niedziela, 22 września 2013

Rozdział 2: Sophie Tania Brown


Mijał kolejny dzień szkoły. Szłam do swojej szafki odłożyć książki i zabrać te z pracą domową na weekend. Potem ostatnia lekcja w pierwszym tygodniu szkoły i weekend. W przeciwną stronę szła Bridgit, za którą pośpiesznie dreptała Coldy. Z przejęciem opowiadała swojej „fancy” przyjaciółce o jakimś strasznie przejmującym wydarzeniu. Znowu ubierała się na różowo. Bridgit nawet jej nie słuchała, tylko pisała coś na telefonie i od czasu do czasu mówiła od niechcenia „naprawdę”, albo „acha”. Spuściłam wzrok i lekko przyspieszyłam kroki. Przeszły koło mnie bez żadnej reakcji. Lepsze to niż ciągłe słuchanie Coldy….prawda? Mam z nią kilka lekcji, ale nie odzywa się na nich do mnie. Ogólnie prowadzę teraz raczej samotne życie. Marcosa widuje na niektórych lekcjach i na korytarzu. Dzisiaj kiedy skończyłam w-f on z kolegami wchodził na salę i omal nie dostałam od niego piłką. Nawet nie powiedział „przepraszam”, nie mówiąc już o „cześć” albo chociaż „hej”. Skoro wszyscy złożyli śluby milczenia to ja na pewno nie odezwę się do nich pierwsza. Doszłam do szafki. Obok stał Matt i wyciągał książki ze swojej szafki.
-Hej-powiedziałam bez emocji otwierając szafkę.
-Hej-odpowiedział nie odrywając wzroku od swoich książek.
-Idziesz już do domu?
-Tak. A ty?
-Mam jeszcze wdż. – włożyłam książki do torby.
-To kiepsko.
-Nigdy nie miałam takich zajęć. W tamtym roku ich nie było, a w domu miałam tylko najważniejsze przedmioty. To jakieś fajne zajęcia?
-Zależy. Jeśli się lubi takie różne zadania,to tak.
-Jakie zadania? – Po tych słowach zadzwonił dzwonek na lekcję.
-Sama się przekonasz- powiedział zamykając szafkę – do jutra i powodzenia. – ruszył w kierunku wyjścia.
-Super. – powiedziałam, zamknęłam szafkę i poszłam w kierunku klasy. Pod klasą stali uczniowie. Większość z nich kojarzyłam z widzenia. Wśród tej grupki dostrzegłam Marcosa. Pani nauczycielka wreszcie przyszła i wpuściła nas do klasy. Usiadłam obok jakiejś dziewczyny, koło której było wolne miejsce. Nauczycielka szybko nas policzyła.
-Wspaniale! Rzadko się zdarza, żebym dostała grupę, w której jest po równo dziewczyn i chłopców. Chciałabym, żeby w każdej ławce była para mieszana – powiedziała, ale nikt się nie ruszył. – Skoro tak, to sama was porozsadzam. Kazała wszystkim wstać i stanąć na środku klasy. Potem brała przypadkowego chłopaka i dziewczynę i kazała im usiąść we wskazanej ławce. Zostałam tylko ja, czarnoskóra dziewczyna, chłopak w dredach i Marcos. Błagam, mogę usiąść z chłopakiem w dredach, byleby nie z Marcosem!
-Ty kochana usiądziesz z tym przystojniakiem tu – chwyciła mnie i Marcosa i wskazała ławkę. Super. Po prostu świetnie. Grzecznie usiadłam w ławce. Marcos trochę się ociągał, ale w końcu też usiadł. Kiedy ostatnia para usiadła, pani opowiedziała trochę o sobie i o zajęciach.-Będziecie mieli różne zadania, ale to później. Głównym celem tych zajęć jest to, żebyście się później nie zdziwili, że np. wasza dziewczyna jest w ciąży – mówiąc to puściła oczko. Chłopcy w klasie zachichotali. Marcos zrobił trochę zmieszaną minę i maksymalnie się ode mnie odsunął. – Ale na razie od początku. Czym się różnią chłopcy od dziewczynek raczej każdy wie. Dzisiaj obejrzymy film edukacyjny o tym, skąd się biorą dzieci. Najpierw jednak krótki wstęp. A więc kiedy kobieta i mężczyzna bardzo się kochają…
…Coś czuję ,że nie spodobają mi się te lekcje.

piątek, 6 września 2013

Rozdział 1 : Matt Solitarie


Obudził mnie swąd przypalonego naleśnika. Wyskoczyłem z łózka i poleciałem szybko do kuchni. Okazało się że to mój wujek robił śniadanie i po prostu się zaczytał.
- Widziałeś Matt Pittsburgh Steelers pokonało wczoraj Cincinnati Bengals nieźle sobie radzą w tym sezonie, myślisz ze dojdą do finałów? Bo wiesz teraz mają się zmierzyć z... - Earl rozgadał się o football'u amerykańskim zupełnie ignorując czerniejący na patelni naleśnik.
- Wujek powinien przestać czytać przy śniadaniu bo jeszcze kiedyś spowoduje pożar- westchnąłem wyłączając kuchenkę i otwierając jedno z okien. - Poza tym jak znam życie Maggie zaraz wejdzie tu zdenerwowana i zacznie gadać że...
- Czy wy nie wiecie że aby zachować idealną skórę trzeba spać 10 godzin dziennie a wy mnie budzicie po... 9 godzinach 55 minutach i jak ja mam się spodobać Marcosowi w takim stanie?- jęknęłam siadając na krześle obok wujka.
- W takim stanie to lepiej nigdzie nie wychodź- westchnąłem usuwając poczerniałe ciasto z patelni- najlepiej wracaj do siebie to wszyscy się ucieszą- mruknąłem do siebie, ale tak by nie usłyszała. Earl w tym właśnie momencie podniósł wzrok na siostrzenice... i to był jego błąd, z wrzaskiem zleciał z krzesła.
- Maggie skarbie, coś ty sobie zrobiła?!- zapytał przerażony oglądać jej zielono-biało-niebieską twarz - jeśli chcesz kibicować Seattle Seahawks to nie w moim domu panienko, poza tym rozmazałaś farbę tak, że wyszła szarawa breja a nie dumna flaga godna jakiegokolwiek zespołu. - otrząsnął się po chwili i usiadł na krześle zaczynając dawać dziewczynie rady odnośnie oddawania hołdu klubom piłkarskim i kibicowania im. Ta z nieszczęśliwą miną... no cóż podejrzewam ze była nieszczęśliwa bo ciężko to było zobaczyć z pod taką ilością maseczki do twarzy.
-To ja się zajmę tymi naleśnikami westchnąłem zakładając fartuch wujka, a ponieważ to zagorzały fan to nawet tu znalazło się logo jakiegoś zespołu. Jakiego? Nie wiem i nie za bardzo mnie to obchodzi, nie jestem zagorzałym kibicem i chyba nigdy nie będę, no cóż to mnie po prostu nie interesuje.
Pogłośniłem radio by nie słyszeć tłumaczeń Meggie, jeszcze bym się nad nią zlitował i jej pomógł. Usmażyłem już z 10 naleśników gdy rudowłosa wreszcie wykrzyczała ze nie kibicuje nikomu i jest to jedynie coś co kobiety nakładają na twarz by ładniej wyglądać. No niby szczęście, że powiedziała i teraz powinna mieć spokój, ale niestety tylko hipotetycznie bo to że "nie kibicuje" tak mocno zabolało wujka, że zaczął jej opowiadać i przekonywać do wstąpienia do fanklubu jego ukochanego zespołu.
Przerzuciłem jeszcze ze dwa naleśniki gdy ktoś odciągnął mnie w bok.
- Matt, Matt, Matt - pisnęła zdenerwowana - zajmij czymś Earl'a mam go dość, proszę muszę się przyszykować, a zaraz trzeba wyjechać, proszę~!
-No nie wiem, nie wiem.... a co ja będę z tego miał?- uśmiechnąłem się kończykiem ust wycierając ręce w fartuch.
- Co chcesz, zrobię co chcesz - prosiła dalej. Rany musi być naprawdę zdesperowana skoro wysuwa takie warunki.
- Nie będziesz do mnie łazić w szkole, nie znamy się - powiedziałem stanowczo
- to chyba jasne ktoś taki jak ty tylko zniszczyły moją przyszłą popularność- urażona założyła ręce na piersi i spojrzała na mnie wyniośle... co wyglądało dość ciekawie skoro jest ode mnie trochę niższa.
- no tak to oczywiste, ale musiałem to ustalić- westchnąłem - masz nie mówić swoim wujkom a moim rodzicom ani nikomu innemu co DOKŁADNIE robię w szkole. Czyli na jakie zajęcia dodatkowe się zapisuje, z jakimi ludźmi rozmawiam i przyjaźnię się, ani ile czasu poświęcam na doskonalenie strzelnictwa.... lub czegoś w stylu taty. Kiwnęła głową potakująco - to nie wystarczy, przysięgnij na... na... na swoje wszystkie torebki paski i "designerskie" ciuchy - podałem jej rekę na znak zgody.
- Ale wszystkie~!- jęknęła- dobra- niechętnie podała mi rekę- ale zajmij go czymś TERAZ!
- Dobra, dobra uspokój się - westchnąłem uśmiechając się przyjaźnie. Odwróciłem się od niej by przewrócić kolejnego naleśnika- Ej wujku może damy się jej przebrać bo jak wyjdzie na miasto przemalowana na kosmitkę to jeszcze ją wojsko zgarnie, co?- zażartowałem, tak by trafić w gust wujka... nigdy nie rozumiałem jego poczucia humoru
- Hahaha Matt masz rację - uśmiechnął się przyjaźnie. Moja kuzyneczka pisnęła szczęśliwa biegnąc do pokoju.
******
- No szybciej zaraz się spóźnimy - Pokrzykiwała Maggie malując usta we wstecznym lusterku.
- a przez kogo?- Westchnąłem odsuwając od siebie róż na policzki. Jeszcze na jakimś wertepie wysypałby mi się na białą bluzkę.
- Ja zawsze muszę wyglądać perfekcyjnie - prychnęła wracając do poprzedniej czynności. -Wuju zatrzymaj się... już.... TERAZ- wrzasnęła wystraszona. Samochód zatrzymał się a ona popchnęła mnie żebym wysiadł. - Jesteśmy przecznicę od szkoły - wyjaśniła- nie chcę tam wjechać w takim pospolitym aucie dodatkowo obwieszonym wszelki drużynowymi ozdobami, mowy nie ma Matt rusz się idziemy na piechotę!!!- pokrzykiwała.
westchnąłem po raz kolejny tego dnia ( oj coś czuję że przy niej to będzie mój stały nawyk) i powlokłem się za nią. Oczywiście na apel już nie zdążyliśmy. Usłyszałem tylko ze jestem spóźniony, że mam iść do 203 bo tam zostałem przypisany. Wzruszyłem ramionami i ruszyłem przed siebie zostawiając Maggie samą z poszukiwaniami gabinetu 102, no cóż z własnej winy nie chciała przyjść tu w wakacje i obejrzeć szkoły, to niech się pomęczy.
Przed gabinetem odetchnąłem, wygładziłem włosy i rozpiąłem ze 2 guziki od koszuli. tu było po prostu za gorąco, poza tym zapięta całkowicie koszula okropnie uwierała mnie w szyję. Zapukałem grzecznie i wszedłem do środka. Podszedłem do trochę skołowanej nauczycielki i z przepraszającym uśmiechem wręczyłem jej kartkę którą dostałem przy wejściu do szkoły razem z krzykami niezadowolonej sekretarki... ale te raczej zostawię dla siebie.
Nauczycielka przeczytała uśmiechnęła się do mnie promiennie i zaczęła mówić.
- No więc tak jak wam mówiłam do naszej grupy dołącza nowy uczeń. Matt... może sam się przedstaw.
- No więc - zaśmiałem się nerwowo- nazywam się Matt Solitarie i... - zapomniałem szkicownika, przeszło mi przez myśl, ale tego przecież nie powiem. Na szczęście nie musiałem przedstawić się dalej bo do moich uszu doleciało
- Matt!?!?!?! - W wykonaniu jedynych 3 znanych mi tu osób. Czyli Coldy, Marcosa i Spohie. Uśmiechnąłem się do nich ciepło.
- Cześć wam, rodzice wygrali wycieczkę, więc musiałem przenieść się do wujka i do Millvile.
- Bardzo fajnie- uśmiechnęła się pani - dobrze że kogoś tu znasz, twoi koledzy dowiedzą się więcej na przerwie, a puki co wypadałoby cię gdzieś usadzić- zastanowiła się- o koło Marcosa jest wolne miejsce a skoro się znacie to nie będzie problemu prawda, Marcos?
- Nie proszę pani - odpowiedział ze skwaszoną miną. Jak dzieciak, pomyślałem i uśmiechnąłem się. Zająłem miejsce obok i rozejrzałem się po klasie. Tak jak podejrzewałem wszyscy się na mnie gapili, dosłownie wszyscy, a dziewczyny były jeszcze straszniejsze, one chyba nawet nie mrugały. Uśmiechnąwszy się raz jeszcze odwróciłem się w przód napotykając zawiedziony wzrok Marcosa.

niedziela, 1 września 2013

Ostatni dzień wakacji

Matt:
- hej dzieciaki zapakowaliście się już do szkoły? - zagadnął wujek wchodząc do salonu w którym obecnie siedzieliśmy.
- żadne dzieciaki jestem młodą dorosłą - zaprotestowała Maggie
- tak wszystko zapakowane - westchnąłem odkładając zeszyt. Już wiem co teraz będzie, "cudowny" dzień spędzony z moją kuzynką i wujkiem podczas którego nie będę miał ani chwili spokoju. Pięknie a dziś kończą się wakacje.
- Jako że to już wasz ostatni dzień wolnego, a od jutra zaczynają się wasze męczarnie zabieram was do miasta, do kina, na lody i gdzie tam jeszcze chcecie~!
- Na zakupy~!!! - moja kuzyneczka pisnęła podekscytowana biegnąc do swojego pokoju - muszę się jakoś super przebrać może spotkamy Marcosa~! - krzyknęła jeszcze zanim zamknęła drzwi.
Biedny chłopak, dorobił się pycho-fanki. Westchnąłem, wstałem z kanapy i skierowałem się do mojego pokoju. Na szczęście wujek Earl ma duży dom i do tego przydzielił nam osobne pokoje. Jednak czasem talent Maggie do awanturowania się o wszystko bywa przydatny. Inaczej jeszcze wylądował bym z nią w jednym pokoju. Przynajmniej tu mam spokój... - westchnąłem zamykając drzwi od pokoju. Nie przeszedłem dwóch kroków a już usłyszałem radio z pokoju rudzielca - ... no względny spokój.
Szybko przebrałem się z pidżamy w jakieś normalne ciuchy. Zabrałem komórkę i wyszedłem. Skierowałem się do salonu.
- To co wujku mamy jakieś pół godziny, co oglądamy? - zapytałem chwytając pilota - wiesz Maggie tak szybko raczej nie wyjdzie.
- No to wybieraj - uśmiechnął się wujek - przynajmniej wiem że do szkoły powinienem ją zacząć budzić o 7:00 żeby wyrobiła się za wszystkim, co? - zagadnął szturchając mnie w ramię
- tak na to wygląda - również się uśmiechnąłem.
*pół godziny później*
- Maggie wyłaź w końcu!!! Nawet nie masz pewności czy Marcos będzie na mieście ani czy go spotkamy a ty pewnie i tak przymierzasz już któryś z kolei zastaw ciuchów!!!! - westchnąłem nadal dobijając się do jej drzwi.
- Oi nie któryś tylko 7 - westchnęła pretensjonalnie - ja mam za dużo stylu by wyjść na ulicę w pierwszych lepszych rzeczach, nie to co ty - fuknęła
- No ale żeby pół godziny - westchnąłem, ale zaraz wpadłem na pomysł jak ją szybko wygonić z tego pokoju - pospiesz się bo każdą minute spóźnienia wujek odejmuje z twojego czasu na zakupy!!! - krzyknąłem. Uśmiechnąłem się odchodząc od drzwi. Jeszcze bym dostał nimi w nos. Dosłownie pół minuty potem Maggie gotowa ( no nieco tylko zziajana) stała przed drzwiami gotowa do wyjścia.
- Chodźcie wreszcie - westchnęła poirytowana - i to niby wy czekaliście na mnie?
- Wow Matt genialny sposób - pochwalił mnie.
- prawda?- uśmiechnąłem się - działa bezbłędnie za każdym razem.

Sophie:
-Kochanie, rodzice przysłali pocztą resztę twoich ubrań. Zrób miejsce w pokoju, bo dostawca długo ich nie utrzyma.
-Tak,tak...-powiedziałam ciężko podnosząc się z łóżka.
Zamknęłam wszystkie torby, które starałam się rozpakować i ułożyłam je w jednym miejscu, robiąc wolną przestrzeń na paczki.Młody dostawca przyszedł zziajany i ułożył we wskazanym miejscu spory stosik.
-To już trzecia dostawa. Często jeszcze będę tu przychodził?
-Mam nadzieje,że nie.
-Szkoda, polubiłem przychodzenie tu. Gdyby wszystkie odbiorczynie paczek były takie ładne… 
-Tak,tak, ciocia zapłaci za przesyłkę na dole. Żegnam – powiedziałam patrząc znacząco na wyjście.
Chłopak zrezygnowany wyszedł z pokoju. Jak ja nie lubię zaczepek ze strony jankesów. Przynajmniej paczki doszły na czas. Całe szczęście, bo jutro rozpoczęcie roku, a ja zapomniałam galowych ubrań z Londynu. Ah, koniec wakacji, czas na ich podsumowanie. Do obozu niema co wracać, podsumowałam wszystko kilkanaście razy. Coldy nie widziałam od tego czasu. Do Matta miałam pisać , ale zgubiłam kartkę z numerem. Marcosa widziałam raz, jak szedł ze swoimi znajomymi, ale skręciłam w boczną uliczkę, żeby ich minąć. Reszta wakacji? Krótki czas w domu. I do Londynu, a tam wyjazd do letniskowego domku Daniela. To było coś! Kilka dni relaksu było mi potrzebne. Wydaje mi się, że odkąd wyjechałam do Ameryki mam lepszy kontakt z Danielem. Zaczęliśmy bardziej doceniać swoje towarzystwo. Szkoda, że tak się stało, gdy zaczął oddzielać nas ocean. Teraz jeszcze bardziej boli brak znajomych w tym mieście. Dobra, takie podsumowanie tylko mnie dobija. Po obiedzie wyszłam z psami ciotki do parku. Spędziłam tam całe popołudnie, starając się zapomnieć o nieuniknionym powrocie do szkoły.

Marcos:
- Marcos, gdzie masz krawat? - Mama przeszukiwała mi szafę.
- Używam go parę razy w roku, skąd mam wiedzieć... - Mruknąłem, niezadowolony. Boże, jutro apel... Będzie tam Sophie, Coldy... Brrr, nie, to co zdarzyło się w wakacje zostaje za nami. Udajemy, że to się nie stało. A przynajmniej ja udaję. Nie mam zamiaru się z nimi przyjaźnić, czy chociaż kolegować. Nie będę nawet o nich myślał! Jakby szkoła sama w sobie nie było dość upierdliwą placówką, jeszcze mam się nimi przejmować?!
- ...Marcos, mówię do ciebie! Popatrz na mnie.
- Aaa... Przepraszam. - Przeczesałem włosy palcami. - To wszystko przez tę różową wariatkę... No i Sophie.
     Ale przecież od szkoły się nie wymigam - dodałem w myślach.
- Przepraszam, Marcos. Wiesz, szefowa...
- Wiem. Znalazłaś już ten krawat? Chyba widziałem go w szufladzie... - Zmieniłem temat. Mama znała mnie na tyle, by wiedzieć, że po prostu nie chcę o tym mówić.
- Już znalazłam. Jesteś pewien, że masz wszystkie zeszyty, książki i przyrządy?
- Ehh... Taa, jestem pewien.
- Dobrze. To jeszcze wyprasuję ci koszulę i będziesz gotów.
- Dzięki. - Odwróciłem się do komputera.

  Sugar_Lady: Hej, jesteś, czy cię wywiało? Głupi, wieszający się komp... :/
  BlackBlade: Jestem. Sorry, przygotowania do szkoły.
  Sugar_Lady: Jasne, kminię.
  Sugar_Lady: Zakład, że pokonam tę grupkę na schodach pierwsza?
  BlackBlade: Marz dalej. ;P

     Zabrałem się za grę. W końcu nie będę marnował czasu swojego ostatniego dnia wolności na rozmyślania. Spędzę go tak, jak chcę. I nic mi w tym nie przeszkodzi.
     Ekran pokryły czarne plamki.
     Kurde, zginąłem.

  BlackBlade: Nieładnie tak eliminować towarzyszy.
  Sugar_Lady: Ktoś coś mówił, że to ja?
  Drago: Yo, ludzie. BlackBlade, zabrałbyś mi radość zabicia awatara mojej byłej, sorry.
  BlackBlade: To mi kurna nic nie zmienia, przez ciebie muszę restartować grę... -.-
  Drago: No mówiłem, sorry.
  BlackBalde: Wygram i tak.

     Resztę dnia spędziłem na zabawie. Jednak nic nie mogło odegnać przykrej wizji następnego dnia...
     Powrót do szkoły. Niech to szlag.


Coldy:
-Siema mała, odstawiam ciuchy- usłyszałam w drzwiach. Gwałtownie oderwałam się od laptopa, rozlewając przy tym mój sweet różowy lakier na łóżko.- Bridgit! Tak się cieszę, że cię widzę!
Rzuciłam się mojej fancy przyjaciółce na szyję. Bridgit była mocno opalona: słońce Egiptu wyraźnie odbiło na niej swoje piętno.
-Jakiś wielki murzyn mnie wpuścił. Kim on jest?- zapytała Bridgit, rzucając torbę w kąt.
-Oh, to tylko Simba. Mieszka tu- odparłam, wreszcie ją puszczając i przypominając sobie o lakierze.- Tak strasznie się stęskniłam!
Wytarłam pobieżnie różowy płyn z narzuty i usiadłam na łóżku, podczas, gdy Bridgit stała przed otworzoną szafą i przeglądała zawartość.
-Na obozie było okropnie! Z początku taki Marcos, kojarzysz, wydawał mi się strasznie sweet, zrobiłam pierwszy krok, jak radziłaś, wszystko szło świetnie, ale nie chciał iść na całość. Nie wiem, może mu się nie podobałam? No bo przecież mówiłaś, że jak dziewczyna jest fancy, to faceci myślą tylko o jednym. W każdym bądź razie potem było lepiej, choć raz prawie umarł i ja też, ale najgorzej było, kiedy dotarliśmy do obozu...
-To wszystko działo się w pociągu?- mruknęła Bridgit, wyciągając z szafy bluzkę na ramiączkach od Coco Chanell.
-W trakcie podróży. Ale w obozie okazało się, że mieszkam z taką Maggie. Ruda, młoda, miała przebity język i totalnie leciała na Marcosa! Próbowałam ratować nasz związek, ale było już za późno. Odbiła mi go. Więc ze smutku wyrzuciłam ją i czekoladki z domu i zmieniłam styl. Wtedy, gdy byłam emo poznałam taką Ninę, Ricky'ego i resztę... Zaprosili mnie na imprezę, ale chyba te zapiekanki nie były eko, bo rano czułam się strasznie. Ale Ricky był bardzo miły. Szkoda, że nie mam jego numeru... A no i był jeszcze taki Matt...
-Fajnie, mała, rozumiem, poznałaś wielu przyjaciół. Słuchaj, mogę pożyczyć ten top? Dzisiaj jest impreza na koniec wakacji i...
-Proszę, proszę, mogę iść z tobą?- zrobiłam minkę tego sweet kociaka ze Shreka.
Bridgit nie miała zachwyconej miny. Dziewczyna tęsknie spojrzała na top od Prady.
-Właśnie miałam ci to zaproponować- mruknęła.
Rzuciłam się swojej przyjaciółce na szyję.
-Dzięki!- pisnęłam.- Zobaczysz, będzie fancy! Zaraz znajdziemy jakieś super sweet ciuchy, umalujemy siebie nawzajem, pan Petterson nas odwiezie, a potem możemy zrobić nocne piżama party... 
-Limuzyną?- Bridgit wyraźnie się rozpromieniła.
-Jeśli mama się zgodzi....
-Chodź, idziemy się spytać- dziewczyna zaciągnęła mnie na dół, do salonu, gdzie Wilow właśnie oglądała telewizję, całując się z Simbą na kanapie.
-Pani Canavan, mogłybyśmy wypożyczyć limuzynę na dzisiejszy wieczór?- wypaliła od razu Bridgit, nie czekając nawet, aż mama oderwie się od chłopaka.
-Dziewczynki, ale jutro szkoła...
-To tylko mała impreza u znajomych. Obiecuję, że Coldy wróci do domu przed północą.
-Dobrze, ale zero alkoholu.- dziewczyna uśmiechnęła się i ruszyła na górę.- Bridgit? Zostajesz tutaj na noc?
-Oczywiście. Nie chcę kręcić się po nocy i budzić rodziców. Jeśli oczywiście to nie problem...
-Nie, skądże. Rano pan Petterson odwiezie was do szkoły. Miłej zabawy!
-Dzięki, mamo!
Pobiegłyśmy na górę do mojego pokoju.
-Jejku, twoja mama kręci z tym murzynem? Ale fakt, jest przystojny... Jak ma na imię?
-To dość skomplikowane...