sobota, 23 listopada 2013

Rozdział 6: Dorabiam się kolejnego wroga



- O, już nie uciekasz? - Ktoś przerwał nam rozmowę. I już wiedziałem, kto... Zaraz, moment, do kogo oni mówili? Przecież na tym korytarzu byłem tylko ja i Matt, a do mnie chyba nic nie mieli...
- Nie~! Zabawa była fajna, ale już mi się znudziła. - Aha. Matt. W co on się wpakował? Zaraz... Matt w coś się wpakował??? ON? No nie wierzę... Ci trzecioroczni naprawdę musieli mieć nierówno pod sufitem.
- Szkoda, bo nam nie. - Prychnął ten bardziej wyglądający na chłopaka. Zrobił krok w stronę mojego, jak by nie było, przyjaciela.
- Jeszcze krok i po tobie. - Warknąłem, odsuwając jabłko od ust. Zmierzyłem go morderczym spojrzeniem. On za to spojrzał na mnie, najwidoczniej lekko zaskoczony. - To moja przestrzeń, zachowaj odstęp, co? - No cóż, wiem, nadawałbym się na emo z takim podejściem do swojej sfery osobistej. Ale podziękuję, po ostatniej przemianie panny ADHD miałem uraz do tego stylu. Poza tym... No ludzie, jak ja bym wyglądał?! Wtedy już wogóle ludzie nie mieliby do mnie szacunku. No i co ważniejsze, do mnie nikt by nie podszedł, ale przy takiej Amandzie nikt by nie respektował, że to ja jej towarzyszę... Zaraz, o czym ja myślę?! Rany, ta dwójka jest naprawdę nudna, skoro tak odleciałem... Ech...
- Nie wtrącaj się idioto, nie twoja sprawa, mamy interes do tego kujona! - Wściekł się ten dziewczęcy.
- To teraz już nie gej? Zmieniliście zdanie~? Jednak nie podziękuję, kujon też mi nie pasuje. - Odparł swobodnie Matt.
     ...Gej? Błagam Matt, nie mów, że powiedziałeś im to, co myślę...
- Zamknij się, pedale!
     Dobra, dość tego!
- Zamknijcie się wszyscy, ale już! - Warknąłem, wstając. Czułem, jak zaczyna buzować we mnie adrenalina. To nieprzyjemne uczucie, gdy słyszysz na własne uszy, jak krew przepływa przez twoje ciało... - Z kompleksami to do psychologa, do cholery! Nic mnie nie obchodzą wasze powody, jak się wreszcie nie zamkniecie cała szkoła usłyszy wasze błagania o litość, zrozumiano?!
     ...Ok, może trochę mnie poniosło. Ale do cholery, usiadłem tu, żeby mieć spokój!!! No i trzymać się z dala od bitwy na stołówce, też prawda...
- Pffhahahahaha! - Obaj wybuchnęli śmiechem, po czym odezwał się ten "mocniejszy". - Powodzenia mały! Wylądujesz w szpitalu jak nic! - Zaplótł ręce na piersi, patrząc na mnie z wyższością. Chyba nie trzeba było dodawać, że tylko bardziej mnie to wkurzyło. Cholerny zły humor, jak się człowiek nie wyśpi to gwarantowane, że coś takiego się zdarzy... No bo jak inaczej? Spokojny dzień? Chyba w snach! A tych zbyt wiele nie miałem.
     Ten wyglądający na słabszego nadal się ze mnie śmiał. A mimo wszystko, gdybym to jego stłukł najpierw, jego kumpel by się wściekł i nie byłby nawet w stanie normalnie myśleć... Może dałoby mi to jakąś przewagę gdyby nie to, że ja raczej od rana w ogóle nie myślałem.
- Daj spokój Marcos. Chce ci się marnować energię na tych półgłówków? - Spytał mój przyjaciel, chwilowo najwidoczniej tłumiąc śmiech. Chyba próbował mnie tym powstrzymać.
     Teraz to już żaden z nich się nie śmiał. Dzięki Matt. Moment na przemyślenia minął.
- Co żeś powiedział?!
- Kazałem wam stąd spadać! - Wydarłem się, czując, że moja głowa zaczyna boleć od hałasu.
     Zamachnąłem się, z zaskoczenia zdzielając go prosto w nos. Coś chrupnęło... I bynajmniej, to nie była moja dłoń.
- Marcos! - Nim ktokolwiek zdołał cokolwiek zrobić, rozległ się głos... Głos, którego nie dało się pomylić z żadnym innym. Sam odwróciłem się w stronę z której dochodził, nagle przytomniejąc. Bojowy amok mnie opuścił. Właściwie, to stanąłem jak wryty, podobnie jak dwójka moich przeciwników. Ten pierwszy otumaniony chrupnięciem, ten drugi... Trudno powiedzieć. Nie oglądałem się na Matt'a, ale mógłbym przysiąc, że wyczuwam jego zaciekawienie jakimś dodatkowym zmysłem. Co za absurd...
- Ymmm... - Mruknąłem mało inteligentnie. - Taaak?
- Co tu się wyprawia? - Warknął "lider" mojej drużyny. Znaczy... Reprezentacji szkolnej, do której należałem. I lider... Najsilniejszy w drużynie, najbardziej cięty w rozmowie i wszystko "naj". Cyborg, nie człowiek. Chcąc nie chcąc, przed nim ciężko było nie czuć respektu.
- No... Tak się tylko posprzeczaliśmy. - Wzruszyłem ramionami. Przecież to normalne, nie? - W każdym... Coś nie tak, Jeremi? - Zwróciłem się do lidera.
- Chcesz trafić do kozy? Drzesz się jak człowiek z buszu wydający okrzyk godowy. - Grupa za nim, czyli część mojej drużyny, parsknęła śmiechem.
     Nie mieli pojęcia o mojej wakacyjnej "przygodzie", ale i tak to było irytujące.
- To zaskakująco trafne stwierdzenie. - Zachichotał cicho Matt. Zrobiło mi się gorąco, ale puściłem to mimo uszu.
- Rany... Bo ten tu mnie wkurzył. - Skrzywiłem się i wskazałem na gościa, któremu przed chwilą chyba złamałem nos. Aktualnie jego kumpel podawał mu chusteczkę... Dziwne, że jeszcze żaden mi nie oddał. Mocni w gębie, tak?
- Też mi wyjaśnienie, przecież nerwy to jeszcze nie powód do przemocy. - Zauważył dość głośno mój przyjaciel.
     ...Fajnie. Jak nie to, to niby co jest powodem do przemocy, co, Matt???
- A ten to kto? - Lider niemal przeskanował Matt'a wzrokiem i rzucił mi pytające spojrzenie.
- Eee... Matt Solitaire. Chodzimy razem na niektóre lekcje. - Wzruszyłem ramionami. Bo co, miałem palnąć "to dłuższa historia", a potem opowiadać im o wszystkim? Nie, nie im.
     Wydawało mi się, że czerwonowłosy może czuć się trochę urażony tak ogólnikowym stwierdzeniem, ale postanowiłem co najwyżej później wytłumaczyć mu, kim jest lider i dlaczego właściwie nie powinno mu się mówić więcej, niż to konieczne. No chyba, że już sam zauważył, dlaczego.
- Ta ***, twój kochaś. - Syknął gość, z którym próbowałem się bić, na tyle głośno, by moi kumple z drużyny go usłyszeli. Przycisnął do nosa czerwoną już chusteczkę.
- Idziemy do pielęgniarki. - Rzucił ten dziewczęcy, na tyle cicho, że nawet ja ledwo usłyszałem. Jego kumpel rzucił mu zniesmaczone spojrzenie, ale chyba nie był aż tak tępy, żeby naprawdę się sprzeczać.
- Ej, nie pozwalaj sobie. - Odezwał się lodowato Jeremi. - Nie mamy w drużynie takich anomalii... Już wasza dwójka bardziej wygląda mi na "kochasi"... Może się mylę? - Prychnął. Reszta chłopaków chyba liczyła na bitkę, bo obserwowali ich wręcz z fascynacją. No cóż... Kto byłby na tyle głupi, żeby podskakiwać liderowi?!
- Chyba se *** kpisz! - Wybuchnął, odsuwając chusteczkę od twarzy i patrząc na Jeremi'ego z chęcią mordu w oczach.
     Kropelki czerwonej cieszy skapywały rytmicznie z jego umazanego krwią nosa.
     Czułem ten chłodny, metaliczny zapach przyprawiający o mdłości, ale nie dałem po sobie znać, że mój żołądek zrobił piękny obrót o jakieś 360 stopni. Ohydne.
- Lepiej zaprowadź go do pielęgniarki. - Polecił Jeremi temu dziewczęcemu.
- Nie waż się mi rozkazywać, lalusiu. - Prychnął, zaciskając pięści.
- Dajcie spokój. Nie róbcie hałasu. - Westchnąłem, siadając na ławce. Wolałem, żeby Jeremi się nie zdenerwował. - On potrzebuje do pielęgniarki. Uznajmy, że każdy z was nie powiedział na nikogo nic złego i spadajcie stąd w końcu! - Nałożyłem jedną słuchawkę na ucho.
     Najchętniej położyłbym się na tej ławce, zamknął oczy i zasnął...
- Jeszcze nie skończyłem. - Syknął do mnie cicho ten ze złamanym nosem, po czym jego... Ekhem, kumpel? Rzucając mordercze spojrzenia liderowi i jego ekipie, pociągnął go do gabinetu pielęgniarki.
     Kiedy odeszli, Jeremi rzucił mi poważne spojrzenie, po czym zerknął przelotnie na Matt'a.
- Nie narób sobie kłopotów. Pojutrze mecz, półgłówku. - Zbeształ mnie zaskakująco łagodnie, po czym odszedł, uśmiechając się... Jakoś tajemniczo?
     Co jest?! Czy wszystkich już do reszty poryło??? Z czego on się cieszy?!
- Marcos i unikanie kłopotów... Taa... - Czerwonowłosy parsknął śmiechem.
- Fatum. - Mruknąłem ponuro, opierając się o ścianę. - Jakbym zasnął... Obudź mnie, jasne?
- Nie zasypiaj, bo domaluję ci wąsy markerem, jasne? - Ostrzegł spokojnie Matt.
     ...Czy tylko mnie wydaje się, że to chore, grozić komuś z takim stoickim spokojem? I jeszcze lekkim uśmiechem???
- Dobra, dobra... Nawet się wyspać nie można. - Burknąłem, ściszając trochę muzykę.
- Bo masz ze mną gadać, a nie się wysypiać. - Powiedział wesoło.
     No naprawdę, co w tym takiego radosnego? Ja tu padam na twarz...
- Aha. - Zadzwonił dzwonek. - To teraz chyba mam historię. - Zauważyłem. - Pogadamy potem, dobra? - Podniosłem się.
- Też mam historię. - Uśmiechnął się.
- Aha. - Skwitowałem tylko i ruszyłem pod klasę, uśmiechając się niemal niezauważalnie.
     ...Skąd, wcale nie pomyślałem o tym, że będzie od kogo ściągać.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz