wtorek, 18 grudnia 2012

Rozdział 20: Coldy Canavan


-Dzwonię do telefonu zaufania, a nie widać?- jęknęłam cicho, teatralnie sięgając po moje perfumowane chusteczki.
-Coll, nie załamuj się. To był przypadek, on na prawdę nie...
-Przypadek?!-wzburzyłam się.-Jak coś TAKIEGO można nazwać przypadkiem!! Mój sweet jednorożec ma róg umorusany błotem, a ty...
 Sophie parsknęła śmiechem.
-Przepraszam, po prostu...Nieważne. Matt zrobił coś do jedzenia, chodź.
Chwyciłam swojego biednego jednorożca i powoli wyszłam z namiotu, niepewna, co zobaczę poza nim. Czy Marcosik będzie ubrany? Sophie ich chyba pilnowała, nie? Usiadłam na wielkiej kłodzie, między chłopakami. Lepiej ich nie prowokować. Jeśli Marcos czuje do Matta to, co myślałam, że czuje do mnie, to może być ciężko. Marcosik ciągle się na mnie rzucał... Sophie podała mi sałatkę z owoców leśnych i wspaniałomyślnie podzieliła się swoją herbatą.
-Kochacie się?- zapytałam wcale nie dramatycznie, patrząc na chłopaków.
Marcos zakrztusił się kanapką, a Matt zaśmiał się, chowając twarz w rękawie. Poklepałam mojego byłego po plecach.
-No co? To chyba nie tajemnica?- nie rozumiałam. Sophie rumieniąc się, poszła po swój termos, tymczasem ja ciągnęłam dalej:
-Zawsze chciałam mieć przyjaciela geja, bardziej niż takiego zwykłego, fancy przyjaciela. Wiesz, tak szczerze, gdy cię poznałam, Marco, miałam nadzieję, że jesteś gejem i jednak się nie myliłam! Widać to w twoich oczach. Jejku, coś tak poczerwieniał? Ta kanapka musiała ci zaszkodzić. Zawsze powtarzałam, że białe pieczywo...
-Coldy, spokojnie -Matt przerwał mi w pół zdania. Jejku, on chyba nie lubi, jak ktoś tak dużo mówi. Zrobiłam przepraszającą minę. Matt był trochę jak Tarzan. Mieszkał w buszu, znał las i bagna, jak dotąd nie używał komórki... Tylko, że Marcosik nie zmieściłby się w sweet wdzianko Jane...
-Ile razy mam ci powtarzać, wredny, mały chochliku, że nic mnie z NIM nie łączy?
Marcos wzburzył się, walnął pięścią w kłodę na której siedzieliśmy i poszedł za Sophie. Otworzyłam szeroko oczy ze zdumienia. Nie wiedziałam, że jest on taki nerwowy... Odwróciłam się w stronę Matta w nadziei, że będę mogła się mu zwierzyć ze swoich kłopotów. Marcos odpadł, więc Matt powinien spisać się w tej roli. Oczami wyobraźni widziałam już, jak robimy sobie wspólną sesję zdjęciową razem z Sophie, a Matt zachwyca się moim różowym bolerkiem...
-Wiem co sobie myślisz, nie będę przebierał się w twoje sukienki, ani pił jakiś popołudniowych herbatek z jednorożcami.- powiedział chłopak, nie odrywając wzroku z nad swojego zeszytu.
-Pomyliłeś mnie z Sophie- odparłam szybko, przytulając mojego biednego, ubłoconego jednorożca.
-Wiesz jak można zmyć skutecznie błoto?- zapytałam.
-Woda ci nie wystarczy?- mruknął Matt, nadal kreśląc coś na kartce.
Kurczę, o tym nie pomyślałam. Wyszłam teraz na idiotkę. A ja tak się staram pokazać z jak najlepszej strony...
-Powinniśmy niedługo wyruszać, a ci jak zwykle gdzieś poleźli.- mruknął nagle Matt.- Zostań tu, ja pójdę ich poszukać. Zbliża się burza.
Chłopak zostawił swój cenny zeszyt i pobiegł w stronę, gdzie poszli nasi fancy przyjaciele. Spojrzałam w niebo. Ja tam nic nie widzę... Czyżby Matt bał się, że Sophie mu odbije Marcosa? Jejku, trzeba to jak najszybciej spisać, bo już wszystko mi się powoli miesza. Powstał by z tego niezły serial... Dokończyłam swoją sałatkę owocową i chwyciłam zeszyt Matta. Nad czym ona tak pracuje całymi godzinami? Otworzyłam szkicownik. Las, las, patyk, strumień, nudy, nudy, on sam, Marcos, o! Ja!





Jejku, to było takie słodziutkie, że Matt mnie narysował. Szkoda tylko, że nie użył różowej kredki... Wyglądałabym jeszcze bardziej fancy. Pobiegłam do swojego namiotu ze szkicownikiem i zabrałam się do roboty. Ja też coś mu narysuję. Postawiłam swojego sweet jednorożca przed sobą i zabrałam się do dzieła. Na dworze zagrzmiało. Żeby tylko nie padało... Zniosłabym jeszcze błoto, gdyby było sweet różowe, albo chociaż świecące w ciemności... Niebo pociemniało. Wyjęłam komórkę. No nie, już dwudziesta... Znowu spóźniłam się na nowy odcinek "Plotkary". A tak liczyłam, że Matt doprowadzi nas jeszcze dziś do obozu... 

 
                                                               :*     :*     :*   

-Coldy??- zawołała Sophie.-Nie, proszę, nie. Nie mam zamiaru znów za nią biegać.
-Wiem, że coś knujesz. Trzeba było zostać tu z chochlikiem. Poradzilibyśmy sobie- mruknął Marcos.                                                                                                                                                     
Wyszłam z namiotu, szczęśliwa, że wreszcie moi fancy przyjaciele wrócili.
-Jejciu, jak tu ciemno- zaczęłam mrugać, by przyzwyczaić moje sweet oczka.
-Jakbyś mogła zauważyć: to las. Bez lampek LED, kul dyskotekowych, czy świecących ozdób na choinkę- mruknął wściekły Marcos. 
Jejku, czy oni wszyscy cierpią dziś na zespól napięcia przedmiesiączkowego?
-Gdzie mój szkicownik?- zdenerwował się Matt, szukając zeszytu pod kłodą.
-Tutaj- podbiegłam do niego i wręczyłam mu zeszyt z namaszczeniem.-Ja też coś narysowałam. Tutaj, na ostatniej stronie. Czyż nie jest sweet?- zachwyciłam się.
Sophie, która podeszła do nas skrzywiła się. Matt był zszokowany. Wiedziałam, że mu się spodoba.





-To...-nie mógł wysłowić się Matt. Wiedziałam, że mam talent, ale żeby aż tak zaniemówić?
-Dzięki, słodki jesteś- pocałowałam chłopaka w policzek.
-Zamazałaś szkic Sophie jakimiś bazgrołami!- wycedził przez zęby Matt.
Marcos, który chował zostałe jeszcze z rana śpiwory, prychnął z szyderczego śmiechu. Nic z tego nie rozumiałam. Czułam, jakby ten pobyt beze mnie w lesie oddalił mnie od moich fancy przyjaciół. Dlaczego Matt się tak zezłościł? Przecież ja tylko narysowałam jednorożca...
-Coldy, nie płacz- Sophie objęła mnie ramieniem.- A ty nie krzycz tak na nią. Nic takiego się przecież nie stało. To nie jej wina.
-A kogo to jest wina?- chłopak mruknął pod nosem.- A z resztą nieważne. Trzeba pomóc Marcosowi. Zaraz zacznie padać
I rzeczywiście, jak za wypowiedzeniem zaklęcia z nieba zaczęły spadać krople wody. Szybko zaczęliśmy upychać nasze rzeczy w torbach. Chwilę potem siedzieliśmy straszliwie ściśnięci w moim sweet namiociku.
-Coll, przepraszam za tą sytuację z rysunkiem. Po prostu nienawidzę, jak ktoś grzebie mi w rzeczach- odezwał się Matt.
-Nie ma sprawy!- rzuciłam od razu, uradowana. Pomimo strasznego ścisku byłam szczęśliwa. Wszystko jest tak jak powinno być. Cała nasza fancy paczka razem.
-Cholera- przeklął Marcos.- Moja kanapka została na zewnątrz.
Sophie wybuchnęła śmiechem. Razem z Mattem do niej dołączyliśmy. Po chwili Marcos również się roześmiał. Siedząca koło mnie przyjaciółka oparła lekko mokra głowę na piersi Matta.
-Sophie!- szepnęłam.- On jest zajęty! Chcesz, żeby...
-Nie jesteśmy gejami, Coll- Marcos spojrzał mi głęboko w oczy.
-Na pewno?- byłam zaskoczona. Przecież sama widziałam...
Matt pochylił się i pocałował Sophie. Dziewczyna uśmiechnęła się.
-Czy to wystarczający dowód?- zapytał Matt.
Kiwnęłam głową. Kulawy jednorożec!! Znowu będę musiała założyć konto na portalu społecznościowym dla gejów... Deszcz monotonnie bębnił w dach mojego sweet namiotu. Oparłam głowę na ramieniu Marcosa.
-Wiecie co? Na moje to moglibyśmy tu tak zostać do końca wakacji.- rozmarzyłam się.
-O nie!- krzyknęli wszyscy na raz.

3 komentarze:

  1. kulawy jednorozec ;D:D:D:D
    bialobrzeg pozdrawia ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. uuu.... Matt się wściekł, a wydawał se taką spokojną osobą

    OdpowiedzUsuń
  3. Tak nowa notka :) Tyle na nią czekałam.I to w dodatku Coldy!!!. Super!!! śliczny kucyk pony, nie rozumiem czemu Matt się nie ucieszył. Do boju Coldy !!!! :)

    OdpowiedzUsuń