piątek, 29 listopada 2013

Rozdział 7: Sophie Tania Brown



Po spotkaniu Matta poszłam do stołówki. Jedyny plus w tej szkole to to,że dobrze gotują. Otworzyłam drzwi i zobaczyłam latające wszędzie jedzenie. Czy Amerykanie nic innego nie umieją zrobić z jedzeniem,tylko nim rzucać?! Nim zdążyłam stamtąd uciec, dostałam małym ciastkiem z kremem. Zdębiałam. Założę się,że jeśli ktoś by mnie teraz dotknął, to upadłabym na ziemię. Gdy zdałam sobie sprawę,że dalej grozi mi niebezpieczeństwo, zawróciłam na pięcie i szybkim krokiem wyszłam z pola bitwy. Nie zwalniając kroku udałam się do łazienki. Dlaczego tu wszystko jest tak daleko?! Ludzie,których mijałam patrzyli na mnie z rozbawieniem. Poczułam,że moje policzki robią się czerwone. Dalej się nie dało zbudować tej łazienki?!?! Wreszcie dotarłam do celu. W wejściu minęły mnie 3 dziewczyny,które oczywiście nie mogły się powstrzymać i wybuchnęły śmiechem. Na szczęście w łazience nikogo nie było. Z trudem spojrzałam w lustro. Nie jest tak źle jak myślałam. Krem na policzku i trochę we włosach. Wzięłam papier i zaczęłam zmywać jedzenie z twarzy. Chciałam zacząć czyścić włosy, ale zadzwonił dzwonek. No pięknie! Wyrzuciłam papier i wzięłam trochę nowego i wyszłam z łazienki. Teraz będę mieć...hiszpański. Muszę iść po książki do szafki. Ruszyłam biegiem, po drodze wycierając włosy. Wzięłam książki i przejrzałam się w małym lusterku. Nie widzę więcej kremu. Wyrzuciłam chusteczkę i pobiegłam na lekcję. To będzie pierwsza lekcja hiszpańskiego, bo na poprzedniej nie było nauczycielki. Pod klasą nie było już nikogo. Sprawdziłam jeszcze raz,czy to ta sala i weszłam do środka.
-Dzień dobry, bardzo przepraszam za spóźnienie.
-Buenos dias. A czemuż to się spóźniłaś?
-Byłam w łazience, a wie pani one są tak daleko stąd….
-No dobrze, usiądź por favor.
Rozejrzałam się po klasie. Niektóre osoby znałam z innych lekcji, ale nie mam o nich zbyt dobrego
zdania. Poza tym patrzyli na mnie teraz szyderczym wzrokiem. Zresztą prawie cała klasa się tak na
mnie patrzyła. „Jesteśmy lepsi, bo byliśmy w klasie na czas”. Na szczęście była jedna wolna ławka.
Znajdowała się pod ścianą.Usiadłam w niej szybko, bo już czułam na sobie mordercze spojrzenie pani.
Gdy w klasie wreszcie zapanował spokój, pani zaczęła prowadzić lekcję.
-A więc nazywam się Adel Count . Mi nombre es Adel Count. Przez ten rok szkolny będę was uczyć
hiszpańskiego. Może na początek…- nie zdążyła dokończyć, bo drzwi znowu się otworzyły.
 Do klasy wpadł chłopak. Miał brązowe włosy, a na sobie jeansy, adidasy i rudy T-shirt pobrudzony
sosem i puree ziemniaczanym. Najwidoczniej wracał z pola bitwy.
-Przepraszam za spóźnienie – powiedział, kiedy zamknął za sobą drzwi.
-Ktoś jeszcze ma zamiar się spóźnić? – zapytała lekko poirytowanym głosem. – Siadaj do ławki.
Chłopak tak samo niepewnie jak ja popatrzył po klasie. Też napotkał karcące lub rozbawione
spojrzenia. Pani zaczęła mówić nie czekając ,aż zajmie miejsce.
- A więc mi nombre… - drzwi znowu się otworzyły. Tym razem pokazała się w nich pani dyrektor.
-Adel, mogę cię poprosić na chwilkę? – Zapytała z lekkim uśmiechem.
-Oczywiście. Zaraz wracam. – powiedziała do nas. – A ty zajmij w końcu miejsce – spojrzała karcąco na chłopaka.
Jeszcze raz zlustrował klasę. Większość ławek była zajęta. W końcu ruszył w kierunku ławek. Podszedł do mojej.
-Jest wolne? – Zapytał uśmiechając się.
-Tak.
Zajął miejsce i zaczął wypakowywać książki.
-Jestem Colin – podał mi rękę, kiedy skończył.
-Sophie – przywitałam się z nim. – Mocno dostałeś na stołówce.
-Nie jest najgorzej – popatrzył na swoją koszulkę – Widziałem chłopaka, który był cały w jedzeniu. Miał tylko otwory na oczy! Widzę, że też dostałaś. – powiedział i pochylił się nademną. Wyciągnął rękę i wyciągnął z moich włosów kawałek ciastka.
-Dzięki, nie zauważyłam go. – Poczułam, że znowu robie się czerwona na twarzy. – Teraz pewnie zamkną stołówkę, żeby ją posprzątać. Szkoda, że nie zdążyłam nic zjeść nim zaczęła się bitwa.
-Mam w szafce kanapki. Jak chcesz, to mogę się podzielić.
-Mógłbyś?! Dzięki, uratujesz mnie przed przymusową głodówką. Ja mam w szafce tylko termos z herbatą.
-Nie jest trochę za gorąco na herbatę z termosu?
-Może trochę, ale bardzo lubię herbatę. U nas w Anglii pija się ją prawie bez przerwy.
-Rozumiem. Też miałem coś podobnego, jak byłem mały. Codziennie przed snem musiałem wypić gorące kakao. Nieważne, czy było gorąco czy zimno, kakao musiało być!
Kiedy to powiedział do klasy z powrotem weszła pani Count.
-Przepraszam, to dotyczyło pojutrzejszego meczu. – Powiedziała siadając przy biurku.
Uczniowie zaczęli energicznie szeptać. Dla nich te wszystkie zawody są strasznie ważne. Szkoła szaleje na punkcie zawodników i cheerlederek. Kiedy pomruki wreszcie ucichły, pani wreszcie zaczęła prowadzić lekcję.
Kiedy zabrzmiał dzwonek pani powiedziała tylko „Adios” i uczniowie zaczęli się pakować. Colin spakował się pierwszy i poczekał na mnie. Razem poszliśmy do jego szafki. Wyciągnął pudełko na drugie śniadanie i poszliśmy na dwór. Na podwórku było dużo osób, w końcu stołówka jest zamknięta, a dzisiaj jest wyjątkowo ładna pogoda. Usiedliśmy na ławce i zaczęliśmy konsumpcje. Oczywiście, przez cały czas rozmawialiśmy. Dowiedziałam się, że ma młodszą siostrę, psa, mieszka parę ulic ode mnie i należy do szkolnego zespołu piłki nożnej.
-Piłka nożna? Musisz być tu popularny! Taki szkolny Beckham,…
-Niestety tutaj najbardziej popularną dyscypliną jest football amerykański, ale nie narzekamy na brak dopingu. Zresztą nie mam nic do żadnej dyscypliny. Na meczach footballu amerykańskiego można się świetnie bawić. Zresztą pewnie to wiesz.
Zapadła niezręczna cisza. Nigdy nie byłam na żadnym szkolnym meczu, nawet nie bardzo się orientuję  jakie w szkole są drużyny.
-Nigdy nie byłaś na meczu?! – Zapytał z niedowierzaniem, a ja przytaknęłam mu tylko głową.
– Trzeba to naprawić! Sophie, zabieram cię na najbliższy mecz. Przekonasz się, te emocje będą
niezapomniane!
Zadzwonił dzwonek na lekcję. Ja miałam teraz angielski, a Colin biologię.
-To co, do zobaczenia tutaj na następnej przerwie? – Zapytał, pomagając mi wstać.
-Pewnie. – Ucieszyłam się.
Przez następne dwa dni spotykaliśmy się na przerwach. Nie na każdej, ale dość często.
-Mecz jest dzisiaj o 17, więc przyjdę po ciebie parę minut po 16, ok.? – Zapytał, kiedy skończył lekcje.
Ja miałam jeszcze ten nieszczęsny WDŻ.
-Ok. – Zgodziłam się i pomachałam mu na pożegnanie.
Z trudem, ale przetrwałam ostatnią lekcję. Marcosa nie było, bo miał ostatni trening przed meczem. Szybko poszłam do domu się przygotować. Colin przyszedł punkt 16.15.
-Możemy iść? – Zapytał kiedy otworzyłam drzwi.
-Oczywiście, tylko powiem wujostwu, że wychodzę. – Pożegnałam się z wujkiem i ciocią i wyszłam z domu.
Trybuny powoli wypełniały się ludźmi. Nie było mowy o wolnym miejscu na parkingu.
-Kto by pomyślał,że zwykły mecz szkolnej drużyny przyciągnie tylu ludzi. – Powiedziałam zdziwiona.
-Wiesz, tu przychodzą kibicować całe rodziny. Rodzice i dziadkowie, którzy się tutaj uczyli no i jeszcze fani drużyny przeciwnej. Dzisiaj gramy z Krewetkami z Vineland.
Po pewnym czasie mecz wreszcie się zaczął. Na boisko w blasku chwały wyszli zawodnicy obu drużyn. Przywitał się też komentator dzisiejszego meczu, niejaki Billy. Zaczęła się gra. Do pierwszej połowy nasi wygrywali 1 punktem. Kiedy sędzia zarządził przerwę, na boisko wbiegły dziewczyny w krótkich spódniczkach i bluzkach na grubych ramiączkach. W rękach trzymały pompony. Dziewczyny zaczęły skakać po boisku, wykrzykując różne dopingujące hasła.
-Cheerlederki? – Zapytałam.
-Tak. – Powiedział mi i odkrzyknął hasło wykrzyczane przez dziewczyny.
Zaczęła się druga połowa. Colin miał rację, ten mecz naprawdę był emocjonujący. W ostatnich dwóch minutach nasza drużyna prowadziła 2 punktami, ale wystarczyło celne przyłożenie i przeciwnicy wygrają.Zawodnik Krewetek złapał piłkę, zaczął z nią biec, rzucił i…niecelnie!!!! Trybuny oszalałyz radości! Wszyscy wstali i skandowali nazwę zwycięskiej drużyny. Colin nagle mnie przytulił. Kiedy mnie puścił powiedział speszony:
-Sorki, poniosło mnie przez te emocje.
-Nic się nie stało– Powiedziałam też zawstydzona. Teraz nie wiem, czy bardziej emocjonowałam się meczem, czy ostatnim wybuchem radości Colina. Chciałam już iść, ale chłopak mnie zatrzymał.
-Jeszcze finałowy występ cheerlederek. – Powiedział. – To będzie coś!
Rzeczywiście, dziewczyny ustawiły się, muzyka poleciała z głośników i zaczął się ich niesamowity układ. Myślałam, że takie układy robią tylko na filmach kaskaderzy! Kiedy skończyły, jedna z nich wzięła megafon do ręki i powiedziała.
-Wszystkie dziewczyny, które zapisały się na casting do cheerlederek mają się stawić jutro na długiej przerwie w dużej sali gimnastycznej. Jeśli są chętne, które się nie zapisały, to jest jeszcze ostatnia szansa zrobić to teraz. Dzięki za doping, byliście wspaniali!!! – Wykrzyczała i razem z całą drużyną w podskokach wybiegły z boiska.
-To było naprawdę coś – powiedziałam, gdy wychodziliśmy z trybun.
-Tak, to prawda. Idziesz na casting?
-Nie, to nie dla mnie.
-Szkoda, fajnie byś wyglądała w ich kostiumach…znaczy, szkoda, fajnie byś się bawiła na treningach.
-Ta, jasne.

-Odprowadzę cię do domu. – Powiedział. – Jest już późno.
-Ok. – Powiedziałam z uśmiechem.
Wychodząc z trybun chyba usłyszałam Coldy, która podnieconym głosem szybko coś komuś opowiadała.

sobota, 23 listopada 2013

Rozdział 6: Dorabiam się kolejnego wroga



- O, już nie uciekasz? - Ktoś przerwał nam rozmowę. I już wiedziałem, kto... Zaraz, moment, do kogo oni mówili? Przecież na tym korytarzu byłem tylko ja i Matt, a do mnie chyba nic nie mieli...
- Nie~! Zabawa była fajna, ale już mi się znudziła. - Aha. Matt. W co on się wpakował? Zaraz... Matt w coś się wpakował??? ON? No nie wierzę... Ci trzecioroczni naprawdę musieli mieć nierówno pod sufitem.
- Szkoda, bo nam nie. - Prychnął ten bardziej wyglądający na chłopaka. Zrobił krok w stronę mojego, jak by nie było, przyjaciela.
- Jeszcze krok i po tobie. - Warknąłem, odsuwając jabłko od ust. Zmierzyłem go morderczym spojrzeniem. On za to spojrzał na mnie, najwidoczniej lekko zaskoczony. - To moja przestrzeń, zachowaj odstęp, co? - No cóż, wiem, nadawałbym się na emo z takim podejściem do swojej sfery osobistej. Ale podziękuję, po ostatniej przemianie panny ADHD miałem uraz do tego stylu. Poza tym... No ludzie, jak ja bym wyglądał?! Wtedy już wogóle ludzie nie mieliby do mnie szacunku. No i co ważniejsze, do mnie nikt by nie podszedł, ale przy takiej Amandzie nikt by nie respektował, że to ja jej towarzyszę... Zaraz, o czym ja myślę?! Rany, ta dwójka jest naprawdę nudna, skoro tak odleciałem... Ech...
- Nie wtrącaj się idioto, nie twoja sprawa, mamy interes do tego kujona! - Wściekł się ten dziewczęcy.
- To teraz już nie gej? Zmieniliście zdanie~? Jednak nie podziękuję, kujon też mi nie pasuje. - Odparł swobodnie Matt.
     ...Gej? Błagam Matt, nie mów, że powiedziałeś im to, co myślę...
- Zamknij się, pedale!
     Dobra, dość tego!
- Zamknijcie się wszyscy, ale już! - Warknąłem, wstając. Czułem, jak zaczyna buzować we mnie adrenalina. To nieprzyjemne uczucie, gdy słyszysz na własne uszy, jak krew przepływa przez twoje ciało... - Z kompleksami to do psychologa, do cholery! Nic mnie nie obchodzą wasze powody, jak się wreszcie nie zamkniecie cała szkoła usłyszy wasze błagania o litość, zrozumiano?!
     ...Ok, może trochę mnie poniosło. Ale do cholery, usiadłem tu, żeby mieć spokój!!! No i trzymać się z dala od bitwy na stołówce, też prawda...
- Pffhahahahaha! - Obaj wybuchnęli śmiechem, po czym odezwał się ten "mocniejszy". - Powodzenia mały! Wylądujesz w szpitalu jak nic! - Zaplótł ręce na piersi, patrząc na mnie z wyższością. Chyba nie trzeba było dodawać, że tylko bardziej mnie to wkurzyło. Cholerny zły humor, jak się człowiek nie wyśpi to gwarantowane, że coś takiego się zdarzy... No bo jak inaczej? Spokojny dzień? Chyba w snach! A tych zbyt wiele nie miałem.
     Ten wyglądający na słabszego nadal się ze mnie śmiał. A mimo wszystko, gdybym to jego stłukł najpierw, jego kumpel by się wściekł i nie byłby nawet w stanie normalnie myśleć... Może dałoby mi to jakąś przewagę gdyby nie to, że ja raczej od rana w ogóle nie myślałem.
- Daj spokój Marcos. Chce ci się marnować energię na tych półgłówków? - Spytał mój przyjaciel, chwilowo najwidoczniej tłumiąc śmiech. Chyba próbował mnie tym powstrzymać.
     Teraz to już żaden z nich się nie śmiał. Dzięki Matt. Moment na przemyślenia minął.
- Co żeś powiedział?!
- Kazałem wam stąd spadać! - Wydarłem się, czując, że moja głowa zaczyna boleć od hałasu.
     Zamachnąłem się, z zaskoczenia zdzielając go prosto w nos. Coś chrupnęło... I bynajmniej, to nie była moja dłoń.
- Marcos! - Nim ktokolwiek zdołał cokolwiek zrobić, rozległ się głos... Głos, którego nie dało się pomylić z żadnym innym. Sam odwróciłem się w stronę z której dochodził, nagle przytomniejąc. Bojowy amok mnie opuścił. Właściwie, to stanąłem jak wryty, podobnie jak dwójka moich przeciwników. Ten pierwszy otumaniony chrupnięciem, ten drugi... Trudno powiedzieć. Nie oglądałem się na Matt'a, ale mógłbym przysiąc, że wyczuwam jego zaciekawienie jakimś dodatkowym zmysłem. Co za absurd...
- Ymmm... - Mruknąłem mało inteligentnie. - Taaak?
- Co tu się wyprawia? - Warknął "lider" mojej drużyny. Znaczy... Reprezentacji szkolnej, do której należałem. I lider... Najsilniejszy w drużynie, najbardziej cięty w rozmowie i wszystko "naj". Cyborg, nie człowiek. Chcąc nie chcąc, przed nim ciężko było nie czuć respektu.
- No... Tak się tylko posprzeczaliśmy. - Wzruszyłem ramionami. Przecież to normalne, nie? - W każdym... Coś nie tak, Jeremi? - Zwróciłem się do lidera.
- Chcesz trafić do kozy? Drzesz się jak człowiek z buszu wydający okrzyk godowy. - Grupa za nim, czyli część mojej drużyny, parsknęła śmiechem.
     Nie mieli pojęcia o mojej wakacyjnej "przygodzie", ale i tak to było irytujące.
- To zaskakująco trafne stwierdzenie. - Zachichotał cicho Matt. Zrobiło mi się gorąco, ale puściłem to mimo uszu.
- Rany... Bo ten tu mnie wkurzył. - Skrzywiłem się i wskazałem na gościa, któremu przed chwilą chyba złamałem nos. Aktualnie jego kumpel podawał mu chusteczkę... Dziwne, że jeszcze żaden mi nie oddał. Mocni w gębie, tak?
- Też mi wyjaśnienie, przecież nerwy to jeszcze nie powód do przemocy. - Zauważył dość głośno mój przyjaciel.
     ...Fajnie. Jak nie to, to niby co jest powodem do przemocy, co, Matt???
- A ten to kto? - Lider niemal przeskanował Matt'a wzrokiem i rzucił mi pytające spojrzenie.
- Eee... Matt Solitaire. Chodzimy razem na niektóre lekcje. - Wzruszyłem ramionami. Bo co, miałem palnąć "to dłuższa historia", a potem opowiadać im o wszystkim? Nie, nie im.
     Wydawało mi się, że czerwonowłosy może czuć się trochę urażony tak ogólnikowym stwierdzeniem, ale postanowiłem co najwyżej później wytłumaczyć mu, kim jest lider i dlaczego właściwie nie powinno mu się mówić więcej, niż to konieczne. No chyba, że już sam zauważył, dlaczego.
- Ta ***, twój kochaś. - Syknął gość, z którym próbowałem się bić, na tyle głośno, by moi kumple z drużyny go usłyszeli. Przycisnął do nosa czerwoną już chusteczkę.
- Idziemy do pielęgniarki. - Rzucił ten dziewczęcy, na tyle cicho, że nawet ja ledwo usłyszałem. Jego kumpel rzucił mu zniesmaczone spojrzenie, ale chyba nie był aż tak tępy, żeby naprawdę się sprzeczać.
- Ej, nie pozwalaj sobie. - Odezwał się lodowato Jeremi. - Nie mamy w drużynie takich anomalii... Już wasza dwójka bardziej wygląda mi na "kochasi"... Może się mylę? - Prychnął. Reszta chłopaków chyba liczyła na bitkę, bo obserwowali ich wręcz z fascynacją. No cóż... Kto byłby na tyle głupi, żeby podskakiwać liderowi?!
- Chyba se *** kpisz! - Wybuchnął, odsuwając chusteczkę od twarzy i patrząc na Jeremi'ego z chęcią mordu w oczach.
     Kropelki czerwonej cieszy skapywały rytmicznie z jego umazanego krwią nosa.
     Czułem ten chłodny, metaliczny zapach przyprawiający o mdłości, ale nie dałem po sobie znać, że mój żołądek zrobił piękny obrót o jakieś 360 stopni. Ohydne.
- Lepiej zaprowadź go do pielęgniarki. - Polecił Jeremi temu dziewczęcemu.
- Nie waż się mi rozkazywać, lalusiu. - Prychnął, zaciskając pięści.
- Dajcie spokój. Nie róbcie hałasu. - Westchnąłem, siadając na ławce. Wolałem, żeby Jeremi się nie zdenerwował. - On potrzebuje do pielęgniarki. Uznajmy, że każdy z was nie powiedział na nikogo nic złego i spadajcie stąd w końcu! - Nałożyłem jedną słuchawkę na ucho.
     Najchętniej położyłbym się na tej ławce, zamknął oczy i zasnął...
- Jeszcze nie skończyłem. - Syknął do mnie cicho ten ze złamanym nosem, po czym jego... Ekhem, kumpel? Rzucając mordercze spojrzenia liderowi i jego ekipie, pociągnął go do gabinetu pielęgniarki.
     Kiedy odeszli, Jeremi rzucił mi poważne spojrzenie, po czym zerknął przelotnie na Matt'a.
- Nie narób sobie kłopotów. Pojutrze mecz, półgłówku. - Zbeształ mnie zaskakująco łagodnie, po czym odszedł, uśmiechając się... Jakoś tajemniczo?
     Co jest?! Czy wszystkich już do reszty poryło??? Z czego on się cieszy?!
- Marcos i unikanie kłopotów... Taa... - Czerwonowłosy parsknął śmiechem.
- Fatum. - Mruknąłem ponuro, opierając się o ścianę. - Jakbym zasnął... Obudź mnie, jasne?
- Nie zasypiaj, bo domaluję ci wąsy markerem, jasne? - Ostrzegł spokojnie Matt.
     ...Czy tylko mnie wydaje się, że to chore, grozić komuś z takim stoickim spokojem? I jeszcze lekkim uśmiechem???
- Dobra, dobra... Nawet się wyspać nie można. - Burknąłem, ściszając trochę muzykę.
- Bo masz ze mną gadać, a nie się wysypiać. - Powiedział wesoło.
     No naprawdę, co w tym takiego radosnego? Ja tu padam na twarz...
- Aha. - Zadzwonił dzwonek. - To teraz chyba mam historię. - Zauważyłem. - Pogadamy potem, dobra? - Podniosłem się.
- Też mam historię. - Uśmiechnął się.
- Aha. - Skwitowałem tylko i ruszyłem pod klasę, uśmiechając się niemal niezauważalnie.
     ...Skąd, wcale nie pomyślałem o tym, że będzie od kogo ściągać.


środa, 6 listopada 2013

Rozdział 5 : Matt Solitarie

Rany, w tej szkole plotki rozchodzą się naprawdę szybko. Niby jestem "nowy" jednak jakoś specjalnie nikt mi nie dokucza, Nie żebym się skarżył, ale to aż niezwykłe, że dzień puki co jest taki bezproblemowy. No przynajmniej dla mnie, bo taki Marcos na przykład przez moją kuzyneczkę dostał F. No to jestem ciekaw jak ona ma zamiar go, jak to sama powiedziała "uwieść", skoro on będzie na nią na maksa wkurzony. No cóż jej problem~!... Chociaż jak tak pomyśle to mogą się też denerwować na mnie, ale co to moja wina, że ją tu sprowadziłem? Nie. To w końcu JEJ rodzice wygrali tę wycieczkę na pół roku, dla czterech osób. No i to wujek z ciocią zaproponowali moim rodzicom żeby pojechać razem, a my zawsze możemy skończyć szkołę tu. W końcu Milville jest małym miasteczkiem ale i tak lepsze od dziczy... i nie muszę chodzić na żadne durne kółka strzeleckie, w końcu kto będzie dzwonił specjalnie z Afrykańskich stepów czy innej dżungli tylko po to żeby sprawdzić co ich synek zrobił. No cóż Maggie mnie nie wyda, wujek Earl jest na tyle normalny, że też nie powie... mam pół roku przerwy od strzelania, a może nawet dłużej. Hm... w sumie ciekawe jakie tu są kółka zainteresowań. Podszedłem do tablic informacyjnych przy stołówce. Widziałem oddalającą się rozentuzjazmowaną, ale i kipiącą ze złości Coldy. Ciekawe co się stało? Chyba jednak muszę znaleźć moją kuzyneczkę i się tego dowiedzieć... ech, jakie to kłopotliwe. O, mają sporą gamę zajęć pozalekcyjnych. Zobaczmy, drużyna football'owa.... to ta w której gra Marcos... no nie powiem nazwę mają ciekawą "Rosomaki z Milville". Uśmiechnąłem się, starając się nie roześmiać i oglądałem dalej ogłoszenia. Klub matematyczny, botaniczny, młodego fizyka, szachowy, o mają drużynę lekkoatletyczną, ale nie nie mam zamiaru się męczyć bardziej niż to potrzeba. W-f w zupełności wystarczy. Fani gier RPG, cheerleaderki, o może to z tąd ten entuzjazm Coldy, w końcu to chyba coś w jej stylu, różowe pompony, krótkie spódniczki, wszędzie pełno cekinów i brokatu, ale to nie dla mnie... nie ma mowy. Dobra, musi tu być coś ciekawego... Na tej rozpisce którą dostałem od dyrektorki było napisane, że KAŻDY ma przynajmniej przez rok należeć do jakiegoś klubu, no cóż lepiej zrobić to teraz i mieć z głowy. Kółko muzyczne, modelarskie, plastyczne... Spojrzałem na swój zeszyt... Mam im to pokazać? Mam się tam z nimi spotykać i co, może jeszcze krytykować i chwalić inne dzieła...? To w sumie nie takie złe, ale chyba... Nie jestem pewien czy dałbym im do rąk moje prace. No cóż, może przynajmniej przyjdę na pierwsze zebranie, dowiem się co i jak... Ech, no może jest też coś ciekawszego. Z westchnieniem odsunąłem się od tablic ruszajac w stronę stołówki. Kątem oka zobaczyłem jeszcze, że jest klub młodego informatyka czy czegoś takiego, może ewentualnie zobaczę co to jeszcze... Ale teraz jestem głodny. Otworzyłem drzwi od stołówki i... natychmiastowo wykonałem przepiękny zwrot o 180 stopni i zamknąłem drzwi, gdyż za mną przeleciał makaron i rozplaszczył sie na pobliskiej ścianie. Tak, jakiś dzieciak krzyknął "walka na żarcie" i wszystkim nagle się przypomniało jak to fajnie się bawiło w podstawówce. Szkoda, że zapomnieli o tym, że potem trzeba to sprzątać... No cóż, nie mój problem, mnie tu nie było. Chyba wezmę kanapki z szafki... Może zjem na powietrzu, chyba drużyna nie ma jeszcze treningu. Wszedłem do męskiej łazienki... No cóż, było tam aż do bólu zwyczajnie. Nawet jakiś dwóch facetów robiło "spłuczkę" w toalecie, nic niezwykłego. Podszedłem do zlewu i zacząłem myć ręce, przy akompaniamencie spuszczanej wody i jakiegoś krzyku. Czy skoro nie chcę narażać się na podobny los to jestem wredny? - Te patrz jakiś gej nam się trafił!- I oto moja karma, z kabiny wyszło dwóch kolesi... Jeden normalny, a drugi.... i to ON MNIE nazwał gejem, bo nie udało mi się przywrócić jeszcze dawnego koloru włosów i zostały czerwone? Przepraszam bardzo. - I kto to mówi?!- burknąłem, kończąc płukać dłonie. No przepraszam bardzo, czy ten facet w ogóle siebie widział w lustrze? - Coś ty powiedział?!!! - wrzasnął ten drugi i chciał mnie złapać, jak mniemam zaciągnąc do kabiny i "zmyć" mi farbę z włosów na ten "cudowny" znany tutaj sposób. No cóż, nie dam się. Uniknąłem tego szybko i wybiegłem z toalety. No i oczywiście zaczęli mnie gonić. Jakie szczęście, że już trochę zacząłem ogarniać tę szkołę, a nie powiem jest jak labirynt. Bez porównania do tych małych wioskowych/leśnych szkół. Po chwilowym biegu udało mi się ich zgubić, i przy okazji wpadłem na Sophie. - O hej, i jak tam na wdż'cie?- zagadnąłem, rozglądajac się nerwowo czy mnie nie znaleźli. - Hej. Okropnie! Jeszcze jestem w parze z tym...tym...ugh nie mogę znaleźć słowa. - Marcosem? - Tak z nim... I niby mamy się razem się opiekować jakimś dzieckiem... Ja mu nie powierzę żadnej żywej istoty! - Nie musisz, to pewnie będzie lalka... Albo worek mąki... W ostateczności jajko. - Ale te lekcje i tak są chore!- prychnęła- Ty słyszałeś co jest w programie? Tylko w waszych... Ich ograniczonych jaknkeskich mózgach mógł powstać tak chory plan by edukować młodych ludzi z..z... Nie ja tego nie powiem, to obrzydliwe i upokarzające. - Spokojnie.- starałem się ją jakoś pocieszyć, ale w tej chwili z tłumu wyłoniła się pewna osobliwa parka. - Dasz jakoś radę. A teraz wybacz, muszę lecieć.- powiedziałem wesoło, a widząc jej zdziwione spojrzenie dodałem- Bawię się w berka z nowymi kolegami, do potem~! *~~*~~*~~* Pobiegałem po szkole jeszcze dłuższą chwilę. Tym razem byłem pewien, że ich zgubiłem... W końcu była już połowa przerwy obiadowej a ja jeszcze nic nie zjadłem. A szafkę mam po drugiej stronie szkoły... pięknie. Na jednej z ławeczek ustawionych na korytarzach zauważyłem Marcosa. Siedział sobie sam i słuchał muzyki. -Co tam~!- przywitałem się, siadając obok i zabierając mu jabłko, które chciał w tej chwili ugryźć. - Nic.- warknął na mnie, zdejmując słuchawki... czyli jednak chce pogadać, ciekawe~! - No to mów co się stało, że jesteś taki zdenerwowany~! - uśmiechnąłem się, dalej konsumując nie swoje jabłko. - Jeśli chodzi o jabłko to ci odkupię... Po prostu jestem głodny, szafkę mam daleko stąd, a na stołówce jest walka na żarcie... - Nie chodzi o to jabłko, mam drugie. - warknął, jednak się uśmiechnął, o widzę postępy~! Wyjął z torby drugi owoc i zaraz go ugryzł, by zamaskować delikatny uśmiech. - No to o co? - O twoja kuzynkę, skąd ona się tu w ogóle wzięła?! - A tak, słyszałem, ponoć wparowała wam na lekcje... Skąd się wzięła pytasz? A ponoć miałeś już wdż z Sophie, ale dobrze, powiem ci... Gdy moi ciocia i wujek się w sobie zakochali i wzięli ślub... - Nie o to mi chodzi!- zaprzeczył szybko, uśmiechając się. - A WDŻ z Sophie był okropny, ona co chwilę miała jakieś problemy, nawet jeśli chodziło o naprawdę normalne tematy... - Wiesz, Sophie mówiła, że u nich nie ma czegoś takiego jak wychowanie do życia w rodzinie. - No tak, to by wiele wyjaśniało. - wziął kolejnego gryza. - O, już nie uciekasz?- usłyszałem za koło siebie głos. No ja nie mogę, czy oni mi teraz nie dadzą spokoju? Niech się lepiej zajmą sobą i swoimi sprawami. - Nie~!- odparłem wesoło, gryząc jabłko. - Zabawa była fajna, ale już mi się znudziła. - odpowiedziałem beztrosko, nawet nie ruszając się z miejsca.