wiesz myślę ze nie wszyscy, może zostało im jeszcze trochę oleju w głowie i jednak zostali na kolejne lekcje- uśmiechnąłem się delikatnie i położyłem zeszyt i ołówki na stoliku.
- Nie, co mnie obchodzą ich nieobecności- fuknęła na mnie- po prostu są idiotami, przecież każdy wie że to co podpisali jako Ceylon to tak naprawdę Yunnan - prychnęła raz jeszcze- przecież one są do siebie zupełnie różne, ta- pomachała mi przed oczyma papierowym kubeczkiem- rośnie w Chinach a ja zamawiałam w automacie herbatę z Sir Lanki!
- i co niedobra?- zapytałem już zaczynając szkicować w zeszycie. Przez Sophie postanowiłem naszkicować angielski podwieczorek... przynajmniej mam tu żywy model.
- nie w tym rzecz- mruknęła chwytając kubek w rękę. To ciekawe nawet jeśli to tylko plastikowy kubeczek ona nadal trzyma go tylko czterema palcami, piąty unosi jakby to była filiżanka. - Amerykanie to idioci jeśli się nie zorientowali co piją, idioci, bo nasypali do automatu złej herbaty.
- Wiec jest dobra?- mruknąłem wskazując ołówkiem na kubek dziewczyny. Już prawie skończyłem szkicować zarys postaci, teraz jeszcze tylko dłoń z filiżanką.
- oczywiście, herbata musi być dobra!- podniosła delikatnie głos.
- Więc może ja tez sobie kupię, w końcu będziemy tu siedzieć jeszcze ponad pół godziny. - mruknąłem wyjmując z plecaka portfel wstałem i podszedłem do automatu. - Ceylon? - upewniłem się a gdy kiwnęła potwierdzająco głową nacisnąłem odpowiedni przycisk. Poczekałem aż napój się zaparzy i wróciłem do stolika. Upiłem małego łyka.
- Faktycznie- stwierdziłem- Yunnan zawsze tak smakowała. Ceylon jest czarna...
- w pełni sfermentowana - dorzuciła Sophie i pozwoliła mi kontynuować.
- a ta jest mieszanką zielonej i czarnej o zdecydowanie ostrzejszym smaku. To na pewno herbata uprawiana w Chinach.- mruknąłem jakby nigdy nic i chwyciłem za ołówek.Obróciłem go kilka razy w palcach i spojrzałem na Sophie. Chyba była lekko zdziwiona moim poprzednim twierdzeniem.
- Mam wujka Earl Grey'a który uwielbia herbatę, nie dziw się- mruknąłem - Mogę mieć prośbę?
- jasne
- Przytrzymaj ten kubek jakby był filiżanką.
- Po co?
- bo próbuję to narysować- podniosłem zeszyt i pokazałem jej szkic. W miejscu w którym powinna być dłoń ze filiżanką było wytarte białe miejsce. Dziewczyna spojrzała na szkic kiwnęła głową i ostawiła się podobnie do mojego szkicu. Uśmiechnąłem się i zabrałem do pracy. Po kilku minutach wyglądało to już przyzwoicie. Odetchnąłem i napiłem się herbaty.
- Po co to rysujesz?- spytała również popijając płynu ze swojego kubka.
- tak jakoś- wzruszyłem ramionami- a ty czemu siedzisz tu sama?
- Czekam na lekcje
- no właśnie ja też nie mam nic lepszego do roboty wiec postanowiłem po szkicować, myślisz ze gdzieś indziej w całym Millvile znajdę podobną scenkę?
- raczej nie, ale nie rozumiem do czego zmie...
- no właśnie. Dzięki temu mój obrazek będzie wyjątkowy.- stwierdziłem pewnie i wróciłem do szkicowania.
Zacząłem już szkicować detale... więc minęło trochę czasu, nim usłyszałem warknięcia Marcosa i piski dziewczyn. Byli chyba daleko.
- Idę sobie jeszcze kupić herbaty- mruknęła angielka i wstała.
- Czekaj też idę, jestem ciekaw co się tam dzieje. - też wstałem. szybko zapakowałem do plecaka mój zeszyt i ołówki. Czy mi się wydawało czy te krzyki się zbliżają?
Podeszliśmy oboje do automatu. Za rogiem chyba naprawdę była jakaś ostra sprzeczka.
- To co klikamy Yunnan zobaczymy co wyjdzie?- rzuciłem rozbawiony. Sophie tez się uśmiechnęła i kiwnęła głową.
Nacisnąłem odpowiedni przycisk i patrzyłem jak kubeczek jest zalewany gorąca wodą. Wyjąłem jeden chcąc go podać Sophie ale w tym momencie usłyszeliśmy przeraźliwy krzyk.
- Mój fancy różowy paznokieć!!!!! i jak ja się teraz pokarzę na treningu~!!!!!
-Tam są Marcos i Coldy tak?- upewniłem się patrząc na Sophie, Dziewczyna chyba szybko połączyła fakty bo poleciała pomóc blondynce... no tak to przecież nie do pomyślenia żeby Marcos uderzył dziewczynę....
Zaparzyłem drugi kubek. Chwyciłem oba w dłonie i skierowałem się w stronę... chyba już można to nazwać bójki.
- Ała jak mogłaś wbić mi paznokcie w ramię!!!
-Markosiku nic ci nie jest~?- piszczała... Magie?...no to pięknie...
- On nie jest twoim "Marcosikiem"- wrzeszczała blondynka. O już ich widzę. Stanąłem sobie pod ścianą dość blisko by w razie czego komuś pomóc ale na tyle daleko żeby nie dostać. Co jak co ale cios z tipsa Coldy wydawał się być dość bolesny...
- Twoim tym bardziej nie!- krzyknęła moja kuzyneczka i zaczęła się szarpać z Coldy.
- A kto mówił ze tak?!- warknęła różowa cheerleaderka i zaczęła się... bić... szarpać... nie wiem jak to nazwać ale chyba próbowały się bić....
 - Ej dziewczyny nie bijcie się o mnie!- Chciał się w trącić brunet. Został tylko szybko odepchnięty i poleciał na nadbiegającą próbująca coś zrobić Sophie. Na szczęście wyhamował w ostatniej chwili.
- Zamknij się tu nie o ciebie chodzi!- wydarły się obie. O mało nie parsknąłem śmiechem i nie rozlałem herbaty... A wystraszony Marcos cofnął się w tył potykając o obcas Sophie i lądując razem z nią na podłodze. Oczywiście Sophie zaraz podniosła pisk żeby cytuję "ten brudny, spocony troglodyta z niej zlazł"  Cały czas szarpiące się dziewczyny potknęły się i razem poleciały na Marcosa i Sophie. Biedni....
- AAAAAA Mój paznokieć to twoja wina, jak mogłaś!!!!- zaczęła się awanturować moja kuzyneczka. Pociągnęła Coldy za włosy co wywołało jeszcze większy pisk. skrzywiłem się lekko nie mogąc zakryć uszu. Podszedłem do nich.
- Nic wam nie jest?- spytałem patrząc współczująco na leżącą na samym dole Sophie.
- Tak to jest jak się chce pomagać Jankesom- fuknęła angielka nie mogąc zrobić nic więcej.
- Co tu się dzieje są przecież lekcje!- Na korytarzu pojawiła się dyrektorka. Była za czerwona ze złości... oj niedobrze - Proszę szybko wszyscy wstawać i wyjaśnić mi co tu się dzieje!- piekliła się dalej. Jako pierwsza podniosła się Maggie i od razu zaczęła się tłumaczyć. Z powątpiewaniem na twarzy słuchałem jej "tragicznej" historyjki o tym jak to mściwa Coldy chciała ją upokorzyć, bo biedna nie dostałą sie do cheerleaderek i jak to wredna Sophie jej w tym pomagała a Marcos jako bohaterski rycerz rzucił się jej na pomoc. Oczywiście wszyscy troje głośno protestowali więc zawiązała się kolejna kłótnia. Westchnąłem ciężko wciąż trzymając herbatę.
Dyrektorka chyba miała dość naszych tłumaczeń bo po kilku minutach uciszyła wszystkich i kazała nam iść do kozy... no przynajmniej Maggie też się dostanie, ale za co mnie tam wsadzają?
Oczywiście rudowłosa zaraz znalazła pomysł żeby się wykręcić. Stwierdziła, że jej paznokieć krwawi i musi iść do pielęgniarki... albo lepiej do manikiurzystki. Co dziwniejsze dyrektorka odesłała ją do tej pielęgniarki, a nam kazała iść do kozy. Podałem Sophie herbatę i z głośnym westchnieniem ruszyłem za nimi. No pięknie, przepadnie mi informatyka i kółko... A myślałem, że to może być klub dla mnie...

poniedziałek, 13 stycznia 2014

Rozdział 9: Trening





     Wyszedłem z szatni w kompletnym stroju do ćwiczeń. Na boisku było przyjemnie ciepło. Rozprostowałem nieco obolałe kończyny i odetchnąłem tym jakże cudownym zapachem... Świeżo umytej sali. Ja pierniczę, znowu ją czyścili?! To wcale nie pomaga w grze! To nie cudowny zapach, to jakiś koszmar...
     A zresztą, czego ja się irytuję, to tylko rozgrzewka. Najgorsza rozgrzewka, bo w trakcie lekcji. Trener specjalnie nas zwalnia, byśmy mogli ćwiczyć, a wychodzi na to, że dostajemy wycisk jak nie wiem... Co prawda może dzięki temu idą nam lepiej wszystkie mecze, ale komu chciałoby się ćwiczyć w duszącym zapachu umytej sali i to 3 razy ciężej niż zawsze?!
- Dobra chłopaki, zaczynamy! Okrążenia, standardowo! - Zaczęły się biegi, podskoki, trening z piłką, siłowanie dla podniesienia morali... I Bóg wie, co jeszcze...
- Wymiękam! Wody! Wody do cholery! - krzyknąłem, gdy już zarządzono przerwę. Butelka z wodą poszybowała prosto w stronę mojej głowy, ale złapałem ją w porę. Wypiłem całą. Po takim treningu nie dało się inaczej...
- Umieram. - Jeden z chłopaków opadł na kolana i zaraz glebnął się na plecy. Lecąca butelka walnęła go jeszcze w brzuch. Zwinął się z bólu.
- Ej ty, bo posiedzisz sobie na ławce na następnym meczu. - zaśmiał się lider, idąc po wodę. Ocierał twarz małym ręczniczkiem. W niego to jakoś nikt wodą nie rzucał... - Dobra, słuchajcie. Albo jeszcze rozegramy mecz i przetestujemy moją nową taktykę, albo idziecie na lekcje... Co wybieracie?
- Mecz. - podniosłem rękę. Jak wszyscy zresztą.
- Dobra! - Lider skinął głową z uśmiechem i odetchnął. - Będą tu też cheerleaderki... Nie rozpraszajcie się zbytnio. - zaśmiał się.
     Rozległy się gwizdy i śmiechy. Sam zagwizdałem... No co, mini spódniczki, pompony, kucyki, każdemu miło popatrzyć, nie???
- Nie rozpraszać się! - krzyknął Jeremi, jednak sam się uśmiechnął, gdy na salę weszła przewodnicząca cheerleaderek. Tasha, jego dziewczyna. Oczywiście opuścił nas, na... Och, kto wie, kiedy się od siebie odkleją? Cała drużyna widząc to zgrabnie przemilczała fakt, że mieliśmy się nie rozpraszać. W końcu to "lider"... On może. Chociaż to niesprawiedliwe...
     Dopiero w tej chwili zauważyłem coś w tłumie dziewczyn z pomponami. A mianowicie... Coldy.
     Co ona tam do cholery robiła?!
- Ej, Marcos, wszystko gra? - Ktoś klepnął mnie w plecy. Zwyczajnie kumpel z drużyny... - Gapisz się na cheerleaderki z takim wytrzeszczem, jakbyś pierwszy raz w życiu mini widział! - zaśmiał się
- Bo coś mnie zaskoczyło... - warknąłem. Nie miałem co mu wyjaśniać...
- Wow, nie warcz tak, facet, tylko pytałem! - Położył mi rękę na ramieniu i podążył za moim wzrokiem. - Ooo, nowe przyszły! Super... Nie wiem jak ty, ale ja zamierzam którąś wyrwać... - Uśmiechnął się wesoło i ruszył w ich stronę. Nie żeby chodziło mi o to samo, na wszelki wypadek ruszyłem w tę samą stronę, tuż obok niego. Żeby Coldy przypadkiem nie powiedziała, że jest tu "z Marcosikiem", czy coś... Tak na wszelki wypadek. Wybadać sprawę. Wyprzedziłem go trochę i pierwsze co odciągnąłem pannę ADHD na bok. Pociągnąłem ją za sobą mimo jej zdziwienia aż do drzwi sali i na korytarz.
- Co ty tu robisz?! - spytałem na wstępie. No i co, że byłem wściekły??? Przy niej spotykały mnie głównie same upokorzenia, to chyba oczywiste, że martwiłem się o swoją reputację w drużynie??? Gdy było się w jednej z najlepszych drużyn w szkole stracenie reputacji to jak przegrać życie!!! Nawet nie czekałem, aż mi odpowie... - Coldy, do jasnej cholery, dlaczego gdziekolwiek nie pójdę, ty za mną łazisz!? Jeśli zostałaś cheerleaderką tylko po to, żeby przeszkadzać w treningach i meczach, to równie dobrze możesz już iść. - Popatrzyłem jej w oczy. Wyglądała na zdziwioną... I chyba... Khem, no na pewno nie szczęśliwą...
- Marcooo! - Zanim Coll się odezwała, po korytarzu poniósł się krzyk... Maggie. O Boże... Tylko jej jeszcze tam brakowało... No zarąbiście. Boże, jeśli istniejesz, spraw, żeby nikt z drużyny, ŻADNEJ drużyny się tu nie napatoczył...