poniedziałek, 24 grudnia 2012

WESOŁYCH ŚWIĄT!!!

Marcos: Hej wszystkim! Z okazji świąt każde z nas chciałoby złożyć wam życzenia...
Matt: No dobra, to napiszmy już te życzenia i z głowy, co nie?
Marcos: Ok, Matt, nie pospieszaj tak, każdy się wypowie... Mogę iść na pierwszy ogień, widząc twoją minę...
Matt: Chętnie poczekam.
Marcos: Więc tak... Standardowo: zdrowia, szczęścia, pomyślności, kolorowej choinki, dużo pysznego jedzenia na stole (co mnie nie jest dane w tej dziczy) a szczególnie mięsa i słodyczy. Poza tym... No, nie lubię śpiewać, ale dla tych co lubią dużo wesołych kolęd. Co jeszcze? Żebyście NIGDY nie wylądowali w lesie z wariatką w różu. Ani z angielką udającą arystokratkę. I żebyście nigdy przenigdy nie byli do niczego zmuszani, a zamiast tego żebyście mogli robić co tylko chcecie i kiedy chcecie. Mnóstwo wolnego czasu oraz żebyście nie musieli martwic się szkołą ani rodzicami, znajomymi i tym, że nie wiecie jak wrócić do domu ze środka głuszy. A no i wybuchowego sylwestra, na którego można się spić do nieprzytomności. (Chyba że macie mniej niż 16 lat, wtedy spić się do nieprzytomności szampanem dla dzieci...) To chyba tyle ode mnie. ;) Matt, teraz ty!
Matt: Ja wam życzę wesołych świąt, wystrzałowego sylwestra, wspaniałego nowego roku i blablabla... A napomknę jeszcze że święta Bożego Narodzenia mimo iż są to święta chrześcijańskie zostały połączone z niektórymi obrzędami słowiańskimi a ich data została ustalona niedaleko innych ważnych świąt słowiańskich, czyli świąt wypędzania złych duchów z przybytków ziemskich (domów), jak również przebłagiwania dobrych bóstw do osiedlania się w domostwie. Ale nie będę bardziej ludzi zanudzał...
Marcos: Matt, mam nadzieję że wiesz że większości ludzi to nie interesuje?
Matt: No dobra... Więc życzę jeszcze wspaniałych i pysznych potraw, głównie ryby bo jak powszechnie wiadomo jest ona wysoce proteinowym i białkowym pokarmem a do tego ma wiele cennych minerałów, tłuszczy i kwasów m.in. OMEGA 3 i 6...
Marcos: Matt, nie nawijaj o rybach tylko składaj życzenia!!!
Matt: Dobra, to ja już na koniec... To taki jeszcze cytat: ,,Gdyby każda noc w naszym życiu mogła być jak noc Bożego Narodzenia, rozjaśniona światłem wewnętrznym..."
I na koniec dla wczucia się w święta wiersz dla was:



Ktoś miłowany tu przyjdzie
Dobre obejmą nas ręce
I będą nasze uśmiechy
srebrnym błękitem dziecięce.
Ktoś miłowany nam powie:
Tęsknotą waszą zakwitnę,
Ponad srebrnymi łodziami
ujrzycie żagle błękitne.
Jakże daleko -
daleko fala nas życia poniosła
Wszystko się ku nam przybliży:
żagle i łodzie, i wiosła.
Wszystko się ku nam przybliży
i w zachwyceniu ukaże
Dawno zgubione radości,
imiona nasze i twarze.
Gwiazdy melodią zaszumią,
struny się dźwiękiem rozpędzą.
Będziemy sami dźwiękami
i tą błękitną kolędą.




Coldy: Teraz ja! :) Jejciu, kochani, chciałabym Wam życzyć w te sweet święta duużo śniegu, ale nie takiego, który się roztapia, w sumie najlepiej by było, gdyby był jeszcze brokatowy... Dobrze, więc życzę Wam sweet brokatowego puchu lecącego z nieba, fancy przyjaciół, takich, jakich ja posiadam (kocham was :*) Jeśli ich jeszcze nie macie, to radzę Wam, wyjedźcie na obóz! Obóz świetnie wiąże ludzi ze sobą :) Oby również renifery pomalowały się wreszcie na różowo (ten brązowy wygląda na taki brudny...) i byście poznali zamiast starego, świętego Mikołaja, jego wnuczkę, Śnieżynkę. Pewna legenda mówi, że jestem z nią w pewien sposób spokrewniona. Ten Mikołaj powinien już odejść na emeryturę...

Sophie: Coldy, dosyć już tych twoich "sweet" życzeń...

Coldy: No więc, kochani, na koniec (bo jak widać moi przyjaciele nie mogą beze mnie żyć) życzę Wam, byście w przyszłości mogli doznać tego zaszczytu i mnie poznać, oraz oczywiście, byście oglądali filmy, w których (w bardzo niedługim czasie) będę występować :) Sweet Świąt, kochani :*




Sophie: Ok, więc mimo że ja, jako anglikanka, obchodzę święta nieco inaczej, to złożę Wam życzenia takie, jakie wy sobie składacie. Życzę Wam wesołych świąt, miłego kolędowania, rodzinnej atmosfery, smacznej gęsi, indyka, kurczaka czy cokolwiek jecie w Wigilię... No i dużo ciekawych prezentów. A poza tym imprezowego sylwestra.  :)
Marcos: I to by było na tyle?
Sophie: Żeby nie napastowali was dwulicowi chłopacy. Ani takie "fancy" dziewczyny, jak... No, nieważne. Teraz tak, to już raczej wszystko, jako ostatnia nie miałam jak dodać czegoś więcej, prawda?
Marcos: W święta nie będę się kłócił... Dobra, więc na koniec:


Wesołych świąt od nas wszystkich!!!

(I nie zapomnijcie pochwalić się jakie dostaliście prezenty. ;) )


Rozdział 21: Matt Solitarie


 Noc minęła nam dosyć szybko, chociaż teraz strasznie bolą mnie plecy. Nie wiem w prawdzie do której padało, ale pewnie długo. Wygrzebałem spod poduszki mój ukochany zeszyt. Muszę znaleźć jakąś lepszą kryjówkę, zanim ta różowa wariatka znowu się dorwie do moich szkiców. Odwróciłem go na ostatnią stronę i wykrzywiłem usta w geście niezadowolenia z tego co zobaczyłem, czyli błękitnego konika z tęczową grzywą, jakby żywcem wyjętego z umysłu pięciolatki. Ble...
 Wyszedłem przed mały różowy namiocik i spojrzałem na wschodzące słońce.
 To będzie ciepły dzień. Dobrze, bo musimy przejść jeszcze spory kawałek zanim dotrzemy do tego miasta. Poza tym wszystko musi oschnąć po tym deszczu.
 Ubrałem buty i podszedłem do kłody, na której wczoraj jedliśmy kolację. Usiadłem na jeszcze wilgotnym drewnie i otworzyłem szkicownik.
 Muszę jeszcze raz narysować Sophie, a wszystko przez to, że zostawiłem na chwilę mój zeszyt...
 Pracowałem już jakieś  pół godziny i udało mi się jako tako odwzorować  mój stary szkic, gdy usłyszałem głośne ziewnięcie od strony namiotu. Gdy odwróciłem głowę, zobaczyłem ziewającego Marcosa.
- Dobry... - przywitał się, wciąż ziewając.
- Hej. -  odpowiedziałem, uśmiechając się lekko. Nie mogłem ukryć mojej radości z udanego szkicu.
- A co ty tam rysujesz?
- A nic takiego. - odpowiedziałem, zamykając szybko mój zeszyt. Nie chcę, żeby ktoś jeszcze zobaczył co ja tu rysuję. Jeszcze nie daj boże Marcos też poczuje wenę i zechce zniszczyć mój biedny zeszyt.
- Oj nie bądź taki, pokaż. - Marcos stał już dosyć blisko i wyciągał rękę po mój zeszyt.
- Nie. - zamknąłem notes z hukiem.

- Jak tam wolisz. - odpowiedział bez jakiegoś szczególnego zmartwienia.
 Szybko schowałem mój zeszyt do plecaka. Razem z Marcosem postanowiliśmy poszukać czegoś na śniadanie.
- Chyba czeka nas kolejne śniadanie dla królika. - brunet próbował żartować, jednak widać było, że wcale nie jest mu do śmiechu.
- Coś się tak uwziął na te biedne warzywa? One ci nic nie zrobiły, a ty narzekasz, że musisz je jeść. Jakby nie patrzeć warzywa są zdrowsze od mięsa, mają więcej witamin i minerałów. A poza tym białko zawarte w np. soi jest lepiej przyswajalne przez ludzki organizm niż takie zwierzęce.
- Może i racja, ale ja jestem facetem i potrzebuję mięsa, a nie tylko ciągle jakiejś zieleniny. - powiedział już nieco sfrustrowany chłopak.
- W sumie też prawda, nie można się przerzucać na dietę wegetariańską z dnia na dzień, bo to zbyt duże obciążenie dla organizmu. Należało by stopniowo zmniejszać ilość zjadanych produktów pochodzenia zwierzęcego i równocześnie zastępować je odpowiednio zbilansowanym pożywieniem pochodzenia roślinnego. - odpowiedziałem.
 Marcos potrzebował chwili aby przetrawić te informacje. Następnie otworzył usta chcąc coś powiedzieć. Jednak szybko je zamknął. Popatrzył się tylko na mnie z miną mówiącą: WTF?! Skąd on to wie???

***


Szliśmy już od jakiejś godziny, standardowo w dwójkach. Obyło się bez jakichś rewelacji, choć Marcos zgrzytał co jakiś czas zębami, gdy słyszał jak Coldy coś opowiada. Nie wiem o co  dokładnie chodziło, bo nie słuchałem ich. W myślach liczyłem drogę jaką jeszcze musimy przejść aby dotrzeć na ten ich obóz.
 Zatrzymaliśmy się na obiad, na którym poraz kolejny jedliśmy tylko owoce. Coldy i Sophie przyjęły posiłek z uśmiechem, natomiast Marcos miał niemal łzy w oczach na wieść o tym, że znowu musi jeść zieleninę.
 Typowy stereotypowy facet, tylko mięso i siłowina, prawie jak mój ojciec - polowanie, a na obiad mięso z tego biednego zwierzaka którego ustrzeli. Nie jestem jakimś wielkim ekologiem, wegetarianinem też nie, ale ile można jeść sarninę albo dziczyznę? Chociaż Marcos zapewne chętnie by to zjadł...
- A właśnie - zagadałem Marcosa - co się stało z tą twoją kanapką?
- Została tam. - powiedział ponuro chłopak.
- I dobrze, pewnie już zaczęła pleśnieć. - dodała Sophie.
- Może, ale tam w środku była szynka, a to jest... To BYŁO ostatnie mięso jakie mieliśmy...
-Co?! Tam było MIĘSO?!?!?! Marcosiku jak mogłeś?! Nie chcesz być takim fancy wegetarianinem jak ja??? - spytała zrozpaczona Coldy.
- Nie, chcę normalnego obiadu, czyli ziemniaków, trochę surówki i mnóstwo mięsa. - rozmarzył się Marcos.
- Matt, weź wpłyń jakoś na swojego chłopaka, bo ma złe nawyki. - powiedziała blondynka.
- MY NIE JESTEŚMY PARĄ!!!!!! - wrzasnął już naprawdę rozzłoszczony Marcos.
- Nie krzycz na mnie i zdecyduj się w końcu czy wolisz mnie czy Matta, bo nie wiem czy zakładać konto na tym portalu dla gejów i opisywać naszą historię, czy nie.
- Nie!!! Coldy, nie waż się umieszczać w internecie swoich wymysłów! - krzyknął nieco histerycznie Marcos.
- Czyli że dalej jesteś fancy chłopakiem, z którym możemy do siebie wrócić już za... - Coldy spojrzała na swój nadgarstek, na który miała (jakżeby inaczej?) różowy zegarek, a poniżej na ręce napisane coś długopisem. Chwilę pomyślała i dokończyła wypowiedź: - Możemy do siebie wrócić już za 5 dni 7 godzin i 22 minuty.
 Marcos był już dość mocno zdenerwowany, a perspektywa Coldy gadającej mu nad uchem ciągle i ciągle o tym samym nie napawała go optymizmem. Jednak jakoś się opanował przed wydarciem się na blondynkę.
 Po zjedzeniu obiadu znowu ruszyliśmy w drogę. Przedzieraliśmy się właśnie przez kolczaste krzewy, gdy usłyszałem odgłos dartego materiału. Obróciłem się w stronę z której dochodził dźwięk. Okazało się, że to Marcos podarł spodnie. Co gorsza krzewy swoimi kolcami zmieniły jego jeans'y w podarta szmatkę, przypominającą nieco indiańską spódnicę. Wyszliśmy, z małymi trudnościami, z kolczastych krzewów, na niewielką polankę.
- Marcos, musisz się przebrać w inne spodnie, bo tak dalej nie pójdziesz. - zaczęła Sophie.
- Jakbym o tym nie wiedział! Problem w tym, że to były ostatnie czyste spodnie. Te są podarte, drugie całe w błocie, a trzecie po tygodniowym łażeniu po tym przeklętym lesie wyrzuciłem, bo były nie do odratowania. - powiedział zdenerwowany chłopak.
- To chyba zostaje ci spódniczka Coldy, bo ja też nie mam drugiej pary spodni. - dodałem, dobijając tym bruneta jeszcze bardziej.
- Ależ nie bój się Marcosiku, ja też mam takie fancy spodnie. - Pokazała jedne ze swoich spodni. - Będziesz w nich wyglądał naprawdę cudownie! - mówiła coraz bardziej zafascynowana swoim pomysłem Coldy.
 Marcos natomiast podszedł do najbliższego drzewa i walnął w nie głową w geście, jak to określił, "Totalnego załamania i dobicia.".

wtorek, 18 grudnia 2012

Rozdział 20: Coldy Canavan


-Dzwonię do telefonu zaufania, a nie widać?- jęknęłam cicho, teatralnie sięgając po moje perfumowane chusteczki.
-Coll, nie załamuj się. To był przypadek, on na prawdę nie...
-Przypadek?!-wzburzyłam się.-Jak coś TAKIEGO można nazwać przypadkiem!! Mój sweet jednorożec ma róg umorusany błotem, a ty...
 Sophie parsknęła śmiechem.
-Przepraszam, po prostu...Nieważne. Matt zrobił coś do jedzenia, chodź.
Chwyciłam swojego biednego jednorożca i powoli wyszłam z namiotu, niepewna, co zobaczę poza nim. Czy Marcosik będzie ubrany? Sophie ich chyba pilnowała, nie? Usiadłam na wielkiej kłodzie, między chłopakami. Lepiej ich nie prowokować. Jeśli Marcos czuje do Matta to, co myślałam, że czuje do mnie, to może być ciężko. Marcosik ciągle się na mnie rzucał... Sophie podała mi sałatkę z owoców leśnych i wspaniałomyślnie podzieliła się swoją herbatą.
-Kochacie się?- zapytałam wcale nie dramatycznie, patrząc na chłopaków.
Marcos zakrztusił się kanapką, a Matt zaśmiał się, chowając twarz w rękawie. Poklepałam mojego byłego po plecach.
-No co? To chyba nie tajemnica?- nie rozumiałam. Sophie rumieniąc się, poszła po swój termos, tymczasem ja ciągnęłam dalej:
-Zawsze chciałam mieć przyjaciela geja, bardziej niż takiego zwykłego, fancy przyjaciela. Wiesz, tak szczerze, gdy cię poznałam, Marco, miałam nadzieję, że jesteś gejem i jednak się nie myliłam! Widać to w twoich oczach. Jejku, coś tak poczerwieniał? Ta kanapka musiała ci zaszkodzić. Zawsze powtarzałam, że białe pieczywo...
-Coldy, spokojnie -Matt przerwał mi w pół zdania. Jejku, on chyba nie lubi, jak ktoś tak dużo mówi. Zrobiłam przepraszającą minę. Matt był trochę jak Tarzan. Mieszkał w buszu, znał las i bagna, jak dotąd nie używał komórki... Tylko, że Marcosik nie zmieściłby się w sweet wdzianko Jane...
-Ile razy mam ci powtarzać, wredny, mały chochliku, że nic mnie z NIM nie łączy?
Marcos wzburzył się, walnął pięścią w kłodę na której siedzieliśmy i poszedł za Sophie. Otworzyłam szeroko oczy ze zdumienia. Nie wiedziałam, że jest on taki nerwowy... Odwróciłam się w stronę Matta w nadziei, że będę mogła się mu zwierzyć ze swoich kłopotów. Marcos odpadł, więc Matt powinien spisać się w tej roli. Oczami wyobraźni widziałam już, jak robimy sobie wspólną sesję zdjęciową razem z Sophie, a Matt zachwyca się moim różowym bolerkiem...
-Wiem co sobie myślisz, nie będę przebierał się w twoje sukienki, ani pił jakiś popołudniowych herbatek z jednorożcami.- powiedział chłopak, nie odrywając wzroku z nad swojego zeszytu.
-Pomyliłeś mnie z Sophie- odparłam szybko, przytulając mojego biednego, ubłoconego jednorożca.
-Wiesz jak można zmyć skutecznie błoto?- zapytałam.
-Woda ci nie wystarczy?- mruknął Matt, nadal kreśląc coś na kartce.
Kurczę, o tym nie pomyślałam. Wyszłam teraz na idiotkę. A ja tak się staram pokazać z jak najlepszej strony...
-Powinniśmy niedługo wyruszać, a ci jak zwykle gdzieś poleźli.- mruknął nagle Matt.- Zostań tu, ja pójdę ich poszukać. Zbliża się burza.
Chłopak zostawił swój cenny zeszyt i pobiegł w stronę, gdzie poszli nasi fancy przyjaciele. Spojrzałam w niebo. Ja tam nic nie widzę... Czyżby Matt bał się, że Sophie mu odbije Marcosa? Jejku, trzeba to jak najszybciej spisać, bo już wszystko mi się powoli miesza. Powstał by z tego niezły serial... Dokończyłam swoją sałatkę owocową i chwyciłam zeszyt Matta. Nad czym ona tak pracuje całymi godzinami? Otworzyłam szkicownik. Las, las, patyk, strumień, nudy, nudy, on sam, Marcos, o! Ja!





Jejku, to było takie słodziutkie, że Matt mnie narysował. Szkoda tylko, że nie użył różowej kredki... Wyglądałabym jeszcze bardziej fancy. Pobiegłam do swojego namiotu ze szkicownikiem i zabrałam się do roboty. Ja też coś mu narysuję. Postawiłam swojego sweet jednorożca przed sobą i zabrałam się do dzieła. Na dworze zagrzmiało. Żeby tylko nie padało... Zniosłabym jeszcze błoto, gdyby było sweet różowe, albo chociaż świecące w ciemności... Niebo pociemniało. Wyjęłam komórkę. No nie, już dwudziesta... Znowu spóźniłam się na nowy odcinek "Plotkary". A tak liczyłam, że Matt doprowadzi nas jeszcze dziś do obozu... 

 
                                                               :*     :*     :*   

-Coldy??- zawołała Sophie.-Nie, proszę, nie. Nie mam zamiaru znów za nią biegać.
-Wiem, że coś knujesz. Trzeba było zostać tu z chochlikiem. Poradzilibyśmy sobie- mruknął Marcos.                                                                                                                                                     
Wyszłam z namiotu, szczęśliwa, że wreszcie moi fancy przyjaciele wrócili.
-Jejciu, jak tu ciemno- zaczęłam mrugać, by przyzwyczaić moje sweet oczka.
-Jakbyś mogła zauważyć: to las. Bez lampek LED, kul dyskotekowych, czy świecących ozdób na choinkę- mruknął wściekły Marcos. 
Jejku, czy oni wszyscy cierpią dziś na zespól napięcia przedmiesiączkowego?
-Gdzie mój szkicownik?- zdenerwował się Matt, szukając zeszytu pod kłodą.
-Tutaj- podbiegłam do niego i wręczyłam mu zeszyt z namaszczeniem.-Ja też coś narysowałam. Tutaj, na ostatniej stronie. Czyż nie jest sweet?- zachwyciłam się.
Sophie, która podeszła do nas skrzywiła się. Matt był zszokowany. Wiedziałam, że mu się spodoba.





-To...-nie mógł wysłowić się Matt. Wiedziałam, że mam talent, ale żeby aż tak zaniemówić?
-Dzięki, słodki jesteś- pocałowałam chłopaka w policzek.
-Zamazałaś szkic Sophie jakimiś bazgrołami!- wycedził przez zęby Matt.
Marcos, który chował zostałe jeszcze z rana śpiwory, prychnął z szyderczego śmiechu. Nic z tego nie rozumiałam. Czułam, jakby ten pobyt beze mnie w lesie oddalił mnie od moich fancy przyjaciół. Dlaczego Matt się tak zezłościł? Przecież ja tylko narysowałam jednorożca...
-Coldy, nie płacz- Sophie objęła mnie ramieniem.- A ty nie krzycz tak na nią. Nic takiego się przecież nie stało. To nie jej wina.
-A kogo to jest wina?- chłopak mruknął pod nosem.- A z resztą nieważne. Trzeba pomóc Marcosowi. Zaraz zacznie padać
I rzeczywiście, jak za wypowiedzeniem zaklęcia z nieba zaczęły spadać krople wody. Szybko zaczęliśmy upychać nasze rzeczy w torbach. Chwilę potem siedzieliśmy straszliwie ściśnięci w moim sweet namiociku.
-Coll, przepraszam za tą sytuację z rysunkiem. Po prostu nienawidzę, jak ktoś grzebie mi w rzeczach- odezwał się Matt.
-Nie ma sprawy!- rzuciłam od razu, uradowana. Pomimo strasznego ścisku byłam szczęśliwa. Wszystko jest tak jak powinno być. Cała nasza fancy paczka razem.
-Cholera- przeklął Marcos.- Moja kanapka została na zewnątrz.
Sophie wybuchnęła śmiechem. Razem z Mattem do niej dołączyliśmy. Po chwili Marcos również się roześmiał. Siedząca koło mnie przyjaciółka oparła lekko mokra głowę na piersi Matta.
-Sophie!- szepnęłam.- On jest zajęty! Chcesz, żeby...
-Nie jesteśmy gejami, Coll- Marcos spojrzał mi głęboko w oczy.
-Na pewno?- byłam zaskoczona. Przecież sama widziałam...
Matt pochylił się i pocałował Sophie. Dziewczyna uśmiechnęła się.
-Czy to wystarczający dowód?- zapytał Matt.
Kiwnęłam głową. Kulawy jednorożec!! Znowu będę musiała założyć konto na portalu społecznościowym dla gejów... Deszcz monotonnie bębnił w dach mojego sweet namiotu. Oparłam głowę na ramieniu Marcosa.
-Wiecie co? Na moje to moglibyśmy tu tak zostać do końca wakacji.- rozmarzyłam się.
-O nie!- krzyknęli wszyscy na raz.

niedziela, 16 grudnia 2012

Rozdział 19: Las pełen niespodzianek.


     Nareszcie zostałem sam. Oddaliłem się trochę od tego bagna i rozłożyłem na trawie. Podłożyłem ręce pod głowę i spróbowałem sobie to wszystko jakoś poukładać. Jednak to wszystko było tak pokręcone i denerwujące, że skończyło się tylko na jeszcze większym mętliku w głowie.
     Nie wytrzymywałem już napięcia. Szybko podniosłem się z trawy i rozejrzałem dookoła. Nie namyślałem się długo, po prostu zbliżyłem się do solidnie wyglądającego drzewa i zacząłem je kopać tak mocno jak tylko się dało, żeby nie złamać nogi.
- Cholerny las... - Warknąłem, przykładając się szczególnie do celnego kopnięcia. - Głupia Coldy... Głupia Sophie... Wkurzające miejsce... A najnormalniejszą osobą jest gość, którego nie znam! - Z furią przyłożyłem ogromnej roślinie, aż oderwał się kawałek kory. - Co ja sobie myślałem, godząc się na wyjazd z ADHD?! Co to wogóle był za chory, idiotyczny pomysł?! Od samego początku czułem, że będzie źle! - Każdemu zdaniu towarzyszył cios. Po długich dniach bez ćwiczenia dla przyjemności odczułem wręcz jakąś ulgę. - Po co ja wogóle za nią leciałem?! Na co społeczeństwu ten denerwujący, różowy chochlik?! Już wracałbym do domu... Ale nie! Idiota zawsze poleci za kimś, kogo trzeba akurat ratować! I po co? Żeby nie mieć wyrzutów sumienia?! - Nie przyznałbym tego za nic, ale mój głos zabrzmiał wręcz histerycznie. - Bez żartów! Umrzemy tu wszyscy! - Ściszyłem głos, ale przyłożyłem w pień pięścią. To był błąd. Bolało jak diabli, a do tego zrobiło się mnóstwo krwawych ranek. Spojrzałem na nie z wściekłością. Miałem gdzieś jakieś drobne ranki. Nie miałem zamiaru już nigdy przejmować się jakąś głupią krwią. - Też mi coś wielkiego! - Prychnąłem. Dla potwierdzenia swoich słów bezmyślnie znów walnąłem w pień. Rany stały się większe. I całe zabrudzone.
     Idiota. - Oprzytomniałem trochę, patrząc na krwawiące knykcie. - Teraz trzeba znaleźć butelkę z wodą i to oczyścić. Gratuluję bezmyślnego wyrzucania zapasów w błoto. No po prostu geniusz!
     Przypatrzyłem się swojemu ubiorowi. Cały byłem w na wpół zaschniętym błocie. Przypomniałem sobie, że miałem się przebrać. Niestety nie miałem pod ręką ubrań na zmianę. Właściwie to miała być tylko wymówka, żeby zostać samemu. Ale skoro już raz to powiedziałem, mogłem przynajmniej podroczyć się z innymi. Dlaczego tylko ja miałem się wkurzać? Niech dziewczyny też mają na co narzekać...
     Chociaż czy taki widok to na pewno będzie dla nich powód do narzekań? Dla Obrażonej Księżniczki pewnie tak, ale co do Coldy... A no tak, ona chciała być "wolna jak jednorożec". Więc nie powinna się mnie czepiać. Właściwie jako jednorożec powinna zwiać stąd na magicznej tęczy czy coś takiego, ale chyba nie mogę mieć wszystkiego za jednym zamachem... Dobrze że chociaż "zerwała" ze mną. Ten jeden raz mam jej za co dziękować.
     Ściągnąłem z siebie koszulkę i zastanowiłem się nad zdjęciem spodni. Niemal natychmiast zrezygnowałem. Kto przewidzi ich reakcję?
     Zacząłem slalom między drzewami do obozowiska. Zatrzymałem się jednak jeszcze za jakimś drzewem i usłyszałem fragment rozmowy Matt'a i Sophie.
- Nie musisz się zbliżać, to tylko tak przez jedną noc. Będziemy z dala od nich, na wypadek gdyby postanowili się pogodzić. A przy okazji będziemy mogli pogadać. I ich nie usłyszymy, mam nadzieję.
- Dobra, tylko rozłóżmy coś porządnego do spania. Jakby nie było jestem zmęczony po tej akcji z mokradłem. Mam nadzieję że więcej się w coś takiego nie wpakują.
- Och, spokojnie, dasz radę! To jak ich wyciągnąłeś było na pewno wyczerpujące, więc dam ci spać, jak nie będziesz miał siły na rozmowę.
- Dzięki. Ale to nie tak, że nie chcę z tobą gadać, tylko po prostu potrzebujemy dużo sił, żeby wrócić do cywilizacji, a...
- Sophie, Matt! Chodźcie szybko! Znalazłam takiego sweet ptaka, ale chyba jest ranny!!! - Zapiszczała Coldy gdzieś z daleka.
     Obrażona Księżniczka i czerwonowłosy ruszyli w tamtą stronę, na szczęście nie patrząc w moją stronę. Przeszedłem trochę dalej i wyszedłem spomiędzy drzew, rzucając koszulkę na swoją walizkę i szukając wody w plecaku. Dobrze że byli zajęci. Potrzebowałem jeszcze więcej spokoju.
     A więc to tak? Zamierza gdzieś się oddalić z Mattem i jeszcze do tego zostawić mnie sam na sam z panną ADHD? A co jeśli różowej rzeczywiście odbije i będzie próbowała do mnie wrócić?! Chyba żartuje, twierdząc że tak po prostu zostanę z tą psychopatką. Nawet jeśli byłem odpowiedzialny za nie obie, nie miałem zamiaru z którąkolwiek spędzać nocy sam na sam. A potem znów być oskarżanym o niewiadomo co. Bez przesady, aż takim typem nie jestem. I już nauczyłem się być ostrożniejszym, więc drugi raz nie dam się tak nabrać.

     Akurat oczyściłem ranki i polałem je wodą utlenioną, kiedy podeszła do mnie panna ADHD.
- Marcoooo! - Chlipnęła. - Matt powiedział, że ten sweet czerwony ptak którego znalazłam jest już martwyy! A on wyglądał naprawdę sweetaśnie! Dlaczego piękni tak szybko muszą umieeraać??? - Usiadła obok i rozpłakała się, tuląc swojego pluszowego jednorożca.
     To był niestety ten moment, w którym czlowiek głupieje i stara się po prostu pocieszyć płaczącą osobę.
     Usiadłem obok niej i przygarnąłem ją ramieniem. Wyglądała tak żałośnie bezbronnie, że nie mogłem zrobić nic innego. Pogładziłem ją po włosach i z westchnieniem próbowałem ją przekonać, że to co powiedziała nie dotyczy wcale ludzi. Skutek był jedynie taki, że schowała twarz w jednorożcu, wyjąc tym razem, że tusz jej się rozmaże.
     Dziwne. - Pomyślałem. - ADHD w życiu jeszcze się przy mnie nie popłakała. Czyżby ona też się zmieniała przez to ciągłe błądzenie w lesie?
     Siedziałem tak z Coldy w ramionach, gdy nadeszli Matt z Sophie. Czerwonowłosy jak gdyby nigdy nic udał, że nas nie widzi. Sophie za to zatrzymała się, spiorunowała mnie wzrokiem i z uniesioną głową pomaszerowała za drugim i ostatnim, normalnym członkiem tej grupy.
     Ciekawe co teraz wymyśli. Może to ja ją doprowadziłem do łez? Albo jeszcze lepiej, wykorzystuję jej rozpacz do własnych, zboczonych celów. Chyba powoli rozgryzam myśli Sophie...
     Siedzieliśmy tak jeszcze przez kilka minut, aż w końcu blondyna stwierdziła, że mam nie patrzeć i poleciała do swoich toreb poprawić makijaż. Ja wstałem i czując już chłodne podmuchy na skórze, ubrałem bluzkę na długi rękaw. Stwierdziłem, że spodni nie warto zmieniać, bo i tak zaraz byłyby brudne i podziurawione.
     W końcu wzięłem się za rozpalanie ogniska, podczas gdy Matt pomagał rozłożyć namiot chochlika. Sophie przygotowywała dwa prowizoryczne łóżka na trawie w dość dużej odległości. Każdy zajmował się swoją robotą, aż do momentu kolacji. Mieliśmy rozejść się po lesie, żeby znaleźć jakieś zapasy. Ponoć, żeby nie marnować prowiantu który już mamy. Nawet zgodziłbym się z tym planem, gdyby nie to, że oczy same mi się zamykały. Mimo wszystko jednak ruszyłem z resztą zbierać cokolwiek jadalnego. Miałem nadzieję że Matt zna się na grzybach, bo sam jakoś się tym dotąd nie interesowałem.
     Po dłuższym czasie, gdy niebo było już w głęboko ciemnoniebieskim odcieniu, rozległ się pisk Sophie. Wszyscy zlecieliśmy się  nad mokradła, sądząc że została kolejną osobą do wyciągnięcia. Jednak ona stała przy brzegu i wpatrywała się jak urzeczona w błękitne światełka unoszące sie nad bagnami.
- Duch! - Pisnęła znacznie cieniej niż normalnie.
- To wróżki!!! Fency wróżko, spełnij moje życzenia!!! - Krzyknęła ADHD.
- Latarki? Cywilizacja? Telewizor? - Mruczałem pod nosem.
- Błędne ogniki. - Powiedział głośno Matt. - Sophie, Coldy, Marcos, to tylko błędne ogniki. Powstają ze spalającego się metanu...
- To wróżki Matt! Wróżki, widzisz je?! - Pisnęła Coldy, robiąc krok w bagno.
- Coll!!! - Krzyknąłem, łapiąc ją w pasie i wyciągając. - Po ciemku nikt cię nie będzie wyciągał! - Ostrzegłem, widząc oczyma wyobraźni, jak lecę po latarkę i staram się ją wyciągnąć. Jednak wolałem zastosować choć minimalny wstrząs, żeby na siebie uważała.
- Marcosiku, puść mnie, chcę do wróżek! One mnie wyciągną! - Pisnęła, szamocząc się.
- Stój! - Krzyknąłem jej koło ucha. - Matt zna się na tych terenach, więc go słuchaj! Zapadniesz się pod ziemię, próbując gonić spalający się metan! Rozumiesz?! Nie zachowuj się jakbyś do reszty straciła rozum, tylko wracaj do obozu. To nie są żadne wróżki. - Powiedziałem dobitnie, w końcu ją puszczając.
- Chodź Coldy, wracajmy, już ciemno. Marcos ma rację, tu jest niebezpiecznie, musicie na siebie uważać. - Matt pospieszył mi z pomocą.
     W końcu skierowaliśmy się z dziewczynami do ogniska. Wyciągnęliśmy swoje zapasy jedzenia od pani Solitaire i zaczęliśmy jeść. Nikt prócz blondynki opowiadającej o tym, jak fency by się stała, gdyby spotkała wróżkę, się nie odzywał. Wszyscy skończyli swoje porcje i rozeszliśmy się do swoich "łóżek". Tego dnia była moja kolej na spanie w różowym namiocie.
- Heej, Marcosiku, dziś będę spać z tobą, cieszysz się? Musimy poważnie porozmawiać. Wiem że każdy człowiek podejmuje czasem ważne decyzje i nawet taka mega fency istota jak ja może się czasem rozmyślić. Tak sobie myślę, że...
- Coldy Canavan. - Zwróciłem się do niej poważnie, chwiejąc się na własnych nogach po tym jakże długim dniu. - Mam nadzieję że zdajesz sobie sprawę, że nawet facet potrzebuje czasem snu dla urody. - Palnąłem i schowałem się w namiocie.
     Miałem w głębokim poważaniu, co ADHD teraz zrobi. Ledwo położyłem głowę w śpiworze i od razu zasnąłem.

     Obudziłem się dość późno, sądząc po tym, jak mocno świeciło słońce przez ściany namiotu. Obok siebie zauważyłem dość drobną postać chochlika. Jeszcze spała. Uśmiechała się nawet przez sen. Coś czułem, że nie ominie nas relacja z jej sennych marzeń, gdy już się obudzi. Wstałem i wyszedłem z namiotu na świeże powietrze. Rozprostowałem kości, zesztywniałe przez spanie w namiocie jednoosobowym z drugą sobą. Koło resztek ogniska kręcił się Matt. Najwidoczniej Sophie też jeszcze spała.
     W jednej chwili zdecydowałem, że mam gdzieś wykład od Sophie czy jego zdziwienie moim zachowaniem. Podszedłem do niego i popchnąłem go w stronę lasu.
- Musimy pogadać. - Rzuciłem.
- O czym? - Spytał nieco zdezorientowany.
     Doprowadziłem go do drzewa i przycisnąłem do pnia, trzymając za ramiona. Przybliżyłem się do niego i wyszeptałem, jakby ktoś miał nas usłyszeć:
- O Sophie.
- Co chcesz wiedzieć? - Spytał wciąż nieco zdziwiony, wciskając się trochę w korę drzewa.
- Co wy tak właściwie wyprawiacie. Jesteście parą? Czy może to ona tak sądzi? Co ty o niej myślisz? - Zasypałem go pytaniami, czekając aż na któreś odpowie.
- Ale po co chcesz to wiedzieć? Podoba ci się? Czy ty przypadkiem nie jesteś z Coldy? - Zmarszczył brwi, prawdopodobnie próbując to sobie poukładać. Uprzedziłem go, nim zdążył wymyślić coś głupiego.
- Nie o to chodzi, ja...
     Przerwało mi jego spojrzenie za mnie i cichy syk. Ktoś za mną zaczerpnął glośno powietrza. Odwróciłem się, zaskoczony.
     Za mną stała panna ADHD, przypatrująca mi się dużymi, niemal okrągłymi oczami.
- Marcosiku... - Zaczęła cicho. - Mogłeś mi od razu powiedzieć, że wolisz chłopców. - Jęknęła dramatycznie. - O kim myślałeś, kiedy mnie całowałeś, co? O nie, nie przeżyję tego, zupełnie nie wiedziałam, nie spodziewałam się tego i wcale nie byłam przygotowana! Podczas pocałunku na pewno porównywałeś mnie do chłopaków, co??! A ja myślałam, że jesteś taki sweet dla mnie i ubierasz się tak fency, bo po prostu chcesz mnie poderwać!!! I co ja teraz zrobię?! Muszę to szybko gdzieś opisać... Jak to jest całować się z gejem...
- CO?! - Otrząsnąłem się z szoku i w końcu mogłem wydobyć z siebie głos. Odwróciłem się, by popatrzeć bezradnie na Matta i wtedy zorientowałem się, że przyparłem go za ramiona do drzewa, a nasze twarze dzieliło ledwie kilkanaście centymetrów. - Ale to nie tak... - Jęknąłem cicho, czując, że skronie właśnie zaczynają mi pulsować.
     Matt zaczął się głośno śmiać, co wcale mi nie pomogło.
     Umarłem. Umarłem i trafiłem w sam środek piekła.

wtorek, 4 grudnia 2012

Rozdział 18:Sophie Tania Brown


Szłam z Coldy powolnym krokiem zaraz za chłopakami. Marcos gadał jak najęty, a Matt starał się nie zgubić wątku. Coldy śpiewała pioseneczkę "mały miś, do lasu bał się iść", wymachując do rytmu swoim jednorożcem. Szliśmy tak przez prawie trzy godziny. Wreszcie Matt i Marcos zatrzymali się i zapytali, czy możemy zrobić postój na odpoczynek i coś do zjedzenia. Bez pośpiechu zjedliśmy po kanapce i ruszyliśmy dalej. Matt dalej wysłuchiwał Marcosa. Coldy też zaczeła ze mną rozmowe o ulubionych artystach, projektantach, miejscach itp. Znaleźliśmy dobre miejsce do nocowania. Chłopcy zaczeli rozbijać obóz, a ja i Coldy zbierałyśmy patyki na ognisko. W między czasie dalej rozmawiałyśmy. Kiedy skończyły jej się pomysły na partnerki dla Justina Biebera, zmieniłyśmy temat:
-Sophie, myślisz, że Marcos jest na mnie bardzo zły?
-Dlaczego tak myślisz?-zapytałam.
-Bo kiedyś było tak sweetaśnie, całowaliśmy się i wogóle, a teraz jest na mnie obrażony i mimo, że wygląda bardzo fency jak się złości, to wolałabym, żebyśmy dalej...
-Może poprostu-przerwałam jej, nie chcąc znać szczegółów- Marcos nie jest gotowy na dziewczynę...jak to ująć,żeby cię nie obrazić...tak wyjątkową jak ty.
-Myślisz, że jestem bardzo wyjątkowa?-zapytała
-Wierz mi, nie spotkałam wcześniej takiej osoby jak ty...-odpowiedziałam-więc sądze, że po prostu powinnaś...
-Wiem, co zrobię!!!-złapała mnie za ręke i pociągneła za sobą-Marcosiku!!!!!-Zatrzymali się i odwrócili w naszą stronę.
Kiedy do nich doszłyśmy, stanęła przed Marcosem:
-Wreszcie zrozumiałam, że nie jesteśmy gotowi na ten związek...
-Ale o co...-zaczął niepewnie Marcos
-Proszę, bądź taki sweet i pozwól mi skończyć. Nie chodzi o to, że mi się nie podobasz, bo wiem, że ja podobam ci się na 10000%, ale taka fency dziewczyna jak ja musi być wolna, niczym jednorożec. Widziałeś kiedyś jednorożca w niewoli? No właśnie. Więc z przykrością zakańczam ten sweetaśny związek. Ale nie martw się!!! W następnym tygodniu możemy do siebie wrócić!!!! A narazie, na pocieszenie masz Sophie!!!
Nim się zorientowałam, Coldy mocno pociągneła mnie za nadgarstek i wepchnęła prosto w objęcia Marcosa. Spojrzał na mnie z góry. Szybko odepchnęłam go od siebie.
-Nawie o tym nie myśl!!!-Warknęłam do niego.
-Ludzie, czy ja wyglądam, jak facet, który może mieć każdą dziewczynę?!-zapytał ironicznie Marcos
-Na pewno nie mnie!!!!-odkrzyknęłam mu.
Podeszłam szybko do stojącego w bezpiecznej odległości Matta. Nim dwa razy się zastanowiłam, przyciągnęłam go do siebie. Nie było czasu na tłumaczenie. Przycisnęłam swoje usta do ust Matta. Stałam tak przez chwilę, czekając na odpowiedni moment. Żeby wyglądało to realistyczniej, przejechałam dłonią po czerwonych włosach chłopaka. Po chwili odsunęłam się od niego. Z satysfakcją spojrzałam na Marcosa.Złapałam wciąż oszołomionego Matta za ręke, tak samo jak przedtem Coldy mnie.
-Idziemy z tąd- pociągnęła
m Matta w przeciwną stronę niż stała reszta naszej grupki.
Po paru krokach odwróciłam się,żeby zobaczyć to teraz zrobią. Marcos wyciągnął ręke w kierunku Coldy, jednak w połowie drogi ją zatrzymał. Spojrzał na nią, westchnął z rezygnacją, opuścił ręke i poszedł w przeciwną stronę niż my, mrucząc pod nosem "...a zresztą...".Coldy, zadowolona z faktu, że została z Marcosem sama, pobiegła za nim w podskokach.
-Sophie powiedz mi - zaczął niepewnie Matt - co to było? Znaczy, wiem, że pocałunek, ale dlaczego...
-Przepraszam cię, nie chciałam, żeby to tak wyszło. Po prostu Marcos mnie zdenerwował, chciałam mu dopiec i w pewien sposób stałeś się moją ofiarą. Ale nie przejmuj się. Ten pocałunek nie był zobowiązujący. Nie żebyś nie był fajnym chłopakiem, po prostu wiem, że mogę być trochę nachalna, jak..
-Coldy?-zgadł Matt.- Dobra nic się nie stało. Wiesz jestem facetem, a ty też nie jesteś brzydka...tylko uprzedź mnie następnym razem, gdy będziesz chciała mnie pocałować dla podstępu. Tak szczerze, to musiało to wyglądać trochę sztucznie.
-Też tak uważasz?-uśmiechnęłam się. - Nie mam wprawy w aktorskim całowaniu. Ale Marcos chyba się nabrał. Czyli cel osiągnięty.
-Jedna rada. Następnym razem nie ciągnij mnie tak mocno za włosy, ok?
Śmiejąc się z naszego nieudanego pocałunku, szliśmy jeszcze kawałek.
-To co, zgodzisz się na tą małą intrygę? Proszę, obiecuje, że jeśli kiedyś się spodkamy to będe się zachowywać jak katolicka zakonnica.
-Dobra niech ci będzie. Ale pocałunki ograniczamy do minimum, prawie do zera.
-Czyli zgoda?- wyciągnęłam do niego ręke.
-Zgoda. -Uścisnął ją, jak partner biznesowy.-Powinniśmy już wracać. Robi się ciemno, możemy się za bardzo oddalić i zgubić.
-Racja, zwłaszcza, że Coldy i Marcos poszli w drugą stronę i mogą nie wiedzieć którędy wracać.
Nagle Matt zatrzymał się gwałtownie.
-Poszli w drógą stronę?
-Tak, przed chwilą to powiedziałam.
-To znaczy, że poszli wprost na mokradła!!! Musimy ich szybko znaleźć!!!
Przestraszona spojrzałam na niego. Zaczeliśmy biec w kierunku obozu. Nie było ich tam.
-Chyba poszli tędy. - wypatrzyłam w ziemi spore wgniecenia po szpilkach Coldy.
Poszliśmy w tamtą stronę. Stąpaliśmy coraz ostrożniej, żeby przez przypadek nigdzie nie wpaść. Po paru minutach usłyszałam niewyraźne "pomocy".
-Chyba ich słyszę!!! - powiedziałam do Matta. - Ktoś woła pomoc z tamtej strony!!!
-Jesteś pewna, że ci się nie przesłyszało?
-Matt, w Angli uczono nas jak po chodzie silnika rozpoznać, czy tym autem jedzie ktoś z rodziny królewskiej, więc nie mów mi, że z takim słuchem mogło mi się coś pomylić!!!
-Dobra, spokojnie. Chodźmy zobaczyć, kto woła.
Kilka minut potem słychać było wyraźne wołanie o pomoc.Przyśpieszyliśmy. Nagle Matt złapał mnie mocno z tyłu, a ja stanęłam dwa kroki od wielkiej breji. Pare metrów dalej tkwili Marcos i Coldy, uwięzieni po pachy w błocie.
-Ale bagno -zażartowałam.
-No co ty nie powiesz!!!!!-Krzyknął w moją stronę Marcos.
-Teorytycznie to nie są bagna, tylko mokradła...-zaczął Matt
-Co za różnica!!!- Piszczała Coldy. - Moja sweetaśna spódniczka się pobrudziła!!!!
-Serio, to jest twój najgorszy problem? - Rozzłościł się Marcos. - Matt, błagam pomóż nam się z tąd wyciągnąć!!!
-Mam plan. Sophie znajdź jakiś długi i giętki kij, który mógłby robić nam jako lina. - Mówiąc to podszedł do najbliższego drzewa i zaczął się na nie wspinać.
Ostrożnie stawiając kroki zaczełam przeszukiwać okolicę.
-W sumie to twoja wina!!!-zawołał za mną Marcos
-Moja?! To ty uważasz się za pana i władcę!!!!!
-Ale to ty rzuciłaś się na Matta!!!!
-Ach tak? - wstałam trzymając w ręku wielką i mocną gałąź - A co cię obchodzi z kim się całuję?!
Podeszłam do drzewa na krórym był Matt i podałam mu moje znalezisko.
-Chyba mogę...mam prawo...Matt kiedy nas w końcu z tąd wyciągniesz?!
Spojrzałam na Marcosa z miną zwycięzcy.
-Już was wyciągam.
-Marcosiku, boje się, gdzie jest mój jednorożec?- Coldy zaczęła się wiercić, przez co zapadała się jeszcze głębiej .- Chcę wyjść z tego okropniastego bagna!!!
-Mokradła - zaczął znów zirytowany Matt - dobra Coldy, chwyć się bardzo mocno tej gałęzi i nie puszczaj, póki ci nie powiem. Zrozumiałaś?- Coldy bardzo energicznie pokiwała głową.
Chłopak rzucił jeden koniec patyka w ich kierunku.Coldy chwyciła go,jednak pomimo wysiłku Matta nie ruszyła się ani o centymetr.
-Nie dam rady wciągnąć ich na górę.-zawołał do mnie zdyszany- Musimy znaleźć inne wyjście!
Z paniką rozejrzałam się dookoła w poszukiwaniu czegokolwiek, co mogłoby się przydać.Matt zszedł z drzewa i przyłączył się do poszukiwań.
-Może wciągniemy ich tą samą gałęzią,ale z brzegu?-podałam pomysł
-Nie jest za krótka?Zresztą nie mamy nic do stracenia...
-Może wy nie, ale wierzcie mi, nie chcecie być na naszym miejscu!!!-zawołał Marcos.
-Trzeba się spieszyć, słońce zaraz całkiem zniknie za choryzontem.Spróbujmy.
-Ok.
Matt przyniósł gałąź. Stanął z nią na brzegu bagna(mokradła) i rzucił jej koniec do Marcosa.Chłopak podał ją Coldy, która od wiercenia się była ledwo widoczna z lądu. Matt zaczłą ją ciągnąć. Niedługo po tym była już na brzegu. Chciała podbiec i mnie uścisnąć, na szczęście w pore ją zatrzymałam. To moje jedyne normalne ciuchy!!!
-To miejsce wcale nie było fency!!! Dobrze,że moja sweet przyjaciółeczka i jej chłopak przybyli mi na ratunek!!!!-spojrzałam przepraszająco w stronę Matta-A gdzie jest mój sweetaśny jednorożec?!Jednorożcu!!!JEDNOROŻCU!!!-wołając,zaczęła szukać swojego pluszowego przyjacieela.
Matt rzucił koniec gałęzi z powrotem do Marcosa. Było mu ciężej go wciągać,niż Coldy. W połowie drogi gałąź wydała z siebie cichy trzask.
-Co się dzieje?-Spytałam
-Gałąź nie wytrzymuje ciężaru Marcosa, zaraz pęknie!
-Ej,to nie tłuaszcz, tylko same mięśnie-bronił się Marcos
-Mniejsza o to. Muszę znaleźć grubszą gałąź.
Póścił swój koniec kija, jednak nim odszedł pare kroków, musiał szybko znów go chwycić.
-Mokradło jest zruszone.Teraz szybciej może wciągnąć Marcosa.
-Ledwo przyniosłam tą gałąź, większej nie dam rady!
-Wiem, musimy znaleźć lepsze wyjście.
-Może ja go potrzymam,a ty pójdź poszukać dobrtego patyka?
-Dasz rade go utrzymać?
-To tylko trzymanie patyka w ręku. Tylko błagam cię pospiesz się.
Chłopak oddał mi swój koniec kija i pognał w stronę lasu.Na początku było łatwo, jednak z każdą chwilą Marcos stawał się jakby coraz cięższy.W pewnej chwili prawie wyrwał mi patyk z rąk.
-Uważaj!-krzyknęłam do niego.
-Nie robie tego celowo! Doceniam to, że tu dla mnie sterczysz, ale proszę, postaraj się bardziej!
Gdy znowu poczułam szarpnięcie,zaparłam się mocno nogami.Marcos spróbował się trochę podciągnąć, przez co przeorałam trochę ziemię obcasami butów.
-Jednorożcu!!! Gdzie jesteś!!!!Nie chowaj się!!!!!Jednorożcu!!!!-Coldy już ze łzami w oczach, pokazała się z pobliża krzewów.
-Sophie, trzymaj się, znalazłem gałąź!!!-Czerwonowłosy targał za sobą grubą gałąź, prawie dwa razy większą niż poprzednia.
Napinając wszystkie mięśnie, starałam się nie utopić Marcosa.Matt stanął obok mnie i zamachnął się końcem drugiego kija.Kiedy wylądował obok Marcosa, ten póścił starą gałąź. Nie spodziewając się tak nagłego braku obciążenia, poleciałam do tyłu, boleśnie lądując na ziemi.Wpadłam w wysoką trzcinę.Chcąc się podnieść, natrafiłam ręką na coś miękkiego.Spojrzałam w to miejsce i zobaczyłam jednorożca Coldy.Wziełam go.Kiedy wstałam, Marcos już prawie był przy brzegu. Matt wciągnął go na ląd i obydwaj padli zmęczeni na ziemię.
-Wracajmy do obozu.Jedyne o czym marzę, to odpoczynek.-westchnął Matt.
-Ja też.-Marcos spojrzał na swoje ubrania-ale najpierw się umyję.
-To co, idziemy?-zapytał czerwonowłosy.
-NIGDZIE się nie ruszę, bez mojego sweetaśnego jednorożca!!!!-piszczała ze łzami w oczach Coldy.
-To chyba należy do ciebie-podałam jej moje znalezisko.
-Mój jednorożec!!!!! Jesteś taka sweetaśna!!!!!Świat znowu jest fency!!!!!-znowu udało mi się uniknąć błotnego uścisku.
-Idźcie, ja przebiore się tu.-powiedział Marcos.
Ruszyliśmy w stronę naszego obozowiska, słuchając wyjaśnień Coldy, co wydarzyło się po naszym rozstaniu.

środa, 28 listopada 2012

Rozmowa z różową fontanną pomysłów


- Szefowo, musimy porozmawiać.
- Dobrze. O co chodzi, Marry?
- Emmm... No... Skończyłam te raporty które dostałam wczoraj iii...
- Och to wspaniale, wiedziałam że mogę na ciebie liczyć, kochana. Jesteś wspaniałą pracownicą. Jak to dobrze że przyszłaś, bo mam kilka nowych pomysłów. Na przykład zmieńmy sposób podziału pracowników. A i może... musimy ustalić jakiś sposób na premie świąteczne, nie sądzisz?
- Ale szefowo, jest połowa lipca, a tak wogóle to...
- Nie zamierzam czekać do ostatniej chwili. A wracając do tych spraw, to ktoś znowu wytoczył proces naszemu klientowi, wiesz, temu Wilkinsowi. Jest strasznie bogaty więc to nic dziwnego że ludzie chcą jego fortuny. A i mam super pomysł *chwila na wstrzymanie oddechu* zmieńmy nasz szyld z żółto fioletowego na różowy, żeby był taki sweet! O dokładnie jak moje paznokcie *pokazuje 10 brokatowo różowych paznokci z poprzyklejanymi króliczkami i kwiatkami*
- Są bardzo ładne, szefowo, ale ja...
- Tak sądzisz? To świetnie bo pomyślałam że może kazać wszytkim zrobić takie paznokcie, to byłby nasz znak rozpoznawczy, a panowie dostali by różowe krawaty z takimi sweet króliczkami!
- Nie sądzę by te dodatki pasowały do czegokolwiek, ale ja naprawdę..
- No to panom dodamy pod kolor spodnie od garnituru a paniom spódnice. O mam pomysł! Zamiast tych staromodnych plakietek przyczepimy wszystkim takie kwiatki *pokazuje papierowego słonecznika* i na nich będą imiona i nazwiska.
- Szefowo to...
- O poza tym przemalujemy ściany na jakiś lepszy kolor a i może kupimy puchate dywany, takie różowe, było by tu pięknie a no i może jeszcze na każdym biurku stał by pluszowy jednorożec. Lampki przyozdobione były by tęczami i może jeszcze o na ścianach damy kwiatki i króliczki, tak kocham króliczki, o było by cudownie, tylko jaki kolor ścian, jak myślisz?
- Ja...
- Masz rację różowe, różowego nigdy za wiele to taki modny kolor, co by tu jeszcze...? *myśli* O, no tak, poukładamy w kątach pokoi pluszaki, takie wielkie, słodkie, mięciutkie i puchate. O i przed każdym pokojem będzie puchaty sznurek.
- Puchate co?
- Puchaty sznurek, no wiesz te linki co są na galach i odgradzają celebrytów od fanów. A właśnie, w ramach promocji niech u nas zaśpiewa Justin Bieber, jest taki sławny i wszyscy go kochają jakby powiedzała Coll to taki fensy piosenkarz... O, może zorganizuję jego koncert w dzień jej powrotu z wycieczki, co? Chociaż nie, mogła by być za bardzo zmęczona. No to na następny dzień.
- O, a co do powrotu dzieci z kolonii, to miała pani od nich jakieś wiadomości?
- DZIECI!!! Coldy nie jest dzieckiem, to młoda dorosła, chociaż nie, teen's albo nastolatka to lepsze określenie.
- Ale miała pani od niej jakąś wiadomość?
- Nie, ale nie przejmuj się, na pewno za dobrze się bawią, a wracając do tego remontu, nie najpierw logo może umieścimy je na tęczy a z przodu taki bięgnący kotek? O, zobacz *pokazuje obrazek w komputerze*


to byłoby takie sweet!!! I co ty na to?
- Szefowo to chyba...
- Wiem, wiem trzeba dodać tam jeszcze brokat ,ale to tyko taki początek.
- Jest szefowa pewna że takie logo jest dobre dla firmy prawniczej?

- Co, nie podoba się? Włożyłam w nie tyle pracy i wysiłku *smutna minka* myślałam że jest idealne, myślałam że wszyscy będą zachwyceni... *chlip*
- Szefowo to nie tak ja chciałam tylko...
- JAK TO NIE TAK!!! PRZECIEŻ JA TAK SIĘ STARAŁAM, NIKT NAWET NIE DOCENIA MOJEJ PRACY! *chlip*
- Szefowo jest pani maprawdę wspaniała...
- Naprawdę? * pociąga nosem*
- Tak oczywiście... Poza tym proszę nie płakać bo się pani tusz rozmaże.
- Co? Gdzie? Jak? Mój tusz!!! O nie, to koniec potrzebuję lusterka nie chusteczek i płynu do demakijażu a zaraz skąd ja tu wezmę mój podkład i błyszczyk i róże i błyszczące cienie do powiek...! Aaa, to koniec, co ja zrobię z rozmazanym tuszem?!
- Szefowo tylko spokojnie, to tylko taki żarcik.
- Żarcik? Żarcik?! Ja tu od zmysłów odchodzę a ty mi mówisz że to żart? No nic mówi się trudno. A teraz przemyśl sprawę remontu i nikomu o tym nie mów, to ma być niespodzianka na jutrzejsze zabranie. No to papa!
- Ale, ale ja chciałam...
- Żadnego ale, mam dużo pracy.
Marry wychodzi z gabinetu szefowej

*** Podczas przerwy obiadowej***

- John próbowałam rozmawiać z szefową, ale ona wogóle nie słucha, a przecież tu chodzi o nasze dzieci!
- Ach, wiedziałem że nic z tego nie będzie. Ja z nią porozmawiam. Postawię sprawę jasno.

***Powrót z pracy - John za kierownicą smochodu***

- Ja nie wytrzymam, ta kobieta jest niemożliwa.
- Skarbie uważaj na drogę i powiedz co się dokładnie stało.
- *Głęboki wdech* Poszedłem do niej, zapytałem się co z Marcosem a ona że to nieważne i że mamy się teraz zająć jakimś remontem. O, na dodatek sypnęła we mnie brokatem.
- A to z tąd ten różowy poblask na koszuli
- To świństwo jeszcze tam jest?! *Zdejmuje jedną dłoń z kierownicy i zaczyna strzepywać różowe opiłki z koszuli*
- John patrz na drogę, jeszcze spowodujesz jakiś wypadek. Są godziny szczytu, o stłuczkę nie trudno.
- Dobrze już dobrze, ale jutro jeszcze raz spróbuję przemówić tej babie do rozumu.
- Idę z tobą. Jeszcze zrobisz coś czego będziesz żałował.
- A jak tam chcesz.

czwartek, 1 listopada 2012

Rozdział 17: Matt Solitarie


     Usłyszałem krzyki. Zobaczyłem zrywającego się do biegu Marcosa, a potem Sophie. Spojrzałem na rodziców. Oboje byli bardzo zdziwieni. Szybko chwyciłem plecak i założyłem buty. Krzyknąłem do rodziców, że ,,muszę ich dogonić, bo skoro nie znają tego lasu zaraz się zgubią i jakby co zadzwonię na komórkę mamy". Wybiegłem z domu. Przebiegłem szybko przez polankę i przeskakując przez niewielki krzew wbiegłem między drzewa. Z przodu majaczyła mi mała różowa kropka, pewnie spódniczka Sophie. Kolor ten okropnie raził w oczy, ale przynajmniej odznaczał się od brązowych pni i spowijających wszystko dookoła zielonych liści. Biegłem więc za denerwującym różowy punkcikiem, starając się przy okazji zorientować dokąd w zasadzie się kierujemy. Minąłem już jedno wielkie rozłożyste drzewo wierzby płaczącej i fikuśnie powykręcany klon, na którym zawsze bardzo lubiłem siadać. Z reguły dojście do tego miejsca zajmowało jakieś pół godziny, ale teraz błyskawicznie pokonałem ten dystans. Jednak to nie koniec, dziewczyny biegły dalej, no i Marcos też był z nimi. Usłyszałem szum wody. (Czyżbyśmy już dobiegali do strumienia?) Zacząłem rozglądać się po czubkach drzew. Zobaczyłem 4 "górki" w liściastej koronie. To były wierzchołki topoli. (Nie dość że odbiegamy coraz dalej od domu to jeszcze wchodzimy coraz głębiej w las.) Minąłem kolejne wielkie drzewo, a uświadomiwszy sobie, że tym biegiem tylko nadkładamy sobie drogi powrotnej, przyspieszyłem. Musiałem jak najszybciej ich dogonić. Przebiegałem koło kolejnych charakterystycznych drzew i kamieni, ale nie miałem już czasu zastanawiać się jak daleko się zapędziliśmy. Bardziej martwiło mnie że będziemy dosyć długo wracać, a jakby nie patrzeć wziąłem chwilowo odpowiedzialność za tę trójkę.
     Oni przecież nawet nie znają tego terenu, przecież może im się coś stać! Zaraz czy mijałem już ogromny kamień przypominający łódkę? Założę się ze tak, chyba jakieś 5 min temu. Za tym kamieniem zaczynają się nierówności terenu, mogą wpaść w jakiś wąwóz albo wejść na torfowiska... Rany jak któremuś się coś stanie to będzie moja wina, moja, tylko moja! Muszę ich szybko dogonić.
     Mała różowa kropeczka zatrzymała się koło drugiej różowej i kolejnej niebieskiej.
     To oni. Jak dobrze że stanęli. Mam nadzieję że nikomu się nic nie stało. Oby.
     Szybko podbiegłem do nich i oparłem się o pień pobliskiego drzewa próbując złapać oddech. Niesamowite ile adrenalina potrafi dać człowiekowi energii. Biegłem jakieś 40 minut szybkim sprintem i nie padłem z wycieńczenia, to się nazywa sukces.
     Zobaczyłem że Sophie też stoi i ciężko dyszy, a Marcos padł na ziemię i teraz leży i sapie jak parowóz. Koło bruneta leżała Coldy, obrócona na plecy i z ułożonymi pod głową rękoma patrzyła w niebo. 
- Poparzcie, ta chmurka wygląda jak mój sweet jednorożec! - krzyknęła blondynka pokazując palcem w górę. 
     Spojrzeliśmy na nią zdziwieni. Jak ona mogła po tak wyczerpującym biegu nawet się nie zdyszeć i do tego patrzyć sobie spokojnie na chmury, gdy nie wiadomo gdzie jesteśmy? Marcos był chyba podobnego zdania bo jego mina wrażała teraz zdenerwowanie. Miał chyba nawet ochotę krzyknąć, ale jakoś się opanował.
- Matt? Gdzie my jesteśmy? - pytanie wyrażało zdenerwowanie i obawę, Marcos chyba nawet się trochę bał, ale nie mogę tego stwierdzić, to tylko takie luźne przypuszczenie
- Gdzieś w lesie, daleko od mojego domu, ale przynajmniej nie weszliśmy jeszcze na bagna - odpowiedziałem dosyć spokojnie, starając się wyczuć jak bardzo czarnowłosy jest zdenerwowany.
- Bagna? BAGNA!!! Moja sweet spódniczka sie pobrudzi!!! - pisnęła Coldy od razu stając na nogi.
- Coldy, nie obchodzi nas twoja spódniczka, mamy o wiele większe kłopoty. - wycedził przez zęby Marcos, a następnie dodał już normalniejszym tonem - Matt, nie wiesz jak daleko jest stąd do ciebie do domu albo chociaż do tego miasta?- zapytał z nadzieją w głosie
- Hmm... jak ruszymy od razu to jutro po południu doszlibyśmy spacerkiem do miasta. A do mojego domu będzie z... - Coldy przerwała mi nagłym piskiem.
- NIE nie nie ja nie wracam do domu tych barbarzyńców!!! Mój sweet misiaczek wisi u nich na ścianie, w dodatku jedzą mięso i nie mają ani jednego fency pokoiku!!! To nie sa normalni ludzie! Ja tam nie wracam, nie ma mowy! - machała głową na prawo i lewo, chyba miała łzy w oczach, ale nie widziałem dokładnie.
- Przestań marudzić, musimy szybko wyjść z tej dziczy! Nie obchodzi mnie że nie chcesz! Wracamy do domu Matta! No już, ruchy!!! - Marcos zaczął wydzierać się na Coldy, gdy blondynka już prawie płakała.

     Gdy zielonooki dalej mówił co mu ślina na język przyniesie, do akcji wkroczyła Sophie, próbując jakoś udobruchać Marcosa i pocieszyć Coldy. Niestety odniosło to odwrotny skutek. Marcos zaczął wymyślać na obie i wkrótce również Sophie została zmieszana z błotem. Później odpowiedziała Marcosowi tym samym i zaczęła się kłótnia. A ja tak bardzo nie lubię jak ludzie sie kłócą, że postanowiłem jakoś to załatwić.
- Dobra to idziemy do tego miasta - zarządziłem bezceremonialnie i wyjąłem z plecaka czarny gruby notes. po czym spojrzałem na jedną z jego kartek. Była to narysowana przeze mnie mapa. No cóż nie jestem dobrym kartografem, ale to jedyna mapa tego lasu jaka wogóle istnieje. - Musimy przejść obok bagien i dojść do kamiennego kręgu, a później przez sosnowy lasek. - dodałem napotykając zdziwione spojrzenie moich przymusowych towarzyszy.

     Schowałem zeszyt i ruszyłem przed siebie. Chwilę potem dobiegł do mnie Marcos, a jakieś 2 metry dalej szły Sophie oraz Coldy.
- Co jest? - zapytałem Marcosa, który zagryzał wargę, najwyraźniej usilnie o czymś myśląc.
- Nie nic tylko... a dobra, nieważne. - powiedział ze zmartwioną miną.

     Pewnie nie chciał mnie zanudzać ale po prostu widac było, że musi się przed kimś wygadać.
- Nie "nieważne" tylko mów co ci leży na sercu
- No więc... Znowu jesteśmy w lesie, ja mam ich już serdecznie dosyć, a nie minęła chyba nawet godzina! Poza tym chyba nie wytrzymam znowu sam na sam z tymi wariatkami- Marcos rozgadał się na dobre.

     To będzie długi marsz i zapewne jeden z najbardziej gadatliwych dni w moim życiu, ale chyba dam radę to jakoś przecierpieć...

piątek, 12 października 2012

Rozdział 16: Wracamy?


A spróbujcie narzekać na to że za długie... (Chociaż i tak się pewnie nie odezwiecie, ale ostrzegam... Pisałem to 4 dni, nie mówiąc o czasie jaki czekałem z poprawkami.)
Mam nadzieję że nota się spodoba. Wcale nie chciało mi się pisać. :/

     Szedłem w ślad za Sophie uwieszoną na jakimś nieznajomym chłopaku i starałem się połączyć ze sobą fakty.
     Zachowałem się jak ostatni debil mdlejąc kiedy wyciągała mi kamyki z rany w ręce. Ale czy to moja wina że boję się krwi? Gdybym bał się os czy pszczół byłoby spoko, a krwi już nie można się bać?! Dobra, wiem, to zupełnie niemęskie, ale przecież nikt sobie fobii nie wybiera... Eh, zostawmy ten temat... Co poza tym? A, tak. Pocałowałem ją. Dlaczego? No... To było właściwie przypadkowe... Przywidziała mi się... Amanda. Tak, nie wiem dlaczego myślałem, że to ją akurat całuję. Tylko dlaczego chciałem pocałować swoją przyjaciółkę? Teraz myśl o niej wywołuje tylko te skojarzenia co zwykle... Po prostu zawsze była dla mnie ostoją normalności w tym porąbanym świecie... Może to o to chodziło? Teraz nic nie jest normalne. Wplątałem się po uszy w jakieś gierki dziewczyn i sam już nie wiem co o tym wszystkim myśleć. Coldy wiesza się na mnie mimo że ja przecież jej nienawidziłem jeszcze jakiś tydzień temu... A Sophie zachowuje się jak obrażona księżniczka i wiesza na pierwszym lepszym napotkanym facecie... Świat oszalał. Może powrót do cywilizacji tak na mnie działa, ale chyba wraca mi normalne myślenie. Dobrze, niedługo wrócę do domu, odprowadzę bezpiecznie ADHD i Obrażoną Miss Obrażania a potem wrócę do  NORMALNEGO domu i do NORMALNYCH wakacji, które prawnie przecież należą się mojemu odpoczynkowi. To co się ostatnio działo zdecydowanie nie było normalne. Ale to już koniec...
     Wsiadłem do zielonego land rover'a należącego do ojca Matt'a, wchodząc tuż za Coldy. Zamyśliłem się tak że docierały do mnie tylko strzępki opowieści ADHD. Momentami po prostu wstydziłem się za nią, ale co mogłem poradzić?
- Więc... Daleko jest stąd do miasta? - Spytałem, przerywając chochlikowi opowieść.
- Samochodem nie, chociaż pieszo pewnie daleko. Teraz jedziemy do nas, całkiem niedaleko miasta, żebyście mogli się umyć, przebrać i wogóle... Przypuszczam, że przyda wam się prysznic i syty obiad, zanim wrócicie do domów, prawda? - Zaśmiał się ojciec Matt'a.
- Jasne. Nie planowaliśmy błąkania się po lesie kilka dni, więc szczególnie jeśli chodzi o obiad... -
Zaśmiałem się z nerwów. Wprost czułem ssanie w brzuchu na myśl o ciepłym posiłku złożonym z czegokolwiek czym się najem. Frytki, ziemniaki, ryba, kurczak, mięso... Gdybym szybko nie przełknął, zacząłbym się ślinić.
- Jasne, dobrze to rozumiem. Matt, zadzwoń do Rose, niech zrobi późny obiad dla całej grupy.
     Blondyn wykręcił numer do Rose, Coldy wróciła do opowiadania o swoich przygodach, płynnie przechodząc do porównywania "swojego traumatycznego przeżycia" z fabułą filmów których musiała sporo obejrzeć przed wyjazdem. Sophie wyglądała przez okno odwracając się do mnie niemal całkiem tyłem. Chciałem już tylko dojechać na miejsce. Zaczynałem czuć się zmęczony.
     W końcu dojechaliśmy przed całkiem spory drewniany dom stojący na ogromnej polanie. Wyglądał całkiem nowocześnie i był naprawdę duży jak na domek w lesie.





- Oooch! - Pisnęła Coldy. - Ale on miał być na drzewie!!! Ten jest za duży żeby go postawić na drzewie! Pomyliliście się w obliczeniach, prawda? Nie martwcie się, też tak często mam na matmie...
     Rzuciłem jej zniecierpliwione spojrzenie którego i tak nie zauważyła, po czym wysiadłem. Matt podszedł do mnie szybko i spytał:
- Ona tak ciągle gada?
- To dopiero początek. - Przytaknąłem.
     Chochlik w końcu wygramolił się z auta i podszedł, chwytając mnie za rękę i ciągnąc zawzięcie w stronę najbliższego budynku. Zaczęło się ściemniać, więc uparła się, że chce obiec dom dookoła i jeszcze zanim się ściemni zobaczyć "czy jest w nim coś fency, bo ten pomarańczowy jest zdecydowanie passé". Krzyknąłem więc że zaraz wrócimy i zrobiliśmy kółko wokół posiadłości Matt'a i jego rodziców.
     Swoją drogą ciekawe, jak jej się udaje biegać na takich długich szpilkach? Ile dziewczyn na świecie tak potrafi? Wcześniej jakoś o tym nie myślałem...
     Kiedy dotarliśmy spowrotem, przed drzwiami stał blondyn, czekając na nas. Zacząłem się zastanawiać gdzie jest Sophie i jakim cudem mogłem ją zostawić tak wśród obcych.
     Jej wina. Gdyby się nie wieszała na nieznajomych poszłaby za nami albo chociaż nie znikała tak nagle. Mam tylko nadzieję że nic jej się nie stało... W końcu moim zadaniem jest jej pilnować.
- Gdzie Sophie? - Spytałem czekającego na nas Matt'a, kiedy już się zbliżyliśmy.
- Poszła się wykąpać. Kazała mi przekazać dokładnie to: "Jeśli macie zamiar biegać w kółko jak jakieś dzieciaki to proszę bardzo, ale beze mnie. Ja mam zamiar zachować się jak cywilizowany człowiek i w końcu wykąpać się bez obaw o swoją prywatność." - Tu spojrzał na mnie z, jak mi się przynajmniej wydawało, lekkim zdziwieniem. - No a ja zostałem żeby was wprowadzić do domu i pokazać co gdzie jest.
- Jasne, dzięki. - Odezwałem się uprzedzając Coldy.
- Ja chętnie bym obejrzała twój fency domek od środka, ale chce mi się tak strasznie spać... - Powiedziała z żalem Coldy. - Pokażesz mi gdzie jest druga łazienka?
- Jasne. Chodźmy, zaprowadzę cię do łazienki, a potem pójdziemy z... Eee... Marcosem, tak? Wypakować wasze torby z bagażnika.
- Coll, poczekaj...
- Nie. - Przerwała mi. - Ty nic nie mów. Powiem ci, kiedy wolno ci się do mnie odezwać. - Powiedziała nawet na mnie nie patrząc. - Prowadź do siebie. - Odezwała się do Matt'a.
- Jasne, już prowadzę. - Odwrócił się w stronę drzwi.
- Ach! Marco, przynieś mi moją torbę, dobrze? Może tak odpokutujesz swoje winy... - Westchnęła teatralnie.
- Dobra, to Marcos przyniesie ci torbę, a ja pójdę z tobą. No, chodź już. - Uśmiechnął się do niej  przyjaźnie a ja poczułem że zaczynam być wściekły. - Torby są w bagażniku. - Powiedział jeszcze. Otworzył bagażnik i wszedł z Coldy do domu.
     Co on sobie myśli?! Najpierw właściwie pozwala wieszać się na sobie Obrażonej Księżniczce, a teraz zwala na mnie noszenie bagaży zamiast pomóc... I do tego ot tak po prostu zgadza się z Coldy. Większość ludzi jej nie cierpi, a on się do niej uśmiecha! I w kółko się koło niej kręci. Tylko mi się zdaje, czy on trochę przesadza? Tak jednego dnia przystawiać się do obu...? No nie! Dobra, nie powinienem tak myśleć. Sam popełniłem ostatnio dużo więcej błędów. Pozwoliłem Coldy się do mnie zbliżyć, a potem jeszcze pocałowałem Sophie. Coprawda nie powiem, żeby to wszystko było z mojej woli, ale przecież nie zmienia to faktu, że pewnie mają mnie za chama. Może i mi się należy? Wolałbym tylko ochronić je przed zagrywkami tego gościa, no ale... przecież nikt nie twierdzi, że on też robi to wszystko celowo. Może ja przesadzam? Spotkanie innego chłopaka po tak długim czasie spędzonym tylko z dziewczynami powinno wyglądać trochę inaczej. Cholera! Nie, nie będę się martwił z powodu tych dwóch wariatek. Powinienem lepiej poznać tego blondyna, zanim zacznę go osądzać. Muszę wrócić do normalności. Przebywanie z tymi dwiema raczej nie jest dobre dla mojej psychiki.
     Doniosłem torby dziewczyn przed próg i wróciłem po swoją. Moja przynajmniej była jedna. Otworzyłem drzwi i wniosłem wszystkie nasze bagaże, wołając przy okazji dobry wieczór. Mimo że głupio się czułem, wolałem dać znać o swoim istnieniu niż przeszukiwać pokoje. Po chwili przyszedł Matt i podniósł większość torb dziewczyn, lekko się chwiejąc. Chwilę później odłożył dwie torby Coldy i spojrzał na mnie wyczekująco. Wziąłem resztę i poszedłem za nim.
- Ile tak się błąkaliście po lesie?
- A co dzisiaj jest?
- Wtorek.
- Acha... A dzień miesiąca? - Spytałem niepewnie.
- 10 lipca.
- No to 5 dni. - Odparłem spokojnie.
     Zatrzymał się i spojrzał na mnie zdziwiony. Prawie na niego wpadłem.
- Pięć dni? Żartujesz? Jak wytrzymałeś z tymi dwiema tyle czasu?
- Eem... - Teraz to ja byłem zaskoczony. - No jakoś... Może nie było łatwo, ale chwilowo zjednoczyliśmy się żeby dojść do celu. Wiesz, momentami nawet nie były takie złe... - Dodałem bez przekonania, starając się przypomnieć sobie moment w którym wszystko było ok. Nasuwały mi się tylko pocałunki z ADHD, ale w tej chwili to wcale nie sądziłem że to OK.
- Serio? - Jego mina wskazywała na to, że raczej mi nie wierzy.
- No... - Doszedłem do wniosku, że wolę nie plątać się w kłamstwa. - W sumie to nie. Nie uwierzyłbyś jakie to uciążliwe utknąć z tymi dwiema na tak długo, sam na sam w lesie... Zero prywatności, w kółko tylko jakieś nieporozumienia i podejrzewanie mnie o całe zło tego świata. - Westchnąłem. - Nawet nie będę ci streszczać jak trudno się z nimi dogadać. Ale wiesz, to nie jest tak, że były same minusy. Od czasu do czasu zdarzały się miłe chwile... Nawet jeśli nie za często.
- Hmmm... W sumie nie miałeś wyboru, nie? - Zauważył moje pytające spojrzenie. - Tak się zastanawiałem jak ja bym się zachował na twoim miejscu. - Wyjaśnił. - Ale skoro nie miałbym wyboru, to dużo zmienia. - Zakończył rozmowę.
- No w sumie. - Mruknąłem.
     Doszliśmy do jego pokoju, gdzie kazał mi zostawić torby.
     Rozejrzałem się trochę. Pokój wyglądał dość zwyczajnie. Wschodnią ścianę zajmowało ogromne okno, na którym zwieszały się białe szerokie żaluzje. Poniżej okna znajdował się szeroki parapet, pod którym rozstawiono niskie regały z książkami, płytami, kartkami i różnymi przyborami do pisania i rysowania. Trochę bliżej środka pokoju ktoś postawił wygodne pufy. Między nimi stał teleskop, skierowany w stronę okna. Przy północnej ścianie stała brązowa ścianka z biurkiem (na którym stał komputer i walało się mnóstwo kartek) i łóżkiem na piętrze (na którym leżał komplet pościeli i poduszki w kolorze czerwonym). Nad biurkiem zawieszona była tablica korkowa z mnóstwem kartek z notatkami, rysunkami i zdjęciami. Po bokach biurka i pod resztą ścian stały zamknięte brązowe szafy i różne półki wypełnione głównie książkami i "wypełniaczami miejsca" czyli rzeczami które nie miały żadnego praktycznego zastosowania, ale można je było pooglądać. Podłoga miała kolor brązowy i przykrywał ją w większości czerwony, dość miękki dywan. Ściany były dwukolorowe - południowa i zachodnia czerwone, a północna i ta z oknem białe.
     Nic nadzwyczajnego. - Podsumowałem w myślach.
- Miałem przynieść Coldy jej torbę. - Przypomniało mi się. - Gdzie ona się kąpie?
- Chodź. - Westchnął Matt. - Potem pójdziemy do jadalni.
     Zapukałem do łazienki w której kąpała się ADHD, położyłem torbę pod drzwiami i zszedłem z blondynem na dół do jadalni. Jego rodzice już jedli. Przedstawiłem się, podziękowałem za wybawienie z tego przeklętego lasu i gościnę i usiadłem do stołu. Zabrałem się za jedzenie, które podłożyła mi mama Matt'a. Całkiem ładna, młoda kobieta o bląd włosach i zielonych oczach podłożyła mi pod nos talerz wypełniony po brzegi jeszcze parującymi ziemniakami z sosem grzybowym i jakiś mięsem. Wszyscy byli na tyle mili, że nie skomentowali mojego apetytu i wstrzymali się z pytaniami do momentu aż zjadłem. Potem dopiero odłożyłem talerz i naprawdę zadowolony podziękowałem za posiłek. Wtedy zaczęły się pytania. Chyba najwięcej ich zadała mama Matt'a. Skąd jesteśmy, jak się zgubiliśmy... Właściwie opowiedziałem im całą historię od początku. Wyjaśniłem sytuację, a pani Solitaire (bo tak miała na nazwisko ich rodzina) powiedziała mi, że będziemy tu nocować a jutro po południu ojciec blondyna odwiezie nas na pociąg prosto do domu. Pan Solitaire pokiwał głową i wyjaśnił mi jak mamy rozlokować się na noc. Dziewczyny miały spać na dwuosobowym łóżku w pokoju gościnnym, a ja mogłem położyć się na rozkładanej kanapie w salonie. Odpowiedziałem że ten układ jak najbardziej nam pasuje. W tym momencie do kuchni weszły Sophie z Coldy. Ta pierwsza obrzuciła mnie obojętnym spojrzeniem i dosiadła się do stołu obok Matt'a, a chochlik usiadła krzesło obok mnie i oznajmiła, że nie toleruje mięsa.
     Wieczór minął tak jak powinny mijać wieczory w normalnym domu - dziewczyny zagadały się z panią domu i Matt'em, a ja skoczyłem pod prysznic i w końcu zacząłem wyglądać jak człowiek a nie dzikie zwierze. Potem wszyscy rozeszli się do swoich pokojów, a ja złapałem za telefon i wyszedłem przed dom. Z ulgą odkryłem, że jest zasięg. Nawet nie zdążyły dojść powiadomienia o nieodebranych połączeniach i sms-ach, a ja już wybierałem pierwszy lepszy numer z listy.
- Halo? Marcos?! - Odezwał się zdziwiony głos w słuchawce. - Stary! Od pięciu dni próbuję się do ciebie dodzwonić... Wszyscy próbują!!! Co za zaszczyt mnie kopnął, że postanowiłeś się odezwać? - Steve był chyba nieźle zaskoczony.
- Zabrali mi telefon na dobry początek obozu. Wiesz, świat pierwotnych ludzi... - Zaśmiałem się nerwowo, przypominając sobie o warunkach w jakich ostatnio żyłem.
- Gościu, to nie jest normalne... Przecież można było chociaż szybko napisać sms-a że zabierają telefony. A tak cała grupa do ciebie wypisuje i zero odezwu.
- Sorry, to było tak nagle, że nie zdążyłem. Wogóle tu jest takie odludzie człowieku... Ledwie złapałem zasięg. - Skłamałem gładko.
- No jasne. Ale mów co u ciebie! Jak idzie przetrwanie?
     Doświadczyłem małej retrospekcji z ostatnich pięciu dni i aż ciarki przeszły mi po plecach.
- Wiesz, od rana do nocy prymitywne warunki i zawalenie ciężarami. Cholera, żebyś ty to widział... Wszystkie mięśnie mnie bolą. To coś więcej niż siłownia.
     Po drugiej stronie mój przyjaciel parsknął śmiechem.
- No, przynajmniej cieniasom dostaje się wycisk! Ty przynajmniej dbasz o kondycję, a co zrobi taki chuderlak z w-f'u? Chyba że... - Zrobił krótką pauzę. - No nie, nie mów że im pomagasz!
     No tak, w sumie to logiczne że mnie podejrzewa... Jakby nie było, to ja mam skłonności do ciągłego pomagania innym, nawet jeśli nie muszę... Na przykład Coldy i Sophie. Kurde, on ma rację! Znów niepotrzebnie dbałem o wszystkich wokół! - Wyrzuciłem sobie w myślach.
- Ech... - Westchnąłem. - No wiesz... W końcu tu są też dziewczyny...
- No nie! - Jęknął Steve. - Chłopie, weź się za siebie. Ciebie wszystko boli a oni pewnie cię wyśmiewają za plecami. Daj spokój, nawet jeśli to dziewczyny to albo niech sobie radzą, albo wracają do domów! - Pouczył mnie.
- Gościu... -Westchnąłem. - Ty pewnie sobie z tego sprawy nie zdajesz, ale niektóre potrafią biegać w SZPILKACH... Co ja poradzę że nie mogę na to patrzeć? Idzie taka i dźwiga na plechach kilkadziesiąt kilo...
- Szpilkach?! - Przerwał mi. - Marcos, zwiewaj!!! To jakiś dom wariatów, nie obóz przetrwania! Po co ty tam jeszcze siedzisz?!
- No cóż, to moja kara. A poza tym są tu też inni normalni ludzie... - Przez chwilę przypomniał mi się Matt. - Nie jest tak źle. Z niektórymi idzie się dogadać.
- Jak wolisz. - odpowiedział mój przyjaciel. - Ale żeby nie było że nie ostrzegałem!
- Jasne. - Uśmiechnąłem się. - Muszę już kończyć, nie wiadomo czy zaraz nie każą oddać komórek... -
Skłamałem znów. - A tak wogóle to pozdrów ode mnie resztę. Nie zdążę do wszystkich podzwonić ale możliwe że już niedługo wrócę. Zrobimy sobie jakiś mały wypad, co? - Zaproponowałem.
- Jasne, niedługo mamy w planach kręgle. Jak zdążysz to dołącz do mojej drużyny.
- Spoko. Zaklepane. To pozdrów resztę. Cześć!
- Jasne, Dobranoc. - Rozłączył się.
     Odbębniłem przyjaciół, została mi jeszcze jedna osoba do której chciałem zadzwonić. Miałem złe przeczucia a tylko ona mogła mi pomóc.
- Halo, Amanda? Sorry że tak późno...
- MARCOS!!! - Niemal odskoczyłem od słuchawki słysząc jej rozzłoszczony krzyk. - Co ty sobie do cholery wyobrażasz?!
- J-ja? - Spytałem zszokowany. - To ty mnie właśnie ogłuszyłaś...
- Jasne że ty, idioto! - Zamarłem na jej słowa. O co jej chodziło? Nigdy mnie nie przezywała, chyba że wpadała w furię... Ale dlaczego? - Pięć dni! Pięć dni do ciebie dzwonię! A ty ani słowa, tylko poczta głosowa! "Cześć, tu Marcos, jak masz coś ważnego to mów po sygnale." Nagrałam ci z 14 wiadomości! Puściłam około 20 sms-ów! A ty nadal nie wiesz, o co chodzi?! Gdzie zniknąłeś?!
     Ona jedna wiedziała jak na miejscu zrobić mi wyrzuty sumienia żebym powiedział jej wszystko.
- Wiesz... Opowiem ci wszystko. - Westchnąłem. - Tylko proszę, już się uspokój... I nie krzycz tak na mnie. - I opowiedziałem jej pokrótce o prawdziwych wydarzeniach z tych 5 dni, zaczynając od momentu w którym wróciłem z zakończenia roku i dowiedziałem się że mam gdzieś wyjechać z panną ADHD. Pominąłem tylko fakt kto mi się przywidział, kiedy całowałem Sophie po przebudzeniu.
     Na początku dużo mi przerywała, robiła wyrzuty, komentowała i pouczała, z czasem jednak coraz bardziej wsłuchiwała się w to co mówię przerywając tylko od czasu do czasu, odpowiadając ze zrozumieniem, którego wręcz nie rozumiałem. Jak mogła tak po prostu powiedzieć o mnie "biedactwo" kiedy mówiłem jej o konsekwencjach pocałunku z Sophie? W końcu zamilkła i odezwała się dopiero kiedy powiedziałem, że jutro powinienem wrócić, bo ojciec Matt'a nas odwiezie na dworzec.
- Ok. Mam nadzieję że tym razem nie będziesz na tyle głupi żeby wogóle ruszać się z przedziału, nie mówiąc o pociągu. No i dojedź cało, bo jak nie... - Zrobiła efektowną pauzę, w której wyobraziłem sobie jej reakcję na moje ponowne zniknięcie. - Jak dojedziesz od razu zadzwoń.
- Jasne. Amanda... - Zawachałem się. - Wiesz, ja nie jestem na tyle głupi żeby się ruszać gdzieś poza plan. Ale te dwie... To będzie trudne, utrzymać je przy sobie. Mam złe przeczucia. Błagam, jeśli nie dojadę najpóźniej pojutrze powiadom rodziców o tym co mogło się stać. Teraz sądzą pewnie że jesteśmy na obozie, ale lepiej żeby zaczęli nas szukać jeśli nie dotrzemy.
- Masz to jak w banku. Powodzenia z tymi dwiema. Biedactwo. - Dorzuciła. - Wylądować akurat z NIĄ w takiej sytuacji... To jeszcze trochę potrwa, zanim ona się odczepi i zacznie stroić te swoje głupie fochy...
- Nawet nic mi nie mów. - Znów poczułem jakiś ucisk w żołądku. - A, i jeszcze jedno. Proszę, nie mów chłopakom gdzie i z kim jestem. Oni mają sądzić że jestem na obozie przetrwania. Za wszelką cenę chcę podtrzymać tę wersję.
- Jasne. Dobranoc.
     Rozłączyłem się i wróciłem do domu rodziny Solitaire. Czułem się w jakiś sposób odprężony po tym całym dniu. Szybko zasnąłem.
     Następnego dnia wszystko było raczej zwyczajne. Na dobry początek dnia obudził mnie Matt, dziś już czerwonowłosy. Kiedy Coldy spytała go:
"- Co zrobiłeś ze swoimi sweet blond włoskami?
     Odpowiedział tylko:
- Aaa, znudziły mi się. Pomyślałem że czas na jakąś zmianę."
     Potem wszyscy wzięliśmy poranny prysznic, zjedliśmy śniadanie, przebraliśmy się, spakowaliśmy, dostaliśmy zapasy na drogę od Rose i podziękowaliśmy za gościnę. Ja i dziewczyny trzymaliśmy już swoje bagaże (znacznie zredukowane, bo postanowiliśmy wyrzucić niepotrzebne już, zużyte rzeczy) i byliśmy gotowi do drogi. Rozmawiałem z Matt'em w salonie a Coldy uparła się zwiedzić każdy zakamarek domu. W końcu kiedy zwiedziła całe piętro weszła do salonu, w którym do tej pory nie była. Wtedy wszystko się skomplikowało.
     Nagle jej oczy zrobiły się nienaturalnie wielkie. Rozglądała się dookoła, patrząc na ściany. Powiodłem za jej wzrokiem. Na wyłożonych boazerią ścianach co kilkadziesiąt centymetrów wisiało jakieś trofeum z polowań. Tak, dokładnie. Głowy zwierząt. Przez łosia, sarnę, wilka, lisa i innne mniejsze zwierzęta, kończąc na ogromnej niedźwiedziej głowie. Coldy zbladła nienaturalnie, a po chwili zaczęła piszczeć.
- MIŚ! Mój sweet misiaczek!!! NIE!!!!! Co oni ci zrobili?! Potworne!!! NIEMOŻLIWE!!!
     Odwróciła się szybko i wybiegła z salonu, zszokowana. Zamarliśmy. Po paru sekundach rzuciłem się za nią, nie wiadomo dlaczego nawet nie puszczając swoich bagaży. Skoncentrowałem się na gonieniu jej. Wyleciała z domu. Biegłem za nią, wrzeszcząc, żeby zawróciła albo chociaż stanęła. Nic to nie dało. Wbiegła między drzewa. Za nami krzyczała coś Sophie. Chyba też biegła. Nie zatrzymywaliśmy się długi czas. Biegliśmy tak długo, że zdążyłem zapomnieć drogi powrotnej.
     Czyżby moje złe przeczucia się spełniały?

sobota, 22 września 2012

Rozdział 15:Sophie Tania Brown

Jak on mógł to zrobić!!!!Wydawał się całkiem fajny, a tymczasem.....on....on mnie wykorzystał!!!!!!!Z wściekłości miałam łzy w oczach.Idiotka ze mnie!!!!! Przecież od początku podejrzewałam, że zależy mu tylko na jednym!!!! Ale tak przekonywał, że to wina Coldy!!!! A ja, kretynka mu uwierzyłam!!!! Przez niego tracę wiarę w ludzi!!!! I do tego Coldy też musiała się poczuć zraniona. Przynajmniej ja na jej miejscu tak bym się poczuła. Pewnie zaraz za mną przybiegną. Coldy, żeby mnie spoliczkować, jak ja Marcosa.A Marcos żeby się tłumaczyć, że "to nie tak jak myślę". Zaczełam biec, tak szybko, na ile pozwoliły mi szpilki od Coldy. Gdy byłam maksymalnie wyczerpana, znalazłam dość przyzwoite(jak na las) miejsce do krótkiego postoju. Miałam ochotę zdjąć te niemoralnie wysokie buty, ale wtedy musiałabym iść boso po lesie, a zdawałam sobie sprawę, że nie uszłabym tak nawet 100 metrów. Zdesperowana wyciągnęłam jeden z termosów z zimną już herbatą i wypiłam przynajmniej pół jego zawartości. Siedziałam tak i rozmyślałam nad tym, co niedawno się wydarzyło. I niepotrzebnie, bo po chwili wręcz mnie nosiło ze złości. Nie mogę tak siedzieć, musze coś zrobić, bo jak spodkam Marcosa, albo Coldy to nie ręczę za siebie!!!
Z nową dawką nienawiści i herbaty we krwi, ruszyłam przed siebie. Znalazłam jakąś wydeptaną dróżkę. Super, niech zjedzą mnie jeszcze dzikie świnie!!!! Szczerze nienawidzę Ameryki!!! Szczerze nienawidzę Amerykanów!!!! Szczerze nienawidzę chłopaków z ameryki!!!!!
Nagle stanełam jak wryta przed sklepem spożywczym. Świetnie, nawet amerykańskie sklepy stoją tam, gdzie człowiek chce przejść!!!!! Zła weszłam do sklepu, chcąc wygarnąć sprzedawcy co o nim myślę, ale to był tylko miły starszy pan, więc kupiłam gumę i wyszłam. Skoro sklep stoi mi na drodze, to muszę się cofnąć i znaleźć inną drogę. Szczerze nienawidzę budujących amerykańskie sklepy!!!!! Pewnie to byli mężczyźni!!! Skręciłam z drogi w głąb lasu i po paru minutach znowu zaczęłam wyliczanie, czego nienawidzę w Ameryce. Wyciągnęłam kupioną paczkę gum i wzięłam dwie, żeby ochłonąć. Kto stawia sklepy w środku lasu!!!! Chyba tylko Amerykanie!!!!!Doszłam do rzeki. Pewnie to ta sama, przy której jest nasz obóz. Usiadłam nad jej brzegiem i przejrzałam się swojemu odbiciu. Obraz nędzy i rozpaczy. Umyłam twarz i ułożyłam poszarpane przez gałęzie włosy. Kiedy kończyłam, usłyszałam za sobą cichy pisk szczęścia. Gdy się odwróciłam, zobaczyłam Coldy całą w skowronkach.
-Sophie!!!!!!-Dobiegła do mnie cały czas piszcząc.-Jak dobrze, że cię znalazłam.Wiesz, jak daleko jesteśmy? Prawie złamałam mój sweet obcasik na jakimś kamieniu!!!!!-popatrzyła za smutkiem na buty, ale po chwili przypomniała sobie, że też tu jestem.-Choć nie będziemy tak siedzieć. Znajdźmy jakieś sweet owocki do jedzenia. Od tego szukania zgłodniałam, a w torebce mam tylko telefon i sweet jednorożca!!!!
Szłyśmy w milczeniu, aż Coldy nie wytrzymała.
-Dobrze znam twój ból. Wiem, że Marcos nie jest najlepszy w te klocki, miałam nawet zamiar mu to powiedzieć....
-Coldy nie chodzi o to, tylko po prostu....-Nie skończyłam zdania, bo przed nami wyrósł jak z podziemia wielki niedźwiedź!!!!
Z przerażenia zabrakło mi powietrza.Coldy zrobiła wielkie oczy i już myślałam, że zacznie krzyczeć z przerażenia, jednak ona rozłożyła ręce jak do uścisku i zaczęła iść w jego kierunku.
-Jejciu, jaki jesteś sweet!!!! Choć, przytul się do mnie!!!!!
-Coldy nie!!!! To prawdziwy niedźwiedź, a nie zabawka!!!-Ale Coldy nic sobie z tego nie zrobiła.
Nagle usłyszałam huk, jak od wystrzału, a potem zobaczyłam Coldy leżącą na ziemi i niedźwiedzia uciekającego w popłochu.
-Coldy nic ci nie jest?!-Uklęknęłam przy niej.
-Co się...-Coldy otworzyła oczy i nagle podskoczyła z ziemi do pozycji pionowej.-Gdzie mój sweet misiaczek??? Co się wogóle stało???
Nim odpowiedziałam usłyszałam męski głos.
-Nic wam nie jest?
Super kolejny chcący pomóc chłopak z ameryki!!! Wstałam i odwróciłam się w stronę, z której nadchodził głos.
Stał tam blondyn, ubrany w bluzkę na krótki rękaw i znoszone spodnie. W ręku trzymał strzelbę myśliwską. Podszedł do nas i powtórzył pytanie.
-Nie,chyba nie.- Odpowiedziałam niepewnie.-Coldy jest w lekkim szoku.-To mówiąc pokazałam na Coldy, która z zawiedzoną miną szła w naszym kierunku.
-To był duży okaz niedźwiedzia.-Jakbym sama nie zauważyła.-Połknął by was dwoma kęsami. Macie szczęście, że byłem w pobliżu.-Uśmiechnął się. Mógł być w naszym wieku, ewentualnie o rok starszy.-Jestem Matt.-Podał ręke na przywitanie.
-Ja jestem Coldy, a moja sweet przyjaciółeczka to Sophie.-Coldy energicznie potrząsneła ręką Matta.
-Miło mi.Co robiłyście same w środku lasu?
-To długa historia, ale po prostu się zgubiłyśmy.A ty zawsze czekasz w lesie,aż kogoś zaatakują niedźwiedzie?
Zaśmiał się.
-Nie. Chodze czasami na polowanie z ojcem. Takie nasze męskie zajęcie. Już mieliśmy wracać, ale na szczęście usłyszałem wasz krzyk i wróciłem sprawdzić co się stało.
-Mieszkasz w lesie? O,pewnie w takim fency domku na drzewie!!!-Coldy była zachwycona naszym nowym towarzyszem.
-W lesie? Nie, skąd! Miasto leży kilometr z tąd. Zawieść was do domu?
-Matt,co się stało?-Podszedł do niego mężczyzna w średnim wieku, ubrany podobnie jak on.-Znalazłeś niedźwiedzia?-Podszedł i zobaczył nas.-A kim są te dziewczyny?
-Jestem Sophie, a to Coldy. Zgubiłyśmy się w lesie, a nasze miasto leży przynajmniej 80kilometrrów z tąd.
-Nie martwcie się. Zawieziemy was do miasta, stamtąd będziecie mogły zadzwonić po rodziców. Był z wami ktoś jeszcze?
W tej chwili z krzaków wyszedł Marcos, z liśćmi we włosach i cały w szoku.
-Sophie, Coldy, nareszcie was znalazłem!!! Usłyszałem huk i pomyślałem, że na pewno musicie tu być.Wiecie jak się o was bałem?-Zobaczył naszego wybawcę i jego ojca.-Co to za faceci?
-Marcosik!!!!-Coldy z piskiem żuciła się na niego i pocałowała w policzek.
Bezczelny, jeszcze nas szukał!!! Myśli, że tak po prostu zapomnę co zrobił? Biedna Coldy znowu dała mu się omamić.Wpadłam na genialny pomysł. Niech poczuje się jak zraniona Coldy!!!
-To Matt i jego ojciec.-To mówiąc objełam Matta i uśmiechnęłam się do niego.-Uratował nas przed niedźwiedziem.Zawiozą nas do miasta,żebyśmy mogły wezwać pomoc. Jedziesz z nami???
Marcos miał najgłupszą minę, jaką widziałam w życiu! Ojciec Matta, zawołał nas do samochodu.Poszłam z Mattem przodem. Także obiął mnie w talii i prowadził obok siebie.
Pochyliłam się do jego ucha i szepnęłam "Dziękuje".Spojrzałam triumfalnie na Marcosa, który nadal z tą samą miną, szedł z Coldy zawieszoną na ramieniu i udawał, że słucha jej zwierzeń z samotnej wycieczki.
-...i wtedy powiedziałam do jednorożca....-usłyszałam, gdy wchodziłam do terenówki Matta.
Na szczęście obok mnie usiadła Coldy.Marcos zamknął drzwi i ruszyliśmy w kierunku miasta słuchając przygód Coldy w lesie.