Okazuje się, że walki na jedzenie nie są takie złe, jak je opisują w telewizji. No, przynajmniej do czasu, aż ktoś nie musi za nie odpowiedzieć. Wtedy to się robi totalny chaos.
- KTO ZACZĄŁ?! - Wykrzyknął wujek Matt'a.
Część osób wskazywała na Coldy, część na mnie, naprawdę nikt nie zauważył winy tej lisicy Maggie... Pojedyncze oskarżycielskie palce wskazywały na inne osoby.
- Coldy i Marcos. - Facet wyłapał nas swoim morderczym wzrokiem i wskazał zaplecze kuchni. - Za mną. RESZTA MA TU CZEKAĆ!!!
A niech cię szlag, wariatko. Oczywiście, kto zaczął? Ona i Maggie. A kto padł ofiarą? Ja. Chyba zacznę dokuczać nawet dziewczynom, przynajmniej będę wiedział, za co się mnie karze.
- A ja to niby za co? - Warknąłem niechętnie. Walić to, że to kierownik obozu i krewny Matt'a. Nie zasłużyłem na żadną karę więc niech się w końcu ode mnie wszyscy odwalą.
- Zostałeś wskazany jako winny. Nawet nie dyskutuj. - Zastrzegł, traktując mnie znowu morderczym wzrokiem.
- Ale nie jestem winny! - Zaoponowałem.
- Mówiłem nie dyskutuj! - Już miałem się odezwać, ale skutecznie mnie uciszył. - Spróbuj, a zamiast roboty w kuchni będziesz szorował toalety!!!
- Jak to roboty w kuchni? - Pisnęła Coldy. - To ja jestem zwolniona, tak? - Ucieszyła się.
- Nie, ty zmywasz garnki. - Odparł już dużo spokojniej "kierownik".
- CO?! O nie, nie mam zamiaru, jeszcze przez to...
- Tylko mi nie mów, że się nie podejmiesz. - Warknął groźnie, przerywając jej. - Jak nie to to toalety, już mówiłem.
- FUUUJ!!! To takie nie emo!!! - Piekliła się.
- Daj spokój, emo-wariatko, i tak nie umiesz gotować, wyjdzie ci to tylko na zdrowie. - Uśmiechnąłem się przelotnie. Haha, ta jej mina była naprawdę zabawna... - No a przynajmniej uczestnikom obozu.
Coll tylko odwróciła ostentacyjnie głowę i zaplotła ręce na piersi.
- Więc, skoro już wszystko ustalone... - mruknął facet, wyraźnie zadowolony, że zdołał coś na nas wymusić. - I nie zapomnijcie stawić się potem do robienia kolacji! A póki co idźcie na salę, wszyscy muszą posprzątać... - I zagarnął nas na stołówkę, gdzie wrzasnął groźnie do wszystkich: - Umyć mi to, ale już!!! I żebym nie widział tu śladów po tej bitwie, bo wszyscy za to bekną!!! Martin, jesteś odpowiedzialny za donoszenie mi o wszelkiej niesubordynacji! - Wskazał jakiegoś gościa koło parapetu.
- Tak jest! - Odparł ów chłopak, uśmiechając się szeroko. No jasne, ale głupota, przecież teraz będzie szantażował wszystkich, że w razie czego doniesie o tym, że nic nie robią... A ja jestem najbardziej zagrożony bo nie mam obstawy, zgadłem? Cholera, co za świat... Nie jestem mięczakiem, ja po prostu wolałbym wrócić do siebie. Do ciszy, spokoju i zwykłej siłowni...
Cały nastrój zapomnienia wylądował w koszu w momencie, kiedy zatrzasnęły się drzwi za kierownikiem obozu.
- Dobra ludzie, sprzątać ten syf! - Krzyknął chłopak, nie ruszając się spod parapetu i nie przestając się uśmiechać.
Chcąc nie chcąc, mimo narzekań, wszyscy oprócz niego zaczęli sprzątać. Jednak po około półgodzinie tej udręki, gdy już zaczynały boleć mnie plecy...
- Martin! Weź coś pomóż! - Zawołała jedna z dziewczyn. - Obijasz się tylko, a my musimy pracować! To nie fair!!!
- Pomóc? - Gość oderwał się od okna i ponownie wyszczerzył. Przemknęło mi przez myśl, że jeśli zawsze tak robi, to teoretycznie jakoś niedługo powinno mu się tak utrwalić. Chociaż dla niego to pewnie mała różnica. - Jasne, zapomniałem! - Wyszedł na chwilę, co spotkało się z okrzykiem oburzenia owej dziewczyny. Zaraz jednak wrócił, dzierżąc w dłoni zielony wąż ogrodowy. Wszystkie rozmowy zaczęły milknąć.
- Martin? - Zapytała niepewnie dziewczyna.
- Kąpiel, kochani! Tak będzie szybciej! - Zaśmiał się i zaczął chlapać po ścianach, suficie i wszystkim naokoło, w tym po mnie.
Całe szczęście, że ściany są wodoodporne...
Po kilku minutach było po wszystkim. Czyli dokładniej, panował jeszcze większy syf, niż przedtem. Wszystkie resztki rozmiękały sobie w najlepsze na podłodze. Wszystko i wszyscy byli mokrzy. Czułem, że pływam w zmarnowanym mięsie. To nie było przyjemne. Wolałbym je zjeść... Ale teraz nie nadawało się do niczego. Eh... Może tamten królik jeszcze tam jest? Wcześniej tylko sobie żartowałem, ale kto wie, może to było nawet dobre rozwiązanie? Burczało mi w brzuchu.
- I co teraz? - Zaryzykowałem pytanie do tego błazna. - Chyba nie sądzisz, że ktoś to będzie zbierał, nie?
Popatrzył na mnie z niesamowicie szerokim uśmiechem. Oczy jakby mu nawet zabłyszczały. Ok, uśmiech psychopaty. Z nim jest zdecydowanie coś nie tak.
- Teraz musisz wziąć się za ścierkę i to posprzątać, mięśniaku. Proste, nie? - Zakpił. - Chyba że wolałbyś to zjeść? Coś tak przypuszczam, że byś wolał. W końcu ponoć masz niewyczerpany apetyt, nie?
- Prowokuj mnie dalej - odetchnąłem - a zębów będziesz szukał do końca obozu.
- Oooch, już się boję! - Sarknął chłopak. - No, wcinaj! - Wskazał podłogę.
Reszta obozowiczów patrzyła na nas w ciszy, śledząc uważnie każdy nasz ruch. Widać byli bardzo ciekawi, kto wygra. A ja powoli czułem, że nie wytrzymam dłużej tej zniewagi. Adrenalina samoistnie zaczęła krążyć w moim krwiobiegu.
Cholera, nie mogę go pobić, nie przy tylu świadkach...
- Sam wcinaj, skoro masz taką ochotę. - Wsadziłem dłoń do kieszeni i spojrzałem na niego z ukosa.
- Hahaha! - Zaśmiał się jakoś tak nienaturalnie. Naprawdę musiał mieć coś nie tak z głową... - Mięśniak nie ma pomysłu na odzywkę? Nie ładnie tak papugować!
- Naprawdę? - Mruknąłem, udając obojętność. Wewnątrz mnie aż się gotowało, ale starałem się powstrzymywać. Zupełnie jak po meczu. Sytuację ratował fakt, że dokuczał mi chłopak. Z dziewczynami to co innego, ale chłopak... Co by mnie powstrzymywało? - Nudne te twoje odzywki. Na następny raz się wysil. Ja spadam. - I jak powiedziałem, tak zrobiłem. Odezwał się dopiero, gdy otworzyłem drzwi. Było go doskonale słychać, z racji tego, że wszyscy wciąż oglądali nas w milczeniu.
- Żebyś wiedział, że się wysilę! A ty bądź pewien, że kierownik o wszystkim się dowie! - Zawołał się za mną.
- I co mi zrobi? - Zakpiłem, nie odwracając się. - Narka. - Wyszedłem.
- Chyba nie sądzisz, że możesz tak po prostu wyjść?! - Krzyknęła jakaś dziewczyna. Zupełnie jakby czar milczenia został przełamany, nagle wszyscy zaczęli za mną krzyczeć. Nie słyszałem co, byłem zajęty powstrzymywaniem się przed wybuchem.
Odwalcie się ode mnie!!! - Krzyczało coś wewnątrz mnie. Pobiegłem, żeby już nic więcej nie mówić. - Niech ich wszystkich szlag!
Spędziłem około pół godziny samotnie w domku. Wiedziałem, że mam przerąbane wśród reszty, ale na razie byłem zbyt wkurzony, żeby jakoś się tym przejąć. Dopiero po tym czasie musiałem wyjść. Były zajęcia z pierwszej pomocy.
Kiedy wkroczyłem na miejsce zbiórki, ludzie patrzyli na mnie jakoś dziwnie. Spodziewałem się tego, ale to wciąż było nieprzyjemne.
- Dobierzcie się w pary.
O cholera.
- Hej, nie mam pary. - Podeszła do mnie jakaś szatynka. Wyglądała na zaciekawioną, ale nie zniechęconą, czy coś takiego.
- To na pewno do mnie? - Uśmiechnąłem się niedowierzająco.
- Oczywiście. Po tym jak przytarłeś nosa Martinowi i zostawiłeś nas z robotą ludzie mają mieszane uczucia. A mnie się tam podoba taka odwaga. - Wzruszyła ramionami. - I tak zmyłam się przed końcem, więc dla mnie to mała różnica.
- Aha. - Podsumowałem elokwentnie. - No to extra. Pracujemy razem, tak?
- No, nie mam nic przeciwko. - Powiedziała i podała mi kartkę z instrukcjami. - Mamy to wykonać.
- Spoko... - Zerknąłem na ćwiczenia pierwszej pomocy. Trudne to nie było. Sportowcy z mojej szkoły musieli zdać kurs pierwszej pomocy przed wejściem do drużyny, dlatego praktycznie znałem większość z tych ćwiczeń. - No to zaczynaj.
Ćwiczenia minęły nam we względnej ciszy. Dużo osób dookoła marudziło albo po prostu gadało. Instruktor poprawiał opatrunki i dawał wskazówki. Ja zdążyłem tylko poznać imię swojej tymczasowej wspólniczki i to by było na tyle. Nie mieliśmy ochoty się zaprzyjaźniać.
Aż do kolacji czas mijał mi względnie przyjemnie. Nie musiałem się z nikim kłócić i tylko tak jak ostatnio starałem się po prostu przejść przez kolejne zajęcia. Na całe szczęście tym razem nikt nie zmuszał mnie do ćwiczenia z Meg ani innymi wariatkami. Przed kolacja stawiłem się na dyżur. Przygotowanie kolacji była naprawdę proste. Porozstawialiśmy talerzyki i sztućce, a ja przygotowałem chleb, dżemy, szynkę, ser, pomidora, ogórki, masło i zrobiłem gar herbaty z drobną pomocą ciotki Matt'a. To wcale nie było takie trudne. I nie musiałem się potem babrać w odpadkach na zmywaku, tak jak patrząca na mnie spod byka Coldy.
Wieczór też minął zaskakująco swobodnie. Ignorując fochy emo-wariatki i marudnej Angielki, osiągałem naprawdę spokojny nastrój. Poza tym miałem jeszcze Matt'a, z którym mogłem sobie pogadać, gdy tylko miał czas. Naprawdę fajny z niego gość. Szkoda, że po obozie pewnie więcej sobie nie pogadamy...
Następne trzy dni mijały względnie tak samo. Sophie starała się do mnie nie odzywać, Coldy obracała się głównie wśród swoich nowych znajomych, Matt zachowywał neutralność, a cała reszta albo mnie ignorowała, albo odnosiła się do mnie z niechęcią, albo po prostu tolerowała mnie, jak każdego innego. Była jeszcze Maggie, która nie zrezygnowała z prób wkurzania mnie. Ale ją starałem się omijać szerokim łukiem. Nielicznie podchodzili, żeby zagadać. Martin próbował tych swoich odzywek, ale jakimś cudem udawało mi się opanować, zanim doszło do rękoczynów. Zajęcia były takie sobie, jak to obóz przetrwania, połączony z rekreacją. Wspinaczka, zajęcia z pływania, pierwsza pomoc dla chętnych, jak zrobić coś z niczego, sposoby odróżniania rzeczy jadalnych od niejadalnych... I dużo, dużo innych. Do tego gotowanie, które jakby nie było nie sprawiało mi trudności. W końcu znałem podstawy.
Można by więc powiedzieć, że przynajmniej te przedostatnie dni mijały mi w miarę beztrosko...
co marcos sie tak wscieka?
OdpowiedzUsuń