niedziela, 8 grudnia 2013

Rozdział 8: Coldy Canavan


-I jak?- zapytałam, po raz kolejny ćwicząc szpagat na stojąco.
-No dobrze. Jak wszystkie dwadzieścia razy- mruknął lekko znużony Simba, który odgrywał właśnie rolę widza-krytyka.
-A co ty o tym sądzisz, Bridgit? Nie sądzisz, że moja lewa noga wybija się trochę za wolno?
-Mhm...- mruknęła dziewczyna, patrząc cały czas w swoją komórkę.
-Wiedziałam.
Ćwiczyłam podstawowe pozy całe popołudnie a i tak czułam, że coś im brak. Chwyciłam ze stolika butelkę z wodą i upiłam łyk.
-Simba, podrzuciż mnie jeszcze raz? Proooszę...- zrobiłam minkę na miarę oskara za aktorstwo.
-Coldy, muszę ci przypomnieć, że na castingu powietrzne kombinacje nie są oceniane. Musisz umieć tylko gwiazdę- powiedział Simba, którego od tygodnia szczegółowo wprowadzałam w świat dopingu.
-Ale ja MUSZĘ się dostać do drużyny! Ten jeden, ostatni raz. Plisss....
Mężczyzna niechętnie wstał i podszedł w moją stronę. Simba chwycił mnie a ja opierając się na jego dłoni próbowałam utrzymać równowagę. Bezskutecznie.
-Coraz lepiej ci idzie- pochwalił mnie Simba, pomagając wstać z materaca.
-Czy możemy już iść do domu?- zapytała Bridgit.

                                                           :*     :*     :*

Następnego dnia po informatyce, równo z dzwonkiem wybiegłam z klasy, prawie wywracając nauczyciela, który pił kawę nad monitorem. Zostawiając za sobą wiązkę sweet brokatu pognałam do szatni, by przebrać się w strój na w-f. Gdy zakładałam właśnie moją fancy koszulkę z napisem "Jestem cheerleaderką", do szatni weszły również inne kandydatki. Rozejrzałam się wokoło. Blond, czarne i brązowe głowy. Żadnej rudej czupryny. Odetchnęłam z ulgą. Jejciu, myślałam, że mówiła o tym castingu na serio. Schowałam swoje rzeczy do szafki, gdy drzwi się otworzyły i do szatni wparowała Maggie. Po szybkim przebraniu się, wszystkie poszłyśmy na salę gimnastyczną.
-Nie bądź taka pewna- rzuciła Maggie, patrząc na moją koszulkę.
-Jeszcze zobaczymy, kto tu jest fancy- mruknęłam do siebie.
Na sali czekały już na nas cheerleaderki. Kapitan wystąpiła przed szereg.
-Ok, dziewczyny. Cieszę się, że jest was tak dużo. Kilka słów na początek: Jeśli myślicie, że doping to sposób na zdobycie popularności to się mylicie. Dobro drużyny jest na pierwszym miejscu. Pamiętajcie- reprezentujecie szkołę, a nie siebie. Na naszych koszulkach widnieje nazwa szkoły, a nie nasze nazwiska. Bycie cheerleaderką to ciężka praca. Musicie dawać z siebie wszystko. Treningi są 3-5 razy w tygodniu, więc musicie być dostępne. I nie ma wymówek. Randka, pogrzeb, śnieżyca- wy macie być tutaj. Wszystkie nadal chętne?- zapytała Tasha.
Parę dziewczyn wyszło z sali.
-I jeszcze jedno: by zostać jedną z nas musicie przestrzegać specjalnej diety. Żadnych słodyczy, fast-foodów i tym podobne.
-A w szczególnych przypadkach?- zapytała nieśmiało Lucy, która stała obok mnie.
-W szczególnym przypadku wyrzucimy cię z drużyny- kapitan podeszła do dziewczyny, a ta zrobiła wielkie oczy.
Następne dwie kandydatki postanowiły zrezygnować.
-Reszta zostaje?
-Jejku, możemy już zacząć?- zapytała poirytowana Maggie, związując włosy w kitkę.
-Niecierpliwa, co nie?- Tasha uśmiechęła się.- Podobasz mi się. Jak masz na imię?
-Maggie. Zapamiętasz, bo będziemy razem trenować.
Zrobiłam się purpurowa. Spokojnie, Coldy, ta małolata nie może cię teraz wyprowadzić z równowagi. Wzięłam głęboki oddech podczas gdy Tasha wyjaśniała nam kolejne zasady. Po paru minutach na środek wystąpiła Sonia, jedna z cheerleaderek z najdłuższym stażem i pokazała nam parę fancy kroków, które mamy powtórzyć. Skłon, wyprost, klaśnięcie, w lewo, klaśnięcie, przejście, wyskok, okrzyk i szpagat. Proste. Powtórzyłam razem ze wszystkimi. Kątem oka zauważyłam, że Maggie nie była w stanie zrobić pełnego szpagatu.
-Czarna bluzka z koniem, ta w emo ciuchach, niebieskie włosy, żółte spodenki: odpadacie- sucho stwierdziła Sonia, a kolejne cztery dziewczyny wyszły zawiedzione z sali gimnastycznej. Zauważyłam, że Lucy (która miała tak poza tym zupełnie niepasujące spodenki do nawet sweet bluzki z koniem) się popłakała. Jejciu, ale one są rygorystyczne... Zrobiłam krok naprzód. Na szczęście mnie Bridgit szkoliła od kiedy ona została cheerleaderką. Teraz jest zastępcą kapitana. Dziś nie mogłam jej jednak wypatrzeć wśród całej fancy drużyny.
-Ok, teraz będzie nieco trudniej.
Do Soni dołączyły dziewczyny i włączając muzykę, pokazały swój ostatni układ z meczu, lecz bez wyrzutów. Z tyłu ujrzałam Bridgit. Pomachałam jej ze swojego miejsca. Gdy dziewczyny skończyły, parę kandydatek zrobiło wielkie oczy. Muzyka zabrzmiała ponownie, a my starałyśmy się odtworzyć układ. Moje małe sweet serce biło mi strasznie szybko z przejęcia. Do drużyny dostaną się tylko cztery z nas, a na sali było nas aktualnie dziesięć. Skończyłyśmy i większość dziewczyn spojrzało z niepokojem na Tashę. To ona decydowała kto wejdzie do drużyny. Dwie kandydatki zostały wyeliminowane. Następnie ustawiłyśmy się w rządku, a Tasha kazała nam kolejno pokazywać, co umiemy. Niektórym dziewczynom szło naprawdę nieźle. Tak się na nieszczęście złożyło, że przede mną była Maggie.
-Zobacz, jak to robi PRAWDZIWA cheerleaderka- szepnęła mi na ucho rudowłosa i podeszła do materacy na środku sali. Zrobiła dość nieudolną gwiazdę z przejściem i ukłonem. Przyszła kolej na mnie. Uśmiechnęłam się, idąc na środek. Wiedziałam, że oczy wszystkich są zwrócone na mnie. Czułam się jak gwiazda. Nie mogło być lepiej. Ćwiczyłam to od kiedy dowiedziałam się, że istnieje coś takiego jak doping. Zamknęłam oczy i wyobraziłam sobie, że patrzy na mnie całe miasto. Wzięłam głęboki oddech i zrobiłam gwiazdę a zaraz potem salto. Po skończonej figurze podniosłam głowę wysoko i z dumą poszłam na swoje miejsce.
-Coś mówiłaś?- rzuciłam cicho do Maggie.

                                                             :*   :*   :*

Dziewczyny musiały się naradzić. Werdykt miał zapaść po lekcjach. Nie mogłam się już doczekać. Nie śpiesząc się zbytnio, przebrałyśmy się w normalne ciuchy i poszłyśmy na lekcję. Cathy i Celine cały czas narzekały, że źle im poszło, a Miranda była bardzo pewna siebie. Maggie szybko zmyła się do swojej klasy. Była ona jedyną kandydatką z pierwszego roku. Inne twierdziły, że nie mają szans. Po krótkiej rozmowie na korytarzu usłyszałyśmy kroki dyrektorki, która szła, by właśnie zgnębić nas za niebycie w klasie podczas zajęć, więc szybko rozbiegłyśmy się na lekcje. Ja miałam akurat biologię.
-Słucham, Canavan?- mruknął nauczyciel znad biurka.
-Byłam na castingu do cheerleaderek. Troszkę się przedłużyło- stwierdziłam, siadając w ławce.
-Ach tak? A zdajesz sobie sprawę, Canavan, że od początku roku zarobiłaś już dwie F i zaledwie jedną ocenę, która by mnie zadowalała?
-Ale doping to bardziej praktyczna forma biologii. Wie pan, wszystkie mięśnie pracują... Sądzę więc, że za dodatkowe zajęcia wypadałoby mnie jakoś nagrodzić...- uśmiechnęłam się promiennie.
Po sali rozległy się śmiechy. "Panna ADHD tak zawsze"- usłyszałam za sobą. Jejciu, jeszcze nie jestem cheerleaderką, a już jestem coraz bardziej popularna...

                                                               :*  :*  :*

Na następnych zajęciach nie mogłam się skupić z przejęcia. Gdy tylko lekcje się skończyły dopadłam wreszcie Bridgit.
-I co? Dobrze wyszłam? Spodobałam się wszystkim?
-Jejku, chodź, to się dowiesz- mruknęła dziewczyna, prowadząc mnie na salę. Zauważyłam, że nie jest ona zbytnio zachwycona. Ciekawe co się stało...
 Na sali byli już wszyscy. Stanęłam razem z kandydatkami i ze zniecierpliwieniem czekałam na werdykt.
-Cóż, mieliśmy trudny wybór. Zdecydowałyśmy jednak, że do grupy wchodzi Cathy, Rachel, Donna i różowa ADHD.
Nie mogłam uwierzyć we własne szczęście! JESTEM CHEERLEADERKĄ!!
-Stroje zostały już zamówione i dotrą w poniedziałek. Pierwszy trening jutro o czwartej po południu.
Razem z Cathy, Rachel i Donną wydałyśmy okrzyk radości. Dołączyła do nas również cała fancy drużyna.
-Rządzisz, Coldy- stwierdziła Sonia.
Parę dziewczyn ją poparło. Uścisnęłam Bridgit.
-Teraz będę z tobą w drużynie! Czy to nie wspaniałe?
Jejciu, nawet dostanę taki sweet strój! Z daleka ujrzałam wściekłą minę Maggie, która chwyciła swoją torbę i wyszła z sali. Inne dziewczyny, które się nie dostały również poszły w jej ślady. Muszę jak najszybciej napisać, że się dostałam na facebooku. Najświeższe wiadomości jak zwykle prosto od Coldy Canavan.




piątek, 29 listopada 2013

Rozdział 7: Sophie Tania Brown



Po spotkaniu Matta poszłam do stołówki. Jedyny plus w tej szkole to to,że dobrze gotują. Otworzyłam drzwi i zobaczyłam latające wszędzie jedzenie. Czy Amerykanie nic innego nie umieją zrobić z jedzeniem,tylko nim rzucać?! Nim zdążyłam stamtąd uciec, dostałam małym ciastkiem z kremem. Zdębiałam. Założę się,że jeśli ktoś by mnie teraz dotknął, to upadłabym na ziemię. Gdy zdałam sobie sprawę,że dalej grozi mi niebezpieczeństwo, zawróciłam na pięcie i szybkim krokiem wyszłam z pola bitwy. Nie zwalniając kroku udałam się do łazienki. Dlaczego tu wszystko jest tak daleko?! Ludzie,których mijałam patrzyli na mnie z rozbawieniem. Poczułam,że moje policzki robią się czerwone. Dalej się nie dało zbudować tej łazienki?!?! Wreszcie dotarłam do celu. W wejściu minęły mnie 3 dziewczyny,które oczywiście nie mogły się powstrzymać i wybuchnęły śmiechem. Na szczęście w łazience nikogo nie było. Z trudem spojrzałam w lustro. Nie jest tak źle jak myślałam. Krem na policzku i trochę we włosach. Wzięłam papier i zaczęłam zmywać jedzenie z twarzy. Chciałam zacząć czyścić włosy, ale zadzwonił dzwonek. No pięknie! Wyrzuciłam papier i wzięłam trochę nowego i wyszłam z łazienki. Teraz będę mieć...hiszpański. Muszę iść po książki do szafki. Ruszyłam biegiem, po drodze wycierając włosy. Wzięłam książki i przejrzałam się w małym lusterku. Nie widzę więcej kremu. Wyrzuciłam chusteczkę i pobiegłam na lekcję. To będzie pierwsza lekcja hiszpańskiego, bo na poprzedniej nie było nauczycielki. Pod klasą nie było już nikogo. Sprawdziłam jeszcze raz,czy to ta sala i weszłam do środka.
-Dzień dobry, bardzo przepraszam za spóźnienie.
-Buenos dias. A czemuż to się spóźniłaś?
-Byłam w łazience, a wie pani one są tak daleko stąd….
-No dobrze, usiądź por favor.
Rozejrzałam się po klasie. Niektóre osoby znałam z innych lekcji, ale nie mam o nich zbyt dobrego
zdania. Poza tym patrzyli na mnie teraz szyderczym wzrokiem. Zresztą prawie cała klasa się tak na
mnie patrzyła. „Jesteśmy lepsi, bo byliśmy w klasie na czas”. Na szczęście była jedna wolna ławka.
Znajdowała się pod ścianą.Usiadłam w niej szybko, bo już czułam na sobie mordercze spojrzenie pani.
Gdy w klasie wreszcie zapanował spokój, pani zaczęła prowadzić lekcję.
-A więc nazywam się Adel Count . Mi nombre es Adel Count. Przez ten rok szkolny będę was uczyć
hiszpańskiego. Może na początek…- nie zdążyła dokończyć, bo drzwi znowu się otworzyły.
 Do klasy wpadł chłopak. Miał brązowe włosy, a na sobie jeansy, adidasy i rudy T-shirt pobrudzony
sosem i puree ziemniaczanym. Najwidoczniej wracał z pola bitwy.
-Przepraszam za spóźnienie – powiedział, kiedy zamknął za sobą drzwi.
-Ktoś jeszcze ma zamiar się spóźnić? – zapytała lekko poirytowanym głosem. – Siadaj do ławki.
Chłopak tak samo niepewnie jak ja popatrzył po klasie. Też napotkał karcące lub rozbawione
spojrzenia. Pani zaczęła mówić nie czekając ,aż zajmie miejsce.
- A więc mi nombre… - drzwi znowu się otworzyły. Tym razem pokazała się w nich pani dyrektor.
-Adel, mogę cię poprosić na chwilkę? – Zapytała z lekkim uśmiechem.
-Oczywiście. Zaraz wracam. – powiedziała do nas. – A ty zajmij w końcu miejsce – spojrzała karcąco na chłopaka.
Jeszcze raz zlustrował klasę. Większość ławek była zajęta. W końcu ruszył w kierunku ławek. Podszedł do mojej.
-Jest wolne? – Zapytał uśmiechając się.
-Tak.
Zajął miejsce i zaczął wypakowywać książki.
-Jestem Colin – podał mi rękę, kiedy skończył.
-Sophie – przywitałam się z nim. – Mocno dostałeś na stołówce.
-Nie jest najgorzej – popatrzył na swoją koszulkę – Widziałem chłopaka, który był cały w jedzeniu. Miał tylko otwory na oczy! Widzę, że też dostałaś. – powiedział i pochylił się nademną. Wyciągnął rękę i wyciągnął z moich włosów kawałek ciastka.
-Dzięki, nie zauważyłam go. – Poczułam, że znowu robie się czerwona na twarzy. – Teraz pewnie zamkną stołówkę, żeby ją posprzątać. Szkoda, że nie zdążyłam nic zjeść nim zaczęła się bitwa.
-Mam w szafce kanapki. Jak chcesz, to mogę się podzielić.
-Mógłbyś?! Dzięki, uratujesz mnie przed przymusową głodówką. Ja mam w szafce tylko termos z herbatą.
-Nie jest trochę za gorąco na herbatę z termosu?
-Może trochę, ale bardzo lubię herbatę. U nas w Anglii pija się ją prawie bez przerwy.
-Rozumiem. Też miałem coś podobnego, jak byłem mały. Codziennie przed snem musiałem wypić gorące kakao. Nieważne, czy było gorąco czy zimno, kakao musiało być!
Kiedy to powiedział do klasy z powrotem weszła pani Count.
-Przepraszam, to dotyczyło pojutrzejszego meczu. – Powiedziała siadając przy biurku.
Uczniowie zaczęli energicznie szeptać. Dla nich te wszystkie zawody są strasznie ważne. Szkoła szaleje na punkcie zawodników i cheerlederek. Kiedy pomruki wreszcie ucichły, pani wreszcie zaczęła prowadzić lekcję.
Kiedy zabrzmiał dzwonek pani powiedziała tylko „Adios” i uczniowie zaczęli się pakować. Colin spakował się pierwszy i poczekał na mnie. Razem poszliśmy do jego szafki. Wyciągnął pudełko na drugie śniadanie i poszliśmy na dwór. Na podwórku było dużo osób, w końcu stołówka jest zamknięta, a dzisiaj jest wyjątkowo ładna pogoda. Usiedliśmy na ławce i zaczęliśmy konsumpcje. Oczywiście, przez cały czas rozmawialiśmy. Dowiedziałam się, że ma młodszą siostrę, psa, mieszka parę ulic ode mnie i należy do szkolnego zespołu piłki nożnej.
-Piłka nożna? Musisz być tu popularny! Taki szkolny Beckham,…
-Niestety tutaj najbardziej popularną dyscypliną jest football amerykański, ale nie narzekamy na brak dopingu. Zresztą nie mam nic do żadnej dyscypliny. Na meczach footballu amerykańskiego można się świetnie bawić. Zresztą pewnie to wiesz.
Zapadła niezręczna cisza. Nigdy nie byłam na żadnym szkolnym meczu, nawet nie bardzo się orientuję  jakie w szkole są drużyny.
-Nigdy nie byłaś na meczu?! – Zapytał z niedowierzaniem, a ja przytaknęłam mu tylko głową.
– Trzeba to naprawić! Sophie, zabieram cię na najbliższy mecz. Przekonasz się, te emocje będą
niezapomniane!
Zadzwonił dzwonek na lekcję. Ja miałam teraz angielski, a Colin biologię.
-To co, do zobaczenia tutaj na następnej przerwie? – Zapytał, pomagając mi wstać.
-Pewnie. – Ucieszyłam się.
Przez następne dwa dni spotykaliśmy się na przerwach. Nie na każdej, ale dość często.
-Mecz jest dzisiaj o 17, więc przyjdę po ciebie parę minut po 16, ok.? – Zapytał, kiedy skończył lekcje.
Ja miałam jeszcze ten nieszczęsny WDŻ.
-Ok. – Zgodziłam się i pomachałam mu na pożegnanie.
Z trudem, ale przetrwałam ostatnią lekcję. Marcosa nie było, bo miał ostatni trening przed meczem. Szybko poszłam do domu się przygotować. Colin przyszedł punkt 16.15.
-Możemy iść? – Zapytał kiedy otworzyłam drzwi.
-Oczywiście, tylko powiem wujostwu, że wychodzę. – Pożegnałam się z wujkiem i ciocią i wyszłam z domu.
Trybuny powoli wypełniały się ludźmi. Nie było mowy o wolnym miejscu na parkingu.
-Kto by pomyślał,że zwykły mecz szkolnej drużyny przyciągnie tylu ludzi. – Powiedziałam zdziwiona.
-Wiesz, tu przychodzą kibicować całe rodziny. Rodzice i dziadkowie, którzy się tutaj uczyli no i jeszcze fani drużyny przeciwnej. Dzisiaj gramy z Krewetkami z Vineland.
Po pewnym czasie mecz wreszcie się zaczął. Na boisko w blasku chwały wyszli zawodnicy obu drużyn. Przywitał się też komentator dzisiejszego meczu, niejaki Billy. Zaczęła się gra. Do pierwszej połowy nasi wygrywali 1 punktem. Kiedy sędzia zarządził przerwę, na boisko wbiegły dziewczyny w krótkich spódniczkach i bluzkach na grubych ramiączkach. W rękach trzymały pompony. Dziewczyny zaczęły skakać po boisku, wykrzykując różne dopingujące hasła.
-Cheerlederki? – Zapytałam.
-Tak. – Powiedział mi i odkrzyknął hasło wykrzyczane przez dziewczyny.
Zaczęła się druga połowa. Colin miał rację, ten mecz naprawdę był emocjonujący. W ostatnich dwóch minutach nasza drużyna prowadziła 2 punktami, ale wystarczyło celne przyłożenie i przeciwnicy wygrają.Zawodnik Krewetek złapał piłkę, zaczął z nią biec, rzucił i…niecelnie!!!! Trybuny oszalałyz radości! Wszyscy wstali i skandowali nazwę zwycięskiej drużyny. Colin nagle mnie przytulił. Kiedy mnie puścił powiedział speszony:
-Sorki, poniosło mnie przez te emocje.
-Nic się nie stało– Powiedziałam też zawstydzona. Teraz nie wiem, czy bardziej emocjonowałam się meczem, czy ostatnim wybuchem radości Colina. Chciałam już iść, ale chłopak mnie zatrzymał.
-Jeszcze finałowy występ cheerlederek. – Powiedział. – To będzie coś!
Rzeczywiście, dziewczyny ustawiły się, muzyka poleciała z głośników i zaczął się ich niesamowity układ. Myślałam, że takie układy robią tylko na filmach kaskaderzy! Kiedy skończyły, jedna z nich wzięła megafon do ręki i powiedziała.
-Wszystkie dziewczyny, które zapisały się na casting do cheerlederek mają się stawić jutro na długiej przerwie w dużej sali gimnastycznej. Jeśli są chętne, które się nie zapisały, to jest jeszcze ostatnia szansa zrobić to teraz. Dzięki za doping, byliście wspaniali!!! – Wykrzyczała i razem z całą drużyną w podskokach wybiegły z boiska.
-To było naprawdę coś – powiedziałam, gdy wychodziliśmy z trybun.
-Tak, to prawda. Idziesz na casting?
-Nie, to nie dla mnie.
-Szkoda, fajnie byś wyglądała w ich kostiumach…znaczy, szkoda, fajnie byś się bawiła na treningach.
-Ta, jasne.

-Odprowadzę cię do domu. – Powiedział. – Jest już późno.
-Ok. – Powiedziałam z uśmiechem.
Wychodząc z trybun chyba usłyszałam Coldy, która podnieconym głosem szybko coś komuś opowiadała.

sobota, 23 listopada 2013

Rozdział 6: Dorabiam się kolejnego wroga



- O, już nie uciekasz? - Ktoś przerwał nam rozmowę. I już wiedziałem, kto... Zaraz, moment, do kogo oni mówili? Przecież na tym korytarzu byłem tylko ja i Matt, a do mnie chyba nic nie mieli...
- Nie~! Zabawa była fajna, ale już mi się znudziła. - Aha. Matt. W co on się wpakował? Zaraz... Matt w coś się wpakował??? ON? No nie wierzę... Ci trzecioroczni naprawdę musieli mieć nierówno pod sufitem.
- Szkoda, bo nam nie. - Prychnął ten bardziej wyglądający na chłopaka. Zrobił krok w stronę mojego, jak by nie było, przyjaciela.
- Jeszcze krok i po tobie. - Warknąłem, odsuwając jabłko od ust. Zmierzyłem go morderczym spojrzeniem. On za to spojrzał na mnie, najwidoczniej lekko zaskoczony. - To moja przestrzeń, zachowaj odstęp, co? - No cóż, wiem, nadawałbym się na emo z takim podejściem do swojej sfery osobistej. Ale podziękuję, po ostatniej przemianie panny ADHD miałem uraz do tego stylu. Poza tym... No ludzie, jak ja bym wyglądał?! Wtedy już wogóle ludzie nie mieliby do mnie szacunku. No i co ważniejsze, do mnie nikt by nie podszedł, ale przy takiej Amandzie nikt by nie respektował, że to ja jej towarzyszę... Zaraz, o czym ja myślę?! Rany, ta dwójka jest naprawdę nudna, skoro tak odleciałem... Ech...
- Nie wtrącaj się idioto, nie twoja sprawa, mamy interes do tego kujona! - Wściekł się ten dziewczęcy.
- To teraz już nie gej? Zmieniliście zdanie~? Jednak nie podziękuję, kujon też mi nie pasuje. - Odparł swobodnie Matt.
     ...Gej? Błagam Matt, nie mów, że powiedziałeś im to, co myślę...
- Zamknij się, pedale!
     Dobra, dość tego!
- Zamknijcie się wszyscy, ale już! - Warknąłem, wstając. Czułem, jak zaczyna buzować we mnie adrenalina. To nieprzyjemne uczucie, gdy słyszysz na własne uszy, jak krew przepływa przez twoje ciało... - Z kompleksami to do psychologa, do cholery! Nic mnie nie obchodzą wasze powody, jak się wreszcie nie zamkniecie cała szkoła usłyszy wasze błagania o litość, zrozumiano?!
     ...Ok, może trochę mnie poniosło. Ale do cholery, usiadłem tu, żeby mieć spokój!!! No i trzymać się z dala od bitwy na stołówce, też prawda...
- Pffhahahahaha! - Obaj wybuchnęli śmiechem, po czym odezwał się ten "mocniejszy". - Powodzenia mały! Wylądujesz w szpitalu jak nic! - Zaplótł ręce na piersi, patrząc na mnie z wyższością. Chyba nie trzeba było dodawać, że tylko bardziej mnie to wkurzyło. Cholerny zły humor, jak się człowiek nie wyśpi to gwarantowane, że coś takiego się zdarzy... No bo jak inaczej? Spokojny dzień? Chyba w snach! A tych zbyt wiele nie miałem.
     Ten wyglądający na słabszego nadal się ze mnie śmiał. A mimo wszystko, gdybym to jego stłukł najpierw, jego kumpel by się wściekł i nie byłby nawet w stanie normalnie myśleć... Może dałoby mi to jakąś przewagę gdyby nie to, że ja raczej od rana w ogóle nie myślałem.
- Daj spokój Marcos. Chce ci się marnować energię na tych półgłówków? - Spytał mój przyjaciel, chwilowo najwidoczniej tłumiąc śmiech. Chyba próbował mnie tym powstrzymać.
     Teraz to już żaden z nich się nie śmiał. Dzięki Matt. Moment na przemyślenia minął.
- Co żeś powiedział?!
- Kazałem wam stąd spadać! - Wydarłem się, czując, że moja głowa zaczyna boleć od hałasu.
     Zamachnąłem się, z zaskoczenia zdzielając go prosto w nos. Coś chrupnęło... I bynajmniej, to nie była moja dłoń.
- Marcos! - Nim ktokolwiek zdołał cokolwiek zrobić, rozległ się głos... Głos, którego nie dało się pomylić z żadnym innym. Sam odwróciłem się w stronę z której dochodził, nagle przytomniejąc. Bojowy amok mnie opuścił. Właściwie, to stanąłem jak wryty, podobnie jak dwójka moich przeciwników. Ten pierwszy otumaniony chrupnięciem, ten drugi... Trudno powiedzieć. Nie oglądałem się na Matt'a, ale mógłbym przysiąc, że wyczuwam jego zaciekawienie jakimś dodatkowym zmysłem. Co za absurd...
- Ymmm... - Mruknąłem mało inteligentnie. - Taaak?
- Co tu się wyprawia? - Warknął "lider" mojej drużyny. Znaczy... Reprezentacji szkolnej, do której należałem. I lider... Najsilniejszy w drużynie, najbardziej cięty w rozmowie i wszystko "naj". Cyborg, nie człowiek. Chcąc nie chcąc, przed nim ciężko było nie czuć respektu.
- No... Tak się tylko posprzeczaliśmy. - Wzruszyłem ramionami. Przecież to normalne, nie? - W każdym... Coś nie tak, Jeremi? - Zwróciłem się do lidera.
- Chcesz trafić do kozy? Drzesz się jak człowiek z buszu wydający okrzyk godowy. - Grupa za nim, czyli część mojej drużyny, parsknęła śmiechem.
     Nie mieli pojęcia o mojej wakacyjnej "przygodzie", ale i tak to było irytujące.
- To zaskakująco trafne stwierdzenie. - Zachichotał cicho Matt. Zrobiło mi się gorąco, ale puściłem to mimo uszu.
- Rany... Bo ten tu mnie wkurzył. - Skrzywiłem się i wskazałem na gościa, któremu przed chwilą chyba złamałem nos. Aktualnie jego kumpel podawał mu chusteczkę... Dziwne, że jeszcze żaden mi nie oddał. Mocni w gębie, tak?
- Też mi wyjaśnienie, przecież nerwy to jeszcze nie powód do przemocy. - Zauważył dość głośno mój przyjaciel.
     ...Fajnie. Jak nie to, to niby co jest powodem do przemocy, co, Matt???
- A ten to kto? - Lider niemal przeskanował Matt'a wzrokiem i rzucił mi pytające spojrzenie.
- Eee... Matt Solitaire. Chodzimy razem na niektóre lekcje. - Wzruszyłem ramionami. Bo co, miałem palnąć "to dłuższa historia", a potem opowiadać im o wszystkim? Nie, nie im.
     Wydawało mi się, że czerwonowłosy może czuć się trochę urażony tak ogólnikowym stwierdzeniem, ale postanowiłem co najwyżej później wytłumaczyć mu, kim jest lider i dlaczego właściwie nie powinno mu się mówić więcej, niż to konieczne. No chyba, że już sam zauważył, dlaczego.
- Ta ***, twój kochaś. - Syknął gość, z którym próbowałem się bić, na tyle głośno, by moi kumple z drużyny go usłyszeli. Przycisnął do nosa czerwoną już chusteczkę.
- Idziemy do pielęgniarki. - Rzucił ten dziewczęcy, na tyle cicho, że nawet ja ledwo usłyszałem. Jego kumpel rzucił mu zniesmaczone spojrzenie, ale chyba nie był aż tak tępy, żeby naprawdę się sprzeczać.
- Ej, nie pozwalaj sobie. - Odezwał się lodowato Jeremi. - Nie mamy w drużynie takich anomalii... Już wasza dwójka bardziej wygląda mi na "kochasi"... Może się mylę? - Prychnął. Reszta chłopaków chyba liczyła na bitkę, bo obserwowali ich wręcz z fascynacją. No cóż... Kto byłby na tyle głupi, żeby podskakiwać liderowi?!
- Chyba se *** kpisz! - Wybuchnął, odsuwając chusteczkę od twarzy i patrząc na Jeremi'ego z chęcią mordu w oczach.
     Kropelki czerwonej cieszy skapywały rytmicznie z jego umazanego krwią nosa.
     Czułem ten chłodny, metaliczny zapach przyprawiający o mdłości, ale nie dałem po sobie znać, że mój żołądek zrobił piękny obrót o jakieś 360 stopni. Ohydne.
- Lepiej zaprowadź go do pielęgniarki. - Polecił Jeremi temu dziewczęcemu.
- Nie waż się mi rozkazywać, lalusiu. - Prychnął, zaciskając pięści.
- Dajcie spokój. Nie róbcie hałasu. - Westchnąłem, siadając na ławce. Wolałem, żeby Jeremi się nie zdenerwował. - On potrzebuje do pielęgniarki. Uznajmy, że każdy z was nie powiedział na nikogo nic złego i spadajcie stąd w końcu! - Nałożyłem jedną słuchawkę na ucho.
     Najchętniej położyłbym się na tej ławce, zamknął oczy i zasnął...
- Jeszcze nie skończyłem. - Syknął do mnie cicho ten ze złamanym nosem, po czym jego... Ekhem, kumpel? Rzucając mordercze spojrzenia liderowi i jego ekipie, pociągnął go do gabinetu pielęgniarki.
     Kiedy odeszli, Jeremi rzucił mi poważne spojrzenie, po czym zerknął przelotnie na Matt'a.
- Nie narób sobie kłopotów. Pojutrze mecz, półgłówku. - Zbeształ mnie zaskakująco łagodnie, po czym odszedł, uśmiechając się... Jakoś tajemniczo?
     Co jest?! Czy wszystkich już do reszty poryło??? Z czego on się cieszy?!
- Marcos i unikanie kłopotów... Taa... - Czerwonowłosy parsknął śmiechem.
- Fatum. - Mruknąłem ponuro, opierając się o ścianę. - Jakbym zasnął... Obudź mnie, jasne?
- Nie zasypiaj, bo domaluję ci wąsy markerem, jasne? - Ostrzegł spokojnie Matt.
     ...Czy tylko mnie wydaje się, że to chore, grozić komuś z takim stoickim spokojem? I jeszcze lekkim uśmiechem???
- Dobra, dobra... Nawet się wyspać nie można. - Burknąłem, ściszając trochę muzykę.
- Bo masz ze mną gadać, a nie się wysypiać. - Powiedział wesoło.
     No naprawdę, co w tym takiego radosnego? Ja tu padam na twarz...
- Aha. - Zadzwonił dzwonek. - To teraz chyba mam historię. - Zauważyłem. - Pogadamy potem, dobra? - Podniosłem się.
- Też mam historię. - Uśmiechnął się.
- Aha. - Skwitowałem tylko i ruszyłem pod klasę, uśmiechając się niemal niezauważalnie.
     ...Skąd, wcale nie pomyślałem o tym, że będzie od kogo ściągać.


środa, 6 listopada 2013

Rozdział 5 : Matt Solitarie

Rany, w tej szkole plotki rozchodzą się naprawdę szybko. Niby jestem "nowy" jednak jakoś specjalnie nikt mi nie dokucza, Nie żebym się skarżył, ale to aż niezwykłe, że dzień puki co jest taki bezproblemowy. No przynajmniej dla mnie, bo taki Marcos na przykład przez moją kuzyneczkę dostał F. No to jestem ciekaw jak ona ma zamiar go, jak to sama powiedziała "uwieść", skoro on będzie na nią na maksa wkurzony. No cóż jej problem~!... Chociaż jak tak pomyśle to mogą się też denerwować na mnie, ale co to moja wina, że ją tu sprowadziłem? Nie. To w końcu JEJ rodzice wygrali tę wycieczkę na pół roku, dla czterech osób. No i to wujek z ciocią zaproponowali moim rodzicom żeby pojechać razem, a my zawsze możemy skończyć szkołę tu. W końcu Milville jest małym miasteczkiem ale i tak lepsze od dziczy... i nie muszę chodzić na żadne durne kółka strzeleckie, w końcu kto będzie dzwonił specjalnie z Afrykańskich stepów czy innej dżungli tylko po to żeby sprawdzić co ich synek zrobił. No cóż Maggie mnie nie wyda, wujek Earl jest na tyle normalny, że też nie powie... mam pół roku przerwy od strzelania, a może nawet dłużej. Hm... w sumie ciekawe jakie tu są kółka zainteresowań. Podszedłem do tablic informacyjnych przy stołówce. Widziałem oddalającą się rozentuzjazmowaną, ale i kipiącą ze złości Coldy. Ciekawe co się stało? Chyba jednak muszę znaleźć moją kuzyneczkę i się tego dowiedzieć... ech, jakie to kłopotliwe. O, mają sporą gamę zajęć pozalekcyjnych. Zobaczmy, drużyna football'owa.... to ta w której gra Marcos... no nie powiem nazwę mają ciekawą "Rosomaki z Milville". Uśmiechnąłem się, starając się nie roześmiać i oglądałem dalej ogłoszenia. Klub matematyczny, botaniczny, młodego fizyka, szachowy, o mają drużynę lekkoatletyczną, ale nie nie mam zamiaru się męczyć bardziej niż to potrzeba. W-f w zupełności wystarczy. Fani gier RPG, cheerleaderki, o może to z tąd ten entuzjazm Coldy, w końcu to chyba coś w jej stylu, różowe pompony, krótkie spódniczki, wszędzie pełno cekinów i brokatu, ale to nie dla mnie... nie ma mowy. Dobra, musi tu być coś ciekawego... Na tej rozpisce którą dostałem od dyrektorki było napisane, że KAŻDY ma przynajmniej przez rok należeć do jakiegoś klubu, no cóż lepiej zrobić to teraz i mieć z głowy. Kółko muzyczne, modelarskie, plastyczne... Spojrzałem na swój zeszyt... Mam im to pokazać? Mam się tam z nimi spotykać i co, może jeszcze krytykować i chwalić inne dzieła...? To w sumie nie takie złe, ale chyba... Nie jestem pewien czy dałbym im do rąk moje prace. No cóż, może przynajmniej przyjdę na pierwsze zebranie, dowiem się co i jak... Ech, no może jest też coś ciekawszego. Z westchnieniem odsunąłem się od tablic ruszajac w stronę stołówki. Kątem oka zobaczyłem jeszcze, że jest klub młodego informatyka czy czegoś takiego, może ewentualnie zobaczę co to jeszcze... Ale teraz jestem głodny. Otworzyłem drzwi od stołówki i... natychmiastowo wykonałem przepiękny zwrot o 180 stopni i zamknąłem drzwi, gdyż za mną przeleciał makaron i rozplaszczył sie na pobliskiej ścianie. Tak, jakiś dzieciak krzyknął "walka na żarcie" i wszystkim nagle się przypomniało jak to fajnie się bawiło w podstawówce. Szkoda, że zapomnieli o tym, że potem trzeba to sprzątać... No cóż, nie mój problem, mnie tu nie było. Chyba wezmę kanapki z szafki... Może zjem na powietrzu, chyba drużyna nie ma jeszcze treningu. Wszedłem do męskiej łazienki... No cóż, było tam aż do bólu zwyczajnie. Nawet jakiś dwóch facetów robiło "spłuczkę" w toalecie, nic niezwykłego. Podszedłem do zlewu i zacząłem myć ręce, przy akompaniamencie spuszczanej wody i jakiegoś krzyku. Czy skoro nie chcę narażać się na podobny los to jestem wredny? - Te patrz jakiś gej nam się trafił!- I oto moja karma, z kabiny wyszło dwóch kolesi... Jeden normalny, a drugi.... i to ON MNIE nazwał gejem, bo nie udało mi się przywrócić jeszcze dawnego koloru włosów i zostały czerwone? Przepraszam bardzo. - I kto to mówi?!- burknąłem, kończąc płukać dłonie. No przepraszam bardzo, czy ten facet w ogóle siebie widział w lustrze? - Coś ty powiedział?!!! - wrzasnął ten drugi i chciał mnie złapać, jak mniemam zaciągnąc do kabiny i "zmyć" mi farbę z włosów na ten "cudowny" znany tutaj sposób. No cóż, nie dam się. Uniknąłem tego szybko i wybiegłem z toalety. No i oczywiście zaczęli mnie gonić. Jakie szczęście, że już trochę zacząłem ogarniać tę szkołę, a nie powiem jest jak labirynt. Bez porównania do tych małych wioskowych/leśnych szkół. Po chwilowym biegu udało mi się ich zgubić, i przy okazji wpadłem na Sophie. - O hej, i jak tam na wdż'cie?- zagadnąłem, rozglądajac się nerwowo czy mnie nie znaleźli. - Hej. Okropnie! Jeszcze jestem w parze z tym...tym...ugh nie mogę znaleźć słowa. - Marcosem? - Tak z nim... I niby mamy się razem się opiekować jakimś dzieckiem... Ja mu nie powierzę żadnej żywej istoty! - Nie musisz, to pewnie będzie lalka... Albo worek mąki... W ostateczności jajko. - Ale te lekcje i tak są chore!- prychnęła- Ty słyszałeś co jest w programie? Tylko w waszych... Ich ograniczonych jaknkeskich mózgach mógł powstać tak chory plan by edukować młodych ludzi z..z... Nie ja tego nie powiem, to obrzydliwe i upokarzające. - Spokojnie.- starałem się ją jakoś pocieszyć, ale w tej chwili z tłumu wyłoniła się pewna osobliwa parka. - Dasz jakoś radę. A teraz wybacz, muszę lecieć.- powiedziałem wesoło, a widząc jej zdziwione spojrzenie dodałem- Bawię się w berka z nowymi kolegami, do potem~! *~~*~~*~~* Pobiegałem po szkole jeszcze dłuższą chwilę. Tym razem byłem pewien, że ich zgubiłem... W końcu była już połowa przerwy obiadowej a ja jeszcze nic nie zjadłem. A szafkę mam po drugiej stronie szkoły... pięknie. Na jednej z ławeczek ustawionych na korytarzach zauważyłem Marcosa. Siedział sobie sam i słuchał muzyki. -Co tam~!- przywitałem się, siadając obok i zabierając mu jabłko, które chciał w tej chwili ugryźć. - Nic.- warknął na mnie, zdejmując słuchawki... czyli jednak chce pogadać, ciekawe~! - No to mów co się stało, że jesteś taki zdenerwowany~! - uśmiechnąłem się, dalej konsumując nie swoje jabłko. - Jeśli chodzi o jabłko to ci odkupię... Po prostu jestem głodny, szafkę mam daleko stąd, a na stołówce jest walka na żarcie... - Nie chodzi o to jabłko, mam drugie. - warknął, jednak się uśmiechnął, o widzę postępy~! Wyjął z torby drugi owoc i zaraz go ugryzł, by zamaskować delikatny uśmiech. - No to o co? - O twoja kuzynkę, skąd ona się tu w ogóle wzięła?! - A tak, słyszałem, ponoć wparowała wam na lekcje... Skąd się wzięła pytasz? A ponoć miałeś już wdż z Sophie, ale dobrze, powiem ci... Gdy moi ciocia i wujek się w sobie zakochali i wzięli ślub... - Nie o to mi chodzi!- zaprzeczył szybko, uśmiechając się. - A WDŻ z Sophie był okropny, ona co chwilę miała jakieś problemy, nawet jeśli chodziło o naprawdę normalne tematy... - Wiesz, Sophie mówiła, że u nich nie ma czegoś takiego jak wychowanie do życia w rodzinie. - No tak, to by wiele wyjaśniało. - wziął kolejnego gryza. - O, już nie uciekasz?- usłyszałem za koło siebie głos. No ja nie mogę, czy oni mi teraz nie dadzą spokoju? Niech się lepiej zajmą sobą i swoimi sprawami. - Nie~!- odparłem wesoło, gryząc jabłko. - Zabawa była fajna, ale już mi się znudziła. - odpowiedziałem beztrosko, nawet nie ruszając się z miejsca.

piątek, 18 października 2013

Rozdział 4: Coldy Canavan


Czułam, jak moja twarz robi się cała czerwona niczym kreacja Jennifer Aniston na tegorocznych Oskarach. TA… MAŁOLATA… CHODZI… Z… NAMI… DO… SZKOŁY…
Maggie chodzi z nami do szkoły?! Pojawienie się Matta nieco mnie zaskoczyło, ale nie sądziłam, że przywlecze sobą swoją kuzynkę do Millville! I jakim cudem przez cały tydzień tego nie zauważyłam?! Dzień nie mógł być już gorszy, a dopiero się zaczynał. Marcos usiadł w ławce bogatszy o nowe, wielkie F przy jego nazwisku, a nauczycielka rozpoczęła lekcję. Zaczęłam wachlować się zeszytem, by pozbyć się rumieńca. Biedny jednorożec został w domu, a tak by mi się teraz przydał…
-Coldienne, czy coś się stało?- spytała nauczycielka.
Obiegłam wzrokiem klasę, ale nikt nie zareagował na pytanie nauczycielki.
-Pani mówiła do mnie?- zapytałam cicho.
-A niby na kogo patrzę się w tej chwili, Canavan?
-Ja mam na imię Coldy, proszę pani. Przeliterować?- uśmiechnęłam się, gdyż specjalnie się tego nauczyłam, przychodząc do liceum.
Nauczycielka westchnęła jednak głęboko i powróciła do zapisywania działań na tablicy. Ja poczułam się już trochę lepiej, więc pobieżnie przepisywałam to, co akurat znajdowało się na tablicy, ukradkiem sprawdzając newsy na facebook’u.
-O jejciu!- pisnęłam.
Wszyscy odwrócili się w moją stronę.
-Co się stało?- zapytał Fabian, chłopak z dredami, który siedział naprzeciwko mnie.
-Rita Marshall, TA Rita, która w zeszłym roku przyszła do szkoły w piżamie- która zresztą nie była ani trochę fancy. -ma więcej znajomych na facebook’u niż ja!!
Klasa wybuchnęła śmiechem, a nauczycielka przestała bazgrać na tablicy i zmierzyła mnie wzrokiem. Poczułam, że na nowo robię się czerwona…
:*:*:*

Wyszłam z klasy z furią w oczach. Nienawidzę tej starej wariatki! „Chciałabym spotkać się z twoimi rodzicami, Coldienne”. Pośle się Simbę i będzie załatwione. Bardziej martwi mnie utrata komórki na dzisiejszy dzień. Całe szczęście, że nie kazała mi zostać po lekcjach… Gdy tylko przekroczyłam próg klasy, wpadłam na Maggie, która widocznie czekała na Marcosa. Oni znów są ze sobą? Spokojnie Coldy, nie daj się sprowokować.
-Czyżby nasza ukochana panna ADHD zapomniała jednorożca?- Maggie uśmiechnęła się, splątując ręce. Z uśmiechem zauważyłam, że ma na sobie bluzkę w kratkę, która już od miesiąca jest niemodna.
-Maggie, Maggie…-zrobiłam zatroskaną minę.-Czyżbyś przez poprzedni miesiąc ukrywała się w bunkrze?
-Hę?- dziewczyna otworzyła szeroko oczy, wpatrując się we mnie. Tymczasem Marcos wraz z resztą klasy rozmyli się gdzieś w tłumie.
-Skarbie, twoja bluzka. Kratka jest już niestety passe. A jednorożec woli zostawać w naszym apartamencie, niż towarzyszyć mi w szkole- oświadczyłam, pomijając fakt, że dyrektor zakazał mi przynosić go po tym, jak przez przypadek trafił do torby Mary Sue, a ona o mało nie dostała zawału, bo myślała, że ma w plecaku tarantulę.
Oddaliłam się, uśmiechając. Od razu dzień mi się poprawił, gdy wygrałam z Maggie pojedynek na słowa.


:*:*:*

Na długiej przerwie, nim poszłam do stołówki, zajrzałam na tablicę z ogłoszeniami. Na samym środku został wywieszony wielki plakat z ogłoszeniem, że potrzebują cheerlederek. 

-Jejciu!- pisnęłam.
Zawsze marzyłam, by zostać cheerlederką, a teraz oni potrzebują właśnie mnie! 

-Ryan, czy ty też widzisz to, co ja?- zapytałam chłopaka idącego w stronę stołówki.
-No, tablica z plakatami- mruknął Ryan.
Rzuciłam się mu na szyję.
-To mój najlepszy dzień! Będę cheerlederką!
Parę osób, które przeszło koło nas, obrzuciło nas dziwnym spojrzeniem.
-Eee... Mogłabyś mnie puścić?
-Jasne, jasne- rzuciłam, schodząc na ziemię.
Chłopak umknął pośpiesznie do stołówki.
-Musisz przejść jeszcze przez kwalifikacje- mruknęło coś rudego, które pojawiło się zupełnie znikąd.
Czy ta szkoła naprawdę jest taka mała?!
-Rok temu miałam A z w-fu- pochwaliłam się, przerzucając włosy przez ramię. To była moja słynna poza „nie walcz i tak jestem bardziej fancy"
-Nie miałaś- oświadczyła z satysfakcją dziewczyna, pokazując swój wielki, błyszczący kolczyk w języku. Jejku, czy to nie wybija jej dziury w podniebieniu?
-Może i nie, ale z pewnością byłam bardzo blisko.
Maggie spojrzała na plakat zachęcający do wzięcia udziału w kastingu na cheerlederkę.
Dobrze wiem, co oznaczało to spojrzenie.
-Nie zrobisz tego- poczułam, jak moja twarz po raz trzeci tego dnia przybiera odcień purpury.
-Wiesz, ja zawsze lubiłam doping. A skoro Marcos jest w szkolnej drużynie…

środa, 9 października 2013

Rozdział 3: Wolne, wolne i...

     Po piątkowym WDŻ'cie nastąpił cudowny wypoczynek. No, może nie aż tak cudowny, bo mimo, że był to pierwszy tydzień, praca domowa już czekała na wszystkich drugoklasistów.
     Ach, cholera, jak ja nienawidzę matmy... Francuskiego... A nade wszystko fizyki! To cholerstwo było ponoć najlogiczniejszym ze wszystkich przedmiotów, a nie miało ani krztyny sensu!!!
     Spokojnie, Marcos... Bawiłeś się w piątek, poszedłeś na kolejną imprezę w sobotę... Szlag by cię, Steve... Siedziałeś przed kompem w niedzielę... No to masz. Niedziela wieczór. Albo zrobisz te cholerne zadania, albo możesz się... Nie, moment... Potrzebuję coli... Mhm...
     Powlokłem się na palcach do kuchni. Oczywiście nikt nie pomyślał o wsadzeniu mojego nektaru bogów do lodówki... Ciepła cola. Fuj.
     Zabrałem ze sobą całą butelkę, po namyśle zgarniając też szklankę i kostki lodu. Chyba czekała mnie bezsenna noc.
     23:00 - Odrabianie głupich zadań z matmy. Byle do końca...
     23:30 - Od dziesięciu minut siedzę nad pierwiastkami i działaniami na niewiadomych. Niech szlag weźmie ułamki i działania na nich... Takie proste, a tak upierdliwe... Czy my musimy co roku od tego zaczynać???
     00:00 - Zegarek się świeci. Mam wrażenie, że zrobiło się gorąco. Pół butelki coli za mną. Lód dawno się roztopił. Jeszcze jedno zadanie, francuski i fizyka... Dam radę...
     00:30 - Matma i francuski za mną! Jeszcze tylko fizyka i wolne! ...***, zapomniałem o angielskim!!!
     01:00 - Jestem blisko. Blisko padnięcia na twarz. Cholera, oczy mnie pieką. Muszę zrobić jeszcze dwa działania i napisać krótką notatkę... Dlaczego ta cola nie działa?! To na pewno przez to, że stała w cieple... Cholera, komuś powinno się za to oberwać! ...A już pamiętam, to Dake ją wyciągnął. Jak się spotkamy, to go wykończę... Własnoręcznie, przysięgam... Aaa, fizyka...
     01:10 - Zasnąłem na biurku.
     Z samego rana obudził mnie krzyk ojca, żebym się budził i zbierał. Popatrzyłem nieprzytomnie na biurko. Plecy mnie bolały. Nogi mnie bolały. Wszystko bolało. Chyba coś mi strzyknęło w kręgach szyjnych... O ***, fizyka i angielski!!! Nie skończyłem!!!
     W biegu wpadłem pod prysznic. Opłukałem się tylko zimną wodą. Czułem, że powinienem podeprzeć powieki wykałaczkami, żeby przestały się zamykać, ale zimna woda musiała starczyć. Umyłem zęby, ochlapałem twarz jeszcze raz, znalazłem na pozór czyste ciuchy w szafie i w pośpiechu wpakowałem książki i zeszyty do plecaka. Został mi kwadrans. Fizyka była pierwsza, więc postanowiłem dokończyć zadanie. Zapewne wyszły mi kompletne bzdury, ale najważniejsze, że były. Tylko jak weźmie mnie do tablicy, mam przerąbane...
     Na kolejny krzyk ojca wrzuciłem ostatni zeszyt do plecaka i zbiegłem na dół. Poklepał mnie po plecach tak, że mało nogi się pode mną nie ugięły. Ach, cholerne przemęczenie...
- Hej Marcos, będę dziś wracał z roboty wcześniej, zabrać cię z siłowni?
- Nie, będę u Amandy. Ale dzięki.
- A co z twoją pracą?
- Dziś mam wolne.
- Aha, pomyliłem dni. No to pojadę dziś do baru Yao.
- Nie przesadź.
- Nie, to pomysł klienta... Chce wziąć rozwód na swoją korzyść, a tak naprawdę to on znalazł kochankę i się rozpija...
- Hazard, co?
- Ta... Ci ludzie potrafią być cholernie wkurzający jak im się chce. - Westchnął, mijając kolejny zakręt. - Gdyby nie pani Canavan, miałbym teraz spokojne zlecenie z odszkodowaniem za wypadek drogowy...
     Na wzmiankę o mamie Coldy poczułem lekkie mdłości.
- Co poradzisz... Następnym razem ty zniknij w buszu z jej córką-wariatką, a ja postaram się gadać z mętami społecznymi i dla nich pracować. Zobaczymy, kto ma gorzej. - Prychnąłem.
- Nadal się o to gniewasz?
- Mam traumę.
- Hahahahaha! - Zaczął się ze mnie śmiać, o mało nie puszczając kierownicy. - Mój syn ma traumę, dobre. - Znów poklepał mnie w plecy. - Daj spokój, było minęło.
- Wiem. - Westchnąłem. Jakoś nie było mi do śmiechu. Chociaż fakt, trauma to za dużo powiedziane, jednak te wspomnienia towarzyszą mi na każdym kroku... Wszystko jak wyjęte ze snu porąbanego umysłu. Nie, to nie sen, to moje życie. - Dobra, dzięki za podwiezienie. Narka.
- Pozdrów Amandę!
- Spoko. - Trzasnąłem drzwiami i ruszyłem do szkoły. Nagle mignęło mi coś rudego.. Nie, to nie Maggie, ogarnij się chłopie, nie śpij...
     Wzruszyłem ramionami sam do siebie i poszedłem dalej. Byłem już prawie pod klasą, gdy odezwała się wczorajsza cola. Coraz bardziej zirytowany zawróciłem do łazienki.
- Yabe, łap go! - Zdyszany pierwszoroczniak prawie wyminął mnie w drzwiach, jednak zaraz został zaciągnięty z powrotem do kabiny. Patrzyłem na to z niesmakiem, ale to właściwie był już całkiem zwyczajny widok. Zwyczajne pierwsze tygodnie w szkole. "Chrzest" pierwszaków.
      Tylko dlaczego do jasnej cholery musieli zająć wszystkie kabiny?!
- Clayton, co to ma do jasnej cholery być? - Warknąłem zirytowany do stojącego niedaleko napakowanego blondyna. Nie dość, że jestem zmęczony, to jeszcze marnuję energię na wkurzanie się. Teraz to na bank padnę gdzieś na korytarzu...
- O, Marcos. Chrzcimy koty. Trochę się wyrywają... Jak to kociaki widząc wodę. A co? Może chcesz pomóc?
- Podziękuję. - Nie zmieniłem tonu. - Wyjaśnij mi raczej, dlaczego zajęliście wszystkie kabiny. Wiesz, niektórzy potrzebują ich w innych celach.
      Gyby tylko głupi zarząd szkoły nie robił remontu i pisuary byłyby na miejscu... Nie musiałbym się przejmować żadnym przepakowanym, zidiociałym... Czy on wogóle wie, do czego służy siłownia, czy robi z siebie kulturystę?
- Spoko, chyba zaraz skończą z tą panienką z trzeciej kabiny...
      Fakt, za pozostałymi drzwiami coś cię tłukło, coś jęczało czy inne takie, ale z tej chyba nie dochodził już żaden dźwięk poza śmiechami i spłukiwaniem wody.
      Uhh, sadyści... Pomógłbym, ale sorry, w czterech kabinach, przy czym w jednej nie było wody, razem z Claytonem musiało tu być chociaż sześciu drugo- bądź trzecioklasistów. Sam, do tego ledwie stojący na nogach, nie dałbym rady. Biorąc pod uwagę to, że zapewne z przynajmniej kilkoma z nich byłem w drużynie i reszta drużyny by ich poparła (w końcu prawie każdy przez to przeszedł), moje szanse były jak jeden do tysiąca.
      Wzruszyłem ramionami, skinąłem głową i oparłem się o ścianę, czekając, aż skończą. Clayton wrócił do swojego kociaka.
- Ohoo, a to co? - Z drugiej kabiny dobiegły mnie śmiechy. Nawet nie chciałem wiedzieć, o co chodziło.
      W końcu trzecia kabina się zwolniła. Wyszedł stamtąd umoczony w toaletowej wodzie niski brunet. Z obojętną miną założył na nos okulary i szedł dalej do wyjścia. Ci "ważniacy" którzy mu to zrobili nie spieszyli się z wyściem aż tak.
- Jak macie się migdalić to może poza kabiną? - Rzuciłem złośliwie. Władowałem w to całą swoją frustrację. Mogliby już wyjść... Poznęcali się nad pierwszakiem, no dobra, ale żeby zmówić się z tą cholerną colą, która i tak mi nie pomogła, i robić mi na złość, siedząc tam?!
- Co się tak przegrzewasz, mały? - Prychnął jeden z nich, wyhodząc. Ton miał luzacki, ale jego wzrok pałał rządzą mordu. Trzecioroczniak. Czyżbym trafił w czuły punkt? Zresztą, mniejsza. Nie chciało mi się kłócić, byłem na to zbyt zmęczony. Niech oni po prostu już sobie idą...
- Masz jakiś problem? - Wyszedł też drugi. Taki jakiś... Nie napakowany, niższy od swojego kumpla... Można by powiedzieć, że urodę ma raczej po matce niż po ojcu. Ledwo pohamowałem uśmiech. Gdybym się uśmiechnął, byłbym martwy. Widać miał kompleksy.
- Tylko taki, że zajmujecie kabinę.
      Obaj z niechęcią opuścili łazienkę.
      Jak to dobrze, że jestem w reprezentacji szkoły. - Odetchnąłem z ulgą w myślach. Gdyby nie "status szkolny" sam miałbym teraz głowę w muszli klozetowej...
      W końcu załatwiłem co miałem załatwić i jak najszybciej się dało wyszedłem, ruszając pod klasę. Pod drzwiami przywitałem się ze znajomym i olałem zarówno Sophie jak i Coldy, z którymi akurat miałem te zajęcia.
     Znów mignęła mi ruda czupryna... Chyba jestem przewrażliwiony. W końcu nie każdy rudzielec to Maggie.
     Zadzwonił dzwonek. Nauczycielka przyszła, obrzucając wszystkich, a w szczególności mnie, niemiłym spojrzeniem i otworzyła drzwi. Kiedy już wszyscy usadowili się na miejscach i otworzyli książki bądź wyciągnęli jakieś swoje brudnopisy, zaczęła wyczytywać obecność. Podparłem głowę na dłoni. Myślałem, że lada chwila odpłynę, a monotonny głos staruszki wcale nie pomagał. Powieki mi się kleiły...
     Nagle drzwi otworzyły się z rozmachem i na środek klasy wyszła... Maggie!!! CO ona tu do cholery robiła?!
     Rozejrzała się, olewając skonfundowaną nauczycielkę. Jej wzrok zatrzymał się na mnie.
- Marcos! - Rzuciła się do mnie i uściskała mnie, po czym zwiała do drzwi. - Zobaczymy się później~!
     ...O kurde. Mam przerąbane...
     Drzwi się zatrzasnęły, a nauczycielka kazała mi podejść. Doczłapałem jakoś do jej biurka.
- Nie wiem kim była ta młoda panna, ale na następny raz powiedz jej, żeby NIE wparowywała na moje zajęcia w ten sposób! A teraz, za karę za twoją... Khem, dziewczynę, może podaj mi swój zeszycik... Zobaczymy, czego się nauczyłeś na ostatnich lekcjach...
     Po klasie potoczyły się śmiechy. Wróciłem się do ławki, starając nie patrzyć na dziewczyny i chłopaków. Kumpel z ławki posłał mi współczujące spojrzenie. Trochę mu nie wyszło, bo też się uśmiechał. Tyle, że przynajmniej starał się to ukryć. Liczy się gest, nie?
     Zaniosłem starej wiedźmie swój zeszyt i stanąłem na środku, rzucając wszystkim obojętne spojrzenie. Wciąż byłem zbyt śpiący, by na coś się wysilać. Nawet na proste emocje nie było mnie stać. Widok Coldy i Sophie bynajmniej tego nie zmienił. Chociaż miny miały naprawdę śmieszne... Ale w tej chwili i tak nie było mi do śmiechu. Nie roześmiałbym się z żadnego powodu, no chyba, że nauczycielka nagle stałaby się "sweet różowym jednorożcem" Coldy, a ja bym się obudził.
- Dobrze. Podaj mi teraz wzory, których uczyliśmy się na ostatniej lekcji, potem wymień, kiedy je stosujemy i dostaniesz jeszcze jedno, albo dwa zadanka...
     ...Uczcijmy to minutą ciszy.

niedziela, 22 września 2013

Rozdział 2: Sophie Tania Brown


Mijał kolejny dzień szkoły. Szłam do swojej szafki odłożyć książki i zabrać te z pracą domową na weekend. Potem ostatnia lekcja w pierwszym tygodniu szkoły i weekend. W przeciwną stronę szła Bridgit, za którą pośpiesznie dreptała Coldy. Z przejęciem opowiadała swojej „fancy” przyjaciółce o jakimś strasznie przejmującym wydarzeniu. Znowu ubierała się na różowo. Bridgit nawet jej nie słuchała, tylko pisała coś na telefonie i od czasu do czasu mówiła od niechcenia „naprawdę”, albo „acha”. Spuściłam wzrok i lekko przyspieszyłam kroki. Przeszły koło mnie bez żadnej reakcji. Lepsze to niż ciągłe słuchanie Coldy….prawda? Mam z nią kilka lekcji, ale nie odzywa się na nich do mnie. Ogólnie prowadzę teraz raczej samotne życie. Marcosa widuje na niektórych lekcjach i na korytarzu. Dzisiaj kiedy skończyłam w-f on z kolegami wchodził na salę i omal nie dostałam od niego piłką. Nawet nie powiedział „przepraszam”, nie mówiąc już o „cześć” albo chociaż „hej”. Skoro wszyscy złożyli śluby milczenia to ja na pewno nie odezwę się do nich pierwsza. Doszłam do szafki. Obok stał Matt i wyciągał książki ze swojej szafki.
-Hej-powiedziałam bez emocji otwierając szafkę.
-Hej-odpowiedział nie odrywając wzroku od swoich książek.
-Idziesz już do domu?
-Tak. A ty?
-Mam jeszcze wdż. – włożyłam książki do torby.
-To kiepsko.
-Nigdy nie miałam takich zajęć. W tamtym roku ich nie było, a w domu miałam tylko najważniejsze przedmioty. To jakieś fajne zajęcia?
-Zależy. Jeśli się lubi takie różne zadania,to tak.
-Jakie zadania? – Po tych słowach zadzwonił dzwonek na lekcję.
-Sama się przekonasz- powiedział zamykając szafkę – do jutra i powodzenia. – ruszył w kierunku wyjścia.
-Super. – powiedziałam, zamknęłam szafkę i poszłam w kierunku klasy. Pod klasą stali uczniowie. Większość z nich kojarzyłam z widzenia. Wśród tej grupki dostrzegłam Marcosa. Pani nauczycielka wreszcie przyszła i wpuściła nas do klasy. Usiadłam obok jakiejś dziewczyny, koło której było wolne miejsce. Nauczycielka szybko nas policzyła.
-Wspaniale! Rzadko się zdarza, żebym dostała grupę, w której jest po równo dziewczyn i chłopców. Chciałabym, żeby w każdej ławce była para mieszana – powiedziała, ale nikt się nie ruszył. – Skoro tak, to sama was porozsadzam. Kazała wszystkim wstać i stanąć na środku klasy. Potem brała przypadkowego chłopaka i dziewczynę i kazała im usiąść we wskazanej ławce. Zostałam tylko ja, czarnoskóra dziewczyna, chłopak w dredach i Marcos. Błagam, mogę usiąść z chłopakiem w dredach, byleby nie z Marcosem!
-Ty kochana usiądziesz z tym przystojniakiem tu – chwyciła mnie i Marcosa i wskazała ławkę. Super. Po prostu świetnie. Grzecznie usiadłam w ławce. Marcos trochę się ociągał, ale w końcu też usiadł. Kiedy ostatnia para usiadła, pani opowiedziała trochę o sobie i o zajęciach.-Będziecie mieli różne zadania, ale to później. Głównym celem tych zajęć jest to, żebyście się później nie zdziwili, że np. wasza dziewczyna jest w ciąży – mówiąc to puściła oczko. Chłopcy w klasie zachichotali. Marcos zrobił trochę zmieszaną minę i maksymalnie się ode mnie odsunął. – Ale na razie od początku. Czym się różnią chłopcy od dziewczynek raczej każdy wie. Dzisiaj obejrzymy film edukacyjny o tym, skąd się biorą dzieci. Najpierw jednak krótki wstęp. A więc kiedy kobieta i mężczyzna bardzo się kochają…
…Coś czuję ,że nie spodobają mi się te lekcje.

piątek, 6 września 2013

Rozdział 1 : Matt Solitarie


Obudził mnie swąd przypalonego naleśnika. Wyskoczyłem z łózka i poleciałem szybko do kuchni. Okazało się że to mój wujek robił śniadanie i po prostu się zaczytał.
- Widziałeś Matt Pittsburgh Steelers pokonało wczoraj Cincinnati Bengals nieźle sobie radzą w tym sezonie, myślisz ze dojdą do finałów? Bo wiesz teraz mają się zmierzyć z... - Earl rozgadał się o football'u amerykańskim zupełnie ignorując czerniejący na patelni naleśnik.
- Wujek powinien przestać czytać przy śniadaniu bo jeszcze kiedyś spowoduje pożar- westchnąłem wyłączając kuchenkę i otwierając jedno z okien. - Poza tym jak znam życie Maggie zaraz wejdzie tu zdenerwowana i zacznie gadać że...
- Czy wy nie wiecie że aby zachować idealną skórę trzeba spać 10 godzin dziennie a wy mnie budzicie po... 9 godzinach 55 minutach i jak ja mam się spodobać Marcosowi w takim stanie?- jęknęłam siadając na krześle obok wujka.
- W takim stanie to lepiej nigdzie nie wychodź- westchnąłem usuwając poczerniałe ciasto z patelni- najlepiej wracaj do siebie to wszyscy się ucieszą- mruknąłem do siebie, ale tak by nie usłyszała. Earl w tym właśnie momencie podniósł wzrok na siostrzenice... i to był jego błąd, z wrzaskiem zleciał z krzesła.
- Maggie skarbie, coś ty sobie zrobiła?!- zapytał przerażony oglądać jej zielono-biało-niebieską twarz - jeśli chcesz kibicować Seattle Seahawks to nie w moim domu panienko, poza tym rozmazałaś farbę tak, że wyszła szarawa breja a nie dumna flaga godna jakiegokolwiek zespołu. - otrząsnął się po chwili i usiadł na krześle zaczynając dawać dziewczynie rady odnośnie oddawania hołdu klubom piłkarskim i kibicowania im. Ta z nieszczęśliwą miną... no cóż podejrzewam ze była nieszczęśliwa bo ciężko to było zobaczyć z pod taką ilością maseczki do twarzy.
-To ja się zajmę tymi naleśnikami westchnąłem zakładając fartuch wujka, a ponieważ to zagorzały fan to nawet tu znalazło się logo jakiegoś zespołu. Jakiego? Nie wiem i nie za bardzo mnie to obchodzi, nie jestem zagorzałym kibicem i chyba nigdy nie będę, no cóż to mnie po prostu nie interesuje.
Pogłośniłem radio by nie słyszeć tłumaczeń Meggie, jeszcze bym się nad nią zlitował i jej pomógł. Usmażyłem już z 10 naleśników gdy rudowłosa wreszcie wykrzyczała ze nie kibicuje nikomu i jest to jedynie coś co kobiety nakładają na twarz by ładniej wyglądać. No niby szczęście, że powiedziała i teraz powinna mieć spokój, ale niestety tylko hipotetycznie bo to że "nie kibicuje" tak mocno zabolało wujka, że zaczął jej opowiadać i przekonywać do wstąpienia do fanklubu jego ukochanego zespołu.
Przerzuciłem jeszcze ze dwa naleśniki gdy ktoś odciągnął mnie w bok.
- Matt, Matt, Matt - pisnęła zdenerwowana - zajmij czymś Earl'a mam go dość, proszę muszę się przyszykować, a zaraz trzeba wyjechać, proszę~!
-No nie wiem, nie wiem.... a co ja będę z tego miał?- uśmiechnąłem się kończykiem ust wycierając ręce w fartuch.
- Co chcesz, zrobię co chcesz - prosiła dalej. Rany musi być naprawdę zdesperowana skoro wysuwa takie warunki.
- Nie będziesz do mnie łazić w szkole, nie znamy się - powiedziałem stanowczo
- to chyba jasne ktoś taki jak ty tylko zniszczyły moją przyszłą popularność- urażona założyła ręce na piersi i spojrzała na mnie wyniośle... co wyglądało dość ciekawie skoro jest ode mnie trochę niższa.
- no tak to oczywiste, ale musiałem to ustalić- westchnąłem - masz nie mówić swoim wujkom a moim rodzicom ani nikomu innemu co DOKŁADNIE robię w szkole. Czyli na jakie zajęcia dodatkowe się zapisuje, z jakimi ludźmi rozmawiam i przyjaźnię się, ani ile czasu poświęcam na doskonalenie strzelnictwa.... lub czegoś w stylu taty. Kiwnęła głową potakująco - to nie wystarczy, przysięgnij na... na... na swoje wszystkie torebki paski i "designerskie" ciuchy - podałem jej rekę na znak zgody.
- Ale wszystkie~!- jęknęła- dobra- niechętnie podała mi rekę- ale zajmij go czymś TERAZ!
- Dobra, dobra uspokój się - westchnąłem uśmiechając się przyjaźnie. Odwróciłem się od niej by przewrócić kolejnego naleśnika- Ej wujku może damy się jej przebrać bo jak wyjdzie na miasto przemalowana na kosmitkę to jeszcze ją wojsko zgarnie, co?- zażartowałem, tak by trafić w gust wujka... nigdy nie rozumiałem jego poczucia humoru
- Hahaha Matt masz rację - uśmiechnął się przyjaźnie. Moja kuzyneczka pisnęła szczęśliwa biegnąc do pokoju.
******
- No szybciej zaraz się spóźnimy - Pokrzykiwała Maggie malując usta we wstecznym lusterku.
- a przez kogo?- Westchnąłem odsuwając od siebie róż na policzki. Jeszcze na jakimś wertepie wysypałby mi się na białą bluzkę.
- Ja zawsze muszę wyglądać perfekcyjnie - prychnęła wracając do poprzedniej czynności. -Wuju zatrzymaj się... już.... TERAZ- wrzasnęła wystraszona. Samochód zatrzymał się a ona popchnęła mnie żebym wysiadł. - Jesteśmy przecznicę od szkoły - wyjaśniła- nie chcę tam wjechać w takim pospolitym aucie dodatkowo obwieszonym wszelki drużynowymi ozdobami, mowy nie ma Matt rusz się idziemy na piechotę!!!- pokrzykiwała.
westchnąłem po raz kolejny tego dnia ( oj coś czuję że przy niej to będzie mój stały nawyk) i powlokłem się za nią. Oczywiście na apel już nie zdążyliśmy. Usłyszałem tylko ze jestem spóźniony, że mam iść do 203 bo tam zostałem przypisany. Wzruszyłem ramionami i ruszyłem przed siebie zostawiając Maggie samą z poszukiwaniami gabinetu 102, no cóż z własnej winy nie chciała przyjść tu w wakacje i obejrzeć szkoły, to niech się pomęczy.
Przed gabinetem odetchnąłem, wygładziłem włosy i rozpiąłem ze 2 guziki od koszuli. tu było po prostu za gorąco, poza tym zapięta całkowicie koszula okropnie uwierała mnie w szyję. Zapukałem grzecznie i wszedłem do środka. Podszedłem do trochę skołowanej nauczycielki i z przepraszającym uśmiechem wręczyłem jej kartkę którą dostałem przy wejściu do szkoły razem z krzykami niezadowolonej sekretarki... ale te raczej zostawię dla siebie.
Nauczycielka przeczytała uśmiechnęła się do mnie promiennie i zaczęła mówić.
- No więc tak jak wam mówiłam do naszej grupy dołącza nowy uczeń. Matt... może sam się przedstaw.
- No więc - zaśmiałem się nerwowo- nazywam się Matt Solitarie i... - zapomniałem szkicownika, przeszło mi przez myśl, ale tego przecież nie powiem. Na szczęście nie musiałem przedstawić się dalej bo do moich uszu doleciało
- Matt!?!?!?! - W wykonaniu jedynych 3 znanych mi tu osób. Czyli Coldy, Marcosa i Spohie. Uśmiechnąłem się do nich ciepło.
- Cześć wam, rodzice wygrali wycieczkę, więc musiałem przenieść się do wujka i do Millvile.
- Bardzo fajnie- uśmiechnęła się pani - dobrze że kogoś tu znasz, twoi koledzy dowiedzą się więcej na przerwie, a puki co wypadałoby cię gdzieś usadzić- zastanowiła się- o koło Marcosa jest wolne miejsce a skoro się znacie to nie będzie problemu prawda, Marcos?
- Nie proszę pani - odpowiedział ze skwaszoną miną. Jak dzieciak, pomyślałem i uśmiechnąłem się. Zająłem miejsce obok i rozejrzałem się po klasie. Tak jak podejrzewałem wszyscy się na mnie gapili, dosłownie wszyscy, a dziewczyny były jeszcze straszniejsze, one chyba nawet nie mrugały. Uśmiechnąwszy się raz jeszcze odwróciłem się w przód napotykając zawiedziony wzrok Marcosa.

niedziela, 1 września 2013

Ostatni dzień wakacji

Matt:
- hej dzieciaki zapakowaliście się już do szkoły? - zagadnął wujek wchodząc do salonu w którym obecnie siedzieliśmy.
- żadne dzieciaki jestem młodą dorosłą - zaprotestowała Maggie
- tak wszystko zapakowane - westchnąłem odkładając zeszyt. Już wiem co teraz będzie, "cudowny" dzień spędzony z moją kuzynką i wujkiem podczas którego nie będę miał ani chwili spokoju. Pięknie a dziś kończą się wakacje.
- Jako że to już wasz ostatni dzień wolnego, a od jutra zaczynają się wasze męczarnie zabieram was do miasta, do kina, na lody i gdzie tam jeszcze chcecie~!
- Na zakupy~!!! - moja kuzyneczka pisnęła podekscytowana biegnąc do swojego pokoju - muszę się jakoś super przebrać może spotkamy Marcosa~! - krzyknęła jeszcze zanim zamknęła drzwi.
Biedny chłopak, dorobił się pycho-fanki. Westchnąłem, wstałem z kanapy i skierowałem się do mojego pokoju. Na szczęście wujek Earl ma duży dom i do tego przydzielił nam osobne pokoje. Jednak czasem talent Maggie do awanturowania się o wszystko bywa przydatny. Inaczej jeszcze wylądował bym z nią w jednym pokoju. Przynajmniej tu mam spokój... - westchnąłem zamykając drzwi od pokoju. Nie przeszedłem dwóch kroków a już usłyszałem radio z pokoju rudzielca - ... no względny spokój.
Szybko przebrałem się z pidżamy w jakieś normalne ciuchy. Zabrałem komórkę i wyszedłem. Skierowałem się do salonu.
- To co wujku mamy jakieś pół godziny, co oglądamy? - zapytałem chwytając pilota - wiesz Maggie tak szybko raczej nie wyjdzie.
- No to wybieraj - uśmiechnął się wujek - przynajmniej wiem że do szkoły powinienem ją zacząć budzić o 7:00 żeby wyrobiła się za wszystkim, co? - zagadnął szturchając mnie w ramię
- tak na to wygląda - również się uśmiechnąłem.
*pół godziny później*
- Maggie wyłaź w końcu!!! Nawet nie masz pewności czy Marcos będzie na mieście ani czy go spotkamy a ty pewnie i tak przymierzasz już któryś z kolei zastaw ciuchów!!!! - westchnąłem nadal dobijając się do jej drzwi.
- Oi nie któryś tylko 7 - westchnęła pretensjonalnie - ja mam za dużo stylu by wyjść na ulicę w pierwszych lepszych rzeczach, nie to co ty - fuknęła
- No ale żeby pół godziny - westchnąłem, ale zaraz wpadłem na pomysł jak ją szybko wygonić z tego pokoju - pospiesz się bo każdą minute spóźnienia wujek odejmuje z twojego czasu na zakupy!!! - krzyknąłem. Uśmiechnąłem się odchodząc od drzwi. Jeszcze bym dostał nimi w nos. Dosłownie pół minuty potem Maggie gotowa ( no nieco tylko zziajana) stała przed drzwiami gotowa do wyjścia.
- Chodźcie wreszcie - westchnęła poirytowana - i to niby wy czekaliście na mnie?
- Wow Matt genialny sposób - pochwalił mnie.
- prawda?- uśmiechnąłem się - działa bezbłędnie za każdym razem.

Sophie:
-Kochanie, rodzice przysłali pocztą resztę twoich ubrań. Zrób miejsce w pokoju, bo dostawca długo ich nie utrzyma.
-Tak,tak...-powiedziałam ciężko podnosząc się z łóżka.
Zamknęłam wszystkie torby, które starałam się rozpakować i ułożyłam je w jednym miejscu, robiąc wolną przestrzeń na paczki.Młody dostawca przyszedł zziajany i ułożył we wskazanym miejscu spory stosik.
-To już trzecia dostawa. Często jeszcze będę tu przychodził?
-Mam nadzieje,że nie.
-Szkoda, polubiłem przychodzenie tu. Gdyby wszystkie odbiorczynie paczek były takie ładne… 
-Tak,tak, ciocia zapłaci za przesyłkę na dole. Żegnam – powiedziałam patrząc znacząco na wyjście.
Chłopak zrezygnowany wyszedł z pokoju. Jak ja nie lubię zaczepek ze strony jankesów. Przynajmniej paczki doszły na czas. Całe szczęście, bo jutro rozpoczęcie roku, a ja zapomniałam galowych ubrań z Londynu. Ah, koniec wakacji, czas na ich podsumowanie. Do obozu niema co wracać, podsumowałam wszystko kilkanaście razy. Coldy nie widziałam od tego czasu. Do Matta miałam pisać , ale zgubiłam kartkę z numerem. Marcosa widziałam raz, jak szedł ze swoimi znajomymi, ale skręciłam w boczną uliczkę, żeby ich minąć. Reszta wakacji? Krótki czas w domu. I do Londynu, a tam wyjazd do letniskowego domku Daniela. To było coś! Kilka dni relaksu było mi potrzebne. Wydaje mi się, że odkąd wyjechałam do Ameryki mam lepszy kontakt z Danielem. Zaczęliśmy bardziej doceniać swoje towarzystwo. Szkoda, że tak się stało, gdy zaczął oddzielać nas ocean. Teraz jeszcze bardziej boli brak znajomych w tym mieście. Dobra, takie podsumowanie tylko mnie dobija. Po obiedzie wyszłam z psami ciotki do parku. Spędziłam tam całe popołudnie, starając się zapomnieć o nieuniknionym powrocie do szkoły.

Marcos:
- Marcos, gdzie masz krawat? - Mama przeszukiwała mi szafę.
- Używam go parę razy w roku, skąd mam wiedzieć... - Mruknąłem, niezadowolony. Boże, jutro apel... Będzie tam Sophie, Coldy... Brrr, nie, to co zdarzyło się w wakacje zostaje za nami. Udajemy, że to się nie stało. A przynajmniej ja udaję. Nie mam zamiaru się z nimi przyjaźnić, czy chociaż kolegować. Nie będę nawet o nich myślał! Jakby szkoła sama w sobie nie było dość upierdliwą placówką, jeszcze mam się nimi przejmować?!
- ...Marcos, mówię do ciebie! Popatrz na mnie.
- Aaa... Przepraszam. - Przeczesałem włosy palcami. - To wszystko przez tę różową wariatkę... No i Sophie.
     Ale przecież od szkoły się nie wymigam - dodałem w myślach.
- Przepraszam, Marcos. Wiesz, szefowa...
- Wiem. Znalazłaś już ten krawat? Chyba widziałem go w szufladzie... - Zmieniłem temat. Mama znała mnie na tyle, by wiedzieć, że po prostu nie chcę o tym mówić.
- Już znalazłam. Jesteś pewien, że masz wszystkie zeszyty, książki i przyrządy?
- Ehh... Taa, jestem pewien.
- Dobrze. To jeszcze wyprasuję ci koszulę i będziesz gotów.
- Dzięki. - Odwróciłem się do komputera.

  Sugar_Lady: Hej, jesteś, czy cię wywiało? Głupi, wieszający się komp... :/
  BlackBlade: Jestem. Sorry, przygotowania do szkoły.
  Sugar_Lady: Jasne, kminię.
  Sugar_Lady: Zakład, że pokonam tę grupkę na schodach pierwsza?
  BlackBlade: Marz dalej. ;P

     Zabrałem się za grę. W końcu nie będę marnował czasu swojego ostatniego dnia wolności na rozmyślania. Spędzę go tak, jak chcę. I nic mi w tym nie przeszkodzi.
     Ekran pokryły czarne plamki.
     Kurde, zginąłem.

  BlackBlade: Nieładnie tak eliminować towarzyszy.
  Sugar_Lady: Ktoś coś mówił, że to ja?
  Drago: Yo, ludzie. BlackBlade, zabrałbyś mi radość zabicia awatara mojej byłej, sorry.
  BlackBlade: To mi kurna nic nie zmienia, przez ciebie muszę restartować grę... -.-
  Drago: No mówiłem, sorry.
  BlackBalde: Wygram i tak.

     Resztę dnia spędziłem na zabawie. Jednak nic nie mogło odegnać przykrej wizji następnego dnia...
     Powrót do szkoły. Niech to szlag.


Coldy:
-Siema mała, odstawiam ciuchy- usłyszałam w drzwiach. Gwałtownie oderwałam się od laptopa, rozlewając przy tym mój sweet różowy lakier na łóżko.- Bridgit! Tak się cieszę, że cię widzę!
Rzuciłam się mojej fancy przyjaciółce na szyję. Bridgit była mocno opalona: słońce Egiptu wyraźnie odbiło na niej swoje piętno.
-Jakiś wielki murzyn mnie wpuścił. Kim on jest?- zapytała Bridgit, rzucając torbę w kąt.
-Oh, to tylko Simba. Mieszka tu- odparłam, wreszcie ją puszczając i przypominając sobie o lakierze.- Tak strasznie się stęskniłam!
Wytarłam pobieżnie różowy płyn z narzuty i usiadłam na łóżku, podczas, gdy Bridgit stała przed otworzoną szafą i przeglądała zawartość.
-Na obozie było okropnie! Z początku taki Marcos, kojarzysz, wydawał mi się strasznie sweet, zrobiłam pierwszy krok, jak radziłaś, wszystko szło świetnie, ale nie chciał iść na całość. Nie wiem, może mu się nie podobałam? No bo przecież mówiłaś, że jak dziewczyna jest fancy, to faceci myślą tylko o jednym. W każdym bądź razie potem było lepiej, choć raz prawie umarł i ja też, ale najgorzej było, kiedy dotarliśmy do obozu...
-To wszystko działo się w pociągu?- mruknęła Bridgit, wyciągając z szafy bluzkę na ramiączkach od Coco Chanell.
-W trakcie podróży. Ale w obozie okazało się, że mieszkam z taką Maggie. Ruda, młoda, miała przebity język i totalnie leciała na Marcosa! Próbowałam ratować nasz związek, ale było już za późno. Odbiła mi go. Więc ze smutku wyrzuciłam ją i czekoladki z domu i zmieniłam styl. Wtedy, gdy byłam emo poznałam taką Ninę, Ricky'ego i resztę... Zaprosili mnie na imprezę, ale chyba te zapiekanki nie były eko, bo rano czułam się strasznie. Ale Ricky był bardzo miły. Szkoda, że nie mam jego numeru... A no i był jeszcze taki Matt...
-Fajnie, mała, rozumiem, poznałaś wielu przyjaciół. Słuchaj, mogę pożyczyć ten top? Dzisiaj jest impreza na koniec wakacji i...
-Proszę, proszę, mogę iść z tobą?- zrobiłam minkę tego sweet kociaka ze Shreka.
Bridgit nie miała zachwyconej miny. Dziewczyna tęsknie spojrzała na top od Prady.
-Właśnie miałam ci to zaproponować- mruknęła.
Rzuciłam się swojej przyjaciółce na szyję.
-Dzięki!- pisnęłam.- Zobaczysz, będzie fancy! Zaraz znajdziemy jakieś super sweet ciuchy, umalujemy siebie nawzajem, pan Petterson nas odwiezie, a potem możemy zrobić nocne piżama party... 
-Limuzyną?- Bridgit wyraźnie się rozpromieniła.
-Jeśli mama się zgodzi....
-Chodź, idziemy się spytać- dziewczyna zaciągnęła mnie na dół, do salonu, gdzie Wilow właśnie oglądała telewizję, całując się z Simbą na kanapie.
-Pani Canavan, mogłybyśmy wypożyczyć limuzynę na dzisiejszy wieczór?- wypaliła od razu Bridgit, nie czekając nawet, aż mama oderwie się od chłopaka.
-Dziewczynki, ale jutro szkoła...
-To tylko mała impreza u znajomych. Obiecuję, że Coldy wróci do domu przed północą.
-Dobrze, ale zero alkoholu.- dziewczyna uśmiechnęła się i ruszyła na górę.- Bridgit? Zostajesz tutaj na noc?
-Oczywiście. Nie chcę kręcić się po nocy i budzić rodziców. Jeśli oczywiście to nie problem...
-Nie, skądże. Rano pan Petterson odwiezie was do szkoły. Miłej zabawy!
-Dzięki, mamo!
Pobiegłyśmy na górę do mojego pokoju.
-Jejku, twoja mama kręci z tym murzynem? Ale fakt, jest przystojny... Jak ma na imię?
-To dość skomplikowane...