środa, 30 kwietnia 2014

Rozdział 17 :Matt Solitarie




  Ta impreza to będzie masakra. Wiedziałem to, gdy tylko zobaczyłem listę. Nawet nie musiałem czytać punktów. Cała różowa kartka z wyszczególnionymi na żarówiasty róż najważniejszymi punktami... Mnóstwo ozdóbek, kwiatków, kokardek i innych 'sweet' rzeczy. Kompozycja leżała, gama kolorów bardzo ograniczona, choć styl rysunków ma potencjał... Oj, Coldy musi poważnie popracować nad tym, żeby nie dodawać wszędzie różu i może wtedy byłaby całkiem dobrą artystką... Pomrukując co chwila, oglądałem kartkę pod różnymi kontami. Niby był wieczór i ciemno, a jak na nią nie spojrzeć i tak błyszczał brokat... ciekawe.
- I co, wypatrzyłeś coś fajnego?- zagadnął Marcos. Czułem, że wpatrywał się we mnie od dłuższej chwili, ale liczyłem, że się nie odezwie... Co ja mam mu niby powiedzieć?
- Nie... Nie sądzę, żeby spodobały ci się takie imprezy... Ani komukolwiek z twojej drużyny... - Bo ja już widzę tych napakowanych kolesi siedzących sobie w kółeczku i zaplatających sobie nawzajem warkoczyki... Zwłaszcza, gdy większość jest prawie łysa.
- To się potem osądzi. - zbagatelizował moje obawy, machając na mnie ręką i wyciągnął telefon.
Reszta drogi upłynęła mi na słuchaniu jego zaproszeń skierowanych do poszczególnych osób. Z czego prawie upadłem na chodnik skręcając się ze śmiechu, gdy usłyszałem "Steve, mordko, jak się masz~?"
- To pierwszy punkt możemy wykreślić. - stwierdziłem, gdy tylko skończył rozmawiać z ostatnią już osobą.
- Co? Że jak?
- No... Zaprosiłeś ludzi... Choć nie sądzę, żeby było to tak "sweet" jak tu opisała Coldy. - Machnąłem mu przed oczami listą.
- Wiesz... Weź to z przed moich oczu... One bolą! - Udawał, że traci wzrok. No tak, takie zachowania są dość popularne u przedstawicieli grupy społecznej - sportowcy.
- Nie jest tak źle. - Jeszcze raz spojrzałem krytycznie na pracę blondynki. - Musi trochę popracować nad kreską i wyrobić własny styl, ale rysunki nie są złe. - Utwierdziłem siebie we wcześniejszych przekonaniach. Marcos pewnie tego nie dostrzegał... Że aż powiem jak Sophie: "Ci Jankesi!".
- Ale nie, tak na serio... Odbijmy to na ksero w gamie szarości, bo jak to ohydne różowe coś będzie wygadać w moim pokoju? - mruknął, otwierając drzwi.
- A myślisz, że ja mam ochotę na chodzenie po mieście z różowa kartką? - fuknąłem na niego, wchodząc przez dopiero co otwarte przez Marcosa drzwi. Szybko zdjąłem buty i poszedłem do jego pokoju. Włączyłem komputer.
- Ej, ej! - Dołączył do mnie po chwili, zaglądając mi przez ramię na ekran logowania. - ...Nie znasz ha... - zaczął, ale widząc że wpisałem je poprawnie przerwał. - Skąd wiedziałeś?!
- To nie było trudne. - prychnąłem. - Jasne, że ktoś taki jak ty mógł wpisać tylko "football" jako hasło... Choć przyznaję, że przez chwilę wahałem się czy nie wpisać "mięso" albo "I love meats", ale ostatecznie postawiłem na sport~! - westchnąłem, opierając się na krzesełku. Założyłem sobie ręce za głowę czekając, aż system się uruchomi. Marcos położył się na łóżku i czekał.
- Może w międzyczasie przeczytaj chociaż pierwsze punkty z tej listy? - zaproponował w końcu, chwytając za jakąś kauczukową piłeczkę i zaczynając ją odbijać od ściany.
- Nie rzucaj, bo ktoś zaraz tą piłeczką dostanie... - westchnąłem cierpiętnico i zacząłem czytać. - Najpierw przygotuj jakieś sweet przekąski~! - próbowałem naśladować głos Coldy, ale nie wiem jak mi to wychodziło. - Pamiętaj, muszą być eko~!!! Najlepsze będą sweet babeczki z różową posypką i lukrem~! Koniecznie w różowych papierkach, do tego... Marcos, naprawdę muszę to czytać?
- Tak! Zorganizuję najlepsze pocieszynowe pidżama party w historii takich imprez! - wykrzyknął, zrywając się z łóżka. Miałem rację, żeby nie rzucał piłeczką... Teraz dostał nią w głowę, a ta odbiła się i poleciała gdzieś na przedpokój. Później usłyszeliśmy tylko trzask tłuczonego szkła. Spojrzałem niepewnie na Marcosa. - Ty sprzątasz! - rzuciłem i już nie słuchając jego protestów zabrałem się za powielanie listy.

*******

-No i wygląda jak trzeba! - Marcos wyszczerzył się głupio, oglądając swój pokój. Wszędzie gdzie tylko się dało poustawiał miski z żarciem. A skąd on wytrzasnął w pół godziny tyle steków i skrzydełek w ostrym sosie pozostanie chyba tajemnicą na wieki.
     Westchnąłem zmęczony, padając na krzesło. Obróciłem się raz na nim i zainteresowałem komputerem. Ciekawe, czy można by poprawić wydajność i trochę przyspieszyć procesor... Może gdybym... A nie zaraz, to nie mój komputer, nie mogę w nim grzebać... Zwłaszcza, że nie wiadomo co taki Marcos ma na dysku... I jeszcze się okaże, że to co ja uważam za śmieć będzie dla niego ważne. Westchnąłem, poprzestając na zaktualizowaniu bazy wirusów i zlecenia pełnego skanowania systemu. To mnie jakoś odprężało... i skutecznie odciągało moje myśli od tego, co ma się zaraz stać. Jak ja miałem wytrzymać z nimi kilka godzin? Oni sa jak mój tato... Sport, sport, mięso, sport... no i dziewczyny, czego na szczęście tato mi oszczędza. Jak można być tak ograniczonym?

*******

     Goście siedzieli sobie poupychani w pokoju, w salonie, na przedpokoju i w kuchni... Założę się, że w łazience też, ale Marcos o tym nie wspomniał. Nadal siedziałem przy komputerze... Diagnostyka systemu wykazała błędy strukturalne zapory oraz niektórych plików systemowych. Normalnie byłbym zły, ale w tym momencie dziękowałem losowi, że Marcos nie zabezpieczał swojego komputera jak trzeba... Przynajmniej miałem co robić!
- Hej Matt~! - zagadnął, szczęśliwy przyciągając mnie ramieniem do siebie.
- Już żeś się nachlał? - westchnąłem, odpychając go i wracając do o wiele ciekawszych zajęć... Patrzenia jak wolno przesuwa się pasek pobierania i instalowania programów.
- No daj spokój~... - westchnął, ale chyba zrozumiał, że wciągnięcie mnie do ich zabawy nie ma najmniejszego sensu, bo przeszedł do rzeczy. - Goście zaczynają się nudzić... Jaki jest następny punkt z listy?
- Em... Poczekaj. - Oderwałem się od komputera i chwyciłem za szarą karteczkę. Jej różowy oryginał bezpiecznie spoczywał w skanerze. - No więc... - Zagryzłem wargę, żeby się nie śmiać. - Malowanie paznokci śpiewając piosenki na karaoke.
- Pośpiewać możemy, a ty malujesz, punkt zaliczony~... - mruknął szczęśliwy, a ja zrobiłem wielkie oczy... No my chyba się nie rozumiemy. - Ja nie będę nikomu malował paznokci. - Spojrzałem na niego chłodno. - Kiedyś mama mnie do tego namawiała. Nigdy więcej. - oznajmiłem, po czym znów się uśmiechnąłem, spoglądając na kartkę. - Szczególnie polecane... - zacząłem, ale zatkał mi usta dłonią. No tak, jego kumple przechodzili obok, a on nie może się ośmieszyć i pokazać, że realizuje listę Coldy.
- Nie będę śpiewał żadnego Biebera czy innych Kucyków Pony. - warknął.
- Okej wyluzuj~... Czytam tylko to, co napisała. - Podniosłem ręce w obronnym geście. Ja tu mu komputer ratuję, a jak mi się odwdzięcza?
     Ostatecznie chłopacy zamiast karaoke po prostu włączyli kanał muzyczny w telewizji i oglądali teledyski. Niektóre gwizdy i podniecone okrzyki dochodził nawet do moich uszu... a siedziałem w innym pokoju, ze słuchawkami na uszach i walczyłem z jakimś wirusem.
     Później Marcos stwierdził, że jak już mają sobie czymś ubrudzić palce (jego tłumaczenie malowania paznokci) to zrobią konkurs na jedzenie skrzydełek w ostrym sosie na czas... Wtedy wszyscy będą mieć śliskie i tłuste paluchy... Zobaczą, kto najbardziej... Ohydne. Skrzywiłem się. Tak w moim domu jada się mięso. Wegetarianinem nie jestem, ale jak zobaczyłem to gigantyczne "coś", co na pewno nie było zwykłym, niezmutowanym kurczakiem, do tego ociekające tłuszczem, to aż mi się niedobrze zrobiło.
- I to niby pan chodząca siłowania tak się odżywia? - prychnąłem do siebie.
     Niestety wirus okazał się słabym przeciwnikiem, więc zacząłem się trochę nudzić. Co jeszcze mógłbym zrobić? Nic. Wyłączyłem PC'a i poszedłem do chłopaków żeby, jak to ujął Marcos, się aklimatyzować.
- Dobra wygrałem! - darł się jeden z nich. Chyba jakiś obrońca, bo wielki jak byk... I owłosiony jak rosomak... O hej, wreszcie wiem skąd taka dziwna nazwa drużyny... Przyjemnie się czegoś dowiedzieć, nie ważne w jakich okolicznościach. - Teraz wybieram co robimy! - Nastała chwila ciszy, podczas której rozważałem możliwość ewakuowania się z tego pomieszczenia... Niestety dorwał mnie brunet. Marcos pociągnął mnie za rękaw dość niedelikatnie, osadzając na sofie obok reszty ludzi... Że też znalazło się miejsce dla mnie.
- KONKURS BEKANIA!!! - Dobiegło do moich uszu, a zaraz po nich dzika fala ekscytacji i rozmów odnośnie tego, kto lepiej, szybciej, melodyjniej wybeka cokolwiek... Ktoś się chwalił, że potrafi cały marsz żałobny... A to trwa ponad 8 minut!
     Zagazują mnie tu!
     W panice rozejrzałem się za jakąś możliwością ucieczki. Cokolwiek... Pusta miska po popcornie, błagam!

*******

     Od dziesięciu minut nie mogę się zdecydować, czy mam stać przy toalecie i czekać na wymioty, czy biec otwierać okno, bo jak wyjdę to znów poczuję te wszystkie "zapachy". Zapach pieczonego mięsa przemieszanego z potem około 20 facetów, do tego konkurs bekania... Ja dziękuję za takie tortury...
- Hej Matt, trzymasz się chłopie? - Marcos zajrzał do kibla... i wpuścił za sobą nową falę smrodu. 
- Tak! Zamykaj bo... - Znów zebrało mi się na wymioty. - Pootwieraj okna... - wyspałem, od razu głęboko oddychając. Świeże, jak na miasto, powietrze wpłynęło mi do płuc. Dziękuję ci dobry losie, że Marcos postanowił otworzyć okno. Nie sądziłem, że kiedykolwiek będę się cieszył, czując smród tych ulic. W lesie pachnie o wiele lepiej... I nawet jak ktoś beknie to i tak tego nie czuć... Nie to, co tu. Jeszcze nas pozwą o stworzenie nowej broni biologicznej.

********

     Westchnąłem, przenosząc przekąski z salonu do pokoju Marcosa. Ponoć następny punkt z listy tego wymagał... Tak, już to widzę, wymagał tego abym to akurat JA taszczył piętnaście tacek ze skrzydełkami... Aż mi się nie dobrze robi, jak na nie patrzę. Mimo, że dom został już jako tako wywietrzony (i tylko pod tym warunkiem zgodziłem się opuścić łazienkę - pewnie by mnie nie posłuchali, ale kapitan musiał za potrzebą a w krzaki nie wypada).
- Dobra~! - Marcos znów leżał na łóżku i obżerał się... tym razem stekiem. Cóż, przynajmniej jakaś odmiana... Choć mięso równie złej jakości. - To... Co jest następne na tej liście~? Chłopakom zaczyna się podobać... - Uśmiechał się wesoło i pomachał w powietrzu nogami. Jak dzieciak. 
- Następne? - Odłożyłem tackę i spojrzałem na listę. Ochlapana ostrym sosem, bo przecież nie można było kulturalnie nad talerzykiem zjeść. - Um... Make-up i plotkowanie o chłopakach.
- Dobra, to możemy zrobić! - Uśmiechnął się jeszcze szerzej. 
- Nie wiem jak ty... - zacząłem niepewnie - ale ja jestem przekonany, że 90% ludzi tam - wskazałem drzwi oddzielające pokój Marcosa od reszty domu - jest hetero, więc... plotki o chłopakach raczej nie przejdą. - stwierdziłem, obserwując jego reakcję. Którą na moje szczęście był zwyczajny facepalm.
- No tak, nie o to mi... Ej, czemu tylko 90%! - oburzył się nagle.
- Bo Steve nazwałeś mordką i o mało nie króliczkiem. - Puknąłem go w czoło, zadowolony wychodząc z pokoju. Zaraz podbiegł do mnie, starając się wytłumaczyć, że to tylko żarty. - Jasne, jasne... - Pokiwałem głową z politowaniem. Chociaż wierzyłem mu, to... Byłem ciekaw, co jeszcze zrobi, żeby mnie przekonać do swoich racji. Póki co okrążał mnie, podnosząc głos i zaczepił jednego chłopaka, któremu kazał potwierdzić orientację Steve'a przede mną. Czuję się wyróżniony. Za to chłopak, któremu przypadło to zaszczytne zadanie nie wiedział o co chodzi i dlaczego ma to zrobić... Chyba nieświadomie Marcos rozkręcił burzę, bo chłopak popatrzył na nas dziwnie i zaczął zaraz rozwlekać temat ze swoim kolegą. Biedny Marcos, dostanie mu się pewnie później za to...

*******

     Po ponad trzech godzinach słuchania o tym, jak obmawiają każdą dziewczynę w szkole... podczas którego, nie okłamujmy się, zasnąłem dwa razy i właśnie niebezpiecznie kiwałem się na krześle, mogąc w każdej chwili znów odpłynąć... Jedyne co mnie budziło to ich zażarte dyskusje czy Tina Peterson jest jakaś tam... Nawet nie słuchałem. W sumie ciekawe która to ta Tina...
- Dobra! - Klasnąłem w dłonie. - Zaraz północ, a Marcos miał jeszcze ambitny plan stworzenia seansu grozy i wytrwania do rana! - Zmyślałem na poczekaniu, ale jak się okazało skutecznie. Maraton horrorów chyba wszystkim podpasował... Albo raczej nikt nie chciał wyjść na tchórza i wszyscy się zgodzili.  Marcos dumny wypinał pierś, chwaląc się nie swoim pomysłem. W sumie to byłem szczęśliwy, horrory nie są straszne i nie ma tu żadnych dziewczyn, więc pewnie będzie względnie spokojnie. 

********

     Z kolejnej drzemki wyrwał mnie przeraźliwy pisk. Nie, to nie było nic na ekranie, żadna kobieta nie ginęła z rąk psychopatycznego mordercy i nikt nie został żywcem pożarty przez zombie... To jeden z tych "odważnych" członków drużyny bał się i trząsł jak osika na widok zombie klauna... Nudy, czy Marcos nie ma ciekawszych filmów... Choć może jemu już wystarczy strachu. 
- Ej wiara, słuchajcie, Jim zamknął się w łazience i płacze że chce do mamy! - rzucił ktoś, najwyraźniej tak samo znudzony jak ja... A może chciał odciągnąć uwagę innych od tego, że sam się boi? 
     Ktoś postanowił zadrwić sobie bezlitośnie z biednego trzęsącego portkami napastnika i wrzasnął "O nie, król klaunów zombie wychodzi z sedesu!". Gdy tylko ta wiadomość dobiegła do uszu zabarykadowanego w łazience chłopaka ten wybiegł z niej z szybkością torpedy i wbiegł między leżące na podłodze w salonie osoby. W tym również mnie. Nieszczęście polegało na tym, że tylko ja sobie przyniosłem koc do spania, który Jim rozpoznał jako niejaki "kocyś". No cóż, niech go bierze, tylko... nie obślini. Niestety okazało się że "kocyś" nie wystarcza, albo też nie zostałem zauważony, bo mnie również zamknięto w żelaznym uścisku.
- Ma-Marcos... Ra-ratunku... Tra-cę od-dech! - wychrypiałem. Na szczęście brunet był dość blisko, by usłyszeć moje wołanie na bezdechu. Chwycił mnie za ręce i jakoś wyciągnął.
- I znów tracę dech~! - zażartowałem sobie, łapiąc kolejne hausty powietrza. Usiadłem obok Marcosa i zacząłem dalej oglądać film... "Kocyś" pocierpi, grunt, że ja żyję.
- Matt... - zagadnął mnie brunet, gdy zombie zjadało kolejnego klauna. 
- Mhm? - mruknąłem sennie. Ten film był nudny...
- Zrobiliśmy wszystkie punkty z listy?
- Nie wiem... - mruknąłem niechętnie, przekręcając się i grzebiąc w kieszeniach bluzy. - Został jeszcze pokaz mody. - zawiadomiłem. Może trochę zbyt głośno, ale co tam, jest czwarta nad ranem wszyscy pletli głupoty. - Zobacz, twoje pudło z sukniami balowymi na karnawał na coś się przyda~!- zachichotałem sennie. - A tak się broniłeś przed tą czerwoną peruką.
- Nie będę ubierał się w damskie ciuszki! - wydarł się tak że wszystkich pobudził... A obudzony footballista to zły footballista. 
     Wiedząc to szybko zgarnąłem różową listę ze skanera i ubrałem buty. Wolę nie wiedzieć, co ta banda zrobi Marcosowi za pobudzenie ich... Jednak jestem pewien, że powinienem pomścić jego śmierć. Nie, nie zdjęciem, bo pewnie nie chciałby być fotografowany w różowej sukni, ale... Przynajmniej spełnię jego, tak sądzę, ostatnie życzenie i oddam Coldy tę listę. Tak, niech pamięć o nim zostanie. 
     Zimne, rześkie powietrze sprawiło, że trochę się obudziłem. Przemierzając szeroką pustą ulicę i idąc w stronę wschodu słońca zastanawiałem się, czy lepiej nie zawrócić... i nie zrobić zdjęcia upokorzonemu brunetowi, ale... zaprzestałem tej myśli. Jeszcze by mnie wsadzili w sukienkę. Zatrząsłem się z obrzydzeniem. 
     Uśmiechnąłem się wesoło i pomachałem Sophie siedzącej na ganku domu Coldy.
- Hej, a ty nie śpisz?- zagadnąłem
- Nie, rozmyślam... co to?- wskazała na oryginalną listę.
- Lista rzeczy na sweet przeprosinową imprezę - podałem jej kartkę- oddasz to Coldy... nie mam pojęcia czy mogę do was wejść w końcu to "babskie przyjęcie" a myslę że świętej pamięci Marcos tego własnie by chciał. Pozbyć się tego piekielnego nasienia- zachichotałem
- Ou... co się stało?
- dowiesz się jutro- uśmiechnąłem się tajemniczo, choć może nie wyszło to najlepiej bo zacząłem ziewać- padam z nóg..- westchnąłem- dobranoc...- mruknąłem na pożegnanie i ruszyłem dalej do domu wujka. Jeśli takie mają być imprezy nastolatków to ja już chyba wolę być w tej puszczy amazońskiej z rodzicami... nie byłbym chyba tak zmęczony jak dziś.

środa, 23 kwietnia 2014

Rozdział 16:Coldy Canavan


Jejciu, to było moje najlepsze piżama party jakie dotąd urządziłam!! Niestety dużo dziewczyn nie mogło do nas dołączyć przez późne ogłoszenie imprezy, więc mama z Simbą poszli na randkę do tego fancy lokalu, który zamówiliśmy. Nie byłam zmartwiona z tego powodu. Imprezy w małym gronie zawsze są bardziej sweet a my miałyśmy teraz cały dom dla siebie. Gdy patrzałam na Sophie jedzącą watę cukrową i kołyszącą się do taktu muzyki od razu miałam ochotę samej sobie przyznać medal Najlepszej Przyjaciółki Roku. Do dwudziestej drugiej przebrnęłyśmy już przez pięć punktów z mojej listy. Aktualnie śpiewałyśmy karaoke i malowałyśmy sobie nawzajem paznokcie.
-A ty jakie chcesz, Sophie?- zapytałam moją przyjaciółkę, pokazując cały koszyczek lakierów.
-Jakieś nie brokatowe? I w miarę naturalne...- odpowiedziała niepewnie.
-Już się robi. Dla ciebie wszystko- wyjęłam z koszyczka jedną buteleczkę.- Biskupi róż. Tak to jest to. Nazwa nie jest zbytnio fancy, ale jaki głęboki, wyrazisty kolor! I zobacz! Nie jest brokatowy!- uśmiechnęłam się, chcąc dodać przyjaciółce śmiałości. Sophie nadal dziwnie patrzała na lakier.
-Coldy, doceniam to co dla mnie robisz, ale...
-Zobaczysz, wyjdzie sweetaśnie!
Dziewczyna mruknęła cichutko "ale ja nie chcę mieć sweetaśnych paznokci", jednak zbagatelizowałam tą uwagę. Sophie wprost oniemieje jak zobaczy efekt mojej pracy. Zabrałam się do roboty, podśpiewując do "Baby" Justina Biebera, które to właśnie śpiewała Stacy, tańcząc z mikrofonem. Po paru następnych piosenkach na karaoke moje dzieło zostało zakończone.
-Coll, naprawdę nie wiem, co powiedzieć...
-Drobiazg- odparłam, uśmiechając się szeroko.
Wiedziałam, że odejmie jej mowę. Sophie miała teraz wściekle różowe paznokcie w sweet wzorki.

-Wow, Coldy, masz talent!- pochwaliła mnie Donna, a inne dziewczyny przytaknęły. Wprost promieniałam.
-To kogo teraz kolej?- zapytała Amy, trzymając mikrofon od karaoke.
-Sophie jeszcze nie śpiewała!-pisnęłam wypychając swoją fancy przyjaciółkę na środek. Amy podała jej mikrofon.
-Ale ja nie znam żadnych piosenek...
-To na pewno znasz- powiedziałam, włączając jej "Oops I did it again" Britney Spears.
No bo kto by nie znał naszej drogiej Britney? Piosenka zaczęła się, a ja wraz z dziewczynami podrygiwałyśmy do rytmu. Sophie zaczęła śpiewać, kurczowo ściskając mikrofon. Gdy zaczęła się scena, gdy kosmonauta wyznaje Britney, że wyłowił dla niej ten fancy wisiorek z Titanica, wszystkie dziewczyny powtarzały całą kwestię wraz z nim, chociaż słowa nie były wyświetlane na karaoke. Po raz kolejny zabrzmiał refren i wszystkie dołączyłyśmy do Sophie, śpiewając na całe gardło. I w tym właśnie momencie usłyszałam trzask i jakiś krzyk dochodzący z prawej strony. Podeszłam do okna, odsunęłam zasłonkę i zobaczyłam Marcosa, kurczowo trzymającego się mojej rynny. Otworzyłam okno.
-Yyy... Mogę wejść?- zapytał chłopak.
-Mówiłam ci, to impreza TYLKO dla dziewczyn.
-Drabina się połamała przy upadku, ale spokojnie, znalazłem młotek!- usłyszałam z dołu Matta.
A więc to tak?! Knuli, żeby nielegalnie dostać się na moje sweetaśne party i wszystko zepsuć! Nie mogę do tego dopuścić.
-Jak to tu... Marcos, wytrzymaj, muszę tylko skoczyć po gwoździe!- zawołał chłopak.
-NIE ZOSTAWIAJ MNIE TUTAJ!!! MATT!!!-gracz Rosomaków wpadł w panikę, trzymając się ramionami dachu i wisząc co najmniej 100 szpilek nad ziemią.-Coldy, błagam, nie chcę umrzeć na twoim trawniku!!
Piosenka na karaoke już jakiś czas temu się skończyła, a parę dziewczyn podeszło do okna.
-O, cześć Marcos- Cathy uśmiechnęła się, bawiąc się włosami.
-Hej- mruknął chłopak, na chwilę podnosząc rękę, co było dużym błędem. Marcosik  zachwiał się i pobledł na twarzy.
-Marcos? Ten footbalista jest tutaj?!- pozostałe dziewczyny, które nie zauważyły dotąd zajścia`wpadły w popłoch. Szczególnie głośno pisnęły Amy i Riley, które miały maseczki na twarzy.
-COLDY, BŁAGAM!!!!! JA TU UMRĘ!!!!!
Widząc śmiertelnie przerażonego (ale przy tym bardzo sweet) Marcosika, wychyliłam się i złapałam go za rękę. Dziewczyny mi pomogły i po chwili chłopak znalazł się już w moim pokoju.
-Dzięki- wysapał.-Nigdy. Więcej. Szpiegowania.
W tym samym momencie usłyszałam za drzwiami głośne "Trzymaj się, Marcos!!" i do mojej imprezowej świątyni wparował zziajany Matt.
-O, już nie wisisz- stwierdził spokojnie.-Jejku, zupełnie jakbym trafił do świątyni różu. Te monochromatyczne kolory aż biją po oczach.
-Co wy do-stu-złych-make-upów tutaj robicie?!- pisnęłam i poczułam jak moja twarz przybiera czerwony kolor.
-Yyy... Podobno macie imprezkę- Marcos nerwowo drapał się w szyję.-Chciałem, chcieliśmy zobaczyć co takiego robicie.
Sophie trzymała ręce za plecami, Cathy nadal bawiła się włosami, Amy z Riley schowały się w łazience, by zmyć maseczki, Rachel, Melinda i Anna mierzyły chłopaków wzrokiem, Donna malowała paznokcie, Bridgit pisała sms-a do chłopaka, a Britney z karaoke właśnie śpiewała drugą zwrotkę we wciąż powtarzającej, się piosence.
-Mogę się poczęstować?- zapytał Matt, podchodząc do waty cukrowej.
-Tfu! Co to jest?! Smakuje jak podeszwa buta!- Marcos wypluł moją eko zapiekankę na różową chusteczkę. Tego było już za wiele.
-Macie stąd natychmiast wyjść!!!- wrzasnęłam piskliwie.
-Wyluzuj, Coll, chcieliśmy tylko spędzić z wami trochę czasu. No wiesz, przyjaciele tak robią.
Głośno stukając obcasami podeszłam do biurka i wyciągnęłam listę rzeczy do zrobienia na Pocieszyniowym Pidżama Party, poczym wcisnęłam ją chłopakom.
-To urządźcie sobie własne pidżama party i nie rujnujcie mojego. Masz tu listę, skoro nie wiesz co się robi na takich imprezach. A teraz żegnam- teatralnym gestem wskazałam drzwi.
-Chodź, Matt, urządzimy sobie imprezę TYLKO DLA CHŁOPAKÓW. Będzie sto razy lepsza niż wasza- mruknął naburmuszony Marcos i zszedł na dół.
Matt chwycił popcorn i wycofał się na schody.
-Miskę zostawię przy wejściu. Pa, dziewczyny!- rzucił na odchodne.