czwartek, 27 lutego 2014

Rozdział 13 : Sophie Tania Brown


Kiedy szłam w kierunku Colina, czułam się jak idiotka. Gdy reszta spojrzała się wtedy na niego, wzbudzili zainteresowanie osób z kawiarenki i teraz byłam przez wszystkich odprowadzana wzrokiem.
-Hej Sophie, możemy pogadać?
-Tak, oczywiście, ale nie tutaj, chodźmy może na stadion, dobra? – Powiedziałam, ciągnąc go już w stronę wyjścia.
Obejrzałam się na moich przyjaciół, żeby zobaczyć czy nas nie śledzą. Na szczęście ruszyli w kierunku wolnego stolika. Coldy skakała wokół Matta i co chwila albo klepała go po ramieniu, albo energicznie machała rękoma, najwyraźniej mu coś tłumacząc. Marcos szedł za nimi, rozglądając się wokół, czy nie nadchodzi ruda wariatka. Przynajmniej będę mogła spokojnie porozmawiać z Colinem. Ciekawe o co mu chodzi. To raczej coś poważnego, skoro specjalnie mnie szukał. Ciekawe…
-Wszystko dobrze?- Zapytał chłopak wyrywając mnie z zamyślenia.
-Wybacz, ostatnio dużo się u mnie wydarzyło i ciągle mam zajęte myśli.
-U mnie też wiele się pozmieniało i właśnie dlatego chciałem z tobą pogadać.
Już chciałam go zapytać o co chodzi, gdy koło nas przeszła Maggie, lekko trzęsąc się z zimna. Jednak nie przeszkodziło jej to w uderzeniu mnie ramieniem.
-Uważaj jak łazisz!- Syknęła ze złością i poszła dalej.
-Kto to był? – Spytał chłopak ze zdziwioną miną.
-Znajoma z wakacji – powiedziałam otrzepując ramię.
Nareszcie znaleźliśmy się przy drzwiach prowadzących na szkolne podwórze. Przeszliśmy przez nie i usiedliśmy w cieniu na trybunach szkolnego stadionu.
-Dlaczego nie przyszłaś wczoraj na spotkanie? –Zapytał Colin od razu.
-Jakie spotkanie….- zastanowiłam się. Kurcze, rzeczywiście  miałam się wczoraj z nim spotkać w parku!!!! – O rany, Colin strasznie cię przepraszam, na śmierć zapomniałam do ciebie zadzwonić!!! Widzisz, wczoraj kiedy miałam okienko – opowiedziałam mu całą historię z kozą. – I przez to wszystko zapomniałam o spotkaniu. Naprawdę mi przykro… - powiedziałam patrząc ze wstydem na swoje buty.
Colin przez chwilę się nie odzywał, najwidoczniej myślał o tym, co mu powiedziałam. W końcu się odezwał.
-Nie martw się, ja się nie złoszczę. Przeciwnie, cieszę się, że pogodziłaś się z przyjaciółmi.- Przerwał na chwilę, jakby dobierał odpowiednie słowa i zaczął jeszcze raz. –Sophie, odkąd cię poznałem, moje życie trochę się pozmieniało. Kiedyś nigdy bym nie pomyślał, że kogoś tak mocno polubię. Wywarłaś na mnie spore wrażenie swoim charakterem i poczuciem humoru.-Poczułam, że moje policzki robią się czerwone. – Długo nie byłem pewny, co jest między nami. Jednak ty z każdym dniem coraz bardziej przekonywałaś mnie, że to co czuje jest prawdziwe. Chciałem się z tobą wczoraj spotkać, żeby zadać ci jedno ważne pytanie.- Zaraz moje policzki spłoną. Dobrze, że siedzimy tu, gdzie nikt nas nie widzi. Chciałam mu przerwać i powiedzieć, że ja też coś do niego czuje, jednak powstrzymałam się, bo widziałam, że chce mówić dalej. –Czekałem niecierpliwie na ciebie, zdeterminowany do rozmowy z tobą. Godziny mijały, a ty jednak nie przychodziłaś. Próbowałem zadzwonić, ale nie było nawet sygnału, więc po prostu czekałem. I teraz naprawdę chciałbym…
„Poprosić mnie o chodzenie!!!!!!!” – pomyślałam i byłam gotowa, żeby całą sobą krzyknąć „TAK!!!!!!”
-..ci podziękować.
-Tak!!!!!! –Krzyknęłam przeszczęśliwa, jednak gdy zobaczyłam jego zdziwioną minę spróbowałam odtworzyć to, co przed chwilą powiedział. – Ale zaraz, za co mi dziękujesz?
-Bo widzisz, kiedy się tak nie pojawiałaś postanowiłem do ciebie pójść. Co prawda to było w inną stronę niż ja mieszkam, ale naprawdę chciałem cię zobaczyć. Gdy szedłem zamyślony, nagle usłyszałem krzyk i zobaczyłem, że dziewczyna na rolkach jedzie prosto na mnie. Nie zdążyłem odskoczyć, więc wjechała prosto we mnie. Przewróciliśmy się i wylądowała w moich ramionach. Bardzo mnie przepraszała i pytała, czy nic mi nie jest. I gdy na nią spojrzałem, to tak jakby….. no sam Niewinem…. Po prostu poczułem, że to ta jedyna! Rozumiesz, jedno spojrzenie i byłem w niej zakochany po uszy!!!!
Mój entuzjazm od razu opadł, a jego miejsce zajął okropny ścisk brzucha. Chyba nawet usłyszałam, jak moje serce kruszy się na drobne kawałki.
-Od razu poszliśmy razem do pobliskiej knajpy, podczas rozmowy odczułem, że też jest mną zainteresowana i tak jakoś wyszło, że jesteśmy parą.
Teraz kompletnie nie wiedziałam co mam zrobić. I POTO MNIE TU PRZYPROWADZIŁ I GADAŁ TE BZDURY O TYM, ŻE SIĘ WE MNIE ZAKOCHAŁ, ŻEBY MI OŚWIADCZYĆ, ŻE ZNALAZŁ DZIEWCZYNĘ!!!!!!!
-Nie rozumiem, co ja mam z tym wspólnego. – Powiedziałam spokojnie zatapiając paznokcie w lewej dłoni.
-Jak to nie rozumiesz? Sophie, gdybyś nie zawróciła mi w głowie i gdybym nie chciał cię spytać o chodzenie, nigdy nie poznał bym Emmy. Przecież mogłem wrócić do siebie, ale ciągle myślałem o tobie i dlatego poszedłem w drugą stronę. I spotkałem miłość swojego życia.
-Tutaj jesteś, wszędzie cię szukałam! –Powiedziała radośnie jakaś dziewczyna i rzuciła się Colinowi w ramiona.
-Emma, to jest Sophie, opowiadałem ci o niej. To dzięki niej się spotkaliśmy.
-Miło mi cię poznać Sophie!!! – Zapiszczała radośnie i przytuliła mnie. – Kotku, mam nadzieję, że już jej podziękowałeś? –Zapytała Colina puszczając mnie.
-Tak, podziękował – powiedziałam, sztucznie się uśmiechając.
Emma miała brązowe włosy, niebieskie oczy i była dosyć wysoka, a na pewno wyższa ode mnie. Postanowiłam nie pokazywać Colinowi jak strasznie mnie zranił. Dziewczyna usiadła mu na kolanach i zaczęła jeszcze raz wałkować historię ich poznania. Colin był w nią wpatrzony jak w obrazek. Potem powiedziała, że będzie wspaniale, jeśli wybierzemy się gdzieś wszyscy razem.
-Byłoby naprawdę super. – Powiedział Colin – W końcu Sophie jest teraz moją drugą największą przyjaciółką.
-Tak, naprawdę super. –Powiedziałam wstając. Czułam, że więcej nie zniosę. – Cieszę się waszym szczęściem, ale musze już uciekać, cześć. – Szybko opuściłam trybuny.
Wychodząc ze stadionu miałam wilgotne oczy, idąc przez boisko po moich policzkach zaczęły ciec łzy, a gdy weszłam do szkoły płakałam już na całego. Zaczęłam biec w kierunku najbliższej toalety, która jest przy kawiarence. Miałam gdzieś, że wszyscy się na mnie gapili. Jak on mógł mi to zrobić!!!! I jeszcze ta jego opowieść, że ciągle o mnie myślał. Nikt NIGDY mnie tak nie UPOKORZYŁ!!!!!!!! Przebiegałam przez kawiarenkę, kiedy na kogoś wpadłam. Podniosłam zapłakane oczy do góry. Wpadłam na Marcosa, który teraz patrzył się na mnie zdziwiony.
-Sophie, co się stało? –Zapytał, łapiąc mnie za ramiona.- To przez tego chłopaka? Co on ci zrobił!?
Nie odpowiedziałam mu, tylko wyrwałam się i pobiegłam dalej do łazienki. Gdy do niej wpadłam, weszłam do kabiny, usiadłam na zamkniętej muszli i zaczęłam jeszcze bardziej płakać. Po chwili usłyszałam pukanie do drzwi.
-Sophie, jesteś tu? – Zapytała delikatnie Coldy.
-Błagam cię Coldy, zostaw mnie samą.
Coldy jednak nie dała za wygraną i przez kilka minut namawiała mnie do wyjścia. W końcu wyszłam.
-Sophie, dlaczego płaczesz? Byłaś taka fancy, gdy szłaś z tym chłopakiem.
-Nawet sobie nie wyobrażasz, co on mi opowiedział. –Oparłam się o umywalkę i powiedziałam jej całą historię, jak to z miłości do mnie Colin przeszedł w miłość do Emmy.
-Sophie nie martw się. – Powiedziała i podała mi swojego różowego jednorożca. – Poradzę ci tak jak Mattowi. Nie możesz się teraz próbować upodobnić do tej całej Emmy, ani być Emo. To wcale nie jest takie fancy jak się zdaje. Po rozstaniu z Mattem jakoś się pozbierałaś, więc teraz na pewno też dasz radę. –Widząc, że jej rady niewiele mi pomagają powiedziała. – Dobra zrobimy tak. Jest jedna fancy zasada, kiedy dostaniesz kosza – nie możesz pokazać chłopakowi, że cię to zabolało.- Odwróciłam się do lustra. Moja twarz była cała czerwona i zapuchnięta. Nawet z kosmosu widać, że zabolały mnie słowa Colina. Mogłabym już tylko wytatuować to sobie na czole!
-Coldy, nie obraź się, ale to chyba u mnie nie zadziała. Co prawda już nie płacze, ale…
-Makijaż zostaw mnie. –Powiedziała i wyciągnęła z torebki niewielkie pudełko. – Sprawię, że będziesz wyglądała, jak najbardziej sweet dziewczyna w tej szkole! Oczywiście zaraz po fancy mnie. – Zaczęła otwierać i rozsuwać poszczególne szuflady, tak że za chwilę miałam przed sobą mini wersję studia charakteryzacji. Zabrała się do pracy i po chwili mogłam już wyjść z łazienki.
-Dzięki Coll za pomoc, ale to, że wyglądam jakby nic się nie stało nie znaczy, że psychicznie mnie to nie boli.
-Chyba rozumiem – powiedziała idąc ze mną przez korytarz – i nawet wpadłam na najbardziej sweetaśny pomysł w historii pocieszeniowych pomysłów!!!!! – Klasnęła radośnie w ręce.
Cieszyć się, czy uciekać? Oto jest pytanie.

poniedziałek, 24 lutego 2014

Rozdział 12: Matt Solitarie


Gdy wróciłem do domu było już ciemno. Po cichu otworzyłem drzwi moim kluczem i przemknąłem się niepostrzeżenie obok salonu, w którym wujek oglądał jakiś program o ekologi... kolejny oszołom z manią na punkcie drzew.... Westchnąłem cicho przypatrując się. Nie zaraz, to wcale nie były drzewa to były krzewy herbaciane... Chiny? Do moich uszu doleciał głos prezentera telewizyjnego, który z zapałem opowiadał o nowej autostradzie jaka ma przebiegać przez pola. Ponoć miała sprawdzić handel w słabiej rozwiniętych gospodarczo powiatach, dać miejsca bezrobotnym i coś tam jeszcze....
nie słuchałem już dalej. Poszedłem do mojego pokoju, cicho otworzyłem drzwi i zobaczyłem Maggie rozwaloną na MOIM łóżku. W dodatku chyba dorwała sie do moich szkiców.
- Zapaskudziłaś mi tym  świństwem całą martwą naturę! - krzyknąłem oglądając jedną z moich ostatnich udanych i skończonych prac.... no cóż jeśli jabłka mają połyskliwe czarno-niebieskie plamy, banany z resztą tak samo, to... Można by to uznać na zniszczony tylko w znacznym stopniu, a nie kompletnie do śmieci. Warknąłem zdenerwowany ciskając płótno do śmietnika.
- Wyluzuj kuzyn, nie jest źle, zawsze możesz to uznać za abstrakcję- prychnęła poprawiając swoje rude loki. Później popatrzyła na swoje paznokcie. Jak jakaś diwa...
- Nie mogę- wycedziłem zabierając jej inne szkice, jak zniszczyła coś jeszcze....- kompletnie rozwaliłaś kolorystykę, kompozycję o estetyce nie wspominając...- Zabrałem się za układanie rzeczy w teczkach... po co ona to wszystko wyjmowała?
- A tak, pozbieraj sobie- mruknęła tylko patrząc na mnie- przyszłam tu żeby ci coś pokazać, choć nie sądzę by taki ignorant to zauważył....
- A kto ci pozwolił tu wchodzić i grzebać w moich rzeczach?
- Masz strasznie nudny pokój i nic fajnego na MP3. - westchnęła. - Trzeba się będzie wziąć za twój gust muzyczny.
- Nie, dziękuję popu nie słucham. A teraz mów co chciałaś i spadaj... Do nocy będę to układał- fuknąłem patrząc na teczkę.
- Popatrz, śliczne, nie~!- podskoczyła do mnie podstawiając mi pod nos swoje paznokcie- Myślisz, że Marcosowi się spodobają~! A właśnie jak tam było w kozie- zadrwiła
- Ciekawie- mruknąłem tylko odtrącając jej rękę - Marcos pogodził się z Coldy i jeszcze zaprosił nas do siebie, szkoda że cię nie było- udałem smutek- zobacz i paznokcie był tego warte~?- spytałem odzyskując humor.
Moja kuzyneczka tylko warknęła i opuściła mój pokój trzaskając drzwiami. Głośno tupiąc przeszła na górę i trzasnęła drzwiami od swojego pokoju....
- nie trzaskaj tak!- krzyknąłem gdy usłyszałem kolejny trzask
- Bo co!!- odkrzyknęła zirytowana
- złość piękności szkodzi!!! - Zaśmiałem się, słysząc prychnięcie.
- Nie trzaskać mi tam, oglądam coś ważnego!!!- usłyszałem głos wujka... no cóż to chyba kończy naszą małą wymianę zdań.
Układałem moje rysunki przez dobre półtorej godziny. Następnie odłożyłem wszystko do szafki na prace... powinienem tu chyba jakiś zamek zamontować inaczej znów zostanę z czarno-niebieskimi bananami i jabłkami....

Od rana rudzielec chodził poddenerwowany i nie wyspany. Gdy zagadnąłem rano czy miała koszmary o Marcosie i Coldy warknęła na mnie i zabrała mi z przed nosa kawę... no nic zadowolę się herbatą.
Zapakowałem się do szkoły i punkt 8:20 czekałem w salonie... lekcje zaczynały się o 9:00 żeby dojechać do szkoły potrzebujemy 20 minut... mimo wszystko powinniśmy już wyjeżdżać. Wujek Gray usiadł koło mnie i westchnął,
- Chyba muszę brać większą poprawkę na twoja kuzynkę... w tym tempie zawsze będziecie się spóźniać.
- nie, sądzę że po prostu dziś jest wyjątkowo zła - mruknąłem, przeglądając jeszcze notatki. Jest koniec września pierwszego roku w nowej szkole, nie mam pojęcia jakie sprawdziany robią nauczyciele a dziś mam test z matmy...
- Już możemy jechać- Usłyszałem głos Maggie. Wychyliłem nos z zeszytu by... wybuchnąć śmiechem.
- Sandały na koturnach, biała zwiewna sukienka milion złotopodobnych bransoletek i ogromne złote kolczyki, powiedz Matt macie dziś w szkole jakiś pokaz mody czy co?- Zapytał mnie wujek uważnie oglądając Maggie.
- nie, nie- otarłem łezkę śmiechu z końcika oka- Meggie czyś ty oszalała? To ma być ubranie do szkoły? W dodatku na jesień?- nie wierzyłem że ubrała coś takiego.
- Śmiej, się śmiej- fuknęła- ale zobaczysz, że poderwę Marcosa.- Uniosła wysoko głowę i opuściła salon w jakiejś parodii chodu modelki... no cóż, tak też można.
Wujek tylko z niedowierzaniem pokręcił głową chwycił kluczyki i zabrawszy kurtkę wyszedł przed dom. Szybko ubrałem się w trampki i zabrałem wiatrówkę. Rudzielec zabrał tylko jakiś cieniutki sweterek
- Zamarzniesz- westchnąłem wychodząc przed dom. Wiało.... Zobaczyłem jak Maggie zadrżała wychodząc na zewnątrz jednak ani ja ani wujek nic nie powiedzieliśmy. Chyba i moi rodzice i Earl Gray stosują zasadę zrozumienia wszystkiego na własnej skórze...

Tak jak się spodziewałem wpadłem na lekcje równo z dzwonkiem. Pierwsza lekcja-matma. napisałem ten test, okazał się łatwiejszy niż myślałem i nawet oddałem pierwszy. Pani od ręki mi go sprawdziła... dostałem A- nie tak źle.

Na długiej przerwie poszedłem do kawiarenki. Miałem tylko jabłko na drugie śniadanie, ale jakoś głodny też nie byłem więc uznałem ze wystarczy. Przy szafce znalazłem schowanego za śmietnikiem Marcosa. Ledwo powstrzymałem śmiech.
- I co chowasz się przed Jeremim?
- Nie, przed Maggie.
- Już ja widziałeś? - zachichotałem.
- To nie jest śmieszne, ta wariatka łazi za mną od rana...
- Dobra, dobra uspokój się i wstawaj... dziwnie się rozmawia ze śmietnikiem. Nim chłopak zdołał się podnieść podeszła do nas Sophie.
- Ou jak widzę drużyna football'owa w dość dosłowny sposób wywala niepożądanych graczy z drużyny.. barbarzyńcy, jankesi, u nas w kochanej cywilizowanej Anglii coś takiego byłoby nie do pomyślenia!
- Spokojnie Sophie, Marcos sam tam wszedł, nikt go nie wyrzucił- uspokoiłem ją.
- Może jest jednak przyszłość dla tego narodu- powiedziała, co chyba miało znaczyć że przeprasza.... tak mi się wydaje.
- O jejciu Marcosiku wyglądasz tak nie fancy z tą bananową skórką na głowie!- podbiegła do nas Coldy przytulając od razu od tyłu Sophie. razem z angielką wybuchliśmy śmiechem, a czerwony Marcos strzepnął skórkę z głowy.
- to nie tak...- Chłopak zaczął się tłumaczyć i opowiedział nam całą historię, aż do momentu efektownego nura do kosza....
- Dobrze, że nie licząc tego banana był pusty. - mruknąłem. Właśnie, banan, to mi przypomina moją przepiękną zniszczoną martwą naturę... a to z kolei Maggie. - Rozejrzałem się po kawiarence, ale jej nie zauważyłem, czyżby odpuściła? Nie, ona nie odpuszcza, może po prostu zgubiła trop. Jedynym kogo zauważyłem był jakiś... na oko Hiszpan machający do nas. Spojrzałem na moich znajomych/przyjaciół. Sophie czerwona na twarzy mu odmachała. Oczywiście nie mogło to przejść koło uważnego oka Coldy.
- No Sophie opowiadaj kto to!!! Kim, był ten fancy chłopak!!!- zapiszczała, wpatrując się w angielkę. Brunetka przez chwile sie wzbraniała jednak dała za wygraną.
- to jest Colin, chodzi ze mną na hiszpański, jest taki miły i jakiś taki inny niż wszyscy jankesi- zarumieniła się jeszcze bardziej. - Nie gapcie się na niego!- pisnęła. a my jak na zawołanie odwróciliśmy głowy i śledziliśmy każdy jego ruch. Chłopak lekko się speszył, ale pokazał ze chce porozmawiać z Angielką.
- O matko Sophie gratuluję!- pisnęła Coldy przytulając przyjaciółkę- no już, leć do niego- zachęcała.
- Zaraz! - wstrzymał ja Marcos- a Sophie nie chodzi przypadkiem z Mattem?
O matko ale wpadliśmy. Zrobiłem wielkie oczy i spojrzałem na Sophie... wyglądała jak ja. Oboje zapomnieliśmy! Co teraz robić???
- Eee.... no tak- zaczęła niepewnie brunetka- ale... odbyliśmy bardzo długą i poważną rozmowę...
- na Skype- dorzuciłem
- Tak właśnie na Skype i... Matt?- czekała aż coś powiem.
- i uznaliśmy że jednak zostaniemy przyjaciółmi. -Zakończyłem szybko- no a teraz leć do tego swojego Hiszpana- mruknąłem uśmiechnięty
- chwileczkę- przerwała tym razem blondynka wpatrując się w nas z miną rasowego detektywa- jak to przyjaciółmi, przecież byliście dla siebie stworzeni! - pisnęła- Robiłam wam quiz w piśmie dla nastolatek, mieliście rekordową zgodność...- zasmuciła się
- No, też tak myśleliśmy. - burknąłem. - Prawda, Sophie?
- Taaaak...- zironizowała. - Rozmawialiśmy długo i często aż do tej pamiętnej rozmowy o...
- Herbacie- palnąłem pierwsze co przyszło mi na myśl.
- Właśnie, doszłam do wniosku że nie mogę być z kolesiem który woli Czerwoną on Earl Gray'a - fuknęła.
- I tylko przez to?- nie dowierzał Marcos
- No nie- bąknąłem.- Chciałem ją jakoś przeprosić więc wysłałem jej taką pyszną zieloną herbatę.
- Rzeczywiście była bardzo dobra. Wybaczyłam Mattowi tę zniewagę i znów zaczęliśmy rozmawiać. - dociągnęła do końca.
- To czemu zerwaliście skoro się pogodziliście?!?!- dopytywała się blondynka.
- Bo...- Widać że Sophie nie miała pomysłu co dalej
- Bo stwierdziła ze nie może być z chłopakiem który nie uważa Earl Graya za najlepszą herbatę na świecie, ale możemy się przyjaźnić i więcej nie przekonywać się kto ma racje w tej herbacianej aferze- dokończyłem
- Dlatego przestańcie nas męczyć bo nie chcemy rozgrzebywać starej kłótni- pisnęła Angielka
- Właśnie
- Aaaa~! - Coldy chyba coś zrozumiała. - To dlatego tak się zdziwiliście i pobieleliście gdy Marcos pytał czy jesteście parą, to wiele wyjaśnia!!!
- Prawda?- uśmiechnąłem się głupio licząc, że to łykną. - No a teraz Sophie leć do swojej nowej miłości. - zażartowałem, wypychając ją do tego chłopaka zanim ktoś znów o coś zapyta.
Sophie odbiegła sobie, a ja czym prędzej wpakowałem sobie jabłko do buzi licząc, że już o nic nie zapytają. Na nasze szczęście chyba oboje kupili tę ściemę.
- Biedny Matt, otrząsnąłeś się już po  tej stracie. - Coldy popatrzyła na mnie współczująco- No ja też tak miałam po zerwaniu z Marco. - ciągnęła dalej, równocześnie prowadząc mnie do stolika. Marcos zastanawiał się czy znów nie zanurkować w koszu, czy może wybrać ładniej pachnącą alternatywę kafejki. Ruszył więc za nami.
- Tylko pamiętaj, nie wolno ci teraz używać bronzerów i innych takich, żeby upodobnić się do tego chłopaka. Ani nie zmieniaj się w Emo, to strasznie źle działa na cerę! - gadała dalej, dając mi kolejne bezsensowne porady. Ale co tam, niech się cieszy.

wtorek, 11 lutego 2014

Rozdział 11: Sophie Tania Brown


-Tak właściwie, to co to jest koza?- szepnęłam do Matta widząc zezłoszczone miny innych.
-Koza to taki rodzaj szkolnego więzienia – odszepnął mi chłopak.

Jakby szkoła sama w sobie nie była więzieniem.
-Pan Marcos i panna Coldy proszę iść się przebrać. –Powiedziała pani dyrektor prowadząc nas przez korytarz.-Macie się stawić w kozie najpóźniej za 6 minut, zrozumiano? Dla przypomnienia koza znajduje się w sali numer 38.
Coldy i Marcos szybko pobiegli do szatni, a ja i Matt dalej maszerowaliśmy do kozy.
-Dobrze, że zatrudniliśmy pana Outskirtsa, jako dyżurnego w kozie. Dzięki temu możemy od razu przeciwdziałać takim incydentom. –Powiedziała kobieta z dumą.
Weszliśmy do sali podobnej do innych sal lekcyjnych. Różniła się tylko tym, że wszystkie ławki były pojedyncze, ustawione w czterech rzędach , a na ścianie z tyłu i przodu klasy wisiały dwa duże zegary z białą tarczą oraz czarną obudową i strzałkami. W klasie był tylko jeden mężczyzna, to pewnie dyżurny.
-Panie Outskirts, oddaję tych młodych dorosłych pod pańską opiekę. Dołączy do nich jeszcze dwójka. Zalecam zastosowanie taryfy 4b -  Powiedziała wychodząc.
-Chodźcie, usiądźcie w pierwszych ławkach.-Powiedział do nas mężczyzna.
Miał on może koło pięćdziesiątki. Ubrany w zieloną koszulę włożoną do jeansów i adidasy nie sprawiał wrażenia groźnego. Ale to może tylko pozory.
-Poczekamy jeszcze na tamtą dwójkę i wszystko wam wyjaśnię. –Powiedział i wrócił do czytania gazety.
Matt usiadł przy oknie, a ja w ławce obok niego. Do klasy wszedł Marcos i ze złością usiadł w ławce pod ścianą. Po chwili weszła Coldy z miną, którą rozpoznałam jako „foch numer 2”, czyli zawzięte patrzenie w podłogę z zaciętą miną. Usiadła na wolnym miejscu. Mężczyzna wstał od biurka i po obejściu go oparł się o nie.
-A więc nazywam się Ronald Outskirts. Wnioskując po rozkazach pani dyrektor, przeszkadzaliście na korytarzu w czasie lekcji i wdaliście się w bójkę?
Kiwnęłam lekko głową. Rety, czy oni przewidzieli wszystkie scenariusze?
-Taryfa 4b zakłada, że będziecie tu siedzieć do 16.50. Nie wolno wam się odzywać itd. Ale nie wyglądacie mi na młodocianych bandytów. Nigdy nie miałem aspiracji, żeby zostać „strażnikiem Teksasu”. A dzisiaj mam dużo do roboty. Co wy więc na to, że zostawię was tutaj i pójdę załatwić swoje sprawy? Oczywiście panie woźne będą miały na was oko, a poza tym klasa jest nagrywana z miejsc dla uczniów. Pełna kontrola. Mam pewność, że nie będzie innych uczniów, bo z, że tak powiem „stałymi bywalcami” ustaliłem, że dzisiaj jeżeli będą chcieli rozrabiać , to zrobią to tak, żeby nie dać się przyłapać. Sto procent ostrożności. Ale skąd mogłem przypuszczać, że was tu przywieje? Więc, co wy na moją propozycję? – Spojrzeliśmy na niego z niepewnymi minami.
W końcu odezwał się Marcos:
-Ja nie mam nic przeciwko.
-Wspaniale, a reszta? –Spojrzał na nas wyczekująco, więc wszyscy się zgodziliśmy.
-A więc załatwione. Wrócę tu na końcówkę kary. Pamiętajcie, jesteście obserwowani.- Powiedział, pakując swoje rzeczy i wychodząc.
Przez pierwszą godzinę siedzieliśmy cicho. Matt jeździł palcem po blacie stołu, pewnie wymyślał jakiś szkic. Coldy najwyraźniej nuciła coś w myślach, bo podrygiwała rytmicznie nogą, jednak dalej miała zagniewaną minę. Marcos patrzył się w swoją ławkę i co raz zaciskał pięść i ją rozluźniał. Ja patrzyłam się na zegar wiszący przede mną i w myślach odliczałam pozostały czas.
W końcu Marcos nie wytrzymał napięcia i „wybuchł”:
-Jak teraz Jeremi nie wywali mnie z drużyny na zbity pysk to będzie cud. –Wyrzucił z siebie Marcos ze złością zaciskając pięści. –Dlaczego to zawsze przez was mam kłopoty?! -Zaczął znowu.
 -To ty mnie wyciągnąłeś –zaczęła go przekrzykiwać Coldy
-Ja byłam tam pierwsza, a ty i Coldy napatoczyliście się ….- Zaczęłam mówić podniesionym głosem razem z nimi.
Każde z nas mówiło w tym samym czasie, do tego coraz głośniej.
-To nie moja…
-Gdybym wiedziała….
-Nie obchodzi mnie, że….
-Przecież ci mówię….
-Ludzie, SPOKÓJ!!!!!!-krzyknął Matt. –Co się z wami dzieje?- Zaczął, gdy się uciszyliśmy. – Zachowujecie się jak wrogowie, a przecież nawet nic takiego sobie nie zrobiliśmy. A nawet wręcz przeciwnie, przeżyliśmy razem naprawdę niezłą przygodę. Przemyślcie to sobie.
Znowu zapadła cisza. Matt ma rację. Jakby się zastanowić to bez przyczyny gniewam się na Coldy, a Marcos też nie zrobił jakiegoś strasznie złego uczynku. Nie jego wina, że nie mógł się powstrzymać, przed pocałowaniem mnie. Jest tylko facetem.
-Jejciu, on ma rację.-Odezwała się Coldy ledwie słyszalnie. – Sophie, przepraszam cię, że cię wystawiłam dla tamtej paczki. To było bardzo nie fancy.- Powiedziała to trochę głośnie. – Ciebie Matt też za to przepraszam. Marcos, wybacz że byłam tak okropniasto zazdrosna o Maggie – Wydawało mi się, że w jej oku zamigotała łezka.
-Ja Coldy też cię przepraszam za to, że nie pomogłam ci, kiedy miałaś psychiczny dołek. I ciebie Marcos za to, że bezsensownie oskarżałam cię o najgorsze. Teraz widzę, że moje zachowanie było idiotyczne. –Powiedziałam i wyciągnęłam rękę do Coldy. Złapała ją i uśmiechnęła się lekko do mnie.
Spojrzeliśmy wszyscy na Marcosa. Miał trochę zamyśloną minę, ale już nie zaciskał pięści.
-Rany, też was przepraszam, ok.? Przepraszam, że zachowywałem się jak kretyn z tą całą Maggie, najwidoczniej mój urok osobisty jest zbyt silny. I przepraszam za wszystkie przykre rzeczy, jakie wam powiedziałem.
-A więc zgoda? – Zapytałam.
-Zgoda! – Pisnęła Coldy, rozpromieniając się
-Niech wam będzie, zgoda. –Powiedział Marcos niby od niechcenia, ale widziałam, że lekko się uśmiechnął.
-No i o to chodziło! –Zawołał Matt radośnie.
-Jejciu, jak fancy!!!! Musimy to uczcić grupowym sweet Misiakiem!!!- Coldy wstała, ciągnąc mnie za rękę.
Chłopcy też wstali, chociaż niechętnie, ale nie spieszyło im się do czułości.
-To dobre dla dziewczyn. – Powiedział Marcos
-No nie bądź taki! – Powiedziała Coldy, łapiąc go za rękę i wyciągając na środek Sali koło nas. Zrobiłam to samo z Mattem.
Po chwili byliśmy już złączeni w uścisku.
-Kurde, jakby się zastanowić, to nawet mi was brakowało. –Powiedział Marcos, gdy siadaliśmy z powrotem.
-Pamiętacie, jak głupio zaczęła się nasza przygoda? Kiedy zaklinowałam się w skale –Zaczęłam wspominać ze śmiechem.
-Jejciu, pamiętam!!!
-To było wtedy, gdy byłaś w samych majtkach, prawda? –Zapytał Marcos, ze śmiechem unikając lecącego w jego stronę długopisu. Może przedtem byłabym o to obrażona, ale teraz jakoś tak fajnie jest pośmiać się nawet z własnych wpadek.
Przez całą resztę kary wspominaliśmy ze śmiechem naszą wakacyjną podróż i opowiadaliśmy sobie, co robiliśmy w wakacje. Nawet nie zauważyliśmy, gdy do klasy wszedł pan Outskirts.
-I jak, przemyśleliście sobie swoje zachowanie? –Zapytał, siadając przy biurku. Gdy kiwnęliśmy twierdząco głowami, powiedział.- Świetnie. To już koniec waszej kary, możecie wracać do domów.
Wyszliśmy z klasy. Przez chwilę staliśmy pod nią w ciszy, aż odezwałam się.
-Czyli czas się pożegnać. To do jutra. –Powiedziałam, ale było mi smutno, że już musimy się rozstać. Dziwne, pierwszy raz miałam takie uczucie.
Pozostali pożegnali się i każdy powoli ruszył w swoją stronę.
-Tak właściwie – odezwał się nagle Marcos. – moi rodzice obiecali mi dzisiaj pizzę... Jakbyście chcieli, to możecie dzisiaj do mnie wpaść, czy coś. Tak na zgodę.
-Jejuśku, byłoby bardzo fancy!!!! –Pisnęła rozpromieniona Coldy za nas wszystkich.
Tak więc do wieczora siedzieliśmy u Marcosa, zajadając pizzę, śmiejąc się i naprawdę nieźle bawiąc. Wszystko opisałam później Danielowi. Gdy położyłam się spać, czułam wewnątrz przyjemne ciepło. Nie wiem, czy to już jest przyjaźń, ale na pewno niezła jej zapowiedź.