A spróbujcie narzekać na to że za długie... (Chociaż i tak się pewnie nie odezwiecie, ale ostrzegam... Pisałem to 4 dni, nie mówiąc o czasie jaki czekałem z poprawkami.)
Mam nadzieję że nota się spodoba. Wcale nie chciało mi się pisać. :/
Szedłem w ślad za Sophie uwieszoną na jakimś nieznajomym chłopaku i starałem się połączyć ze sobą fakty.
Zachowałem się jak ostatni debil mdlejąc kiedy wyciągała mi kamyki z rany w ręce. Ale czy to moja wina że boję się krwi? Gdybym bał się os czy pszczół byłoby spoko, a krwi już nie można się bać?! Dobra, wiem, to zupełnie niemęskie, ale przecież nikt sobie fobii nie wybiera... Eh, zostawmy ten temat... Co poza tym? A, tak. Pocałowałem ją. Dlaczego? No... To było właściwie przypadkowe... Przywidziała mi się... Amanda. Tak, nie wiem dlaczego myślałem, że to ją akurat całuję. Tylko dlaczego chciałem pocałować swoją przyjaciółkę? Teraz myśl o niej wywołuje tylko te skojarzenia co zwykle... Po prostu zawsze była dla mnie ostoją normalności w tym porąbanym świecie... Może to o to chodziło? Teraz nic nie jest normalne. Wplątałem się po uszy w jakieś gierki dziewczyn i sam już nie wiem co o tym wszystkim myśleć. Coldy wiesza się na mnie mimo że ja przecież jej nienawidziłem jeszcze jakiś tydzień temu... A Sophie zachowuje się jak obrażona księżniczka i wiesza na pierwszym lepszym napotkanym facecie... Świat oszalał. Może powrót do cywilizacji tak na mnie działa, ale chyba wraca mi normalne myślenie. Dobrze, niedługo wrócę do domu, odprowadzę bezpiecznie ADHD i Obrażoną Miss Obrażania a potem wrócę do NORMALNEGO domu i do NORMALNYCH wakacji, które prawnie przecież należą się mojemu odpoczynkowi. To co się ostatnio działo zdecydowanie nie było normalne. Ale to już koniec...
Wsiadłem do zielonego land rover'a należącego do ojca Matt'a, wchodząc tuż za Coldy. Zamyśliłem się tak że docierały do mnie tylko strzępki opowieści ADHD. Momentami po prostu wstydziłem się za nią, ale co mogłem poradzić?
- Więc... Daleko jest stąd do miasta? - Spytałem, przerywając chochlikowi opowieść.
- Samochodem nie, chociaż pieszo pewnie daleko. Teraz jedziemy do nas, całkiem niedaleko miasta, żebyście mogli się umyć, przebrać i wogóle... Przypuszczam, że przyda wam się prysznic i syty obiad, zanim wrócicie do domów, prawda? - Zaśmiał się ojciec Matt'a.
- Jasne. Nie planowaliśmy błąkania się po lesie kilka dni, więc szczególnie jeśli chodzi o obiad... -
Zaśmiałem się z nerwów. Wprost czułem ssanie w brzuchu na myśl o ciepłym posiłku złożonym z czegokolwiek czym się najem. Frytki, ziemniaki, ryba, kurczak, mięso... Gdybym szybko nie przełknął, zacząłbym się ślinić.
- Jasne, dobrze to rozumiem. Matt, zadzwoń do Rose, niech zrobi późny obiad dla całej grupy.
Blondyn wykręcił numer do Rose, Coldy wróciła do opowiadania o swoich przygodach, płynnie przechodząc do porównywania "swojego traumatycznego przeżycia" z fabułą filmów których musiała sporo obejrzeć przed wyjazdem. Sophie wyglądała przez okno odwracając się do mnie niemal całkiem tyłem. Chciałem już tylko dojechać na miejsce. Zaczynałem czuć się zmęczony.
W końcu dojechaliśmy przed całkiem spory drewniany dom stojący na ogromnej polanie. Wyglądał całkiem nowocześnie i był naprawdę duży jak na domek w lesie.
- Oooch! - Pisnęła Coldy. - Ale on miał być na drzewie!!! Ten jest za duży żeby go postawić na drzewie! Pomyliliście się w obliczeniach, prawda? Nie martwcie się, też tak często mam na matmie...
Rzuciłem jej zniecierpliwione spojrzenie którego i tak nie zauważyła, po czym wysiadłem. Matt podszedł do mnie szybko i spytał:
- Ona tak ciągle gada?
- To dopiero początek. - Przytaknąłem.
Chochlik w końcu wygramolił się z auta i podszedł, chwytając mnie za rękę i ciągnąc zawzięcie w stronę najbliższego budynku. Zaczęło się ściemniać, więc uparła się, że chce obiec dom dookoła i jeszcze zanim się ściemni zobaczyć "czy jest w nim coś fency, bo ten pomarańczowy jest zdecydowanie passé". Krzyknąłem więc że zaraz wrócimy i zrobiliśmy kółko wokół posiadłości Matt'a i jego rodziców.
Swoją drogą ciekawe, jak jej się udaje biegać na takich długich szpilkach? Ile dziewczyn na świecie tak potrafi? Wcześniej jakoś o tym nie myślałem...
Kiedy dotarliśmy spowrotem, przed drzwiami stał blondyn, czekając na nas. Zacząłem się zastanawiać gdzie jest Sophie i jakim cudem mogłem ją zostawić tak wśród obcych.
Jej wina. Gdyby się nie wieszała na nieznajomych poszłaby za nami albo chociaż nie znikała tak nagle. Mam tylko nadzieję że nic jej się nie stało... W końcu moim zadaniem jest jej pilnować.
- Gdzie Sophie? - Spytałem czekającego na nas Matt'a, kiedy już się zbliżyliśmy.
- Poszła się wykąpać. Kazała mi przekazać dokładnie to: "Jeśli macie zamiar biegać w kółko jak jakieś dzieciaki to proszę bardzo, ale beze mnie. Ja mam zamiar zachować się jak cywilizowany człowiek i w końcu wykąpać się bez obaw o swoją prywatność." - Tu spojrzał na mnie z, jak mi się przynajmniej wydawało, lekkim zdziwieniem. - No a ja zostałem żeby was wprowadzić do domu i pokazać co gdzie jest.
- Jasne, dzięki. - Odezwałem się uprzedzając Coldy.
- Ja chętnie bym obejrzała twój fency domek od środka, ale chce mi się tak strasznie spać... - Powiedziała z żalem Coldy. - Pokażesz mi gdzie jest druga łazienka?
- Jasne. Chodźmy, zaprowadzę cię do łazienki, a potem pójdziemy z... Eee... Marcosem, tak? Wypakować wasze torby z bagażnika.
- Coll, poczekaj...
- Nie. - Przerwała mi. - Ty nic nie mów. Powiem ci, kiedy wolno ci się do mnie odezwać. - Powiedziała nawet na mnie nie patrząc. - Prowadź do siebie. - Odezwała się do Matt'a.
- Jasne, już prowadzę. - Odwrócił się w stronę drzwi.
- Ach! Marco, przynieś mi moją torbę, dobrze? Może tak odpokutujesz swoje winy... - Westchnęła teatralnie.
- Dobra, to Marcos przyniesie ci torbę, a ja pójdę z tobą. No, chodź już. - Uśmiechnął się do niej przyjaźnie a ja poczułem że zaczynam być wściekły. - Torby są w bagażniku. - Powiedział jeszcze. Otworzył bagażnik i wszedł z Coldy do domu.
Co on sobie myśli?! Najpierw właściwie pozwala wieszać się na sobie Obrażonej Księżniczce, a teraz zwala na mnie noszenie bagaży zamiast pomóc... I do tego ot tak po prostu zgadza się z Coldy. Większość ludzi jej nie cierpi, a on się do niej uśmiecha! I w kółko się koło niej kręci. Tylko mi się zdaje, czy on trochę przesadza? Tak jednego dnia przystawiać się do obu...? No nie! Dobra, nie powinienem tak myśleć. Sam popełniłem ostatnio dużo więcej błędów. Pozwoliłem Coldy się do mnie zbliżyć, a potem jeszcze pocałowałem Sophie. Coprawda nie powiem, żeby to wszystko było z mojej woli, ale przecież nie zmienia to faktu, że pewnie mają mnie za chama. Może i mi się należy? Wolałbym tylko ochronić je przed zagrywkami tego gościa, no ale... przecież nikt nie twierdzi, że on też robi to wszystko celowo. Może ja przesadzam? Spotkanie innego chłopaka po tak długim czasie spędzonym tylko z dziewczynami powinno wyglądać trochę inaczej. Cholera! Nie, nie będę się martwił z powodu tych dwóch wariatek. Powinienem lepiej poznać tego blondyna, zanim zacznę go osądzać. Muszę wrócić do normalności. Przebywanie z tymi dwiema raczej nie jest dobre dla mojej psychiki.
Doniosłem torby dziewczyn przed próg i wróciłem po swoją. Moja przynajmniej była jedna. Otworzyłem drzwi i wniosłem wszystkie nasze bagaże, wołając przy okazji dobry wieczór. Mimo że głupio się czułem, wolałem dać znać o swoim istnieniu niż przeszukiwać pokoje. Po chwili przyszedł Matt i podniósł większość torb dziewczyn, lekko się chwiejąc. Chwilę później odłożył dwie torby Coldy i spojrzał na mnie wyczekująco. Wziąłem resztę i poszedłem za nim.
- Ile tak się błąkaliście po lesie?
- A co dzisiaj jest?
- Wtorek.
- Acha... A dzień miesiąca? - Spytałem niepewnie.
- 10 lipca.
- No to 5 dni. - Odparłem spokojnie.
Zatrzymał się i spojrzał na mnie zdziwiony. Prawie na niego wpadłem.
- Pięć dni? Żartujesz? Jak wytrzymałeś z tymi dwiema tyle czasu?
- Eem... - Teraz to ja byłem zaskoczony. - No jakoś... Może nie było łatwo, ale chwilowo zjednoczyliśmy się żeby dojść do celu. Wiesz, momentami nawet nie były takie złe... - Dodałem bez przekonania, starając się przypomnieć sobie moment w którym wszystko było ok. Nasuwały mi się tylko pocałunki z ADHD, ale w tej chwili to wcale nie sądziłem że to OK.
- Serio? - Jego mina wskazywała na to, że raczej mi nie wierzy.
- No... - Doszedłem do wniosku, że wolę nie plątać się w kłamstwa. - W sumie to nie. Nie uwierzyłbyś jakie to uciążliwe utknąć z tymi dwiema na tak długo, sam na sam w lesie... Zero prywatności, w kółko tylko jakieś nieporozumienia i podejrzewanie mnie o całe zło tego świata. - Westchnąłem. - Nawet nie będę ci streszczać jak trudno się z nimi dogadać. Ale wiesz, to nie jest tak, że były same minusy. Od czasu do czasu zdarzały się miłe chwile... Nawet jeśli nie za często.
- Hmmm... W sumie nie miałeś wyboru, nie? - Zauważył moje pytające spojrzenie. - Tak się zastanawiałem jak ja bym się zachował na twoim miejscu. - Wyjaśnił. - Ale skoro nie miałbym wyboru, to dużo zmienia. - Zakończył rozmowę.
- No w sumie. - Mruknąłem.
Doszliśmy do jego pokoju, gdzie kazał mi zostawić torby.
Rozejrzałem się trochę. Pokój wyglądał dość zwyczajnie. Wschodnią ścianę zajmowało ogromne okno, na którym zwieszały się białe szerokie żaluzje. Poniżej okna znajdował się szeroki parapet, pod którym rozstawiono niskie regały z książkami, płytami, kartkami i różnymi przyborami do pisania i rysowania. Trochę bliżej środka pokoju ktoś postawił wygodne pufy. Między nimi stał teleskop, skierowany w stronę okna. Przy północnej ścianie stała brązowa ścianka z biurkiem (na którym stał komputer i walało się mnóstwo kartek) i łóżkiem na piętrze (na którym leżał komplet pościeli i poduszki w kolorze czerwonym). Nad biurkiem zawieszona była tablica korkowa z mnóstwem kartek z notatkami, rysunkami i zdjęciami. Po bokach biurka i pod resztą ścian stały zamknięte brązowe szafy i różne półki wypełnione głównie książkami i "wypełniaczami miejsca" czyli rzeczami które nie miały żadnego praktycznego zastosowania, ale można je było pooglądać. Podłoga miała kolor brązowy i przykrywał ją w większości czerwony, dość miękki dywan. Ściany były dwukolorowe - południowa i zachodnia czerwone, a północna i ta z oknem białe.
Nic nadzwyczajnego. - Podsumowałem w myślach.
- Miałem przynieść Coldy jej torbę. - Przypomniało mi się. - Gdzie ona się kąpie?
- Chodź. - Westchnął Matt. - Potem pójdziemy do jadalni.
Zapukałem do łazienki w której kąpała się ADHD, położyłem torbę pod drzwiami i zszedłem z blondynem na dół do jadalni. Jego rodzice już jedli. Przedstawiłem się, podziękowałem za wybawienie z tego przeklętego lasu i gościnę i usiadłem do stołu. Zabrałem się za jedzenie, które podłożyła mi mama Matt'a. Całkiem ładna, młoda kobieta o bląd włosach i zielonych oczach podłożyła mi pod nos talerz wypełniony po brzegi jeszcze parującymi ziemniakami z sosem grzybowym i jakiś mięsem. Wszyscy byli na tyle mili, że nie skomentowali mojego apetytu i wstrzymali się z pytaniami do momentu aż zjadłem. Potem dopiero odłożyłem talerz i naprawdę zadowolony podziękowałem za posiłek. Wtedy zaczęły się pytania. Chyba najwięcej ich zadała mama Matt'a. Skąd jesteśmy, jak się zgubiliśmy... Właściwie opowiedziałem im całą historię od początku. Wyjaśniłem sytuację, a pani Solitaire (bo tak miała na nazwisko ich rodzina) powiedziała mi, że będziemy tu nocować a jutro po południu ojciec blondyna odwiezie nas na pociąg prosto do domu. Pan Solitaire pokiwał głową i wyjaśnił mi jak mamy rozlokować się na noc. Dziewczyny miały spać na dwuosobowym łóżku w pokoju gościnnym, a ja mogłem położyć się na rozkładanej kanapie w salonie. Odpowiedziałem że ten układ jak najbardziej nam pasuje. W tym momencie do kuchni weszły Sophie z Coldy. Ta pierwsza obrzuciła mnie obojętnym spojrzeniem i dosiadła się do stołu obok Matt'a, a chochlik usiadła krzesło obok mnie i oznajmiła, że nie toleruje mięsa.
Wieczór minął tak jak powinny mijać wieczory w normalnym domu - dziewczyny zagadały się z panią domu i Matt'em, a ja skoczyłem pod prysznic i w końcu zacząłem wyglądać jak człowiek a nie dzikie zwierze. Potem wszyscy rozeszli się do swoich pokojów, a ja złapałem za telefon i wyszedłem przed dom. Z ulgą odkryłem, że jest zasięg. Nawet nie zdążyły dojść powiadomienia o nieodebranych połączeniach i sms-ach, a ja już wybierałem pierwszy lepszy numer z listy.
- Halo? Marcos?! - Odezwał się zdziwiony głos w słuchawce. - Stary! Od pięciu dni próbuję się do ciebie dodzwonić... Wszyscy próbują!!! Co za zaszczyt mnie kopnął, że postanowiłeś się odezwać? - Steve był chyba nieźle zaskoczony.
- Zabrali mi telefon na dobry początek obozu. Wiesz, świat pierwotnych ludzi... - Zaśmiałem się nerwowo, przypominając sobie o warunkach w jakich ostatnio żyłem.
- Gościu, to nie jest normalne... Przecież można było chociaż szybko napisać sms-a że zabierają telefony. A tak cała grupa do ciebie wypisuje i zero odezwu.
- Sorry, to było tak nagle, że nie zdążyłem. Wogóle tu jest takie odludzie człowieku... Ledwie złapałem zasięg. - Skłamałem gładko.
- No jasne. Ale mów co u ciebie! Jak idzie przetrwanie?
Doświadczyłem małej retrospekcji z ostatnich pięciu dni i aż ciarki przeszły mi po plecach.
- Wiesz, od rana do nocy prymitywne warunki i zawalenie ciężarami. Cholera, żebyś ty to widział... Wszystkie mięśnie mnie bolą. To coś więcej niż siłownia.
Po drugiej stronie mój przyjaciel parsknął śmiechem.
- No, przynajmniej cieniasom dostaje się wycisk! Ty przynajmniej dbasz o kondycję, a co zrobi taki chuderlak z w-f'u? Chyba że... - Zrobił krótką pauzę. - No nie, nie mów że im pomagasz!
No tak, w sumie to logiczne że mnie podejrzewa... Jakby nie było, to ja mam skłonności do ciągłego pomagania innym, nawet jeśli nie muszę... Na przykład Coldy i Sophie. Kurde, on ma rację! Znów niepotrzebnie dbałem o wszystkich wokół! - Wyrzuciłem sobie w myślach.
- Ech... - Westchnąłem. - No wiesz... W końcu tu są też dziewczyny...
- No nie! - Jęknął Steve. - Chłopie, weź się za siebie. Ciebie wszystko boli a oni pewnie cię wyśmiewają za plecami. Daj spokój, nawet jeśli to dziewczyny to albo niech sobie radzą, albo wracają do domów! - Pouczył mnie.
- Gościu... -Westchnąłem. - Ty pewnie sobie z tego sprawy nie zdajesz, ale niektóre potrafią biegać w SZPILKACH... Co ja poradzę że nie mogę na to patrzeć? Idzie taka i dźwiga na plechach kilkadziesiąt kilo...
- Szpilkach?! - Przerwał mi. - Marcos, zwiewaj!!! To jakiś dom wariatów, nie obóz przetrwania! Po co ty tam jeszcze siedzisz?!
- No cóż, to moja kara. A poza tym są tu też inni normalni ludzie... - Przez chwilę przypomniał mi się Matt. - Nie jest tak źle. Z niektórymi idzie się dogadać.
- Jak wolisz. - odpowiedział mój przyjaciel. - Ale żeby nie było że nie ostrzegałem!
- Jasne. - Uśmiechnąłem się. - Muszę już kończyć, nie wiadomo czy zaraz nie każą oddać komórek... -
Skłamałem znów. - A tak wogóle to pozdrów ode mnie resztę. Nie zdążę do wszystkich podzwonić ale możliwe że już niedługo wrócę. Zrobimy sobie jakiś mały wypad, co? - Zaproponowałem.
- Jasne, niedługo mamy w planach kręgle. Jak zdążysz to dołącz do mojej drużyny.
- Spoko. Zaklepane. To pozdrów resztę. Cześć!
- Jasne, Dobranoc. - Rozłączył się.
Odbębniłem przyjaciół, została mi jeszcze jedna osoba do której chciałem zadzwonić. Miałem złe przeczucia a tylko ona mogła mi pomóc.
- Halo, Amanda? Sorry że tak późno...
- MARCOS!!! - Niemal odskoczyłem od słuchawki słysząc jej rozzłoszczony krzyk. - Co ty sobie do cholery wyobrażasz?!
- J-ja? - Spytałem zszokowany. - To ty mnie właśnie ogłuszyłaś...
- Jasne że ty, idioto! - Zamarłem na jej słowa. O co jej chodziło? Nigdy mnie nie przezywała, chyba że wpadała w furię... Ale dlaczego? - Pięć dni! Pięć dni do ciebie dzwonię! A ty ani słowa, tylko poczta głosowa! "Cześć, tu Marcos, jak masz coś ważnego to mów po sygnale." Nagrałam ci z 14 wiadomości! Puściłam około 20 sms-ów! A ty nadal nie wiesz, o co chodzi?! Gdzie zniknąłeś?!
Ona jedna wiedziała jak na miejscu zrobić mi wyrzuty sumienia żebym powiedział jej wszystko.
- Wiesz... Opowiem ci wszystko. - Westchnąłem. - Tylko proszę, już się uspokój... I nie krzycz tak na mnie. - I opowiedziałem jej pokrótce o prawdziwych wydarzeniach z tych 5 dni, zaczynając od momentu w którym wróciłem z zakończenia roku i dowiedziałem się że mam gdzieś wyjechać z panną ADHD. Pominąłem tylko fakt kto mi się przywidział, kiedy całowałem Sophie po przebudzeniu.
Na początku dużo mi przerywała, robiła wyrzuty, komentowała i pouczała, z czasem jednak coraz bardziej wsłuchiwała się w to co mówię przerywając tylko od czasu do czasu, odpowiadając ze zrozumieniem, którego wręcz nie rozumiałem. Jak mogła tak po prostu powiedzieć o mnie "biedactwo" kiedy mówiłem jej o konsekwencjach pocałunku z Sophie? W końcu zamilkła i odezwała się dopiero kiedy powiedziałem, że jutro powinienem wrócić, bo ojciec Matt'a nas odwiezie na dworzec.
- Ok. Mam nadzieję że tym razem nie będziesz na tyle głupi żeby wogóle ruszać się z przedziału, nie mówiąc o pociągu. No i dojedź cało, bo jak nie... - Zrobiła efektowną pauzę, w której wyobraziłem sobie jej reakcję na moje ponowne zniknięcie. - Jak dojedziesz od razu zadzwoń.
- Jasne. Amanda... - Zawachałem się. - Wiesz, ja nie jestem na tyle głupi żeby się ruszać gdzieś poza plan. Ale te dwie... To będzie trudne, utrzymać je przy sobie. Mam złe przeczucia. Błagam, jeśli nie dojadę najpóźniej pojutrze powiadom rodziców o tym co mogło się stać. Teraz sądzą pewnie że jesteśmy na obozie, ale lepiej żeby zaczęli nas szukać jeśli nie dotrzemy.
- Masz to jak w banku. Powodzenia z tymi dwiema. Biedactwo. - Dorzuciła. - Wylądować akurat z NIĄ w takiej sytuacji... To jeszcze trochę potrwa, zanim ona się odczepi i zacznie stroić te swoje głupie fochy...
- Nawet nic mi nie mów. - Znów poczułem jakiś ucisk w żołądku. - A, i jeszcze jedno. Proszę, nie mów chłopakom gdzie i z kim jestem. Oni mają sądzić że jestem na obozie przetrwania. Za wszelką cenę chcę podtrzymać tę wersję.
- Jasne. Dobranoc.
Rozłączyłem się i wróciłem do domu rodziny Solitaire. Czułem się w jakiś sposób odprężony po tym całym dniu. Szybko zasnąłem.
Następnego dnia wszystko było raczej zwyczajne. Na dobry początek dnia obudził mnie Matt, dziś już czerwonowłosy. Kiedy Coldy spytała go:
"- Co zrobiłeś ze swoimi sweet blond włoskami?
Odpowiedział tylko:
- Aaa, znudziły mi się. Pomyślałem że czas na jakąś zmianę."
Potem wszyscy wzięliśmy poranny prysznic, zjedliśmy śniadanie, przebraliśmy się, spakowaliśmy, dostaliśmy zapasy na drogę od Rose i podziękowaliśmy za gościnę. Ja i dziewczyny trzymaliśmy już swoje bagaże (znacznie zredukowane, bo postanowiliśmy wyrzucić niepotrzebne już, zużyte rzeczy) i byliśmy gotowi do drogi. Rozmawiałem z Matt'em w salonie a Coldy uparła się zwiedzić każdy zakamarek domu. W końcu kiedy zwiedziła całe piętro weszła do salonu, w którym do tej pory nie była. Wtedy wszystko się skomplikowało.
Nagle jej oczy zrobiły się nienaturalnie wielkie. Rozglądała się dookoła, patrząc na ściany. Powiodłem za jej wzrokiem. Na wyłożonych boazerią ścianach co kilkadziesiąt centymetrów wisiało jakieś trofeum z polowań. Tak, dokładnie. Głowy zwierząt. Przez łosia, sarnę, wilka, lisa i innne mniejsze zwierzęta, kończąc na ogromnej niedźwiedziej głowie. Coldy zbladła nienaturalnie, a po chwili zaczęła piszczeć.
- MIŚ! Mój sweet misiaczek!!! NIE!!!!! Co oni ci zrobili?! Potworne!!! NIEMOŻLIWE!!!
Odwróciła się szybko i wybiegła z salonu, zszokowana. Zamarliśmy. Po paru sekundach rzuciłem się za nią, nie wiadomo dlaczego nawet nie puszczając swoich bagaży. Skoncentrowałem się na gonieniu jej. Wyleciała z domu. Biegłem za nią, wrzeszcząc, żeby zawróciła albo chociaż stanęła. Nic to nie dało. Wbiegła między drzewa. Za nami krzyczała coś Sophie. Chyba też biegła. Nie zatrzymywaliśmy się długi czas. Biegliśmy tak długo, że zdążyłem zapomnieć drogi powrotnej.
Czyżby moje złe przeczucia się spełniały?