sobota, 31 marca 2012

Rozdział 4: Coldy Canavan


Nie mogłam się już doczekać, aż moi przyjaciele przyjdą na peron. Żeby mogli mnie szybciej znaleźć zrobiłam dość duży transparent z napisem "Zebranie najwspanialszej wycieczki w tym roku -Coldy Canavan". Byłam z niego dumna. Niektórzy przechodzący turyści śmiali się i pokazywali go palcami. Będę popularna. Poprawka. Już przecież jestem. Gdy zauważyłam idącego ze spuszczoną głową kilka kroków przed rodzicami Marcosa uśmiechnęłam się szeroko i zawołałam go. Mój przyjaciel wyglądał, jakby szedł na egzekucję.
-Nie martw się, zaraz rodzice pójdą i już przez dwa tygodnie będziesz od nich uwolniony  -szepnęłam do niego.
Moja mama właśnie rozmawiała z jego rodzicami, gestykulując zawzięcie.
-No, Marcos, pora na nas. Trzymaj się. Zadzwonimy do ciebie, jak dotrzesz na miejsce.- pożegnali się jego rodzice.
Mój przyjaciel odwrócił się do mnie, oceniając mnie wzrokiem. Widać, że mu się podobałam.
-Na miejsce czyli gdzie?- zapytał niepewnie.
-To niespodzianka. Nie martw się, wszystko zaplanowałam. Nie zgubimy się. Chyba żebyś chciał...
Puściłam do Marcosa oczko, gdy zauważyłam idącą Sophie. Jej mina wskazywała wściekłość. Od razu podbiegłam, pocałowałam ją trzy razy w policzki, tak jak to robiła Bridgit.
-Witaj, kochana. Właśnie czekaliśmy z Marcosem na ciebie.
Sophie mruknęła coś na kształt "świetnie". Więc ona tez już się nie może doczekać!
-Tak się cieszę, że jednak możecie ze mną jechać. Będzie fensy!! 
W oddali ujrzeliśmy nadjeżdżający pociąg. Pożegnałam się z mamą.
-Za mną!- rozkazałam przyjaciołom, torując sobie drogę wśród turystów moim różowym transparentem. Chwilę później znaleźliśmy się w pociągu.
-Jakie to szczęście, że znaleźliśmy pusty przedział.
Ustawiliśmy torby na miejscu i usiedliśmy na fotelach. Wybrałam miejsce naprzeciwko Marcosa i Sophie, by lepiej nam się rozmawiało podczas podróży. Pociąg ruszył. Zaczęłam wyjmować z podręcznej torby wszystkie potrzebne rzeczy.
-Podróż będzie trochę trwała, więc przygotowałam parę przekąsek i gier. Może zaczniemy od gry w "kim jestem" ?
Cisza. Nie zrażona ciągnęłam dalej:
-To ja chcę być pierwsza  – zrobiłam dziwną minę i zaczęłam nerwowo gestykulować. –Kim jestem?
-Małpą z cyrku, która zabrała nas tutaj?- mruknęła Sophie.
-Muszę przyznać, że to było zabawne, Sophie, ale nie. Nie poznajecie? Pani Hill, nasza wychowawczyni! Ona zawsze tak dziwnie układa usta!
Zaczęłam się śmiać. Z foteli obok nie dobiegł żaden dźwięk. Pewno są trochę zmęczeni. Ja też prawie zasypiałam. W końcu była dopiero ósma, a my już od dawna na nogach.
-Mam pomysł! Wszyscy są podekscytowani wycieczką, ale może prześpimy się trochę, co? Nastawię budzik za godzinę. Wtedy zacznie się zabawa!
Usłyszałam skrzypnięcie szyn bardzo podobne do jęku człowieka. Ta kolej jakaś taka stara. Powinni zainwestować w jeszcze nowsze pociągi. Najlepiej bezgłośne.

Rozdział 3: Sophie Tania Brown


Wyszłam ze szkoły z pośpiechem. Oby mnie nie zauważyła!!! Co ja wtedy zrobię??? Minęłam zatłoczony parking dla uczniów.Jak ja nienawidzę szkoły. Ktoś mnie popchnął tak,że omal nie podarłam świadectwa.
-Uważaj jak chodzisz!!!! Bozia ci oczu nie dała???-krzyknęłam rozzłoszczona.
-Sorki. O Sophie to ty!!!!
O nie!!! To Coldy, świruska z mojej klasy przed którą uciekam.
-Chciałam się upewnić, czy na pewno nie możesz pojechać na obóz z najbardziej fensy dziewczyną w szkole???-wskazała na siebie.
Jaka jest???Fensy??? Język amerykanów schodzi na psy…
-Nie,nie mogę z tobą jechać.Mam już plany.
-Szkoda.-Coldy zrobiła minę zbitego psa.-Może ktoś inny ze mną pojedzie. Ej, Eliot zaczekaj!!!! Świruska pobiegła za chłopakiem,który zaczął przyśpieszać.Skorzystałam z chwili nieuwagi Coldy i wyszłam z terenu szkoły. Przeszłam przez ulice i znalazłam się w moim ukochanym parku.Zwolniłam kroku i spokojnie szłam piękną aleją. Wyjęłam telefon.
„Co tam u ciebie????”-napisałam i wysłałam do mojego najlepszego i zarazem jedynego przyjaciela Daniela.
„Nic ciekawego.Pada deszcz, a w sklepach wyprzedają wiosenną odzież(same brzydkie szmaty!!!!)Jak po szkole”
„Masakra .Cały dzień nic tylko ckliwe przemowy i pożegnania.Oszaleć można!!!!!!!”
„Współczuje skarbie!!!Za mną od rana chodzą jacyś dziwni dryblasi”
„Uważaj na siebie „
„Ok. Musze kończyć. Buziaczki ”
„Pa pa, całuski!!!!!”
Nim się obejrzałam byłam już pod domem.Ze smutkiem opuściłam park i weszłam do domu. Od progu przywitały mnie kochane psy cioci.
-Hej, mali figlarze! Gdzie jest ciocia?
Na te słowa ciotka zawołała mnie do salonu. Siedziała dostojnie i popijała herbatę z moim wujkiem.
-Pamiętasz panią Canavan? Szefową firmy prawniczej w której często załatwiamy swoje interesy.-Wzięła łyk parującej cieczy.-Ma bardzo sympatyczną córkę w twoim wieku, Coldienne.Planuje ona wyjazd na wakacje. Rozmawiałam o tym z twoimi rodzicami. Sądzą, że taka „szkoła przetrwania” to idealny sposób do przystosowania się do dorosłego życia.
-Ale….
-Nie zaczynaj zdania od ale.
-Przepraszam, chodzi o to, że miałam jechać na wakacje do Londynu…
-Będziesz mogła wyjechać tam po obozie. Na razie rodzice przysłali ci małą paczkę na pocieszenie…-powiedziała zza filiżanki z zadowoleniem.
Uśmiechnęłam się do wujostwa i poszłam do swojego pokoju. Wizja paru tygodni z Coldienne wcale nie była zachęcająca, ale jak można się gniewać na rodziców, gdy przymierza się najśliczniejsze sukienki letnie z tego sezonu?

piątek, 30 marca 2012

Rozdział 2: Niechciane wiadomości.

     Minęło kolejne męczące popołudnie. W zasadzie mniej męczące niż pozostałe, bo dziś musiałem przeżyć tylko jakieś 2 godziny z Coldy, alias "Panną ADHD" na karku i pożegnać rok szkolny w strasznie sztywniackim garniturze. To nie to samo co zwykłe lekcje, ale przyglądanie się ADHD i tak było wykańczające. Psychicznie. Miałem teraz nadzieję dotrzeć do domu tym głupim, śmierdzącym busem, odłożyć świadectwo, wytłumaczyć się z 2 którą jakoś załapałem z fizyki, a potem móc iść pomęczyć się na siłowni. Ten rodzaj zmęczenia pasował mi bardziej niż oglądanie nadpobudliwej dziewczyny, której nikt nie lubił, jak dopada swoje ofiary i próbuje nakłonić na wycieczkę z nią nie wiadomo dokąd, zorganizowaną na ostatnią chwilę. Większość osób chyba bała się, że ta psychopatka zabierze ich wgłąb jakiejś puszczy i rozetnie piłą mechaniczną. Tak, chodzę do klasy jakichś wariatów, a najlepiej to widać podczas zakończenia roku.
  Dotarłem do domu. Już od progu dało się wyczuć, że coś wisi w powietrzu. I raczej nie wydawało się to przyjemne. A najdziwniejsze było to, że nikt nie zwracał uwagi na mój powrót. Ani nie było słychać telewizora. Mama też nie krzyczała od początku, że mam jej przynieść świadectwo. Nic, kompletnie...
  Wszedłem do salonu. Ojca nigdzie nie było, a mama stała tyłem, z komórką przyciśniętą do ucha i ustami zasłoniętymi dłonią. Rozmawiała przyciszonym głosem. Co to miało do cholery znaczyć?! Napięcie już mnie przerastało. Nagle mama odwróciła się. Ze zmarszczonymi brwiami szeptała nieco głośniej niż normalnie powinno się szeptać. W końcu spojżała na mnie, na moment zmieniła minę, ale zanim zorientowałem się w jakim jest nastroju odwróciła się i dopowiedziała kilka słów, po czym zakończyła rozmowę. Odwróciła się do mnie z jak zwykle zmęczoną miną.
- Hej. Jak tam? - Zacząłem niepewnie.
- Cóż, jak zwykle praca daje w kość nawet po godzinach. A ojciec musiał pojechać do sklepu, ale zaraz wróci. Mamy dla ciebie ważną wiadomość. - Zakończyła tak jak zaczęła - spokojnym i zmęczonym tonem. Jednak mnie wydawało się, jakby nagle na mojej klatce piersiowej spoczęła sztanga. Przez krótki moment czułem, że ta wiadomość wcale mi się nie spodoba. Zaraz jednak odrzuciłem od siebie tę myśl i zwyczajnie podałem mamie świadectwo z poważną miną.
- Więc jak rozumiem siłownia musi poczekać, tak? - Spytałem nieco oschle.
- Tak. - Mama już mnie raczej nie słuchała. Studiowała moje świadectwo. - A co to za dwója? - Spytała dość groźnie.
- Ech, ile razy mam to powtarzać? - Uniosłem oczy ku górze. - To fizyka. Nie na mój rozum. - Rzuciłem obojętnie. - Ja na twoim miejscu cieszyłbym się, że wogóle zdałem. - Zrobiłem skwaszoną minę. - Zresztą na swoim też się cieszę.
- Dobra, niech ci będzie. Idź do siebie a potem pogadamy. 
  Aż nie chciało mi się wierzyć, że poszło tak łatwo. Czyżby to przez mówienie prawdy? Niemożliwe... To poszło aż za łatwo.
  Skierowałem kroki w stronę swojego pokoju, gdy w domu rozległ się dzwonek domofonu.
- Och, jednak zostań. Im szybciej, tym lepiej. - Zrezygnowany odwróciłem się.
  A jednak poszło za łatwo - pomyślałem.
  Kiedy już ojciec dotarł na górę i wszyscy usadowiliśmy się w fotelach naokoło stołu, poczułem się jakbym przełknął kamień, który teraz legł w moim żołądku. Rodzice siedzieli naprzeciwko mnie i przyglądali mi się badawczo. Myślałem, że zaraz wybuchnę i zacznę na nich wrzeszczeć.
- No? - Odezwałem się pierwszy. - Odezwiecie się w końcu? - Opanowywanie złości szło mi z trudem.
  Przypatrywali mi się jeszcze jakieś 5 sekund, aż ojciec westchnął i w końcu przemówił.
- Marcos, masz pojęcie jak trudno jest pracować w kancelarii adwokackiej? - Odezwał się spokojnie. 
  Poczułem się kompletnie zbity z pantałyku. Co to miało do rzeczy?
- Noo... - Odparłem tępo, nie wiedząc co dokładnie powiedzieć.
- No i w tym zawodzie bardzo liczą się wpływy. - Spojrzał na mnie badawczo. Nadal musiałem mieć nieco ogłupiałą minę, ale kontynuował. - Nie można odmawiać ludziom na ważnych stanowiskach, a już szczególnie szefowej.
  Mama westchnęła, a kamień w moim żołądku zaczął się toczyć z niespotykaną u nich prędkością. Wszystkie elementy układanki zaczęły się łączyć w całość.
- Tak więc - Głos przejęła mama. - Dziś zadzwoniła do mnie szefowa firmy, w której pracujemy.
  Kamień podskoczył mi do gardła. W oczach odmalowało się niedowierzanie. Teraz ja musiałem się odezwać.
- I... - Wyksztusiłem. - Chyba nie chcecie mi powiedzieć... - Spojrzeli na mnie z czymś na granicy współczucia i smutku.
- Tak. - Kontynuowała mama. - Szefowa firmy prawniczej w ktorej pracujemy, mama twojej... Ekhem... Koleżanki... - Spojżała na mnie przepraszająco. - Mama Coldy.
- Wiem. - Przerwałem jej. - Wiem. - Nie byłem w stanie nic dopowiedzieć. Chyba nie chcieli mi tego zrobić?!
- Poprosiła mnie o drobną przysługę... Która zapewne dla ciebie wcale taka drobna nie jest. - Nie byłem w stanie wykrztusić ani słowa, więc mama kontynuowała. - Powiedziała, że wszystkim przyjaciołom Coldy nagle coś wypadło i poprosiła, żeby wysłać ciebie na wspólne wakacje z jej córką.
  Najpierw niedowierzałem. Moi rodzice mieli zamiar zrobić mi coś takiego?! Niemożliwe! Teraz jednak odczułem boleśnie, że to jedna wielka cholerna prawda!
- Że co?! - Nie zdając sobie z tego nawet sprawy, wstałem i zacisnąłem pięści. - Że jak?! Zamierzacie wysłać mnie na cholerne wakacje z cholernie głupią psychopatką?! To jakiś żart?! Wykręcałem się chyba cały miesiąc od jej natrętnych pytań, czy mogę jechać, a teraz, tak nagle, dowiaduję się, że zostawiacie mnie samego nie wiadomo gdzie z tym trollem?! Co z wami nie tak?! Wogóle was nie obchodzi czy wrócę jeszcze żywy?! - Nie obchodziło mnie w tej chwili co czują i jaką dostanę za to karę. Nie obchodziło mnie, czy przez to nie narażam się na jeszcze gorsze warunki wyjazdowe. Nie chciałem jechać i już! - Te wakacje były już zaplanowane! Przecież dziadek tak się cieszył z wyjazdu na ryby! A co ja powiem Jake'owi i reszcie?! Że jadę z ADHD, więc nie przyjdę ani na żaden mecz ani na siłownię?! Wyśmieją mnie jak nic! Nie jadę!!! - Dałem kompletny upust frustracji. Mamę zacięło i patrzyła na mnie trochę zdumiona, a trochę zmieszana, a ojciec wachał się między nawrzeszczeniem na mnie a przepraszaniem. Wiedzieli, jak bardzo nienawidziłem nadpobudliwych osób.
- Cóż... - Zaczęła cicho mama. - Dziadków już poinformowałam. Wiedzą jakie to ważne. Kazali ci przekazać, że życzą ci powodzenia i nie są źli. Możesz przyjechać później. - Zawachała się i dodała. - Wszedłeś kiedy z nimi rozmawiałam.
  Opadłem spowrotem na fotel. Sytuacja była beznadziejna.
- Wiesz, tam powinna być z wami jeszcze jedna dziewczyna... - Mama dodała zduszonym szeptem. Słyszałem ją doskonale. Nagle zrobiło mi się głupio, ze na nich nawrzeszczałem.
- Marcos, nie ma co się awanturować. - Ojciec mówił, już uspokojony. - Jedziesz i już. Przypominam, że od tego zależy praca nas oboje, a więc także życie naszej rodziny. Nie sprzeciwiaj się, bo jesteś już na tyle dorosły, że nie masz jak udawać, że nic cię to nie obchodzi. Przykro mi - dodał i westchnął - ale nie mamy wyboru. Gdybyśmy mieli, z pewnością byś tam nie jechał. A chłopakom powiedz, że wyjeżdżasz na obóz przetrwania za tę ocenę z fizyki. To będzie sprawiedliwe zwalenie winy na mnie. - Próbował się uśmiechnąć, ale nie bardzo mu wyszło.
- Dobrze. - Zwiesiłem głowę. - Rozumiem. Wybaczcie mi ten wybuch. Idę się spakować. - Rzuciłem i wyszedłem z pokoju najszybciej jak się dało.

Rozdział 1: Coldy Canavan


-Bridgit, ale na pewno masz zajęte CAŁE wakacje?- spytałam znad laptopa
-Mała, mówiłam ci już, że absolutnie totalnie się nie wyrobię. Zamknijmy już ten temat. Pożyczysz mi tą kremową torebkę? A, i przydałyby się waciki. Twój niby dobry lakier beznadziejnie się marze- mruknęła Bridgit, wpatrując się w swoje świeżo pomalowane paznokcie. Podałam mojej przyjaciółce potrzebne rzeczy i napisałam wiadomość do Kevina. W nim ostatnia nadzieja. Kevina nie było przez ostatnie dwa tygodnie w szkole, więc nie słyszał, że szukam osób, które pojechałyby ze mną na obóz. Po chwili dostałam odpowiedź: "Przykro mi, przewodnicząca, ale ja już jestem na wakacjach. Zostaję tu do września." Mi tez było przykro. Nawet bardzo. Zamknęłam laptopa i odstawiłam go na półkę, koło pluszaków.

-Potrzebowałabym jutro jakiejś extra sukienki. Mała, masz coś odpowiedniego? Wiesz, prezent od mamy, którego nigdy nie ubrałaś, a jest boski?- spytałą znad swoich paznokci Bridgit.

-Impreza? Mogę iść z tobą? Obiecuję, że nie będę naprzykrzać się tobie i...

-Sorry, mała, to impreza zamknięta.

-Trudno. Pójdziemy kiedy indziej. Może we wrześniu...

Bridgit jednak mnie już nie słuchała. W szafie znalazła krótką, czarno-niebieską sukienkę.

-Jakie to szczęście, że nosimy ten sam rozmiar. Oddam ci ją we wrześniu, ok?- Bridgit spakowała sukienkę do torby.- Ale zrobiła się późno... Muszę lecieć. Pożyczam tez tą torebkę i lakier. Miło było.- moja przyjaciółka gwałtownie podniosła torbę, strącając przy tym otwarty lakier na moje świadectwo- Oj, sorki. Dobra, ja lecę. Do jesieni!

-Nic nie szkodzi!Też będę tęsknić!- krzyknęłam, lecz Bridgit już nie było. Zamknęłam już pusty lakier i zbiegłam z kartką do łazienki, gdzie mama się malowała.

-I jak tam nasza gwiazda szkoły? Jedzie z tobą na obóz?- spytała, patrząc w lustro.

-Jedzie do Egiptu i Hiszpanii. Nie będzie jej do września- usiadłam na skraju wanny.-Człowiek jest taki lubiany, a i tak nie ma z kim spędzić wakacji...

-Coldy, nie martw się. Podzwonię po swoich przyjaciołach. Z ojcem Marcosa mam dobry kontakt...

-Marcos wyjeżdża do dziadków- mruknęłam

-Nic nie zaszkodzi zadzwonić. Gwarantuję ci, że jeszcze dziś będziesz miała mnóstwo chętnych na ten twój obóz-gwałtownie zerwałam się uściskałam mamę.- Dobrze, już wystarczy. Wcale nie jestem bezinteresowna. Zaraz przychodzi Mark...

-Tak wiem, pójdę do pokoju i będę udawała, że mnie nie ma. Dzięki mamuś!!

Tak!! Pojadę na swoje wymarzone wakacje!! Wszystko się ułoży. Mama zawsze dostaje to, co chce. To będą najlepsze wakacje w moim życiu !!