poniedziałek, 24 grudnia 2012

Rozdział 21: Matt Solitarie


 Noc minęła nam dosyć szybko, chociaż teraz strasznie bolą mnie plecy. Nie wiem w prawdzie do której padało, ale pewnie długo. Wygrzebałem spod poduszki mój ukochany zeszyt. Muszę znaleźć jakąś lepszą kryjówkę, zanim ta różowa wariatka znowu się dorwie do moich szkiców. Odwróciłem go na ostatnią stronę i wykrzywiłem usta w geście niezadowolenia z tego co zobaczyłem, czyli błękitnego konika z tęczową grzywą, jakby żywcem wyjętego z umysłu pięciolatki. Ble...
 Wyszedłem przed mały różowy namiocik i spojrzałem na wschodzące słońce.
 To będzie ciepły dzień. Dobrze, bo musimy przejść jeszcze spory kawałek zanim dotrzemy do tego miasta. Poza tym wszystko musi oschnąć po tym deszczu.
 Ubrałem buty i podszedłem do kłody, na której wczoraj jedliśmy kolację. Usiadłem na jeszcze wilgotnym drewnie i otworzyłem szkicownik.
 Muszę jeszcze raz narysować Sophie, a wszystko przez to, że zostawiłem na chwilę mój zeszyt...
 Pracowałem już jakieś  pół godziny i udało mi się jako tako odwzorować  mój stary szkic, gdy usłyszałem głośne ziewnięcie od strony namiotu. Gdy odwróciłem głowę, zobaczyłem ziewającego Marcosa.
- Dobry... - przywitał się, wciąż ziewając.
- Hej. -  odpowiedziałem, uśmiechając się lekko. Nie mogłem ukryć mojej radości z udanego szkicu.
- A co ty tam rysujesz?
- A nic takiego. - odpowiedziałem, zamykając szybko mój zeszyt. Nie chcę, żeby ktoś jeszcze zobaczył co ja tu rysuję. Jeszcze nie daj boże Marcos też poczuje wenę i zechce zniszczyć mój biedny zeszyt.
- Oj nie bądź taki, pokaż. - Marcos stał już dosyć blisko i wyciągał rękę po mój zeszyt.
- Nie. - zamknąłem notes z hukiem.

- Jak tam wolisz. - odpowiedział bez jakiegoś szczególnego zmartwienia.
 Szybko schowałem mój zeszyt do plecaka. Razem z Marcosem postanowiliśmy poszukać czegoś na śniadanie.
- Chyba czeka nas kolejne śniadanie dla królika. - brunet próbował żartować, jednak widać było, że wcale nie jest mu do śmiechu.
- Coś się tak uwziął na te biedne warzywa? One ci nic nie zrobiły, a ty narzekasz, że musisz je jeść. Jakby nie patrzeć warzywa są zdrowsze od mięsa, mają więcej witamin i minerałów. A poza tym białko zawarte w np. soi jest lepiej przyswajalne przez ludzki organizm niż takie zwierzęce.
- Może i racja, ale ja jestem facetem i potrzebuję mięsa, a nie tylko ciągle jakiejś zieleniny. - powiedział już nieco sfrustrowany chłopak.
- W sumie też prawda, nie można się przerzucać na dietę wegetariańską z dnia na dzień, bo to zbyt duże obciążenie dla organizmu. Należało by stopniowo zmniejszać ilość zjadanych produktów pochodzenia zwierzęcego i równocześnie zastępować je odpowiednio zbilansowanym pożywieniem pochodzenia roślinnego. - odpowiedziałem.
 Marcos potrzebował chwili aby przetrawić te informacje. Następnie otworzył usta chcąc coś powiedzieć. Jednak szybko je zamknął. Popatrzył się tylko na mnie z miną mówiącą: WTF?! Skąd on to wie???

***


Szliśmy już od jakiejś godziny, standardowo w dwójkach. Obyło się bez jakichś rewelacji, choć Marcos zgrzytał co jakiś czas zębami, gdy słyszał jak Coldy coś opowiada. Nie wiem o co  dokładnie chodziło, bo nie słuchałem ich. W myślach liczyłem drogę jaką jeszcze musimy przejść aby dotrzeć na ten ich obóz.
 Zatrzymaliśmy się na obiad, na którym poraz kolejny jedliśmy tylko owoce. Coldy i Sophie przyjęły posiłek z uśmiechem, natomiast Marcos miał niemal łzy w oczach na wieść o tym, że znowu musi jeść zieleninę.
 Typowy stereotypowy facet, tylko mięso i siłowina, prawie jak mój ojciec - polowanie, a na obiad mięso z tego biednego zwierzaka którego ustrzeli. Nie jestem jakimś wielkim ekologiem, wegetarianinem też nie, ale ile można jeść sarninę albo dziczyznę? Chociaż Marcos zapewne chętnie by to zjadł...
- A właśnie - zagadałem Marcosa - co się stało z tą twoją kanapką?
- Została tam. - powiedział ponuro chłopak.
- I dobrze, pewnie już zaczęła pleśnieć. - dodała Sophie.
- Może, ale tam w środku była szynka, a to jest... To BYŁO ostatnie mięso jakie mieliśmy...
-Co?! Tam było MIĘSO?!?!?! Marcosiku jak mogłeś?! Nie chcesz być takim fancy wegetarianinem jak ja??? - spytała zrozpaczona Coldy.
- Nie, chcę normalnego obiadu, czyli ziemniaków, trochę surówki i mnóstwo mięsa. - rozmarzył się Marcos.
- Matt, weź wpłyń jakoś na swojego chłopaka, bo ma złe nawyki. - powiedziała blondynka.
- MY NIE JESTEŚMY PARĄ!!!!!! - wrzasnął już naprawdę rozzłoszczony Marcos.
- Nie krzycz na mnie i zdecyduj się w końcu czy wolisz mnie czy Matta, bo nie wiem czy zakładać konto na tym portalu dla gejów i opisywać naszą historię, czy nie.
- Nie!!! Coldy, nie waż się umieszczać w internecie swoich wymysłów! - krzyknął nieco histerycznie Marcos.
- Czyli że dalej jesteś fancy chłopakiem, z którym możemy do siebie wrócić już za... - Coldy spojrzała na swój nadgarstek, na który miała (jakżeby inaczej?) różowy zegarek, a poniżej na ręce napisane coś długopisem. Chwilę pomyślała i dokończyła wypowiedź: - Możemy do siebie wrócić już za 5 dni 7 godzin i 22 minuty.
 Marcos był już dość mocno zdenerwowany, a perspektywa Coldy gadającej mu nad uchem ciągle i ciągle o tym samym nie napawała go optymizmem. Jednak jakoś się opanował przed wydarciem się na blondynkę.
 Po zjedzeniu obiadu znowu ruszyliśmy w drogę. Przedzieraliśmy się właśnie przez kolczaste krzewy, gdy usłyszałem odgłos dartego materiału. Obróciłem się w stronę z której dochodził dźwięk. Okazało się, że to Marcos podarł spodnie. Co gorsza krzewy swoimi kolcami zmieniły jego jeans'y w podarta szmatkę, przypominającą nieco indiańską spódnicę. Wyszliśmy, z małymi trudnościami, z kolczastych krzewów, na niewielką polankę.
- Marcos, musisz się przebrać w inne spodnie, bo tak dalej nie pójdziesz. - zaczęła Sophie.
- Jakbym o tym nie wiedział! Problem w tym, że to były ostatnie czyste spodnie. Te są podarte, drugie całe w błocie, a trzecie po tygodniowym łażeniu po tym przeklętym lesie wyrzuciłem, bo były nie do odratowania. - powiedział zdenerwowany chłopak.
- To chyba zostaje ci spódniczka Coldy, bo ja też nie mam drugiej pary spodni. - dodałem, dobijając tym bruneta jeszcze bardziej.
- Ależ nie bój się Marcosiku, ja też mam takie fancy spodnie. - Pokazała jedne ze swoich spodni. - Będziesz w nich wyglądał naprawdę cudownie! - mówiła coraz bardziej zafascynowana swoim pomysłem Coldy.
 Marcos natomiast podszedł do najbliższego drzewa i walnął w nie głową w geście, jak to określił, "Totalnego załamania i dobicia.".

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz