Nareszcie zostałem sam. Oddaliłem się trochę od tego bagna i rozłożyłem na trawie. Podłożyłem ręce pod głowę i spróbowałem sobie to wszystko jakoś poukładać. Jednak to wszystko było tak pokręcone i denerwujące, że skończyło się tylko na jeszcze większym mętliku w głowie.
Nie wytrzymywałem już napięcia. Szybko podniosłem się z trawy i rozejrzałem dookoła. Nie namyślałem się długo, po prostu zbliżyłem się do solidnie wyglądającego drzewa i zacząłem je kopać tak mocno jak tylko się dało, żeby nie złamać nogi.
- Cholerny las... - Warknąłem, przykładając się szczególnie do celnego kopnięcia. - Głupia Coldy... Głupia Sophie... Wkurzające miejsce... A najnormalniejszą osobą jest gość, którego nie znam! - Z furią przyłożyłem ogromnej roślinie, aż oderwał się kawałek kory. - Co ja sobie myślałem, godząc się na wyjazd z ADHD?! Co to wogóle był za chory, idiotyczny pomysł?! Od samego początku czułem, że będzie źle! - Każdemu zdaniu towarzyszył cios. Po długich dniach bez ćwiczenia dla przyjemności odczułem wręcz jakąś ulgę. - Po co ja wogóle za nią leciałem?! Na co społeczeństwu ten denerwujący, różowy chochlik?! Już wracałbym do domu... Ale nie! Idiota zawsze poleci za kimś, kogo trzeba akurat ratować! I po co? Żeby nie mieć wyrzutów sumienia?! - Nie przyznałbym tego za nic, ale mój głos zabrzmiał wręcz histerycznie. - Bez żartów! Umrzemy tu wszyscy! - Ściszyłem głos, ale przyłożyłem w pień pięścią. To był błąd. Bolało jak diabli, a do tego zrobiło się mnóstwo krwawych ranek. Spojrzałem na nie z wściekłością. Miałem gdzieś jakieś drobne ranki. Nie miałem zamiaru już nigdy przejmować się jakąś głupią krwią. - Też mi coś wielkiego! - Prychnąłem. Dla potwierdzenia swoich słów bezmyślnie znów walnąłem w pień. Rany stały się większe. I całe zabrudzone.
Idiota. - Oprzytomniałem trochę, patrząc na krwawiące knykcie. - Teraz trzeba znaleźć butelkę z wodą i to oczyścić. Gratuluję bezmyślnego wyrzucania zapasów w błoto. No po prostu geniusz!
Przypatrzyłem się swojemu ubiorowi. Cały byłem w na wpół zaschniętym błocie. Przypomniałem sobie, że miałem się przebrać. Niestety nie miałem pod ręką ubrań na zmianę. Właściwie to miała być tylko wymówka, żeby zostać samemu. Ale skoro już raz to powiedziałem, mogłem przynajmniej podroczyć się z innymi. Dlaczego tylko ja miałem się wkurzać? Niech dziewczyny też mają na co narzekać...
Chociaż czy taki widok to na pewno będzie dla nich powód do narzekań? Dla Obrażonej Księżniczki pewnie tak, ale co do Coldy... A no tak, ona chciała być "wolna jak jednorożec". Więc nie powinna się mnie czepiać. Właściwie jako jednorożec powinna zwiać stąd na magicznej tęczy czy coś takiego, ale chyba nie mogę mieć wszystkiego za jednym zamachem... Dobrze że chociaż "zerwała" ze mną. Ten jeden raz mam jej za co dziękować.
Ściągnąłem z siebie koszulkę i zastanowiłem się nad zdjęciem spodni. Niemal natychmiast zrezygnowałem. Kto przewidzi ich reakcję?
Zacząłem slalom między drzewami do obozowiska. Zatrzymałem się jednak jeszcze za jakimś drzewem i usłyszałem fragment rozmowy Matt'a i Sophie.
- Nie musisz się zbliżać, to tylko tak przez jedną noc. Będziemy z dala od nich, na wypadek gdyby postanowili się pogodzić. A przy okazji będziemy mogli pogadać. I ich nie usłyszymy, mam nadzieję.
- Dobra, tylko rozłóżmy coś porządnego do spania. Jakby nie było jestem zmęczony po tej akcji z mokradłem. Mam nadzieję że więcej się w coś takiego nie wpakują.
- Och, spokojnie, dasz radę! To jak ich wyciągnąłeś było na pewno wyczerpujące, więc dam ci spać, jak nie będziesz miał siły na rozmowę.
- Dzięki. Ale to nie tak, że nie chcę z tobą gadać, tylko po prostu potrzebujemy dużo sił, żeby wrócić do cywilizacji, a...
- Sophie, Matt! Chodźcie szybko! Znalazłam takiego sweet ptaka, ale chyba jest ranny!!! - Zapiszczała Coldy gdzieś z daleka.
Obrażona Księżniczka i czerwonowłosy ruszyli w tamtą stronę, na szczęście nie patrząc w moją stronę. Przeszedłem trochę dalej i wyszedłem spomiędzy drzew, rzucając koszulkę na swoją walizkę i szukając wody w plecaku. Dobrze że byli zajęci. Potrzebowałem jeszcze więcej spokoju.
A więc to tak? Zamierza gdzieś się oddalić z Mattem i jeszcze do tego zostawić mnie sam na sam z panną ADHD? A co jeśli różowej rzeczywiście odbije i będzie próbowała do mnie wrócić?! Chyba żartuje, twierdząc że tak po prostu zostanę z tą psychopatką. Nawet jeśli byłem odpowiedzialny za nie obie, nie miałem zamiaru z którąkolwiek spędzać nocy sam na sam. A potem znów być oskarżanym o niewiadomo co. Bez przesady, aż takim typem nie jestem. I już nauczyłem się być ostrożniejszym, więc drugi raz nie dam się tak nabrać.
Akurat oczyściłem ranki i polałem je wodą utlenioną, kiedy podeszła do mnie panna ADHD.
- Marcoooo! - Chlipnęła. - Matt powiedział, że ten sweet czerwony ptak którego znalazłam jest już martwyy! A on wyglądał naprawdę sweetaśnie! Dlaczego piękni tak szybko muszą umieeraać??? - Usiadła obok i rozpłakała się, tuląc swojego pluszowego jednorożca.
To był niestety ten moment, w którym czlowiek głupieje i stara się po prostu pocieszyć płaczącą osobę.
Usiadłem obok niej i przygarnąłem ją ramieniem. Wyglądała tak żałośnie bezbronnie, że nie mogłem zrobić nic innego. Pogładziłem ją po włosach i z westchnieniem próbowałem ją przekonać, że to co powiedziała nie dotyczy wcale ludzi. Skutek był jedynie taki, że schowała twarz w jednorożcu, wyjąc tym razem, że tusz jej się rozmaże.
Dziwne. - Pomyślałem. - ADHD w życiu jeszcze się przy mnie nie popłakała. Czyżby ona też się zmieniała przez to ciągłe błądzenie w lesie?
Siedziałem tak z Coldy w ramionach, gdy nadeszli Matt z Sophie. Czerwonowłosy jak gdyby nigdy nic udał, że nas nie widzi. Sophie za to zatrzymała się, spiorunowała mnie wzrokiem i z uniesioną głową pomaszerowała za drugim i ostatnim, normalnym członkiem tej grupy.
Ciekawe co teraz wymyśli. Może to ja ją doprowadziłem do łez? Albo jeszcze lepiej, wykorzystuję jej rozpacz do własnych, zboczonych celów. Chyba powoli rozgryzam myśli Sophie...
Siedzieliśmy tak jeszcze przez kilka minut, aż w końcu blondyna stwierdziła, że mam nie patrzeć i poleciała do swoich toreb poprawić makijaż. Ja wstałem i czując już chłodne podmuchy na skórze, ubrałem bluzkę na długi rękaw. Stwierdziłem, że spodni nie warto zmieniać, bo i tak zaraz byłyby brudne i podziurawione.
W końcu wzięłem się za rozpalanie ogniska, podczas gdy Matt pomagał rozłożyć namiot chochlika. Sophie przygotowywała dwa prowizoryczne łóżka na trawie w dość dużej odległości. Każdy zajmował się swoją robotą, aż do momentu kolacji. Mieliśmy rozejść się po lesie, żeby znaleźć jakieś zapasy. Ponoć, żeby nie marnować prowiantu który już mamy. Nawet zgodziłbym się z tym planem, gdyby nie to, że oczy same mi się zamykały. Mimo wszystko jednak ruszyłem z resztą zbierać cokolwiek jadalnego. Miałem nadzieję że Matt zna się na grzybach, bo sam jakoś się tym dotąd nie interesowałem.
Po dłuższym czasie, gdy niebo było już w głęboko ciemnoniebieskim odcieniu, rozległ się pisk Sophie. Wszyscy zlecieliśmy się nad mokradła, sądząc że została kolejną osobą do wyciągnięcia. Jednak ona stała przy brzegu i wpatrywała się jak urzeczona w błękitne światełka unoszące sie nad bagnami.
- Duch! - Pisnęła znacznie cieniej niż normalnie.
- To wróżki!!! Fency wróżko, spełnij moje życzenia!!! - Krzyknęła ADHD.
- Latarki? Cywilizacja? Telewizor? - Mruczałem pod nosem.
- Błędne ogniki. - Powiedział głośno Matt. - Sophie, Coldy, Marcos, to tylko błędne ogniki. Powstają ze spalającego się metanu...
- To wróżki Matt! Wróżki, widzisz je?! - Pisnęła Coldy, robiąc krok w bagno.
- Coll!!! - Krzyknąłem, łapiąc ją w pasie i wyciągając. - Po ciemku nikt cię nie będzie wyciągał! - Ostrzegłem, widząc oczyma wyobraźni, jak lecę po latarkę i staram się ją wyciągnąć. Jednak wolałem zastosować choć minimalny wstrząs, żeby na siebie uważała.
- Marcosiku, puść mnie, chcę do wróżek! One mnie wyciągną! - Pisnęła, szamocząc się.
- Stój! - Krzyknąłem jej koło ucha. - Matt zna się na tych terenach, więc go słuchaj! Zapadniesz się pod ziemię, próbując gonić spalający się metan! Rozumiesz?! Nie zachowuj się jakbyś do reszty straciła rozum, tylko wracaj do obozu. To nie są żadne wróżki. - Powiedziałem dobitnie, w końcu ją puszczając.
- Chodź Coldy, wracajmy, już ciemno. Marcos ma rację, tu jest niebezpiecznie, musicie na siebie uważać. - Matt pospieszył mi z pomocą.
W końcu skierowaliśmy się z dziewczynami do ogniska. Wyciągnęliśmy swoje zapasy jedzenia od pani Solitaire i zaczęliśmy jeść. Nikt prócz blondynki opowiadającej o tym, jak fency by się stała, gdyby spotkała wróżkę, się nie odzywał. Wszyscy skończyli swoje porcje i rozeszliśmy się do swoich "łóżek". Tego dnia była moja kolej na spanie w różowym namiocie.
- Heej, Marcosiku, dziś będę spać z tobą, cieszysz się? Musimy poważnie porozmawiać. Wiem że każdy człowiek podejmuje czasem ważne decyzje i nawet taka mega fency istota jak ja może się czasem rozmyślić. Tak sobie myślę, że...
- Coldy Canavan. - Zwróciłem się do niej poważnie, chwiejąc się na własnych nogach po tym jakże długim dniu. - Mam nadzieję że zdajesz sobie sprawę, że nawet facet potrzebuje czasem snu dla urody. - Palnąłem i schowałem się w namiocie.
Miałem w głębokim poważaniu, co ADHD teraz zrobi. Ledwo położyłem głowę w śpiworze i od razu zasnąłem.
Obudziłem się dość późno, sądząc po tym, jak mocno świeciło słońce przez ściany namiotu. Obok siebie zauważyłem dość drobną postać chochlika. Jeszcze spała. Uśmiechała się nawet przez sen. Coś czułem, że nie ominie nas relacja z jej sennych marzeń, gdy już się obudzi. Wstałem i wyszedłem z namiotu na świeże powietrze. Rozprostowałem kości, zesztywniałe przez spanie w namiocie jednoosobowym z drugą sobą. Koło resztek ogniska kręcił się Matt. Najwidoczniej Sophie też jeszcze spała.
W jednej chwili zdecydowałem, że mam gdzieś wykład od Sophie czy jego zdziwienie moim zachowaniem. Podszedłem do niego i popchnąłem go w stronę lasu.
- Musimy pogadać. - Rzuciłem.
- O czym? - Spytał nieco zdezorientowany.
Doprowadziłem go do drzewa i przycisnąłem do pnia, trzymając za ramiona. Przybliżyłem się do niego i wyszeptałem, jakby ktoś miał nas usłyszeć:
- O Sophie.
- Co chcesz wiedzieć? - Spytał wciąż nieco zdziwiony, wciskając się trochę w korę drzewa.
- Co wy tak właściwie wyprawiacie. Jesteście parą? Czy może to ona tak sądzi? Co ty o niej myślisz? - Zasypałem go pytaniami, czekając aż na któreś odpowie.
- Ale po co chcesz to wiedzieć? Podoba ci się? Czy ty przypadkiem nie jesteś z Coldy? - Zmarszczył brwi, prawdopodobnie próbując to sobie poukładać. Uprzedziłem go, nim zdążył wymyślić coś głupiego.
- Nie o to chodzi, ja...
Przerwało mi jego spojrzenie za mnie i cichy syk. Ktoś za mną zaczerpnął glośno powietrza. Odwróciłem się, zaskoczony.
Za mną stała panna ADHD, przypatrująca mi się dużymi, niemal okrągłymi oczami.
- Marcosiku... - Zaczęła cicho. - Mogłeś mi od razu powiedzieć, że wolisz chłopców. - Jęknęła dramatycznie. - O kim myślałeś, kiedy mnie całowałeś, co? O nie, nie przeżyję tego, zupełnie nie wiedziałam, nie spodziewałam się tego i wcale nie byłam przygotowana! Podczas pocałunku na pewno porównywałeś mnie do chłopaków, co??! A ja myślałam, że jesteś taki sweet dla mnie i ubierasz się tak fency, bo po prostu chcesz mnie poderwać!!! I co ja teraz zrobię?! Muszę to szybko gdzieś opisać... Jak to jest całować się z gejem...
- CO?! - Otrząsnąłem się z szoku i w końcu mogłem wydobyć z siebie głos. Odwróciłem się, by popatrzeć bezradnie na Matta i wtedy zorientowałem się, że przyparłem go za ramiona do drzewa, a nasze twarze dzieliło ledwie kilkanaście centymetrów. - Ale to nie tak... - Jęknąłem cicho, czując, że skronie właśnie zaczynają mi pulsować.
Matt zaczął się głośno śmiać, co wcale mi nie pomogło.
Umarłem. Umarłem i trafiłem w sam środek piekła.