środa, 30 marca 2016

Rozdział 24: Nie nieudane wyjście.

         Początkowo nie mogłem powiedzieć, żeby to popołudnie zapowiadało się jakoś wybitnie. Ani świetnie. Ani nawet cool. Brak gadającej gdzieś obok panny ADHD przez co nie trzeba się było odzywać zaczynał się dawać we znaki, potem brak Matt'a, który chociaż odwracałby uwagę od tego, że go nie ma. I to jak perfidnie go nie ma! Zostałem sam z angielką. I o ile w jej domu, czy raczej domu jej cioci czułem się nieswojo, o tyle w kinie można już było wyluzować. Spotkanie z resztą team'u też nie było najgorsze, chociaż przez chwilę prawie zaliczyłbym wpadkę i wygadał się z zadawania się z chochlikiem i resztą. Bądź co bądź... Surowe prawa drużynowej dżungli - nie zadawaj się z mało popularnymi ludźmi. Patrząc z drugiej strony, wyobrażam sobie, jak niektórzy z tych koksów trzęśliby mokrymi gaciami w sytuacjach, w których chociażby Coll zwyczajnie wylewała na człowieka perfumy. ...Cały flakon perfum.
    Lepsze niż sole trzeźwiące, poważnie.
    Wracając jednak do tematu. Po wybraniu filmu i po tym, jak usiedliśmy razem zaczęliśmy trochę gadać. Starałem się jak mogłem by rozśmieszyć Sophie. Na dobrą sprawę każdy jej wybuch śmiechu był zachęcający. Jednak potrafiła trochę się wyluzować jeśli chciała... A kinowe światło dodawało jej jakiegoś uroku, może głównie przez cienie, jakie rzucały jej długie rzęsy albo pogłębioną barwę ust. Zresztą cienie rzucane przez jej biust także w pewnym sensie poprawiły optykę...
    No co wy. Czy taki gentleman jak ja mógłby się przyglądać czemuś takiemu... To było mimowolne spostrzeżenie.
    I to kilkukrotne, więc jestem go całkiem pewien.
- Oho, zaczyna się. - mruknąłem do dziewczyny, widząc przeskakujące po czarnym ekranie białe mrówki, a potem migoczącą lekko strugę światła nad nami, które padło prosto na ekran, pokazując nam kolorowe reklamy i zapowiedzi filmowe. - Czyli mamy jeszcze jakiś kwadrans. - skwitowałem i rozejrzałem się po sali. Na razie niewiele ludu. - Jestem pewien, że jeśli trochę się wyciągniesz dosięgniesz tego światła. - rzuciłem jej konspiracyjnie do ucha, pokazując wyciągniętym palcem strumień z projektora nad nami. Ta jakby się zawahała, ale w końcu założyła ręce na piersi. Jakby ją korciło i próbowała się powstrzymać.
- No co ty, tak w kinie... Nie jestem tak niewychowana jak wy, żeby robić sobie takie żarty...
- Ta? To obserwuj co cię mija. - Parsknąłem i nie zważając na jej niedowierzający wzrok, korzystając ze swojego wzrostu wstałem i wyciągnąłem się podpierając o krzesełko, by puścić na reklamie cień złożony w serce. Słyszałem narastające szumy i pierwsze krzyki pretensji, więc opuściłem ręce. - Sorry, musiałem, to dla dziewczyny która ze mną przyszła! - oznajmiłem głośno widzom i ukłoniłem się Sophie, po czym usiadłem. Na sali rozległy się gwizdy, a nawet oklaski. Ktoś odważył się zawołać "brawo", ktoś inny chwilę skandował "gorzko, gorzko!". A Sophie? Z kompletnym niedowierzaniem wpatrywała się we mnie. Dostrzegłem chyba jednak w tym oświetleniu karmazynowy odcień skóry na jej policzkach. Coś w tym widoku było. Jeszcze w życiu nie widziałem tak zażenowanej Sophie, ale jednocześnie, jakby to ująć...? Tym razem wydawała się typem "uroczej złośnicy". No bo kto ostatnio doprowadził ją do rumieńców? Ja tego nie widziałem.
    Heh. Fajny widok. Nie planowany, ale fajny. Miałem z czego być zadowolonym.
- Jak rozumiem, podobało się. - zauważyłem i złapałem za jej dłoń, czy raczej wygrzebałem ją gdzieś spod jej łokcia i rozplątałem zaplecione wysoko ręce, potrząsając nią lekko i wkładając w paczkę z popcornem.
- Ty... Oszalałeś?! - syknęła. - Mówić coś takiego przy całej...!
- Oj ćś ćśśś, seans się zaczyna. - mruknąłem z pewnym rozbawieniem przykładając palec do jej ust, a potem wsuwając jej do nich szybko popcorn, gdy znów je otworzyła. - Nie przeszkadzaj innym. - szepnąłem konspiracyjnie i puściłem jej oko, po czym sobie też wrzuciłem do ust trochę popcornu i wziąłem się za oglądanie. A może inaczej, po prostu obróciłem się do ekranu.
    Szatynka jeszcze jakiś czas się nie odzywała. W końcu chyba jednak parodia ją wciągnęła i zaśmiewała się razem ze mną. To nie był taki zły pomysł, by przyjść tu w parze. Choć nie był to pomysł a bardziej przypadek. Nie było tak źle. Coldy nie dałaby nam się tak bawić, absorbując uwagę swoją osobą, a Matt... Matt by był, ale jego pokpiewający wzrok pewnie trzymałby nas czasem na dystans... Dobra, nie oszukujmy się, na mnie to czasem działało jak kubeł zimnej wody. Na codzień jestem w końcu dość racjonalnym facetem, nie? Ale cholera, nastolatkiem też, więc co dziwnego w żartach?
    No i jak się okazało Anglicy i Amerykanie mogą mieć wspólne poczucie humoru. O ile ci pierwsi się wyluzują. Może dlatego gdy po wyjściu z kina ściągnąłem wyimaginowany cylinder i nastawiłem ramię jak dawny angielski gentleman Sophie najpierw zachichotała, a dopiero potem spoważniała i pokręciła głową. Czyli głupawka do końca jej nie przeszła. Wykorzystując więc swoją szansę zamachałem nastawionym ramieniem jakbym połowicznie tańczył kaczuchy. - Zapraszam panią na lody. - dorzuciłem na zachętę. No chyba mnie teraz nie zostawi nie? Chyba bym płakał. ...Albo wrócił do domu dobić kolejny level we wczorajszej grze. Mimo to jednak kontakty z ludźmi poza komputerem mogły być nieco... Żywsze. No i ciekawiło mnie jak daleko mogę naruszyć te niby nienaruszone fasady angielskiego savoir-vivre'u. Przecież, do jasnej cholery, ona kiedyś musiała zasmakować amerykańskiej zabawy. Jak będzie taka sztywna kiedyś upadnie i się połamie.
    ...Widzicie? Jak superbohater, ratuję życie niezłej zagranicznej lasce.
    Brakuje tylko odjechanej gadającej bryki.

wtorek, 9 grudnia 2014

Rozdział 23: Coldy Canavan


Wyszłam z budynku w którym mieściła się tajna firma szpiegowska alias siedziba ruskiej mafii z dwoma stówami mniej w portfelu, ale za to z pięcioma błyszczącymi dowodami i silnym poczuciem dumy. Oto narodziła się nowa, buntownicza strona Coldy Canavan. Weszłam do taksówki, która nadal na mnie czekała i żeby przypieczętować moją nową odsłonę, zrobiłam sobie selfie.

-Czekałem na panienkę przez czterdzieści minut. Należą się jeszcze 452 dolary. Czy mam gdzieś zawieźć?- arabski taksiarz uśmiechnął się szeroko, odsłaniając swój złoty ząb.
Zrobiłam wielkie oczy. W torebce miałam tylko 20 dolarów. Spojrzałam na tego całkiem-nie-sweet taksówkarza. Widać było, że się niecierpliwił. Oczami umysłu widziałam już, jak mówię mu, że nie mam tyle pieniędzy, a on w akcie zemsty wyciąga siekierę którą ma schowaną w bagażniku i tnie mnie na małe kawałeczki, by potem oddać je swoim arabskim psom. A moje fancy ciuchy zarosną w szafie kurzem, całkiem zapomniane... Nie mogłam na to pozwolić. Wyciągnęłam wizytówkę pana Pettersona.
-Na Downson Street 42 poproszę- uśmiechnęłam się olśniewająco, nie pokazując taksiarzowi, że wiem o jego ukrytej siekierze.- Mój tata zapłaci na miejscu.
Pan Petterson był moją jedyną nadzieją. Szybko napisałam mu sms-a "Brak kasy, groźba siekierą, JADĘ!".
Po paru minutach byliśmy już na miejscu. Nie wiedziałam, że nasz szofer mieszka tak blisko od tej szemranej dzielnicy. Wysiedliśmy przed małym domkiem, a ja pobiegłam prosto do drzwi, chcąc wejść do domu, zanim ten facet mnie porwie. Drzwi otworzył pan Petterson, który dość szybko się ubierał, zważywszy na jego źle dobraną koszulę i zbyt luźno założony pasek od spodni. Gdybym go nie znała, to pomyślałabym, że ma romans, który przede mną ukrywa. W myślach zanotowałam sobie, by zapytać się o to na wszelki wypadek.
Tymczasem stałam przed nim z wyciągniętą ręką.
-515 dolarów- uśmiechnęłam się słodko.- Proszę, TATO.
Za mną stanął taksówkarz, składając ramiona tak, że czułam jak jego bicepsy się napinają.
-Ma pan bardzo hojną córkę- rzucił Arab ze swoim wschodnim akcentem.
Spojrzałam przerażona na pana Pettersona, który miał zmieszaną minę.
-Tato... Pieniądze?- pisnęłam prawie niesłyszalnie.
Teraz to już na pewno taksówkarz potnie mnie na kawałeczki. I chyba nie będzie potrzebował do tego siekiery...

                                                   :*  :*  :*                                                           
-TO BYŁO STRASZNE- zrobiłam teatralny gest, machając przy tym pustym kubkiem po latte.- Ale dzięki za kawę. No, to ja będę się zbierać...
Siedzieliśmy w kawiarni na rogu, gdzie zabrał mnie nasz szofer, abym ochłonęła po tym jakże-dramatycznym-i-upokarzającym wydarzeniu.
-Coldy, sądzę, że powinienem zadzwonić do twojej mamy- pan Petterson nie był zadowolony z mojej niespodziewanej wizyty.- I jakim cudem mogłaś wydać 515 dolarów na taksówkę? Jechałaś do Nowego Jorku, czy co?
-Jeszcze nie- odparłam tajemniczo.- Właściwie to wydałam 715 dolarów. Ale to już szczegół... Jejciu, jak już się zrobiło późno...- spojrzałam na swój fancy zegarek. Faktycznie, to latte kosztowało mnie dość sporo czasu. A musiałam się dziś z wszystkim wyrobić...
-Dopilnuję, żebyś tym razem dotarła do szkoły. Odwiozę cię.
Nie protestowałam. Przecież to właśnie tam chciałam się znaleźć.

                                                   :*  :*  :*                                                        
Na szczęście właśnie trwały lekcje, więc nie ryzykowałam, że ktoś mnie zauważy. Trzeba było tylko sprytnie przemknąć przez miejsca, w których znajdowały się kamery. Wczoraj, gdy weszłam do pomieszczenia z monitoringiem, pod pretekstem poszukiwań komórki, zauważyłam, że kamery obejmują tylko środek korytarza. Obie strony, gdzie znajdowały się szafki były niewidoczne. Weszłam przez frontowe drzwi i od razu przylgnęłam do szafek po lewej stronie. Poczułam się, jak ta słynna agentka, Lara Croft. Tylko, że nawet w kreacji emo byłam bardziej fancy. Podśpiewując sobie pod nosem wszystkie znane szpiegowskie melodie, przemknęłam do schowka na środki dezynfekujące. Po zeszłorocznej aferze alkoholowej, kiedy przeszukano wszystkim szafki, nie mogłam ryzykować ukrycia dowodów w swojej szafce. Nie mogłam ich schować w domu ze względu na naszą pomoc domową, panią Mitchell. Co czwartek wywracała ona dom do góry nogami, by nie było w nim ani strzępka kurzu. W dodatku byłam pewna, że czyta mój sweet pamiętnik. Stanęłam przed drzwiami do schowka. W pierwszej klasie, gdy Ashlyn chodziła jeszcze z Brad'em, obaj odkryli, jak otworzyć schowek bez klucza, by móc spędzić "pięć minut w niebie" bez dodatkowych świadków. Wyjęłam błyszczyk, posmarowałam nim szparę między zamkiem, po czym odsunęłam pilniczkiem metalową blaszkę tak, że zniknęła ona w drzwiach. Drzwi się uchyliły. Jejciu, dobra jestem! Weszłam do ciemnego, brudnego schowka (który według mnie wcale nie był fancy miejscem do sekretnych randek) i zapaliłam światło. Fala kurzu aż uderzyła w moje delikatne nozdrza. Tu z pewnością nikt nie znajdzie naszych dowodów. Schowałam je za uschniętą roślinką, która była dziwnie podobna do tej, którą kupiłam swojej nauczycielce matmy, gdy zdałam. Poznawałam nawet tą różową doniczkę i cały multum fancy wstążek... Zrobiłam krok w lewo, by zobaczyć, czy pod kątem też nie widać naszych dowodów. Zawadziłam torbą o kij od miotły, który zwalił się na podłogę, ciągnąc za sobą również niezliczoną ilość przedmiotów. Już słyszałam w myślach krzyki dyrektorki i odgłos policyjnych syren, które obwieszczą moje zatrzymanie przez policję za włamanie do schowka na miotły. Chociaż może policjant byłby fancy... Stwierdziłam jednak, że potencjalna miłość mojego życia nie rekompensuje wizyty w więzieniu. Oni mają tam takie nie-fancy ciuchy... Wybiegłam więc czym prędzej ze schowka, zatrzasnęłam drzwi i odwracając głowę co chwilę, by sprawdzić, czy nikt mnie nie goni, wyszłam ze szkoły. Na moje szczęście hałas nie był tak duży, jak mi się zdawało, gdyż nie słyszałam, żeby nauczyciele biegali, a dyrektorka krzyczała wniebogłosy. Uśmiechnęłam się. Kolejna faza misji: Moja-sweet-16 zakończona sukcesem.

                                                     :*  :*  :*                                                  

Wizyta w kawiarence internetowej zajęła mi więcej czasu, niż myślałam. Wybranie fancy hotelu było jedną z najważniejszych rzeczy w całej misji. Zastanawiałam się, czy hotel z jacuzzi w łazience będzie lepszy od hotelu z podgrzewanym basenem i pokojami na 11 piętrze. Niestety w żadnym hotelu w Nowym Jorku nie było różowych pokoi. No, PRAWIE żadnym. Znalazłam dwa, które nawet miały brokatowe tapety, ale nie byłam aż tak zdesperowana, żeby rezerwować nam pokoje na "noc pełną rozkoszy w domu miłości Leny Coben" lub na "niezapomniane odczucia w pokojach z azjatyckimi niespodziankami". Chociaż ta druga nazwa brzmiała obiecująco... Nie byłam jednak pewna, czy te "azjatyckie niespodzianki" to sushi, więc dałam sobie spokój. Zamierzałam umieścić Matta z Marcosem w jednym pokoju, a nie chciałam, by odżyły w nich relacje z naszej drogi na obóz. Zdecydowałam się więc na hotel z krytym, podgrzewanym basenem i pokojami, które wychodziły wprost na rozrywkową dzielnicę. Kliknęłam w "rezerwuj pokoje" i nie mogłam przestać się uśmiechać. Jejciu, naprawdę to robię! Moja sweet 16 będzie najbardziej fancy ze wszystkich sweet 16 świata! Nagle moja komórka zapikała. Sophie pytała jak się czuję i czy na pewno nie dam rady pójść z nimi do kina. Odpisałam jej szybko, że jest ze mną tak źle, że musiałam zmyć makijaż i założyć pidżamę i że życzę jej fancy seansu i dużo płaczliwych scen w filmie. Po zarezerwowaniu pokoi zapłaciłam za korzystanie z internetu (tym razem zabezpieczyłam się wizytą w bankomacie) i wyszłam na zewnątrz. Spojrzałam na zegarek. Już 15, a jeszcze tyle do zrobienia!

niedziela, 30 listopada 2014

Rozdział 22:Sophie Tania Brown


Siedziałam w salonie i głaskałam psa ciotki,popijając herbatę. Marcos i Matt lada moment powinni po mnie przyjść. Szkoda,że Coldy nie mogła z nami iść. Źle się czuła, czy coś takiego. A w końcu to ona była tym "lepkim czymś",co połączyło nas razem. Oby szybko wyzdrowiała, w końcu niedługo jej urodziny. Ciekawe,że jeszcze nie piszczała o swojej "sweetaśnej 16" W końcu dla jankesów to coś jak obchody urodzin królowej Anglii. Może jest bardziej chora, niż nam się wydaje....Gdy tak rozmyślałam,rozległo się pukanie do drzwi, a pies, który nagle zerwał się na równe nogi przewrócił mnie na podłogę! No super!!! Niech ja go tylko...Byłam jeszcze na czworaka, kiedy przedemną pojawiła się kobiece nogi w butach na obcasie.
-Sophie moja droga, takiej damie jak ty nie przystoi płaszczyć się przed gośćmi.-Powiedziała ironicznie ciotka.-Nawet jeśli gość jest tak czarujący-Dodała słodko.
-Och, dziękuje pani....ciociu Sophie - usłyszałam niepewny głos Marcosa.
Podniosłam wzrok i zobaczyłam przed sobą ciotkę z lekkim uśmiechem i Marcosa obok niej. Faktycznie Marcos wyglądał zaskakująco dobrze. Zamiast t-shirtu miał na sobie koszulę na krótki rękaw, a włosy zamiast nażelować, jak robi to do szkoły,zostawił samym sobie, co dało mu zawadiacki urok. Przemknęło mi przez myśl,że on naprawdę jest przystojny.Co,Marcos PRZYSTOJNYM!!!!! Sama siebie zszokowałam tym stwierdzeniem. Tymczasem podał mi rękę i pomógł wstać.
-Dzięki-powiedziałam i strzepałam spodnie z niewidzialnego brudu. -To co, idziemy? Do widzenia ciociu.-Powiedziałam, ucałowałam ją w policzek, złapałam Marcosa za rękę i pociągnęłam za sobą.
-A gdzie Matt?- Zapytałam z lekkim przerażeniem,zamykając drzwi.
-Szedłem po niego,ale zadzwonił do mnie i powiedział,że nie może iść. Ciężko było go zrozumieć. Usłyszałem tylko "nie idę, notes, Maggie, podkład, śmierć" - Powiedział i wzruszył ramionami.
Oby Maggie nie zrobiła tego, o czym myślę...
-Czyli idziemy we dwoje. - Powiedział Marcos i uśmiechnął się,niepewny czy nie obrażę się za to zdanie.
Nie podobało mi się to, ale cóż mogłam zrobić. Ciotka nie wybaczyłaby mi, gdybym nie poszła z "tak czarującym, młodym człowiekiem."
-Chyba nie mamy wyboru.- Powiedziałam i nie czekając na niego zaczęłam iść przez siebie. Wydawało mi się,że firanka w oknie się poruszyła. Czyli moi rodzice też już o wszystkim wiedzą. Więc "show must go on".
Kino znajdowało się w pobliskim centrum handlowym. Oczywiście gdy tylko weszliśmy do budynku, minęliśmy grupę cheerlederek, które od razu z podnieceniem zaczęły między sobą szeptać i oglądać się na nas. Tylko spokojnie, one na pewno nie pomyślały sobie czegoś nieprzyzwoitego. Chociaż,czy ja właśnie tak bym nie pomyślała, gdybym zobaczyła taką scenę? Przegoniłam tą myśl i dumnie podniosłam głowę w górę. Żeby zrobić na złość wszystkim tym paniusiom i fankom Marcosa delikatnie się do niego przybliżyłam, na co on niemal machinalnie objął mnie w pasie. Nie za bardzo mi się to podobało,ale jeśli teraz się od niego odsunę, to zrobię ogromną przyjemność oglądającym ten spektakl. Szliśmy tak aż do wyjścia do kina, przy którym spotkaliśmy paru kolegów Marcosa z drużyny z pozostałymi cheerlederkami, które najwyraźniej były ich partnerkami. Chłopak od razu puścił mnie jak poparzony.
-Marcos, chłopie jak tam po twojej imprezie?!-Zagadnął go jeden z dryblasów,podczas gdy Marcos razem z innymi "ziomkami" dawali sobie "grabę".
Właśnie takie sceny miałam przed oczami,gdy wyobrażałam sobie Amerykę przed wyjazdem. I proszę, sny się spełniają! Zresztą, cała ta zgraja wyglądała jak z podręcznika "wśród nas, jankesów" Poczułam się nagle taka cywilizowana.
-Stary,nawet mi nie przypominaj! Wiesz może,kto wypił moje energetyki?-zapytał, niby przyjaźnie,chociaż w jego oczach zabłysły iskierki zemsty.
-O ile mnie pamięć nie myli, to najbardziej przyssał się do nich Danny.
-Dzięki stary, były dla mnie wybawieniem!-Powiedział najwyraźniej Danny. Był to dwu metrowy goryl,i zdawał się przejawiać te same wartości,co te zwierzęta,ubrany w czerwoną sportową bluzę, z jedną brwią i przyklejoną tlenioną lalką Barbie do boku."Sweetaśny" to on nie jest.
Marcos już chciał mu coś powiedzieć, ale jeszcze raz zmierzył go wzrokiem i dał sobie spokój. Najwyraźniej nie jest taki zły z kalkulacji na jakiego wygląda.
-Tiaa......to na czym byliście?-Zmienił temat.
-A, na "American Pie 9". Super film, taki życiowy.-powiedział jeden z nich, będąc wyraźnie pod wrażeniem.Reszta zgodnie pokiwała głowami.-Koniecznie na niego idźcie!
-Dzięki, przemyślimy to.-Odpowiedział potulnie.
-Czy wy jesteście razem?-Zapytała jedna z dziewczyn bez ogródek, wyraźnie robiąc ulgę reszcie,że ktoś wreszcie zadał to nurtujące wszystkich pytanie. Zatkało mnie. Teraz oczy wszystkich były wbite we mnie.
-Nie no, co wy. Mieliśmy iść dzisiaj całą paczką, ale reszta w ostatniej chwili się wycofała.
-No właśnie, a jeśli się nie pospieszymy, to i my nie będziemy mieli po co tam iść. -Powiedziałam i ostentacyjnie odwróciłam się w kierunku kina.
-No proszę, królowa Anglii ma jednak coś do powiedzenia!-Powiedziała widocznie ich przywódczyni,a reszta dziewczyn zawtórowała jej zduszonym chichotem.
Nie zamierzałam czekać na Marcosa. Jeśli woli stać tam jak kłoda wśród swoich neandertalczyków, to ja mu nie zabronię.Jednak po chwili poczułam, jak chwyta mnie za ramię.
-Rany Sophie, przepraszam cię,nie sądziłem,że ktoś z nich powie coś takiego.
-Nie martw się. Dla mnie moje Angielskie pochodzenie nie jest powodem do wstydu. Zresztą nie rozmawiajmy o tym, mieliśmy chyba w końcu coś obejrzeć.
-Racja, to co byś chciała?-Zapytał,gdy stanęliśmy przed rozpiską filmów.
-Na pewno nie "American Pie"
Po chwili doszliśmy do wniosku,że pójdziemy na parodię filmów katastroficznych "Potęga Głębi". Przyda mi się trochę śmiechu. Kupiliśmy popcorn i usiedliśmy przy stoliku,żeby poczekać na otwarcie sali. W tym czasie Marcos dwoił się i troił,żeby poprawić mi humor.I faktycznie, gdy wchodziliśmy na salę, to wcale nie żałowałam,że z nim poszłam.

niedziela, 5 października 2014

Rozdział 21: Coldy Canavan


Obudziłam się i od razu wyskoczyłam z łóżka. Po wczorajszym super-sweet-pidżama-party nie było już śladu. Włączyłam nową płytę Justina Biebier'a, podeszłam do kalendarza, wykreślając z niego jeszcze jeden dzień. Do mojej sweet szesnastki zostały niecałe dwa tygodnie.
-Coldy, pora brać się do roboty- powiedziałam do siebie teatralnym głosem i pobiegłam do swojej łazienki, by zrobić makijaż. Pół godziny później zeszłam na dół, by sprawdzić kto jest w domu i zastałam w kuchni Simbę, siedzącego przy stole i czytającego jakąś nudną gazetę.
-A ty nie wybierasz się do szkoły?- zapytał, popijając kawę.
-Eee... Mam dziś na dziesiątą- rzuciłam, uśmiechając się niewinnie. Jak to dobrze, że byłam taką świetną aktorką...-A ty...
-Zaraz wychodzę. Wilow kazała ci przekazać, że dziś późno wróci. Podobno jakieś renowacje w papierach... Ciężka sprawa. Pan Petterson ma dziś wolne, więc jak chcesz...
-Poradzę sobie, dziękuję- położyłam dłoń na ramieniu mężczyzny, uśmiechając się szeroko.- Miłej pracy!
-No, to ja będę leciał- Simba wstał, nieco zmieszany. Wiem, że mój uśmiech nr 5 jest oszałamiający, ale nie wiedziałam, że działa także na niego.-Pieniądze na taksówkę leżą na stole w salonie.
Mężczyzna pożegnał się i wyszedł, a ja szybko zjadłam gofry prawie własnej produkcji (pani Mitchell je zrobiła, a ja położyłam mój sweet dżem z odrobiną jadalnego brokatu- dziewczyny wczoraj oszalały na jego punkcie) i pobiegłam na górę się przebrać. Misja: Moja-sweet-16 wymagała zakamuflowania swojej tożsamości. Wyjęłam z głębi szafy ciuchy emo, które w przypływie chwilowego załamania zostałam zmuszona nosić. Jak to dobrze, że ich nie wyrzuciłam. Musiałam niestety zmazać również mój fancy makijaż, który był zbyt charakterystyczny i zastąpić go pasującym do emo ciuchów. Spojrzałam ze smutkiem na rząd moich ukochanych szpilek.
-Nie dzisiaj, kochane...-rzuciłam ze smutkiem, zakładając trampki.
Chwyciłam torebkę, uścisnęłam jednorożca na pożegnanie i wybiegłam z domu. Dzień był wprost idealny na misję. Słońce grzało tak, że na pewno odciągnie uwagę od jednej niewinnej nastolatki, która powinna być w szkole. Założyłam moje fancy okulary przeciwsłoneczne.
-A więc misja rozpoczęta- rzuciłam do siebie, włączając muzykę z Mision:Impossible. Szpiegowski nastrój to podstawa.

                                                                  :*     :*     :*

Na przystanek autobusowy dotarłam po paru minutach. Widziałam go wiele razy, jadąc z panem Pettersonem, więc miałam przewagę. Nie mogłam sobie pozwolić na taksówkę. Ktoś mógłby mnie rozpoznać. Podeszłam do kartek, rozwieszonych na szybie, jednak nic z nich nie rozumiałam. Jakie to wszystko skomplikowane, cyfry, ulice, różne autobusy...
-Przepraszam, o której odjeżdża najbliższy bus?- zapytałam staruszkę siedzącą obok.
-A czy ja wyglądam jak informacja?!- oburzyła się kobieta.- Co za młodzież...
Już miałam jej coś odpowiedzieć (na pewno nie była by to sweet pogawędka), gdy zauważyłam wielki, czerwony pojazd nadjeżdżający zza rogu. Wsiadłam do autobusu, wysoko podnosząc głowę.
-Na Rodney Street poproszę- rzuciłam, siadając na wolnym miejscu.
I znowu spotkałam się z kompletnym nietaktem, gdyż pasażerowie zaczęli się śmiać, a kierowca mruczał coś do siebie. Nie pokażę im, że mogą mnie urazić. Podgłosiłam szpiegowską muzykę w telefonie i włączyłam facebooka, sprawdzając co tam nowego w moim fancy świecie. Tasha dodała kolejne zdjęcie ze swoim chłopakiem, Georgie pisała, że znów zawaliła test, a Leo pytał, kto wybierze się z nim na imprezę. Właśnie odpisywałam mu, że chętnie, dodając mnóstwo serduszek do wypowiedzi, gdy ktoś szturchnął mnie w ramię. Wyjęłam jedną słuchawkę z ucha, patrząc pytająco na mężczyznę stojącego nade mną.
-Bilet, proszę- rzucił gniewnie mężczyzna.
-Ja jeszcze nie dojechałam, później zapłacę- odparłam, uśmiechając się.- Tak jak za normalną taryfę, tak?
Mężczyzna spojrzał na mnie jak na idiotkę, a dookoła znów rozległy się śmiechy. Czy na mieście rozdawano gaz rozweselający?

                                                                     :*     :*     :*

Skąd miałam wiedzieć, że autobusy nie są w rzeczywistości zbiorowymi taksówkami i potrzeba do nich biletu? Wysiadłam z pojazdu z jakimś kwitkiem i wyrzuciłam go do śmieci. Będzie mi jeszcze ulotki rozdawał! Czerwona ze złości zadzwoniłam po taksówkę. Byłam w kompletnie innej części miasta niż miałam być. Po dwudziestu minutach wysiadłam wreszcie na Rodney Street, płacąc kierowcy solidny napiwek.
-Proszę tu na mnie poczekać- rzuciłam, zostawiając dwie setki na siedzeniu.
Musiałam się zabezpieczyć na wypadek, gdybym miała szybko uciekać. Ach, gdybym miała taki fancy bat-mobil... Poprawiłam okulary i weszłam do dość obdrapanego budynku. Numer 10, 12... W oddali zauważyłam przebiegającego szczura. Jejciu, gdzie ja weszłam?! Nagle moja komórka głośno zapikała, czym przyprawiła mnie niemalże o atak serca. Kulawy jednorożec! To był Marcos. "Coll, gdzie jesteś??". Nie miałam teraz na to czasu. Miałam misję do zrealizowania. Szybko odpisałam, że źle się czuję i wrzuciłam komórkę z powrotem do torby. Odnalazłam drzwi numer 32 i zapukałam do nich, wyjmując wizytówkę. Otworzyła mi miła kobieta w zwykłych ciuchach z sieciówek.
-Przepraszam, czy zastanę pana... Sergiejew'a?- przeczytałam, nieco się plącząc. Po jakiemu to?
-Iwan jest w pracowni. Zaprowadzę cię.
Przeszłyśmy obok ślęczących nad monitorami mężczyzn. Niektórzy mówili w jakimś obcym języku, co chwilę pokrzykując i przewracając jakieś zdjęcia. "Spokojnie, Coldy, to tylko ukryta firma szpiegowska. Jordan z informatyki przecież by cię nie oszukał". Kobieta otworzyła drzwi do pracowni która okazała się dość słabo oświetlonym pomieszczeniem z mnóstwem sprzętu elektronicznego, a Iwan kolesiem z zupełnie nie sweet ubraniami. I w dodatku ten podkoszulek! Zignorowałam tak rażące naruszenie kodeksu modowego i przywitałam się.
-Pan Sergiejew, tak? Ja przychodzę od Jordana...
-Mów mi Iwan- mężczyzna podał mi rękę. Poznawałam ten akcent. To był rosyjski. Czyżbym właśnie odkryła tajną bazę ruskiej mafii? Podczas gdy rozważałam, czy nie zadzwonić na policję i wydać wujka Jordana, Iwan wyjął z szafki jakieś papiery i rozłożył je na stole, odgarniając puste opakowania po batonach.
- To ile będzie dowodzików?- spytał, uśmiechając się.

piątek, 19 września 2014

Rozdział 20: Matt Solitarie

Ech... przez Marcosa prawie spóźniłem się na lekcje... Na szczęście pani zapomniała klucza i musiała się wracać. Inaczej miałbym gwarantowaną jedynkę. I pewnie też nieobecność.... Bo cóż... nasza pani od historii jest największą 'kosą' w szkole. Nikomu nie przepuści. Jeśli tylko idzie korytarzem natychmiast uczniowie poprawiają swoje zachowanie, nawet nie musi nic mówić i zwracać uwagi, wystarczy, że spojrzy na kogoś z nad jej okularów.
Reasumując - Nie zdążyłem na lekcje równo z dzwonkiem, ale pani też nie więc w sumie nie mam ani spóźnienia ani nagany.
Ech... Historia to okropna lekcja... nie można się oprzeć na łokciu, nie można sobie porysować w zeszycie do przedmiotu, nie można wyjąć własnego zeszytu żeby porysować. Kto wymyślił tak sztywne zasady? Oczywiście pytam sarkastycznie.  Cmoknąłem cicho niezadowolony gdy po raz kolejny zwrócono mi uwagę żebym się tak nie kiwał na boki na 'jej' lekcji. No ale ludzie historia na pierwszej lekcji! Jak ja niby mam być wyspany i nie marzyć tylko o poduszce, a skupić się na nudnym gadaniu o jakichś detalach w naszej, jedynej (na szczęście!) wojnie domowej....
Zmarnowany od niechcenia kreśliłem w zeszycie kolejne litery, słowa i zadania modląc się tylko o to żeby były prosto, bo ta jędza też zeszyty sprawdza....
Zmarnowany przyjąłem dźwięk dzwonka jako błogosławieństwo. Niestety zatrzymano nas w klasie ale tylko po to by podyktować co jest do domu. Nie musieliśmy kończyć notatki na przerwie Hurra!
Wyszedłem z klasy i powlokłem się do automatu z kawą. Proszę, niech nie będzie kolejki! Zmarnowany wlokłem się korytarzem. Ręce wsadziłem sobie do kieszeni bluzy. Ziewnąłem potężnie cały się przy tym prężąc, oczywiście minimalistycznie, bo nie chciałbym nikogo uderzyć. Ktoś nagle złapał mnie za ramię i pociągnął w bok, zmęczony dałem się chwilę poholować nim w ogóle zdałem sobie sprawę z tego ze jestem szarpany przez Marcosa.
- Obudź się chłopie - Spojrzał na mnie - 45 minut temu kipiałeś energią, co się stało.
- historia. - Odpowiedziałem zdawkowo, a on pokiwał głową ze zrozumieniem- Kawyy~....- jęknąłem i opadłem na ławkę. - O hej Sophie.- Spojrzałem w bok i uśmiechnąłem się do siedzącej tam dziewczyny - Ciebie też tu przyciągnął?- Zapytałem gdy Marcos ruszył przebijać się przez tłum po moją kawę.
- Nie, sama tu przyszłam. Zanim zdarzył się pewien incydent- zacisnęła dłoń w piąstkę- Marcos wpadł na pomysł.- Mruknęła i kiwnęła głową na footballistę przedzierającego się przez tłum uczniów z powrotem do nas. Z moja kawą na szczęście~....- Ale niech on ci o tym opowie, bo gdy miał mnie wtajemniczyć w szczegóły coś się wydarzyło.  - Przyjąłem od Marcosa napój bogów potocznie zwany kawą i kiwnąłem mu głową uśmiechając się w podziękowaniu. Dmuchnąłem dwa razy na wrzątek, ale nie mogąc dłużej wytrzymać napiłem się go.
- Co się stało? - Rzuciłem do brunetki udając że wcale nie wyczułem podniesionej irytacji w słowach "incydent" i "coś".- Na tej lekcji, że Marcos nie wyjaśnił szczegółów.- Dorzuciłem siorbiąc po mału z kubka, widać Marcos dopiero zrozumiał o co chodzi.
Chłopak uśmiechnął się głupio i machnął niedbale ręką- nie, nic nauczyciel stwierdził, że flirtuję z Sophie.- Rzucił lekko a ja o mału nie zakrztusiłem się kawą. Marcos i Sophie!?
- Takie upokorzenie to dla ciebie nic!- Dziewczyna podniosła głos ze złości. Wydawało mi się, że chciała wstać i trzepnąć Marcosa, albo przynajmniej zdzielić z liścia w twarz. Kto wie jak się rozwiązuje takie sprawy w Angli, więc ścisnąłem ją lekko za ramię.
- Uspokój się...- mruknąłem- to była tylko uwaga żebyście nie gadali, rzucona przez nauczyciela, chciał być śmieszny...- Dodałem powoli znów zaczynając pić tę kawę. O tak  brązowe palone złoto do picia, jestem w niebie~....
- Hmpk!- Odpowiedziała brunetka zakładając ostentacyjnie ręce.  no cóż muszę przyznać dobry argument jak nie masz żadnego innego. Natychmiast kończy temat... choć chyba działa tylko u kobiet.
- Marcos ile słodziłeś?- Rzuciłem chcąc zmienić temat na przyjemniejszy.
- Co?
- Ile słodziłeś - Powtórzyłem uśmiechając się uprzejmie- nie mogę rozgryźć tego automatu.
- Co! to ten automat słodzi!- Spojrzał na mnie z oczami wielkimi jak spodki. Zachichotałem, co po chwili przerodziło się w śmiech. Sophie też przestała strzelać focha, na nie wiadomo kogo, uśmiechnęła się starając powstrzymać śmiech.
- D-Dobra!- Chłopak trochę zawstydzony swoją niewiedzą starał się zmienić temat- To chcecie usłyszeć mój pomysł czy nie?
Po chwili zdołałem się uspokoić na tyle by pokiwać głową wciąż rozweselony... może ta maszyna faktycznie nie daje cukru tylko jakiś gaz rozweselający?
Mięsożerca (znajdź synonim jak nie chcesz żeby Marcos został Mięsożercą) dumny z siebie zaczął nam opowiadać jak t moglibyśmy pójść we czwórkę do kina. Kupić popcorn i nachos z serem... a potem pójść na ostre skrzydełka i mięsną ucztę do czegoś co się nazywa "U Samiego" ponoć miał kupon zniżkowy "jedz tyle mięsa ile chcesz".
W tym momencie razem z Sophie zainterweniowaliśmy. Co prawda z innych powodów. Dla mnie to było "Po tej imprezie nie tknę mięsa przez kilka tygodni" a u angielki "nie tknę niczego w tej jankeskiej śmierdzącej potem i starymi facetami budzie". Brunet zbył nasze wątpliwości i dopiero wtedy sięgnąłem po naszą ostateczną broń "Coldy jest wegetarianką". Marcos jakby pobladł... może przypomniał sobie sceny jakie urządzała na widok mięsa... albo głowy dzika z salonie ,mojego rodzinnego domu. Tak czy inaczej to sprawiło, że pomysł z "mięsną budą Sammego" został kategorycznie odrzucony. I chwała mu za to!
Dorzuciliśmy jeszcze kilka ograniczeń w kwestii filmów. Miał to nie być Romans, a jak już to nie taki gdzie są sceny, nawet zasłonięte, które przekraczają dozwolenia naszego wieku. - Pomysł Sophie, która chwile później uraczyła nas pewną historyjką jak to po raz pierwszy włączyła romans i przeraziła się, że nie było to uznane za "tylko dla dorosłych". Puentę oczywiście zaczęła od "W naszej szanowanej Anglii..." i gdzieś w środku pojawiło się "głupi jankesi" a ostatecznie kategorycznie zabroniła nam iść na coś takiego. W sumie, nawet się cieszę.
Dzwonek zadzwonił więc ruszyliśmy wspólnie na kolejną lekcję. Angielski więc mieliśmy go razem i mogliśmy też dogadać zaprawę z Coldy, której tak a propos jeszcze dziś nie widziałem. 
- No szybciej, szybciej dzieci pan Richardson nie będzie czekać.- Pan Richardson właśnie przebiegł obok nas brzdąkając kluczami od klasy. Pod pachą miał jakąś teczkę i listę obecności.
Przyspieszyliśmy kroku rozglądając się też za Coldy.

piątek, 29 sierpnia 2014

Rozdział 19: Nowa zagadka

     Po całej mojej wielkiej imprezie padałem na twarz. Miałem tylko nadzieję, że Matt oddał listę - ja bym się tam kolejny raz nie od... - znaczy się poszedłbym tam, ale musiałem jeszcze odprawić chłopaków do domu, tak? A to wbrew pozorom nie było takie proste...
- MIKE... JAK CIĘ DORWĘ RODZONA MATKA CIĘ NIE POZNA!!! - wygrażał jeden z moich gości. Niestety dorwać go nie mógł... Mike dodał mu czegoś do coli, tak więc moja łazienka została... chwilowo zajęta... na dłuższy czas, tak przypuszczałem.
- Zamknij się i pozbądź balastu, bo niedługo moi rodzice wracają. - stęknąłem, przystając pod drzwiami. Zatkałem nos z obrzydzeniem. Boże, nie wywietrzę tego do końca roku... - I weź czymś tam psiknij! - zawołałem zduszonym głosem. Obojętne mi było czym... Niech ktoś to paskudztwo zneutralizuje!
- Kopnij tego dupka ode mnie!!! - zawołał zduszonym głosem, ale byłem już na tyle daleko, bym nie mógł usłyszeć zbyt dobrze. A przynajmniej tak zamierzałem się wymigiwać.
- Już mogę mój koc, prawda? - mruknąłem, zabierając niedawno "ochrzczony" Kocyś z objęć jednego z moich gosci. Ten dopiero się otrząsnął i wstał, po czym poprawiwszy bluzkę i włosy, prychnął, że wcale nie był mu taki niezbędny, jak myślę. To w końcu tylko koc. Ta, bo uwierzę. - Spoko, miłej podróży do domu. - Klepnąłem go w ramię. Byłbym złośliwy, ale po co... SPAAAĆ... Może to po to dziewczynom te wszystkie maseczki? Po tylu imprezach powinny mieć chociaż cienie pod oczami, nie? No, a jakoś ich nie zauważyłem. W ogóle ciekawe, jak one sobie radzą ze zmęczeniem... Radzenie ze zmęczeniem! Że też dopiero na to wpadłem!
     Przerwałem żegnanie niedobitków, zamiast tego pognałem jak głupi do kuchni. Energetyki... Gdzie moje energetyki?! ...Cholera, wszystkie mi wychlali w nocy, zostały jedynie puste butelki! Z ostatniej wypłynęła jedynie kropla życiodajnego płynu. Zemsta. Poprzysięgam zemstę... tylko na kim? A kurna na wszystkich! Moje energetyki, zemrę!
     Upewniłem się, że wszyscy prócz tego szopa na toalecie wyszli, wziąłem forsę i poszedłem do sklepu.
     Czy wiecie, jak to jest, być zombie? Dokładnie tak czułem się w tej chwili. Szedłem do sklepu, droga przede mną była prosta i pozornie krótka, a jednak mój krok, nie ważne jak bym się starał, był tak powolny... Powłóczyłem nogami, a droga się wydłużała i wydłużała... W końcu sięgając samego horyzontu...!
- Marcos... Marcos! - Ktoś mnie wołał. Odwróciłem głowę... Było tak ciepło... - MARCOS! - Podskoczyłem, zderzając się głową z ojcem. Ten z niezadowoleniem rozmasował głowę. Rozejrzałem się. Nie skończyłem sprzątać resztek śmieci...
- Sorry... Przysnąłem...?
- Ta, zdecydowanie. Obiecałeś, że będzie czysto. I co? - Pełne oczekiwania spojrzenie wbite było centralnie w moje oczy. Przełknąłem nerwowo.
- No wybacz. Już się za to zabieram, serio. Jak wam się spało?
- Zdecydowanie lepiej, niż tobie, jak widać! - zaśmiała się mama, wyglądając z przedpokoju. Cała była roześmiana. - Głodny?
- Aa... Nie, nie zjem nic chyba do wieczora. - Skrzywiłem się, masując brzuch. Gdzie by spalić ten tłuszcz z wczorajszego wieczora...
- O? Czyżbyś złamał dietę nałożoną przez tenera? - Ojciec popatrzył na mnie z cieniem uśmiechu.
- A czy kiedykolwiek ją stosowałem? - Uśmiechnąłem się do niego porozumiewawczo i rozłożyłem ręce. Po tym już jednak szybko chwyciłem za w połowie wypełniony worek stojący w rogu pokoju i zacząłem wrzucać do niego nadal leżące śmieci. W końcu nie zostawię wszystkiego na głowie mamy...
- Może chcecie lemoniady, czy czegoś? - Mama już krzątała się po kuchni. Przynajmniej tam był w miarę porządek. - Kochanie?
- Ja kawy.
- Mamo, mi też! - zawołałem z salonu. Przypomniał mi się sen o energetykach. Drugi raz po nie nie wyjdę... Namieszał mi w głowie. Gości już dawno nie było, energetyków też faktycznie nie...
- Dobrze, dobrze!

     Następnego dnia obudziłem się zadziwiająco wcześnie, wciąż nie odespawszy do końca poprzedniej nocy. Zrobiłem sobie tosty i kawę i porobiłem kilka ćwiczeń rozciągających, po których poczułem się znacznie lepiej. Chyba czas wymienić łóżko, moje było niewygodne...
     Dojechałem do szkoły, zabierając się na doczepkę z ojcem. Tak to jest, jak się nie ma prawa jazdy... Będzie trzeba je zdać jak najprędzej...
     Wchodząc do szkoły powitałem kilku kumpli z drużyny, oczywiście z kilkoma cheerleaderkami... nawet Matt dał się znaleźć, a zwykle znikał mi z oczu. jak taki cień, patrzy się na niego, a go nie widać. Wyglądał na o wiele bardziej wypoczętego ode mnie. Czy tylko ja odczuwam tu niesprawiedliwość...?
- Hejka Matt. - Dosiadłem się i zajrzałem mu przez ramię w podręcznik. - Jakim cudem oglądasz środek podręcznika na początku roku? - Zmarszczyłem brwi, patrząc bez zrozumienia.
- Hej. - Przywitał się skinieniem głowy. - Sprawdzałem, czy będziemy mieli temat, który mnie interesuje...
- I co, jest? - Z prychnięciem oparłem się o ścianę. Jeszcze chwila do dzwonka... Kwadrans. Za co trafiłem tu tak wcześnie...? mogłem jeszcze spać... Przyjechać w piżamie... No... Dobra, pokazanie się w piżamie w szkole to nie najlepszy pomysł. Już szczególnie nie dla mnie.
- Jakby cię to interesowało... - Pokręcił głową i z lekkim uśmiechem schował podręcznik do torby. - Jest, ale za pół roku. Lepiej pogadajmy o czymś, co faktycznei cięinteresuje, co? - Jego uśmeich zmienił się w jakiś... podstępny...? - Masz zdjęcia w tej kiecce? - Wyszczerzył się.
     No, tego to się nei spodziewałem.
- W jakiej kiecce? - Zmarszczyłem brwi, próbując sobie przypomnieć, żebym kiedykolwiek wkładał sukienkę. Nie... No, nie... O co do cholery chodziło???
- Ech... Jak ty nic nie rozumiesz... Miałeś założyć tę perukę z szafy i sukienkę po moim wyjściu, pamiętasz~? - Puknął mnie w skroń, na co popatrzyłem na niego, urażony.
- Nie, nie miałem. Potem to było... - Spróbowałem przegonić mój nieudany sen i przypomnieć sobie, co tak właściwie się działo. - Potem chyba wszyscy się rozeszli. Jeśli faktycznie wyobrażasz sobie, że mógłbym założyć coś takiego, to idź się lecz. - burknąłem, wyjmując z plecaka butelkę z wodą i pijąc z pół butelki naraz. Muszę się nauczyć nosić te większe... Albo raczej zacząć je w ogóle kupować, co mi po takiej buteleczce...?
- Pewnie Steve'owi byś się podobał. - rzucił i śmiejąc się, uchylił się przed tym, jak próbowałem go trzepnąć w głowę. Skubany, koordynację miał niezłą. Jak na gościa z lasu przystało, nie...?
- Jak się od niego nie odwalisz to serio ci przyłożę. - ostrzegłem, w międzyczasie wyciągając z torby jeszcze czekoladę. To tak na odżycie... Po niewyspaniu się... - Chcesz trochę? - Połamałem kilka kostek i poczęstowałem go, wyciągając rękę z tabliczka w jego stronę. Niebo dla podniebienia...
     Niespodziewanie podeszła do nas Sophie. Przywitała się tylko i poszła dalej, ale chyba mogłem uznać za sporą zmianę, że mnie nie zignorowała... Ani nie ochrzaniła za wtargnięcie na jej imprezę...
     Poszedłem za zajęcia, rozglądając się po drodze za automatami z jedzeniem. Przysiągłbym, że w tym korytarzu stał jeden... Może go przenieśli...? Albo poszedł do naprawy? Chociaż nie, powinien być naprawiany na miejscu... Gdzie do cholery zabrali moje upragnione słodycze???
- Idę do swojej klasy.
- A, jasne. - pożegnałem Matt'a tymczasowo i stanąłem pod drzwiami, czekając na nauczycielkę. Sophie rozglądała się, najwidoczniej zdezorientowana. - Co jest? - podszedłem do niej, zaciekawiony.
- Coldy jest nieuchwytna. - Wzruszyła ramionami, prostując się. - Nie widziałam jej w szkole, telefonu też nie odbiera...
- Może jest chora? - Rozejrzałem się, jakbym faktycznie jej szukał. A to w końcu było niemożliwe, gdyby tu była już dawno bym zauważył...
- Wczoraj było z nią wszystko w porządku...
- A na waszej imprezie nie zachowywała się dziwnie...?
- Nie bardziej, niż zwykle. - prychnęła.
    Korzystając z okazji, dosiadłem się do niej. Na matmie nikt nie powinien zwrócić na to uwagi... nie? Zresztą, najwyżej dostanie mi się mały ochrzan...
- No to nie wiem... Możemy ją odwiedzić... W końcu dziś chyba mieliśmy wyjść gdzieś całą grupą, nie? Ty, ja, Matt i Coldy...
     Zmarszczyła nos, jakby zastanawiała się nad czymś nieprzyjemnym. Czyżby myślała o mnie...? Tak to wyglądało. Całkiem zabawnie.
- Z Matt'em u boku chyba nic mi nie grozi. - oznajmiła w końcu.
- Ej, ej, masz mnie za jakiegoś zboczeńca, czy jak...?
     Jej spojrzenie mówiło samo za siebie.
- Może nie chce, żeby się do niej odzywać, jak tak mnie unika... - westchnęła, zaczynając spisywać działanie z tablicy. Wziąłem się za to samo.
- Nie uważam w ten sposób... Możemy chociaż zapukać po drodze. Po drodze to będzie... kino? - zaproponowałem, całkiem zadowolony ze swojego geniuszu. Chociaż zaraz... Jeśli Coldy dołączy, to ja się nie zgadzam na żadne romansidła!
- No... - Przewróciła długopis między palcami. - Może być. Matt wie?
- Nie, dopiero to wymyśliłem. - Uśmiechnąłem się szczerze, spisując rozwiązanie zadania. - Obgadamy to na przerwie, dobra?
     Właśnie w tej chwili nauczyciel wywołał mnie do tablicy za "randkowanie na lekcji". Co jest do cholery, czy ja już nie mogę porozmawiać z dziewczyną, żeby nie brali tego za podryw?!


niedziela, 1 czerwca 2014

Rozdział 18: Sophie Tania Brown


Chwile po tym, jak chłopaki efektownie wparowali na pidżama party już ich nie było. Ale emocje wśród dziewczyn pozostały. Cheerliderki chwile popiszczały, po czym wszystkie usiadłyśmy w kole, Coldy przyciszyła karaoke i zaczęły plotkować o tym, co było nieuniknione – o chłopakach.
-Rany, ale ten Marco jest sweetaśny!!! – pisnęła podnieconym głosem Cathy. – I jaki silny! Założę się, że Oliver nie wytrzymałby tak długo trzymając się rynny. I ten jego uśmiech!!!
-A widziałaś jak słodko jadł zapiekankę!!!
-Tak, myślałam, że wtedy zejdę!!!
-Ja jak zawsze wyglądałam okropnie, kiedy jakieś ciacho przychodzi! – Żaliła się Amy, widocznie bliska płaczu.
-Coldy, ty na pewno masz jakieś fancy newsy dotyczące Marcosa! W końcu często razem gadacie i wogóle – najwyraźniej zapomniano o tym,że Matt był tu też przed chwilą, a ja też często rozmawiam z Marcosem.
-No wiecie kochane, to są takie sprawy o których można się potem wygadać tylko sweetaśnemu jednorożcowi przed zaśnięciem. Ale skoro nalegacie to powiem wam… – powiedziała Coldy z tajemniczym uśmieszkiem – że świetnie całuje!
To zapoczątkowało kolejną fale dzikich pisków podniecenia i wypytywań. Temat Marcosa ciągnął się jeszcze przez dobrych kilka minut, kiedy miałam chwilę spokoju. Nagle dziewczyny zdały sobie sprawę, że też siedzę w tym kole.
-A ty Sophie, co sądzisz o Marcosie? – Zapytała Donna i wszystkie odwróciły się w moją stronę.
Kurcze, od tej odpowiedzi może zależeć cała reszta dzisiejszego wieczoru.
-Ja,yy….sądze,że Marcos ma…. - dalej, wymyśl coś, obojętnie co, byle by im pasowało  –…fajny….tyłek?- powiedziałam, a raczej zapytałam.
Przez chwile dziewczyny jakby analizowały moją odpowiedź.
-Wiesz co skarbie – odezwała się w końcu Riley – trafiłaś w sedno!!!! – Pisnęła i znowu zaczęły piszczeć. Uff, chyba zostałam zaakceptowana.
-Dobra dziewczyny, nie będziemy marnowały całej imprezy na chłopaków – Coldy przekrzykiwała się przez nastolatki. – Pora trochę potańczyć!!! – Wstała i z prędkością światła włączyła odtwarzacz.
Któraś z dziewczyn zgasiła główną lampę, i włączyła kinkiety. Pomogłam reszcie pozbierać miski z podłogi i parkiet był gotowy. Z wieży Coldy na cały regulator zabrzmiała nowa piosenka Taylor Swift. Wszystkie zaczęły skakać do rytmu. Na początku raczej niepewnie się ruszałam, jednak po chwili rozluźniłam się i zaczęłam tańczyć jak one. Tańczyłyśmy dobrych kilkadziesiąt minut. W trakcie tańca dziewczyny dalej gadały o ulubionych piosenkarzach i o wyższości spuszczonych spodni Biebera nad rurkami chłopaków z One Direction. Po skończonych pląsach zaczęłyśmy się przebierać, malować i robić sobie nawzajem jak to ujęła Coldy „sweet focie”, co Bridgett poprawiła na „selfie”. Ach jankesi i ten ich niezrozumiały język. Było już koło północy, kiedy zaczęłyśmy sobie pleść warkocze. Coldy z największą powagą podchodziła do każdej, przykładała całą kolekcje różowych wstążek i dawała do wplecenia ten kolor, który najlepiej według niej pasował. W ten sposób wylądowałam z warkoczem wypełnionym wstążkami w kolorze krwistego różu, który „sweetaśnie podkreśla kolor moich kości policzkowych”, czy coś takiego. O północy uzbrojone w chusteczki usiadłyśmy( czy raczej położyłyśmy się) przed telewizorem, żeby obejrzeć „Szkołę uczuć”.
Zasnęłam nim się spotkali. Na szczęście dziewczyny były zbyt zajęte płakaniem za każdym razem gdy któreś z nich się odezwało, bądź chociaż na siebie spojrzało i nie przerywały mi bezcennej dawki snu. Wstałam około 4. Chyba już nie zasnę. Wzięłam czarne spodnie, t-shirt i koszulę w zieloną kratkę i poszłam do łazienki się przebrać. Przebrałam się, rozplotłam warkocz i  gotowe. Co teraz mogę zrobić sama w tym wielkim domu? Jest już trochę jasno, więc może pójdę posiedzieć na dworze? Idąc w stronę drzwi usłyszałam „jeśli ci się to niepodobna, to twój problem.” „ale Willow,żartowałem z tą wiewiórką, zaczekaj!” i  zobaczyłam mamę Coldy w …. Rudych włosach?! A za nią jak on się….Simba? I to do tego w samych spodniach!!! No nie powiem, było na co popatrzeć. Uśmiechnęłam się szeroko mijając go i poszłam w zamierzonym kierunku.






Wyszłam na ganek, usiadłam i zaczęłam patrzeć na wschodzące słońce. Jakie to mdle romantyczne. W sumie to Coldy się udało. Jak teraz na to soporze, to rzeczywiście mój wybuch płaczu był wtedy naprawdę przesadzony. Postanowione. Żadnych facetów aż nie stuknie mi 20. Gdy tylko to pomyślałam usłyszałam głos Matta:
-Hej, a ty nie śpisz?
Znajomych spodkasz wszędzie, nawet na werandzie cudzego domu o czwartej rano.
-Nie, rozmyślam…co to? – wskazałam na papier w jego ręku.
-Lista rzeczy na sweet przeprosi nową imprezę – powiedział i podał mi kartkę. – Oddasz to Coldy…nie mam pojęcie, czy mogę do was wejść, w końcu to „babskie przyjęcie” a myślę, że świętej pamięci Marcos tego właśnie by chciał. Pozbyć się tego piekielnego nasienia. – zachichotał.
-Ou…co się stało?
-Dowiesz się jutro – uśmiechnął się i ziewnął – padam z nóg. Dobranoc… - mruknął i ruszył w drogę powrotną.
Siedziałam jeszcze chwile na dworze, ale gdy usłyszałam ruch w domu postanowiłam wrócić.  Gdy tylko przeszłam przez drzwi zostałam spleciona przez mocny uścisk Coldy.
-Na wszystkie jednorożce, bałam się,że ktoś cię porwał!
-Spokojnie, kto miałby mnie, czy kogokolwiek porywać?
-No nie wiem….jacyś antyfani Biebera? Zresztą nieważne. Choć, zaczęłyśmy robić sweetaśne śniadanko. Pamiętaj, śniadanie to najbardziej  fancy posiłek w ciągu dnia!
Po śniadaniu przyszedł czas się pożegnać.
-Jesteś pewna, że mój szofer ma cię nie odwozić? – Zapytała Coldy, umazana jeszcze na policzku różowym dżemem.
-Tak, spacer dobrze mi zrobi. Jeszcze raz wielkie dzięki za pocieszeniową imprezę. Naprawdę się nie nudziłam.
-Podobało ci się! – Pisnęła Coldy z milionem iskierek w oczach. – W takim razie padniesz z wrażenia, jeśli ci powiem, że…. – już chciała coś wykrzyczeć, ale w ostatniej chwili się powstrzymała.- Ale ze mnie kulawy jednorożec,  przecież to tajemnica! Na szczęście nic ci nie powiedziałam. Ufff – westchnęła głośno, przytuliła mnie i wreszcie mogłam wrócić do domu. Nie, żebym nie lubiła spędzać z nią czasu, w końcu przeżyłam z nią sporo czasu w lesie. Ale każdy potrzebuje chwili spokoju, a ja potrzebuje jej wyjątkowo dużo.