Po spotkaniu Matta poszłam do stołówki. Jedyny plus w tej szkole to to,że dobrze gotują. Otworzyłam drzwi i zobaczyłam latające wszędzie jedzenie. Czy Amerykanie nic innego nie umieją zrobić z jedzeniem,tylko nim rzucać?! Nim zdążyłam stamtąd uciec, dostałam małym ciastkiem z kremem. Zdębiałam. Założę się,że jeśli ktoś by mnie teraz dotknął, to upadłabym na ziemię. Gdy zdałam sobie sprawę,że dalej grozi mi niebezpieczeństwo, zawróciłam na pięcie i szybkim krokiem wyszłam z pola bitwy. Nie zwalniając kroku udałam się do łazienki. Dlaczego tu wszystko jest tak daleko?! Ludzie,których mijałam patrzyli na mnie z rozbawieniem. Poczułam,że moje policzki robią się czerwone. Dalej się nie dało zbudować tej łazienki?!?! Wreszcie dotarłam do celu. W wejściu minęły mnie 3 dziewczyny,które oczywiście nie mogły się powstrzymać i wybuchnęły śmiechem. Na szczęście w łazience nikogo nie było. Z trudem spojrzałam w lustro. Nie jest tak źle jak myślałam. Krem na policzku i trochę we włosach. Wzięłam papier i zaczęłam zmywać jedzenie z twarzy. Chciałam zacząć czyścić włosy, ale zadzwonił dzwonek. No pięknie! Wyrzuciłam papier i wzięłam trochę nowego i wyszłam z łazienki. Teraz będę mieć...hiszpański. Muszę iść po książki do szafki. Ruszyłam biegiem, po drodze wycierając włosy. Wzięłam książki i przejrzałam się w małym lusterku. Nie widzę więcej kremu. Wyrzuciłam chusteczkę i pobiegłam na lekcję. To będzie pierwsza lekcja hiszpańskiego, bo na poprzedniej nie było nauczycielki. Pod klasą nie było już nikogo. Sprawdziłam jeszcze raz,czy to ta sala i weszłam do środka.
-Dzień dobry, bardzo przepraszam za spóźnienie.
-Buenos dias. A czemuż to się spóźniłaś?
-Byłam w łazience, a wie pani one są tak daleko stąd….
-No dobrze, usiądź por favor.
Rozejrzałam się po klasie. Niektóre osoby znałam z innych lekcji, ale nie mam o nich zbyt dobrego
zdania. Poza tym patrzyli na mnie teraz szyderczym wzrokiem. Zresztą prawie cała klasa się tak na
mnie patrzyła. „Jesteśmy lepsi, bo byliśmy w klasie na czas”. Na szczęście była jedna wolna ławka.
Znajdowała się pod ścianą.Usiadłam w niej szybko, bo już czułam na sobie mordercze spojrzenie pani.
Gdy w klasie wreszcie zapanował spokój, pani zaczęła prowadzić lekcję.
-A więc nazywam się Adel Count . Mi nombre es Adel Count. Przez ten rok szkolny będę was uczyć
hiszpańskiego. Może na początek…- nie zdążyła dokończyć, bo drzwi znowu się otworzyły.
Do klasy wpadł chłopak. Miał brązowe włosy, a na sobie jeansy, adidasy i rudy T-shirt pobrudzony
sosem i puree ziemniaczanym. Najwidoczniej wracał z pola bitwy.
-Przepraszam za spóźnienie – powiedział, kiedy zamknął za sobą drzwi.
-Ktoś jeszcze ma zamiar się spóźnić? – zapytała lekko poirytowanym głosem. – Siadaj do ławki.
Chłopak tak samo niepewnie jak ja popatrzył po klasie. Też napotkał karcące lub rozbawione
spojrzenia. Pani zaczęła mówić nie czekając ,aż zajmie miejsce.
- A więc mi nombre… - drzwi znowu się otworzyły. Tym razem pokazała się w nich pani dyrektor.
-Adel, mogę cię poprosić na chwilkę? – Zapytała z lekkim uśmiechem.
-Oczywiście. Zaraz wracam. – powiedziała do nas. – A ty zajmij w końcu miejsce – spojrzała karcąco na chłopaka.
Jeszcze raz zlustrował klasę. Większość ławek była zajęta. W końcu ruszył w kierunku ławek. Podszedł do mojej.
-Jest wolne? – Zapytał uśmiechając się.
-Tak.
Zajął miejsce i zaczął wypakowywać książki.
-Jestem Colin – podał mi rękę, kiedy skończył.
-Sophie – przywitałam się z nim. – Mocno dostałeś na stołówce.
-Nie jest najgorzej – popatrzył na swoją koszulkę – Widziałem chłopaka, który był cały w jedzeniu. Miał tylko otwory na oczy! Widzę, że też dostałaś. – powiedział i pochylił się nademną. Wyciągnął rękę i wyciągnął z moich włosów kawałek ciastka.
-Dzięki, nie zauważyłam go. – Poczułam, że znowu robie się czerwona na twarzy. – Teraz pewnie zamkną stołówkę, żeby ją posprzątać. Szkoda, że nie zdążyłam nic zjeść nim zaczęła się bitwa.
-Mam w szafce kanapki. Jak chcesz, to mogę się podzielić.
-Mógłbyś?! Dzięki, uratujesz mnie przed przymusową głodówką. Ja mam w szafce tylko termos z herbatą.
-Nie jest trochę za gorąco na herbatę z termosu?
-Może trochę, ale bardzo lubię herbatę. U nas w Anglii pija się ją prawie bez przerwy.
-Rozumiem. Też miałem coś podobnego, jak byłem mały. Codziennie przed snem musiałem wypić gorące kakao. Nieważne, czy było gorąco czy zimno, kakao musiało być!
Kiedy to powiedział do klasy z powrotem weszła pani Count.
-Przepraszam, to dotyczyło pojutrzejszego meczu. – Powiedziała siadając przy biurku.
Uczniowie zaczęli energicznie szeptać. Dla nich te wszystkie zawody są strasznie ważne. Szkoła szaleje na punkcie zawodników i cheerlederek. Kiedy pomruki wreszcie ucichły, pani wreszcie zaczęła prowadzić lekcję.
Kiedy zabrzmiał dzwonek pani powiedziała tylko „Adios” i uczniowie zaczęli się pakować. Colin spakował się pierwszy i poczekał na mnie. Razem poszliśmy do jego szafki. Wyciągnął pudełko na drugie śniadanie i poszliśmy na dwór. Na podwórku było dużo osób, w końcu stołówka jest zamknięta, a dzisiaj jest wyjątkowo ładna pogoda. Usiedliśmy na ławce i zaczęliśmy konsumpcje. Oczywiście, przez cały czas rozmawialiśmy. Dowiedziałam się, że ma młodszą siostrę, psa, mieszka parę ulic ode mnie i należy do szkolnego zespołu piłki nożnej.
-Piłka nożna? Musisz być tu popularny! Taki szkolny Beckham,…
-Niestety tutaj najbardziej popularną dyscypliną jest football amerykański, ale nie narzekamy na brak dopingu. Zresztą nie mam nic do żadnej dyscypliny. Na meczach footballu amerykańskiego można się świetnie bawić. Zresztą pewnie to wiesz.
Zapadła niezręczna cisza. Nigdy nie byłam na żadnym szkolnym meczu, nawet nie bardzo się orientuję jakie w szkole są drużyny.
-Nigdy nie byłaś na meczu?! – Zapytał z niedowierzaniem, a ja przytaknęłam mu tylko głową.
– Trzeba to naprawić! Sophie, zabieram cię na najbliższy mecz. Przekonasz się, te emocje będą
niezapomniane!
Zadzwonił dzwonek na lekcję. Ja miałam teraz angielski, a Colin biologię.
-To co, do zobaczenia tutaj na następnej przerwie? – Zapytał, pomagając mi wstać.
-Pewnie. – Ucieszyłam się.
Przez następne dwa dni spotykaliśmy się na przerwach. Nie na każdej, ale dość często.
-Mecz jest dzisiaj o 17, więc przyjdę po ciebie parę minut po 16, ok.? – Zapytał, kiedy skończył lekcje.
Ja miałam jeszcze ten nieszczęsny WDŻ.
-Ok. – Zgodziłam się i pomachałam mu na pożegnanie.
Z trudem, ale przetrwałam ostatnią lekcję. Marcosa nie było, bo miał ostatni trening przed meczem. Szybko poszłam do domu się przygotować. Colin przyszedł punkt 16.15.
-Możemy iść? – Zapytał kiedy otworzyłam drzwi.
-Oczywiście, tylko powiem wujostwu, że wychodzę. – Pożegnałam się z wujkiem i ciocią i wyszłam z domu.
Trybuny powoli wypełniały się ludźmi. Nie było mowy o wolnym miejscu na parkingu.
-Kto by pomyślał,że zwykły mecz szkolnej drużyny przyciągnie tylu ludzi. – Powiedziałam zdziwiona.
-Wiesz, tu przychodzą kibicować całe rodziny. Rodzice i dziadkowie, którzy się tutaj uczyli no i jeszcze fani drużyny przeciwnej. Dzisiaj gramy z Krewetkami z Vineland.
Po pewnym czasie mecz wreszcie się zaczął. Na boisko w blasku chwały wyszli zawodnicy obu drużyn. Przywitał się też komentator dzisiejszego meczu, niejaki Billy. Zaczęła się gra. Do pierwszej połowy nasi wygrywali 1 punktem. Kiedy sędzia zarządził przerwę, na boisko wbiegły dziewczyny w krótkich spódniczkach i bluzkach na grubych ramiączkach. W rękach trzymały pompony. Dziewczyny zaczęły skakać po boisku, wykrzykując różne dopingujące hasła.
-Cheerlederki? – Zapytałam.
-Tak. – Powiedział mi i odkrzyknął hasło wykrzyczane przez dziewczyny.
Zaczęła się druga połowa. Colin miał rację, ten mecz naprawdę był emocjonujący. W ostatnich dwóch minutach nasza drużyna prowadziła 2 punktami, ale wystarczyło celne przyłożenie i przeciwnicy wygrają.Zawodnik Krewetek złapał piłkę, zaczął z nią biec, rzucił i…niecelnie!!!! Trybuny oszalałyz radości! Wszyscy wstali i skandowali nazwę zwycięskiej drużyny. Colin nagle mnie przytulił. Kiedy mnie puścił powiedział speszony:
-Sorki, poniosło mnie przez te emocje.
-Nic się nie stało– Powiedziałam też zawstydzona. Teraz nie wiem, czy bardziej emocjonowałam się meczem, czy ostatnim wybuchem radości Colina. Chciałam już iść, ale chłopak mnie zatrzymał.
-Jeszcze finałowy występ cheerlederek. – Powiedział. – To będzie coś!
Rzeczywiście, dziewczyny ustawiły się, muzyka poleciała z głośników i zaczął się ich niesamowity układ. Myślałam, że takie układy robią tylko na filmach kaskaderzy! Kiedy skończyły, jedna z nich wzięła megafon do ręki i powiedziała.
-Wszystkie dziewczyny, które zapisały się na casting do cheerlederek mają się stawić jutro na długiej przerwie w dużej sali gimnastycznej. Jeśli są chętne, które się nie zapisały, to jest jeszcze ostatnia szansa zrobić to teraz. Dzięki za doping, byliście wspaniali!!! – Wykrzyczała i razem z całą drużyną w podskokach wybiegły z boiska.
-To było naprawdę coś – powiedziałam, gdy wychodziliśmy z trybun.
-Tak, to prawda. Idziesz na casting?
-Nie, to nie dla mnie.
-Szkoda, fajnie byś wyglądała w ich kostiumach…znaczy, szkoda, fajnie byś się bawiła na treningach.
-Ta, jasne.
-Odprowadzę cię do domu. – Powiedział. – Jest już późno.
-Ok. – Powiedziałam z uśmiechem.
Wychodząc z trybun chyba usłyszałam Coldy, która podnieconym głosem szybko coś komuś opowiadała.
-Dzień dobry, bardzo przepraszam za spóźnienie.
-Buenos dias. A czemuż to się spóźniłaś?
-Byłam w łazience, a wie pani one są tak daleko stąd….
-No dobrze, usiądź por favor.
Rozejrzałam się po klasie. Niektóre osoby znałam z innych lekcji, ale nie mam o nich zbyt dobrego
zdania. Poza tym patrzyli na mnie teraz szyderczym wzrokiem. Zresztą prawie cała klasa się tak na
mnie patrzyła. „Jesteśmy lepsi, bo byliśmy w klasie na czas”. Na szczęście była jedna wolna ławka.
Znajdowała się pod ścianą.Usiadłam w niej szybko, bo już czułam na sobie mordercze spojrzenie pani.
Gdy w klasie wreszcie zapanował spokój, pani zaczęła prowadzić lekcję.
-A więc nazywam się Adel Count . Mi nombre es Adel Count. Przez ten rok szkolny będę was uczyć
hiszpańskiego. Może na początek…- nie zdążyła dokończyć, bo drzwi znowu się otworzyły.
Do klasy wpadł chłopak. Miał brązowe włosy, a na sobie jeansy, adidasy i rudy T-shirt pobrudzony
sosem i puree ziemniaczanym. Najwidoczniej wracał z pola bitwy.
-Przepraszam za spóźnienie – powiedział, kiedy zamknął za sobą drzwi.
-Ktoś jeszcze ma zamiar się spóźnić? – zapytała lekko poirytowanym głosem. – Siadaj do ławki.
Chłopak tak samo niepewnie jak ja popatrzył po klasie. Też napotkał karcące lub rozbawione
spojrzenia. Pani zaczęła mówić nie czekając ,aż zajmie miejsce.
- A więc mi nombre… - drzwi znowu się otworzyły. Tym razem pokazała się w nich pani dyrektor.
-Adel, mogę cię poprosić na chwilkę? – Zapytała z lekkim uśmiechem.
-Oczywiście. Zaraz wracam. – powiedziała do nas. – A ty zajmij w końcu miejsce – spojrzała karcąco na chłopaka.
Jeszcze raz zlustrował klasę. Większość ławek była zajęta. W końcu ruszył w kierunku ławek. Podszedł do mojej.
-Jest wolne? – Zapytał uśmiechając się.
-Tak.
Zajął miejsce i zaczął wypakowywać książki.
-Jestem Colin – podał mi rękę, kiedy skończył.
-Sophie – przywitałam się z nim. – Mocno dostałeś na stołówce.
-Nie jest najgorzej – popatrzył na swoją koszulkę – Widziałem chłopaka, który był cały w jedzeniu. Miał tylko otwory na oczy! Widzę, że też dostałaś. – powiedział i pochylił się nademną. Wyciągnął rękę i wyciągnął z moich włosów kawałek ciastka.
-Dzięki, nie zauważyłam go. – Poczułam, że znowu robie się czerwona na twarzy. – Teraz pewnie zamkną stołówkę, żeby ją posprzątać. Szkoda, że nie zdążyłam nic zjeść nim zaczęła się bitwa.
-Mam w szafce kanapki. Jak chcesz, to mogę się podzielić.
-Mógłbyś?! Dzięki, uratujesz mnie przed przymusową głodówką. Ja mam w szafce tylko termos z herbatą.
-Nie jest trochę za gorąco na herbatę z termosu?
-Może trochę, ale bardzo lubię herbatę. U nas w Anglii pija się ją prawie bez przerwy.
-Rozumiem. Też miałem coś podobnego, jak byłem mały. Codziennie przed snem musiałem wypić gorące kakao. Nieważne, czy było gorąco czy zimno, kakao musiało być!
Kiedy to powiedział do klasy z powrotem weszła pani Count.
-Przepraszam, to dotyczyło pojutrzejszego meczu. – Powiedziała siadając przy biurku.
Uczniowie zaczęli energicznie szeptać. Dla nich te wszystkie zawody są strasznie ważne. Szkoła szaleje na punkcie zawodników i cheerlederek. Kiedy pomruki wreszcie ucichły, pani wreszcie zaczęła prowadzić lekcję.
Kiedy zabrzmiał dzwonek pani powiedziała tylko „Adios” i uczniowie zaczęli się pakować. Colin spakował się pierwszy i poczekał na mnie. Razem poszliśmy do jego szafki. Wyciągnął pudełko na drugie śniadanie i poszliśmy na dwór. Na podwórku było dużo osób, w końcu stołówka jest zamknięta, a dzisiaj jest wyjątkowo ładna pogoda. Usiedliśmy na ławce i zaczęliśmy konsumpcje. Oczywiście, przez cały czas rozmawialiśmy. Dowiedziałam się, że ma młodszą siostrę, psa, mieszka parę ulic ode mnie i należy do szkolnego zespołu piłki nożnej.
-Piłka nożna? Musisz być tu popularny! Taki szkolny Beckham,…
-Niestety tutaj najbardziej popularną dyscypliną jest football amerykański, ale nie narzekamy na brak dopingu. Zresztą nie mam nic do żadnej dyscypliny. Na meczach footballu amerykańskiego można się świetnie bawić. Zresztą pewnie to wiesz.
Zapadła niezręczna cisza. Nigdy nie byłam na żadnym szkolnym meczu, nawet nie bardzo się orientuję jakie w szkole są drużyny.
-Nigdy nie byłaś na meczu?! – Zapytał z niedowierzaniem, a ja przytaknęłam mu tylko głową.
– Trzeba to naprawić! Sophie, zabieram cię na najbliższy mecz. Przekonasz się, te emocje będą
niezapomniane!
Zadzwonił dzwonek na lekcję. Ja miałam teraz angielski, a Colin biologię.
-To co, do zobaczenia tutaj na następnej przerwie? – Zapytał, pomagając mi wstać.
-Pewnie. – Ucieszyłam się.
Przez następne dwa dni spotykaliśmy się na przerwach. Nie na każdej, ale dość często.
-Mecz jest dzisiaj o 17, więc przyjdę po ciebie parę minut po 16, ok.? – Zapytał, kiedy skończył lekcje.
Ja miałam jeszcze ten nieszczęsny WDŻ.
-Ok. – Zgodziłam się i pomachałam mu na pożegnanie.
Z trudem, ale przetrwałam ostatnią lekcję. Marcosa nie było, bo miał ostatni trening przed meczem. Szybko poszłam do domu się przygotować. Colin przyszedł punkt 16.15.
-Możemy iść? – Zapytał kiedy otworzyłam drzwi.
-Oczywiście, tylko powiem wujostwu, że wychodzę. – Pożegnałam się z wujkiem i ciocią i wyszłam z domu.
Trybuny powoli wypełniały się ludźmi. Nie było mowy o wolnym miejscu na parkingu.
-Kto by pomyślał,że zwykły mecz szkolnej drużyny przyciągnie tylu ludzi. – Powiedziałam zdziwiona.
-Wiesz, tu przychodzą kibicować całe rodziny. Rodzice i dziadkowie, którzy się tutaj uczyli no i jeszcze fani drużyny przeciwnej. Dzisiaj gramy z Krewetkami z Vineland.
Po pewnym czasie mecz wreszcie się zaczął. Na boisko w blasku chwały wyszli zawodnicy obu drużyn. Przywitał się też komentator dzisiejszego meczu, niejaki Billy. Zaczęła się gra. Do pierwszej połowy nasi wygrywali 1 punktem. Kiedy sędzia zarządził przerwę, na boisko wbiegły dziewczyny w krótkich spódniczkach i bluzkach na grubych ramiączkach. W rękach trzymały pompony. Dziewczyny zaczęły skakać po boisku, wykrzykując różne dopingujące hasła.
-Cheerlederki? – Zapytałam.
-Tak. – Powiedział mi i odkrzyknął hasło wykrzyczane przez dziewczyny.
Zaczęła się druga połowa. Colin miał rację, ten mecz naprawdę był emocjonujący. W ostatnich dwóch minutach nasza drużyna prowadziła 2 punktami, ale wystarczyło celne przyłożenie i przeciwnicy wygrają.Zawodnik Krewetek złapał piłkę, zaczął z nią biec, rzucił i…niecelnie!!!! Trybuny oszalałyz radości! Wszyscy wstali i skandowali nazwę zwycięskiej drużyny. Colin nagle mnie przytulił. Kiedy mnie puścił powiedział speszony:
-Sorki, poniosło mnie przez te emocje.
-Nic się nie stało– Powiedziałam też zawstydzona. Teraz nie wiem, czy bardziej emocjonowałam się meczem, czy ostatnim wybuchem radości Colina. Chciałam już iść, ale chłopak mnie zatrzymał.
-Jeszcze finałowy występ cheerlederek. – Powiedział. – To będzie coś!
Rzeczywiście, dziewczyny ustawiły się, muzyka poleciała z głośników i zaczął się ich niesamowity układ. Myślałam, że takie układy robią tylko na filmach kaskaderzy! Kiedy skończyły, jedna z nich wzięła megafon do ręki i powiedziała.
-Wszystkie dziewczyny, które zapisały się na casting do cheerlederek mają się stawić jutro na długiej przerwie w dużej sali gimnastycznej. Jeśli są chętne, które się nie zapisały, to jest jeszcze ostatnia szansa zrobić to teraz. Dzięki za doping, byliście wspaniali!!! – Wykrzyczała i razem z całą drużyną w podskokach wybiegły z boiska.
-To było naprawdę coś – powiedziałam, gdy wychodziliśmy z trybun.
-Tak, to prawda. Idziesz na casting?
-Nie, to nie dla mnie.
-Szkoda, fajnie byś wyglądała w ich kostiumach…znaczy, szkoda, fajnie byś się bawiła na treningach.
-Ta, jasne.
-Odprowadzę cię do domu. – Powiedział. – Jest już późno.
-Ok. – Powiedziałam z uśmiechem.
Wychodząc z trybun chyba usłyszałam Coldy, która podnieconym głosem szybko coś komuś opowiadała.