Od prawie pół godziny tłukliśmy się pociągiem przez lasy, pola i Bóg wie co jeszcze, żeby W KOŃCU wrócić do domu. Miałem ogromną nadzieję, że tych kilka godzin minie krótko i bezproblemowo, a przecież miałem się czym martwić... W końcu mimo usilnych prób przekonania siebie, że wcale nie odpowiadam za te dwie wariatki, wepchnąłem się do ich przedziału. I tak na szczęście dotąd nic się nie stało, jednak obawy to obawy, nie znikają, bo "JESZCZE nic się nie stało". Przecież w każdej chwili mogło się stać. Jednego byłem pewien - nie wysiądę dopóki nie dotrzemy do naszej stacji. Nie zgubię się, one się nie zgubią, dotrzemy, oddam je ich rodzicom i wrócę do domu, do Amandy... Amanda!!!
Wyjąłem telefon i wybrałem numer. Po trzech sekundach usłyszałem sygnał i dziewczęcy głos:
- Hej Marcos! Wracasz już?
- Ta, właśnie jadę. - Specjalnie zsunąłem słuchawki, żeby móc rozmawiać.
- Oki, więc o której będziecie?
- Coś tak koło 15?
- Mnie pytasz? - Roześmiała się. - Dobra, powiem, że koło 14 i najwyżej się poczeka, nie?
- Też tam będziesz? - Chciałbym, żeby była, ale tego nie dopowiedziałem.
- A co myślałeś, że tak po prostu puszczę cię samego do domu i spotkamy się po wakacjach? - Teraz już naprawdę się ze mnie śmiała. - Tylko chłopaków nie będzie, bo jednak ta twoja sweet, emo, czy jak to tam było, podopieczna rzuci im się w oczy.
- No nie podopieczna... Zresztą nieważne, dzięki, nie mogę się doczekać aż cię zobaczę. - Mruknąłem i odwróciłem się w stronę okna, żeby nie widzieć spojrzeń Coldy i Sophie.
- Jasne. I nawzajem. - Odpowiedziała radośnie i przesunęła trochę słuchawkę. - Jedź bezpiecznie, trzymaj się i do zobaczenia.
- Jasne. Cześć. - Odpowiedziałem i się rozłączyłem.
Schowałem telefon do kieszeni i nadal nie patrząc na dziewczyny sięgnąłem po swoją konsolę, żeby jakoś zapewnić sobie rozrywkę na resztę podróży. Niestety czekała mnie przykra niespodzianka... Nie naładowałem konsoli! Niech to szlag!!! Została muzyka i ewentualnie... karty...
Zerknąłem na dziewczyny, nie dając po sobie poznać, że przyglądam im się celowo. Coldy właśnie zasypiała albo i już spała, za to Sophie była zajęta nalewaniem sobie herbaty. Już prawie otworzyłem usta, żeby zaproponować grę w te głupie karty, ale się powstrzymałem. Założyłem słuchawki na uszy. Poleciała piosenka zespołu Nickleback. Niespecjalnie moja ulubiona, ale... Nie taka znowu zła.
Ona i tak ma mnie gdzieś, więc po co pytać? Byle dotrzeć do domu i skończyć przebywanie z nimi. Ta znajomość nie była wcale dobrym pomysłem... Ale jeszcze trochę, a ten koszmar się skończy.
Miałem wrażenie, że ktoś coś powiedział, może to Coldy mruczała przez sen, a może Sophie zwróciła na mnie uwagę. Jednak oparłem głowę o ścianę, owinąłem się bluzą, pod którą zrobiło się niemiłosiernie gorąco i udałem, że zasypiam, nie odpowiadając.
Po paru chwilach rzeczywiście straciłem świadomość i przeniosłem się w krainę snów. Przynajmniej w ten sposób uwolniłem się od natrętnych, nieprzyjaznych myśli, a dokładniej - rozważań, czy przebywanie z nimi jest naprawdę takie okropne. W końcu gdybym się przekonywał, że w gruncie rzeczy nie było tak źle, jeszcze zdołałbym je polubić. A wtedy nastąpiłby z pewnością koniec resztek mojej normalności. Więc to nawet lepiej, że w momencie, gdy zaczynałem myśleć, że przeżyłem niezwykłą przygodę, chybotliwy pociąg uśpił mnie na resztę podróży.
Buu... co tak krótko? W dodatku liczyłam że pod koniec obozu jakoś się pogodzą czy coś... a oni wracają w jeszcze gorszych nastrojach :(
OdpowiedzUsuńAle to nie jest jakaś końcówka bloga, prawda? Liczę że nie i mam nadzieję, że wszystko się jeszcze jakoś wyjaśni ;)
Marcos napisał tak krótko, bo jak jest zły na cały świat to nie umie zbytnio racjonalnie myśleć. Ale bez obaw, to nie koniec bloga. Właśnie pierwsza księga dobiega końca, ale w zanadrzu mamy jeszcze trzy :) Liczymy więc, że zostaniecie z nami na kolejne przygody i będziecie nas wspierać :)
OdpowiedzUsuń