Minęło kolejne męczące popołudnie. W zasadzie mniej męczące niż pozostałe, bo dziś musiałem przeżyć tylko jakieś 2 godziny z Coldy, alias "Panną ADHD" na karku i pożegnać rok szkolny w strasznie sztywniackim garniturze. To nie to samo co zwykłe lekcje, ale przyglądanie się ADHD i tak było wykańczające. Psychicznie. Miałem teraz nadzieję dotrzeć do domu tym głupim, śmierdzącym busem, odłożyć świadectwo, wytłumaczyć się z 2 którą jakoś załapałem z fizyki, a potem móc iść pomęczyć się na siłowni. Ten rodzaj zmęczenia pasował mi bardziej niż oglądanie nadpobudliwej dziewczyny, której nikt nie lubił, jak dopada swoje ofiary i próbuje nakłonić na wycieczkę z nią nie wiadomo dokąd, zorganizowaną na ostatnią chwilę. Większość osób chyba bała się, że ta psychopatka zabierze ich wgłąb jakiejś puszczy i rozetnie piłą mechaniczną. Tak, chodzę do klasy jakichś wariatów, a najlepiej to widać podczas zakończenia roku.
Dotarłem do domu. Już od progu dało się wyczuć, że coś wisi w powietrzu. I raczej nie wydawało się to przyjemne. A najdziwniejsze było to, że nikt nie zwracał uwagi na mój powrót. Ani nie było słychać telewizora. Mama też nie krzyczała od początku, że mam jej przynieść świadectwo. Nic, kompletnie...
Wszedłem do salonu. Ojca nigdzie nie było, a mama stała tyłem, z komórką przyciśniętą do ucha i ustami zasłoniętymi dłonią. Rozmawiała przyciszonym głosem. Co to miało do cholery znaczyć?! Napięcie już mnie przerastało. Nagle mama odwróciła się. Ze zmarszczonymi brwiami szeptała nieco głośniej niż normalnie powinno się szeptać. W końcu spojżała na mnie, na moment zmieniła minę, ale zanim zorientowałem się w jakim jest nastroju odwróciła się i dopowiedziała kilka słów, po czym zakończyła rozmowę. Odwróciła się do mnie z jak zwykle zmęczoną miną.
- Hej. Jak tam? - Zacząłem niepewnie.
- Cóż, jak zwykle praca daje w kość nawet po godzinach. A ojciec musiał pojechać do sklepu, ale zaraz wróci. Mamy dla ciebie ważną wiadomość. - Zakończyła tak jak zaczęła - spokojnym i zmęczonym tonem. Jednak mnie wydawało się, jakby nagle na mojej klatce piersiowej spoczęła sztanga. Przez krótki moment czułem, że ta wiadomość wcale mi się nie spodoba. Zaraz jednak odrzuciłem od siebie tę myśl i zwyczajnie podałem mamie świadectwo z poważną miną.
- Więc jak rozumiem siłownia musi poczekać, tak? - Spytałem nieco oschle.
- Tak. - Mama już mnie raczej nie słuchała. Studiowała moje świadectwo. - A co to za dwója? - Spytała dość groźnie.
- Ech, ile razy mam to powtarzać? - Uniosłem oczy ku górze. - To fizyka. Nie na mój rozum. - Rzuciłem obojętnie. - Ja na twoim miejscu cieszyłbym się, że wogóle zdałem. - Zrobiłem skwaszoną minę. - Zresztą na swoim też się cieszę.
- Dobra, niech ci będzie. Idź do siebie a potem pogadamy.
Aż nie chciało mi się wierzyć, że poszło tak łatwo. Czyżby to przez mówienie prawdy? Niemożliwe... To poszło aż za łatwo.
Skierowałem kroki w stronę swojego pokoju, gdy w domu rozległ się dzwonek domofonu.
- Och, jednak zostań. Im szybciej, tym lepiej. - Zrezygnowany odwróciłem się.
A jednak poszło za łatwo - pomyślałem.
Kiedy już ojciec dotarł na górę i wszyscy usadowiliśmy się w fotelach naokoło stołu, poczułem się jakbym przełknął kamień, który teraz legł w moim żołądku. Rodzice siedzieli naprzeciwko mnie i przyglądali mi się badawczo. Myślałem, że zaraz wybuchnę i zacznę na nich wrzeszczeć.
- No? - Odezwałem się pierwszy. - Odezwiecie się w końcu? - Opanowywanie złości szło mi z trudem.
Przypatrywali mi się jeszcze jakieś 5 sekund, aż ojciec westchnął i w końcu przemówił.
- Marcos, masz pojęcie jak trudno jest pracować w kancelarii adwokackiej? - Odezwał się spokojnie.
Poczułem się kompletnie zbity z pantałyku. Co to miało do rzeczy?
- Noo... - Odparłem tępo, nie wiedząc co dokładnie powiedzieć.
- No i w tym zawodzie bardzo liczą się wpływy. - Spojrzał na mnie badawczo. Nadal musiałem mieć nieco ogłupiałą minę, ale kontynuował. - Nie można odmawiać ludziom na ważnych stanowiskach, a już szczególnie szefowej.
Mama westchnęła, a kamień w moim żołądku zaczął się toczyć z niespotykaną u nich prędkością. Wszystkie elementy układanki zaczęły się łączyć w całość.
- Tak więc - Głos przejęła mama. - Dziś zadzwoniła do mnie szefowa firmy, w której pracujemy.
Kamień podskoczył mi do gardła. W oczach odmalowało się niedowierzanie. Teraz ja musiałem się odezwać.
- I... - Wyksztusiłem. - Chyba nie chcecie mi powiedzieć... - Spojrzeli na mnie z czymś na granicy współczucia i smutku.
- Tak. - Kontynuowała mama. - Szefowa firmy prawniczej w ktorej pracujemy, mama twojej... Ekhem... Koleżanki... - Spojżała na mnie przepraszająco. - Mama Coldy.
- Wiem. - Przerwałem jej. - Wiem. - Nie byłem w stanie nic dopowiedzieć. Chyba nie chcieli mi tego zrobić?!
- Poprosiła mnie o drobną przysługę... Która zapewne dla ciebie wcale taka drobna nie jest. - Nie byłem w stanie wykrztusić ani słowa, więc mama kontynuowała. - Powiedziała, że wszystkim przyjaciołom Coldy nagle coś wypadło i poprosiła, żeby wysłać ciebie na wspólne wakacje z jej córką.
Najpierw niedowierzałem. Moi rodzice mieli zamiar zrobić mi coś takiego?! Niemożliwe! Teraz jednak odczułem boleśnie, że to jedna wielka cholerna prawda!
- Że co?! - Nie zdając sobie z tego nawet sprawy, wstałem i zacisnąłem pięści. - Że jak?! Zamierzacie wysłać mnie na cholerne wakacje z cholernie głupią psychopatką?! To jakiś żart?! Wykręcałem się chyba cały miesiąc od jej natrętnych pytań, czy mogę jechać, a teraz, tak nagle, dowiaduję się, że zostawiacie mnie samego nie wiadomo gdzie z tym trollem?! Co z wami nie tak?! Wogóle was nie obchodzi czy wrócę jeszcze żywy?! - Nie obchodziło mnie w tej chwili co czują i jaką dostanę za to karę. Nie obchodziło mnie, czy przez to nie narażam się na jeszcze gorsze warunki wyjazdowe. Nie chciałem jechać i już! - Te wakacje były już zaplanowane! Przecież dziadek tak się cieszył z wyjazdu na ryby! A co ja powiem Jake'owi i reszcie?! Że jadę z ADHD, więc nie przyjdę ani na żaden mecz ani na siłownię?! Wyśmieją mnie jak nic! Nie jadę!!! - Dałem kompletny upust frustracji. Mamę zacięło i patrzyła na mnie trochę zdumiona, a trochę zmieszana, a ojciec wachał się między nawrzeszczeniem na mnie a przepraszaniem. Wiedzieli, jak bardzo nienawidziłem nadpobudliwych osób.
- Cóż... - Zaczęła cicho mama. - Dziadków już poinformowałam. Wiedzą jakie to ważne. Kazali ci przekazać, że życzą ci powodzenia i nie są źli. Możesz przyjechać później. - Zawachała się i dodała. - Wszedłeś kiedy z nimi rozmawiałam.
Opadłem spowrotem na fotel. Sytuacja była beznadziejna.
- Wiesz, tam powinna być z wami jeszcze jedna dziewczyna... - Mama dodała zduszonym szeptem. Słyszałem ją doskonale. Nagle zrobiło mi się głupio, ze na nich nawrzeszczałem.
- Marcos, nie ma co się awanturować. - Ojciec mówił, już uspokojony. - Jedziesz i już. Przypominam, że od tego zależy praca nas oboje, a więc także życie naszej rodziny. Nie sprzeciwiaj się, bo jesteś już na tyle dorosły, że nie masz jak udawać, że nic cię to nie obchodzi. Przykro mi - dodał i westchnął - ale nie mamy wyboru. Gdybyśmy mieli, z pewnością byś tam nie jechał. A chłopakom powiedz, że wyjeżdżasz na obóz przetrwania za tę ocenę z fizyki. To będzie sprawiedliwe zwalenie winy na mnie. - Próbował się uśmiechnąć, ale nie bardzo mu wyszło.
- Dobrze. - Zwiesiłem głowę. - Rozumiem. Wybaczcie mi ten wybuch. Idę się spakować. - Rzuciłem i wyszedłem z pokoju najszybciej jak się dało.