czwartek, 11 lipca 2013

Rozdział 31: Coldy Canavan


No, nareszcie. Ostatni garnek. A potem...Właściwie nie wiem. Odkąd mam te całkiem-nie-emo dyżury, rzadko widuję Ninę, Ricky'ego lub kogoś z paczki. Gdy wybiegam po kolacji spocona jak jednorożec po maratonie, nikogo nie ma już w stołówce. I wtedy muszę latać po całym obozie, zastanawiając się w którym domku są tym razem. Dziś dam sobie chyba spokój. Potężne smugi deszczu obijały się o szyby kuchni. Leje już od popołudnia, czyli właściwie od kiedy tu jestem. Chyba jednak nie będzie tego pożegnalnego ogniska... A jak tak miałam ochotę na pieczoną piankę... Odstawiłam umyty garnek na suszarkę i wytarłam ręce. Do sali wszedł Marcos, trzymając w ręku wielką stertę garów.
-O nie, nie-  zdenerwowałam się.- JA już skończyłam.
-To były naczynia ze śniadania. Te- Marcos wskazał palcem na mnóstwo brudnych, oblepionych kawałkami jedzenia kubków, talerzy i tym podobnych- są z obiadu.
Jęknęłam. Wiedziałam, że praca nie idzie mi dobrze, jednak teraz zauważyłam jak źle jest naprawdę. Marcos specjalnie je teraz przyniósł. Wiedział, że już kończę. Obiad był przecież całe... półtora godziny temu. Chłopak uśmiechając się, wyszedł z kuchni. Rzuciłam ścierką na blat i podgłosiłam radio. Przynajmniej  mogę posłuchać sobie Justina Biebiera... Wiem, wiem, to nie emo, ale on się kiedyś wyrobi. Wieżę w niego. Jakiś czas później chwyciłam jeden widelec z całej sterty naczyń i zanurzyłam go w butelce z płynem.
-Marnujesz płyn- odezwał się głos przed drzwiami. Nie musiałam się odwracać, by dowiedzieć się kto to. Od razu rozpoznałam ten sarkastyczny, wyniosły ton. Marcos.
-Przynajmniej wszystko jest CZYSTE.
-Odwołali ognisko. Trzeba zrobić coś zjadliwego z tej kiełbasy...- mruknął chłopak.
-To już TWÓJ problem- uśmiechnęłam się. Wreszcie jakaś sprawiedliwość na tym świecie. Teraz on też musi się męczyć. Marcos otworzył lodówkę i wyjął z niej kiełbasę oraz parę składników, po czym stanął nad nimi i patrzył tak przez parę minut. Prychnęłam. Może zrobić z tego cokolwiek zechce. Ja i tak nie będę jadła. Marcos nawet nie pomyśli, żeby zrobić coś bez mięsa. Teraz, jak dali mu wolną rękę... Czy on w ogóle umie gotować bez przepisu? Założę się, że byłabym w tym lepsza. Zabrałam się do dalszego mycia,a chłopak zaczął przyrządzać kolację. Po chwili Marcos chwycił radio i przełączył na rockową stację. Odetchnęłam głęboko. A więc wojna, tak? Nie czekając na kolejny ruch chłopaka włączyłam z powrotem Justina. Po chwili znowu usłyszałam, jak jakaś kapela krzyczała do mikrofonu. Z głośnym "HA!" zmieniłam stację. Chłopak mruknął coś i przesunął radio do siebie. Rock znowu ryknął przez głośniki.Udając, że coś mi upadło, schyliłam się i skradając, nacisnęłam guzik. Justin znów rozbrzmiał w kuchni lecz nie na długo. Marcos, widocznie zdenerwowany, chwycił radio i wyłączając, położył na najwyższej półce.Wstałam z podłogi.
-Ale i tak wygrałam- rzuciłam.
Trzeba było się zabrać do pracy. Naczyń wcale nie ubywało, a ja wreszcie chciałam się stąd wydostać. Chwyciłam kolejny widelec i zamoczyłam go w płynie. Robota wlokła się w nieskończoność. Właśnie skończyłam myć wszystkie widelce, gdy Pan Jestem Wspaniały się odezwał:
-Potrzebuję noża. Nie mogę nic pokroić.
-Możesz do tego użyć widelca- rzuciłam.
-DO KROJENIA MARCHEWKI?!
Ciągle tylko narzekanie... Wszystkiego na raz nie zrobię. Z wielkim namaszczeniem chwyciłam do ręki nóż i zamoczyłam go w płynie do naczyń. Marcos głośno westchnął.

                                              :* :* :* :* :* :*

Pożegnalna kolacja skończyła się jakieś pół godziny temu, a ja dopiero wychodziłam z kuchni. Jak zwykle nikogo nie było w stołówce. Po drodze do naszego domku (wiecie jak trudno się biega w szpilkach po błotnistej ziemii?!) zauważyłam, że światła w domkach nie są zapalone. Nie mogli przecież siedzieć po ciemku. Wpadłam do naszego domku (który jako jedyny był oświetlony) mokra i zziajana. Sophie leżała na łóżku, czytając książkę, a Matt siedział na kanapie i coś rysował w swoim szkicowniku.
-Ale pada- powiedziałam, zdejmując mokrą bluzę i idąc do łazienki.-Zupełnie jak w tym filmie z... AAA!!!- wrzasnęłam nagle. Sophie wraz z Mattem natychmiast przybiegli, pytając się, co się stało.
-Mój makijaż...

                                             :* :* :* :* :* :*

-A gdzie są wszyscy?- zapytałam po przeistoczeniu się znów w emo-kopciuszka z tego, co ujrzałam w lustrze.
-Pewno w sali gier- odparła Sophie.
-Sala gier?!-pisnęłam.- To tu jest sala gier?
-Mogę cię zaprowadzić- zaoferował Matt.
Tym razem wzięłam parasolkę. Swojej nie miałam, więc wzięłam tą, której zapomniała Maggie. Przynajmniej jakiś pożytek z tej małolaty. Matt zaprowadził mnie na drugą stronę wspólnego budynku i otworzył drzwi. I rzeczywiście, mieliśmy salon gier.



Od razu podbiegłam do mojej nowej paczki, by się przywitać.
-Jejciu, jak tu fajnie- okręciłam się wokół pomieszczenia. Widząc Matta, który nie wie, co ma ze sobą zrobić i widocznie zamierza wyjść, podbiegłam i przyciągnęłam go do nas.
-To jest Matt- oznajmiłam radośnie.- A zaraz przyprowadzę Sophie.
Jakiś czas potem siedzieliśmy na kanapie, rozmawiając o nowej piosence jakiegoś tam DJ-a. Sophie siedziała obok mnie na kanapie i kiedy na nią patrzyłam uśmiechała się. I tak oto Show-Girl znowu uratowała sytuację. W tym wypadku Sophie od samotności.
-Widzieliście? Ten, jak mu tam... Marcos pobił Martina!-powiedziała nagle jakaś dziewczyna w fioletowej bluzce.
-Gdzie? I co? Krwawi? Jejciu, ja tak nie lubię widoku...
-W hokeju stołowym, wariatko- odezwał się jakiś chłopak.
Podniosłam się z kanapy, bo już nie wiedziałam, komu wierzyć. I rzeczywiście, chłopak miał rację. Przy stole do hokeja dumnie stał Marcos. Jak zwykle afiszuje się zwycięstwem.
-Kto zagra?- zapytał, jak zwykle pewny siebie.
Podeszłam do stołu i chwyciłam paletkę.
-Ja-rzuciłam z groźną miną. Chłopak przyjął postawę "to będzie łatwizna" i mruknął:
-Panie mają pierwszeństwo.
Chwyciłam krążek i wybiłam go na połowę Marcosa. Chwilę później krążek latał już tak szybko, że nie można było śledzić jego drogi wzrokiem. Gdy wbiłam pierwszą bramkę Marcosowi, zbytnio się nie przejął. Po drugiej już się tak szeroko nie uśmiechał. Obozowicze zaczęli zbierać się wokół stołu. Gdy wbiłam trzecią, chłopak zmarszczył brwi i zaczął się bardziej przykładać do gry. Walka była zacięta. Gdy Marcos zdobywał punkt, zaraz wyrównywałam wynik, a gdy ja mu wbijałam bramkę, on szybko się rewanżował. Po paru minutach było 7:7. Zegar odliczał sekundy do końca meczu, tłum skandował "Coldy! Coldy!" a ja nie mogłam wbić kolejnej bramki. Gdy w końcu czas się skończył, zziajana odłożyłam paletkę, a obozowicze głośno komentując, wrócili do swoich zajęć. Marcos podniósł krążek, podszedł do mojej połowy stołu i oscentacyjnie wrzucił go do mojej bramki. Tablica do liczenia punktów zmieniła wynik na 8:7. 

-Wygrałem- rzucił posępnie Marcos.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz