środa, 19 czerwca 2013

Rozdział 29: Matt Solitarie


Ku, pewnie, uldze Marcosa dziś nie było pierogów, tylko spaghetti z klopsikami. Tak, mięso i ten chłopak były jak dwie połówki jednej całości. I pewnie nic by tego nie zmieniło. W drodze powrotnej do obozu słuchałem narzekań bruneta na brak mięsa i w duchu cieszyłem się, że tylko ja znam menu na dzisiejszy dzień, bo inaczej prawdopodobnie mimo zmęczenia wszyscy polecieli by do stołówki. A no tak dzisiaj Coldy ma w niej dyżur, ciekawe czy ona umie gotować. Nie chcę jej oceniać na pierwszy rzut oka, ale mam nadzieję ze nie zrobi różowych babeczek z brokatem w środku, bo ktoś więcej niż Marcos trafi do namiotu lekarskiego. Zaśmiałem się cicho gdy usłyszałem obok siebie:

- Mięsa, mięsa, męska, kotleta, wieprzowinki albo chociaż kurczaka, teraz nawet ten królik wygląda smacznie. –  Marcos wręcz szeptał i powtarzał ukochane słowo jak mantrę. W sumie zamiast „om” używać „mięso” nie było by źle, może większość mieszkańców naszego kraju nawróciła by się na powiedzmy mięsny buddyzm.

-Sophie proszę przekaż temu nie–emo chłopakowi, że króliczki są zbyt emo by można było je tak po prostu zjeść – Odparła blondynka tylko na moment przerywając rozmowę ze swoim, jak się dowiedziałem, nowym chłopakiem.


- Marcos, Coldy mówi, że…. – zaczęła angielka ale nie zdołała nic więcej powiedzieć, bo przerwał jej brunet.
- Tak wiem, przekaż pannie "różowe emo pstro w głowie", że nie obchodzi mnie to. Królik to mięso, mięso się je, ja jestem głodny. – Warknął już trochę zdenerwowany.
- Marcos, a co byś zrobił jak bym ci powiedział, że moi wujkowie planowali wprowadzić na obozie TYLKO wegetariańskie menu? – Co prawda był taki pomysł, ale kilka lat temu i się nie przyjął. Wujek uwielbia dziczyznę czy pasztet z królika, więc nie ugiął się nawet pod presją cioci.
- Ty mnie chłopie nawet nie denerwuj.- Warknął zdenerwowany, po czym odburknął - Jak nie ma co jeść, to ja już wolę mieszkać w lesie.
- A co to za różnica? Tu las tam las, tu nie masz mięsa i tam też. Ale pomyśl, tu przynajmniej jest bieżąca woda i prąd, racja? – Śmiałem się w duchu z jego miny. Wyrażała ona bezmierną rozpacz i prawie agonię.
- Wyjaśnij mi jak ktoś, kto wychował się w lesie i ma całą rodzinę z tym związaną może tak długo wyżyć bez kawałka mięsa? To jest w ogóle możliwe? Przecież musiałeś często jadać dzika czy tam sarnę.
- Rozczaruję cię, prawie nie jadam mięsa. I tak to jest możliwe, może ono zawiera sporo białka i protein a także tłuszczu, ale może nie wiesz, da się je zastąpić innymi produktami. To nie jest trudne, poza tym takie roślinne tłuszcze czy białko ryby lepiej się przyswaja i zawiera więcej substancji odżywczych. To chyba wystarczająca odpowiedź?
-Eee… co? Przepraszam nie… O rany. – Potarł oczy. - Odpłynąłem w połowie. – No przynajmniej jest szczery.
Zostawiłem skołowanego Marcosa i dziewczyny, żeby pogadać z Zickiem. Rozmawialiśmy o wszystkim, począwszy od obozu, przez wegetarianizm, aż do sytuacji politycznej na Bliskim Wschodzie. 
Właśnie dotarliśmy do nurtów popkulturowych w XXI wieku gdy pomiędzy nami przebiegł Marcos goniąc jakiegoś biednego zająca. Na szczęście przerażony zwierzak zdążył uciec w kolczaste krzaki i pewnie zza cierni obserwował dalsze poczynania bruneta. Westchnąłem i podszedłem do kucającego chłopaka, który w obecnej chwili wołał "cip, cip króliczku chcę cię tylko zjeść" Słysząc coś takiego wybuchnąłem śmiechem i pociągnąłem Marcosa za kaptur bluzy. Wstał i popatrzył na mnie nieco groźnym wzrokiem.
- Uspokój się, co ty zaczynasz mieć halucynacje głodowe? - Starałem się zażartować, ale w obecnej sytuacji omamy był całkiem możliwe w przypadku bruneta.
- Nie mam żadnych halucynacji, chcę tylko coś zjeść. - Odparł i zaczął znów iść w stronę obozu. Tylko raz obrócił się ze smętnym wzrokiem w stronę zająca chowającego się w cierniach.
Reszta drogi minęła już w miarę spokojnie. Mijając bramę obozu klepnąłem Marcosa w plecy.
- To to wytrzymasz jeszcze z godzinę i będzie obiad.
- Aż godzinę??? - Zapytał zręcz wstrząśnięty, jakby to był jakiś niewyobrażalnie długi okres czasu.
- No, godzinę, wiesz, 60 minut, 3600 sekund i będziesz mieć swój upragniony obiad, choć nie gwarantuję że będzie tam mięso.
Godzinę później zebraliśmy się w stołówce. Siedziałem przy stoliku z Marcosem, Sophie, Zick'iem i jeszcze Fioną oraz Rupertem, których poznaliśmy na wyścigach kajaków. Rozejrzałem się po sali. Nina i jej paczka siedzieli dwa stoliki dalej, ale nie było z nimi Coldy. Pewnie dalej siedzi w kuchni. Stolik koło nas siedziała moja kuzyneczka ze swoimi znajomymi. Próbowała zaczepić Marcosa ale ten najwyraźniej odpłynął do swojego mięsnego świata i zupełnie nie zwracał uwagi na otoczenie. Ocknął się dopiero, gdy Coldy postawiła przed nim parujący talerz spagetti ze sporą ilością klopsików w pomidorowym sosie. Marcos wyszczerzył się i już chciał zacząć konsumować swój posiłek, gdy przerwała mu blondyna.
- Czekaj, zapomniałam o takim jednym emo-dodadku!!! - Krzyknęła i chwyciła w ręce super ostry sos chili oraz pieprz. Wylała całą zawartość tubki z sosem i wysypała pół pieprzniczki do talerza Marcosa. Spojrzałem na chłopaka, był załamany, prawie miał łzy w oczach. Wreszcie dostał to swoje upragnione mięso i co się stało, jest teraz niezdatne do jedzenia. No chyba że miał zamiar nabawić się rozstroju żołądka.
- Nie zjem tego! - Syknął, pokazując na talerz.
- Przykro mi Marcos, ale będziesz musiał, bo jest jedna porcja na osobę.  - Odparła niewzruszona emo-blondynka i odwróciła się by odejść. Nieszczęśliwy zbieg okoliczności sprawił że uderzyła tacą Marcosa którego twarz wylądowała w jego własnym talerzu.
- MOJE OCZY, MOJE OCZY! - Zaczął wydzierać się Marcos. Próbując wytrzeć chili i pieprz z twarzy, niestety tylko coraz bardziej wcierał przyprawy w oczy.
- Coś ty zrobiła Marcosowi!!! - Wykrzyknęła wkurzona Maggie i rzuciła w blondynkę zawartością swojego talerza.
- Oh moje emo wdzianko, jak mogłaś!!!
- Właśnie zostaw emo-girl i przestań się jej czepiać lisico!
- Ej dziewczyny, przestańcie się w końcu o mnie kłócić! - Marcos błądził na ślepo gadając do nie wiadomo kogo konkretnie.
- Nie kłócimy się o ciebie idioto! - Wydarła się Nina i znowu rzuciła czymś w tłumek ludzi.
Ponieważ pomysł walki na żarcie był strasznie kuszący wszyscy zaczęli się obrzucać makaronem i czerwoną pomidorową paćką. Ktoś krzyknął "WALKA NA ŻARCIE" i  tej chwili praktycznie już cała stołówka była polem bitwy. Nie chcąc dostać schowałem się pod nasz stół. Zastałem tam kogoś, kogo w ogóle się nie spodziewałem. Sophie siedziała na serwetce na podłodze i powoli sączyła herbatę ze swojej filiżanki, z iście angielskim zapałem obserwując rozwój walk. Gdy mnie zobaczyła uśmiechnęła się łagodnie i podała drugą filiżankę. Usiadłem koło niej i obserwowałem rozwój wydarzeń. W chwli w której moja kuzynka stałą się celem klopsikowego ostrzału stolika Niny stwierdziłem:
- Dobra ta herbata. - Po czym zwróciłem się do angielki, - Co takiego robisz, że smak jest taki wyrazisty, a zarazem delikatny? - Na moje pytanie Sophie zabłysły oczy.
- Po pierwsze herbata musi być dobrej klasy. Nie wolno kupować jakiś wyrobów herbato-podobnych z supermarketu. Następnie powinieneś zagotować wodę. Czajniczek musi być czysty, bez żadnego kamienia czy jakichś brudów. Powinno się używać wody źródlanej i nigdy nie zagotowywać jej po raz drugi, bo to zabija smak.
- Poczekaj. - Przerwałem jej, a następnie sięgnąłem na stół po mój zeszyt i ołówek. Na szczęście nie były one w barwie pomidorów, więc jakoś się uchroniły. Zanotowałem wszystko, co do tej pory powiedziała mi angielka, a następnie poprosiłem by kontynuowała.
- Dobrze, musisz zalać herbaciane liście wodą w temperaturze 97 stopni, pamiętaj nie wyższej i nie niższej, w 97 stopniach herbata parzy się najlepiej. - Pokiwałem głową na znak, że rozumiem i starannie zanotowałem i podkreśliłem osławione przez Sophie 97 stopni.
Spojrzałem przelotnie na Marcosa, który cały w pomidorach i makaronie upadł tyłkiem na podłogę niedaleko nas. Coldy nadal dzielnie się broniła za jakimś przewróconym stolikiem. Nina i Kyle pomagali jej rzucać obiadem w przeciwników, a Ricki dzielnie zdobywał amunicję po drugiej stronie pola walki. Nie przejąłem się tym zbytnio, nadal popijając zadziwiająco dobrą herbatę i elegancko dyskutując sobie z Sophie o herbacie, angielskiej królowej i ogólnie angielskiej monarchii. 
Naszą rozmowę przerwał dopiero donośny głos od strony wejścia.
"A CO TU SIĘ DZIEJE DZIECIAKI, CHYBA BYŁO USTALONE ŻE NIE MA ŻADNYCH BITEW NA JEDZENIE"

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz