wtorek, 9 grudnia 2014

Rozdział 23: Coldy Canavan


Wyszłam z budynku w którym mieściła się tajna firma szpiegowska alias siedziba ruskiej mafii z dwoma stówami mniej w portfelu, ale za to z pięcioma błyszczącymi dowodami i silnym poczuciem dumy. Oto narodziła się nowa, buntownicza strona Coldy Canavan. Weszłam do taksówki, która nadal na mnie czekała i żeby przypieczętować moją nową odsłonę, zrobiłam sobie selfie.

-Czekałem na panienkę przez czterdzieści minut. Należą się jeszcze 452 dolary. Czy mam gdzieś zawieźć?- arabski taksiarz uśmiechnął się szeroko, odsłaniając swój złoty ząb.
Zrobiłam wielkie oczy. W torebce miałam tylko 20 dolarów. Spojrzałam na tego całkiem-nie-sweet taksówkarza. Widać było, że się niecierpliwił. Oczami umysłu widziałam już, jak mówię mu, że nie mam tyle pieniędzy, a on w akcie zemsty wyciąga siekierę którą ma schowaną w bagażniku i tnie mnie na małe kawałeczki, by potem oddać je swoim arabskim psom. A moje fancy ciuchy zarosną w szafie kurzem, całkiem zapomniane... Nie mogłam na to pozwolić. Wyciągnęłam wizytówkę pana Pettersona.
-Na Downson Street 42 poproszę- uśmiechnęłam się olśniewająco, nie pokazując taksiarzowi, że wiem o jego ukrytej siekierze.- Mój tata zapłaci na miejscu.
Pan Petterson był moją jedyną nadzieją. Szybko napisałam mu sms-a "Brak kasy, groźba siekierą, JADĘ!".
Po paru minutach byliśmy już na miejscu. Nie wiedziałam, że nasz szofer mieszka tak blisko od tej szemranej dzielnicy. Wysiedliśmy przed małym domkiem, a ja pobiegłam prosto do drzwi, chcąc wejść do domu, zanim ten facet mnie porwie. Drzwi otworzył pan Petterson, który dość szybko się ubierał, zważywszy na jego źle dobraną koszulę i zbyt luźno założony pasek od spodni. Gdybym go nie znała, to pomyślałabym, że ma romans, który przede mną ukrywa. W myślach zanotowałam sobie, by zapytać się o to na wszelki wypadek.
Tymczasem stałam przed nim z wyciągniętą ręką.
-515 dolarów- uśmiechnęłam się słodko.- Proszę, TATO.
Za mną stanął taksówkarz, składając ramiona tak, że czułam jak jego bicepsy się napinają.
-Ma pan bardzo hojną córkę- rzucił Arab ze swoim wschodnim akcentem.
Spojrzałam przerażona na pana Pettersona, który miał zmieszaną minę.
-Tato... Pieniądze?- pisnęłam prawie niesłyszalnie.
Teraz to już na pewno taksówkarz potnie mnie na kawałeczki. I chyba nie będzie potrzebował do tego siekiery...

                                                   :*  :*  :*                                                           
-TO BYŁO STRASZNE- zrobiłam teatralny gest, machając przy tym pustym kubkiem po latte.- Ale dzięki za kawę. No, to ja będę się zbierać...
Siedzieliśmy w kawiarni na rogu, gdzie zabrał mnie nasz szofer, abym ochłonęła po tym jakże-dramatycznym-i-upokarzającym wydarzeniu.
-Coldy, sądzę, że powinienem zadzwonić do twojej mamy- pan Petterson nie był zadowolony z mojej niespodziewanej wizyty.- I jakim cudem mogłaś wydać 515 dolarów na taksówkę? Jechałaś do Nowego Jorku, czy co?
-Jeszcze nie- odparłam tajemniczo.- Właściwie to wydałam 715 dolarów. Ale to już szczegół... Jejciu, jak już się zrobiło późno...- spojrzałam na swój fancy zegarek. Faktycznie, to latte kosztowało mnie dość sporo czasu. A musiałam się dziś z wszystkim wyrobić...
-Dopilnuję, żebyś tym razem dotarła do szkoły. Odwiozę cię.
Nie protestowałam. Przecież to właśnie tam chciałam się znaleźć.

                                                   :*  :*  :*                                                        
Na szczęście właśnie trwały lekcje, więc nie ryzykowałam, że ktoś mnie zauważy. Trzeba było tylko sprytnie przemknąć przez miejsca, w których znajdowały się kamery. Wczoraj, gdy weszłam do pomieszczenia z monitoringiem, pod pretekstem poszukiwań komórki, zauważyłam, że kamery obejmują tylko środek korytarza. Obie strony, gdzie znajdowały się szafki były niewidoczne. Weszłam przez frontowe drzwi i od razu przylgnęłam do szafek po lewej stronie. Poczułam się, jak ta słynna agentka, Lara Croft. Tylko, że nawet w kreacji emo byłam bardziej fancy. Podśpiewując sobie pod nosem wszystkie znane szpiegowskie melodie, przemknęłam do schowka na środki dezynfekujące. Po zeszłorocznej aferze alkoholowej, kiedy przeszukano wszystkim szafki, nie mogłam ryzykować ukrycia dowodów w swojej szafce. Nie mogłam ich schować w domu ze względu na naszą pomoc domową, panią Mitchell. Co czwartek wywracała ona dom do góry nogami, by nie było w nim ani strzępka kurzu. W dodatku byłam pewna, że czyta mój sweet pamiętnik. Stanęłam przed drzwiami do schowka. W pierwszej klasie, gdy Ashlyn chodziła jeszcze z Brad'em, obaj odkryli, jak otworzyć schowek bez klucza, by móc spędzić "pięć minut w niebie" bez dodatkowych świadków. Wyjęłam błyszczyk, posmarowałam nim szparę między zamkiem, po czym odsunęłam pilniczkiem metalową blaszkę tak, że zniknęła ona w drzwiach. Drzwi się uchyliły. Jejciu, dobra jestem! Weszłam do ciemnego, brudnego schowka (który według mnie wcale nie był fancy miejscem do sekretnych randek) i zapaliłam światło. Fala kurzu aż uderzyła w moje delikatne nozdrza. Tu z pewnością nikt nie znajdzie naszych dowodów. Schowałam je za uschniętą roślinką, która była dziwnie podobna do tej, którą kupiłam swojej nauczycielce matmy, gdy zdałam. Poznawałam nawet tą różową doniczkę i cały multum fancy wstążek... Zrobiłam krok w lewo, by zobaczyć, czy pod kątem też nie widać naszych dowodów. Zawadziłam torbą o kij od miotły, który zwalił się na podłogę, ciągnąc za sobą również niezliczoną ilość przedmiotów. Już słyszałam w myślach krzyki dyrektorki i odgłos policyjnych syren, które obwieszczą moje zatrzymanie przez policję za włamanie do schowka na miotły. Chociaż może policjant byłby fancy... Stwierdziłam jednak, że potencjalna miłość mojego życia nie rekompensuje wizyty w więzieniu. Oni mają tam takie nie-fancy ciuchy... Wybiegłam więc czym prędzej ze schowka, zatrzasnęłam drzwi i odwracając głowę co chwilę, by sprawdzić, czy nikt mnie nie goni, wyszłam ze szkoły. Na moje szczęście hałas nie był tak duży, jak mi się zdawało, gdyż nie słyszałam, żeby nauczyciele biegali, a dyrektorka krzyczała wniebogłosy. Uśmiechnęłam się. Kolejna faza misji: Moja-sweet-16 zakończona sukcesem.

                                                     :*  :*  :*                                                  

Wizyta w kawiarence internetowej zajęła mi więcej czasu, niż myślałam. Wybranie fancy hotelu było jedną z najważniejszych rzeczy w całej misji. Zastanawiałam się, czy hotel z jacuzzi w łazience będzie lepszy od hotelu z podgrzewanym basenem i pokojami na 11 piętrze. Niestety w żadnym hotelu w Nowym Jorku nie było różowych pokoi. No, PRAWIE żadnym. Znalazłam dwa, które nawet miały brokatowe tapety, ale nie byłam aż tak zdesperowana, żeby rezerwować nam pokoje na "noc pełną rozkoszy w domu miłości Leny Coben" lub na "niezapomniane odczucia w pokojach z azjatyckimi niespodziankami". Chociaż ta druga nazwa brzmiała obiecująco... Nie byłam jednak pewna, czy te "azjatyckie niespodzianki" to sushi, więc dałam sobie spokój. Zamierzałam umieścić Matta z Marcosem w jednym pokoju, a nie chciałam, by odżyły w nich relacje z naszej drogi na obóz. Zdecydowałam się więc na hotel z krytym, podgrzewanym basenem i pokojami, które wychodziły wprost na rozrywkową dzielnicę. Kliknęłam w "rezerwuj pokoje" i nie mogłam przestać się uśmiechać. Jejciu, naprawdę to robię! Moja sweet 16 będzie najbardziej fancy ze wszystkich sweet 16 świata! Nagle moja komórka zapikała. Sophie pytała jak się czuję i czy na pewno nie dam rady pójść z nimi do kina. Odpisałam jej szybko, że jest ze mną tak źle, że musiałam zmyć makijaż i założyć pidżamę i że życzę jej fancy seansu i dużo płaczliwych scen w filmie. Po zarezerwowaniu pokoi zapłaciłam za korzystanie z internetu (tym razem zabezpieczyłam się wizytą w bankomacie) i wyszłam na zewnątrz. Spojrzałam na zegarek. Już 15, a jeszcze tyle do zrobienia!

niedziela, 30 listopada 2014

Rozdział 22:Sophie Tania Brown


Siedziałam w salonie i głaskałam psa ciotki,popijając herbatę. Marcos i Matt lada moment powinni po mnie przyjść. Szkoda,że Coldy nie mogła z nami iść. Źle się czuła, czy coś takiego. A w końcu to ona była tym "lepkim czymś",co połączyło nas razem. Oby szybko wyzdrowiała, w końcu niedługo jej urodziny. Ciekawe,że jeszcze nie piszczała o swojej "sweetaśnej 16" W końcu dla jankesów to coś jak obchody urodzin królowej Anglii. Może jest bardziej chora, niż nam się wydaje....Gdy tak rozmyślałam,rozległo się pukanie do drzwi, a pies, który nagle zerwał się na równe nogi przewrócił mnie na podłogę! No super!!! Niech ja go tylko...Byłam jeszcze na czworaka, kiedy przedemną pojawiła się kobiece nogi w butach na obcasie.
-Sophie moja droga, takiej damie jak ty nie przystoi płaszczyć się przed gośćmi.-Powiedziała ironicznie ciotka.-Nawet jeśli gość jest tak czarujący-Dodała słodko.
-Och, dziękuje pani....ciociu Sophie - usłyszałam niepewny głos Marcosa.
Podniosłam wzrok i zobaczyłam przed sobą ciotkę z lekkim uśmiechem i Marcosa obok niej. Faktycznie Marcos wyglądał zaskakująco dobrze. Zamiast t-shirtu miał na sobie koszulę na krótki rękaw, a włosy zamiast nażelować, jak robi to do szkoły,zostawił samym sobie, co dało mu zawadiacki urok. Przemknęło mi przez myśl,że on naprawdę jest przystojny.Co,Marcos PRZYSTOJNYM!!!!! Sama siebie zszokowałam tym stwierdzeniem. Tymczasem podał mi rękę i pomógł wstać.
-Dzięki-powiedziałam i strzepałam spodnie z niewidzialnego brudu. -To co, idziemy? Do widzenia ciociu.-Powiedziałam, ucałowałam ją w policzek, złapałam Marcosa za rękę i pociągnęłam za sobą.
-A gdzie Matt?- Zapytałam z lekkim przerażeniem,zamykając drzwi.
-Szedłem po niego,ale zadzwonił do mnie i powiedział,że nie może iść. Ciężko było go zrozumieć. Usłyszałem tylko "nie idę, notes, Maggie, podkład, śmierć" - Powiedział i wzruszył ramionami.
Oby Maggie nie zrobiła tego, o czym myślę...
-Czyli idziemy we dwoje. - Powiedział Marcos i uśmiechnął się,niepewny czy nie obrażę się za to zdanie.
Nie podobało mi się to, ale cóż mogłam zrobić. Ciotka nie wybaczyłaby mi, gdybym nie poszła z "tak czarującym, młodym człowiekiem."
-Chyba nie mamy wyboru.- Powiedziałam i nie czekając na niego zaczęłam iść przez siebie. Wydawało mi się,że firanka w oknie się poruszyła. Czyli moi rodzice też już o wszystkim wiedzą. Więc "show must go on".
Kino znajdowało się w pobliskim centrum handlowym. Oczywiście gdy tylko weszliśmy do budynku, minęliśmy grupę cheerlederek, które od razu z podnieceniem zaczęły między sobą szeptać i oglądać się na nas. Tylko spokojnie, one na pewno nie pomyślały sobie czegoś nieprzyzwoitego. Chociaż,czy ja właśnie tak bym nie pomyślała, gdybym zobaczyła taką scenę? Przegoniłam tą myśl i dumnie podniosłam głowę w górę. Żeby zrobić na złość wszystkim tym paniusiom i fankom Marcosa delikatnie się do niego przybliżyłam, na co on niemal machinalnie objął mnie w pasie. Nie za bardzo mi się to podobało,ale jeśli teraz się od niego odsunę, to zrobię ogromną przyjemność oglądającym ten spektakl. Szliśmy tak aż do wyjścia do kina, przy którym spotkaliśmy paru kolegów Marcosa z drużyny z pozostałymi cheerlederkami, które najwyraźniej były ich partnerkami. Chłopak od razu puścił mnie jak poparzony.
-Marcos, chłopie jak tam po twojej imprezie?!-Zagadnął go jeden z dryblasów,podczas gdy Marcos razem z innymi "ziomkami" dawali sobie "grabę".
Właśnie takie sceny miałam przed oczami,gdy wyobrażałam sobie Amerykę przed wyjazdem. I proszę, sny się spełniają! Zresztą, cała ta zgraja wyglądała jak z podręcznika "wśród nas, jankesów" Poczułam się nagle taka cywilizowana.
-Stary,nawet mi nie przypominaj! Wiesz może,kto wypił moje energetyki?-zapytał, niby przyjaźnie,chociaż w jego oczach zabłysły iskierki zemsty.
-O ile mnie pamięć nie myli, to najbardziej przyssał się do nich Danny.
-Dzięki stary, były dla mnie wybawieniem!-Powiedział najwyraźniej Danny. Był to dwu metrowy goryl,i zdawał się przejawiać te same wartości,co te zwierzęta,ubrany w czerwoną sportową bluzę, z jedną brwią i przyklejoną tlenioną lalką Barbie do boku."Sweetaśny" to on nie jest.
Marcos już chciał mu coś powiedzieć, ale jeszcze raz zmierzył go wzrokiem i dał sobie spokój. Najwyraźniej nie jest taki zły z kalkulacji na jakiego wygląda.
-Tiaa......to na czym byliście?-Zmienił temat.
-A, na "American Pie 9". Super film, taki życiowy.-powiedział jeden z nich, będąc wyraźnie pod wrażeniem.Reszta zgodnie pokiwała głowami.-Koniecznie na niego idźcie!
-Dzięki, przemyślimy to.-Odpowiedział potulnie.
-Czy wy jesteście razem?-Zapytała jedna z dziewczyn bez ogródek, wyraźnie robiąc ulgę reszcie,że ktoś wreszcie zadał to nurtujące wszystkich pytanie. Zatkało mnie. Teraz oczy wszystkich były wbite we mnie.
-Nie no, co wy. Mieliśmy iść dzisiaj całą paczką, ale reszta w ostatniej chwili się wycofała.
-No właśnie, a jeśli się nie pospieszymy, to i my nie będziemy mieli po co tam iść. -Powiedziałam i ostentacyjnie odwróciłam się w kierunku kina.
-No proszę, królowa Anglii ma jednak coś do powiedzenia!-Powiedziała widocznie ich przywódczyni,a reszta dziewczyn zawtórowała jej zduszonym chichotem.
Nie zamierzałam czekać na Marcosa. Jeśli woli stać tam jak kłoda wśród swoich neandertalczyków, to ja mu nie zabronię.Jednak po chwili poczułam, jak chwyta mnie za ramię.
-Rany Sophie, przepraszam cię,nie sądziłem,że ktoś z nich powie coś takiego.
-Nie martw się. Dla mnie moje Angielskie pochodzenie nie jest powodem do wstydu. Zresztą nie rozmawiajmy o tym, mieliśmy chyba w końcu coś obejrzeć.
-Racja, to co byś chciała?-Zapytał,gdy stanęliśmy przed rozpiską filmów.
-Na pewno nie "American Pie"
Po chwili doszliśmy do wniosku,że pójdziemy na parodię filmów katastroficznych "Potęga Głębi". Przyda mi się trochę śmiechu. Kupiliśmy popcorn i usiedliśmy przy stoliku,żeby poczekać na otwarcie sali. W tym czasie Marcos dwoił się i troił,żeby poprawić mi humor.I faktycznie, gdy wchodziliśmy na salę, to wcale nie żałowałam,że z nim poszłam.

niedziela, 5 października 2014

Rozdział 21: Coldy Canavan


Obudziłam się i od razu wyskoczyłam z łóżka. Po wczorajszym super-sweet-pidżama-party nie było już śladu. Włączyłam nową płytę Justina Biebier'a, podeszłam do kalendarza, wykreślając z niego jeszcze jeden dzień. Do mojej sweet szesnastki zostały niecałe dwa tygodnie.
-Coldy, pora brać się do roboty- powiedziałam do siebie teatralnym głosem i pobiegłam do swojej łazienki, by zrobić makijaż. Pół godziny później zeszłam na dół, by sprawdzić kto jest w domu i zastałam w kuchni Simbę, siedzącego przy stole i czytającego jakąś nudną gazetę.
-A ty nie wybierasz się do szkoły?- zapytał, popijając kawę.
-Eee... Mam dziś na dziesiątą- rzuciłam, uśmiechając się niewinnie. Jak to dobrze, że byłam taką świetną aktorką...-A ty...
-Zaraz wychodzę. Wilow kazała ci przekazać, że dziś późno wróci. Podobno jakieś renowacje w papierach... Ciężka sprawa. Pan Petterson ma dziś wolne, więc jak chcesz...
-Poradzę sobie, dziękuję- położyłam dłoń na ramieniu mężczyzny, uśmiechając się szeroko.- Miłej pracy!
-No, to ja będę leciał- Simba wstał, nieco zmieszany. Wiem, że mój uśmiech nr 5 jest oszałamiający, ale nie wiedziałam, że działa także na niego.-Pieniądze na taksówkę leżą na stole w salonie.
Mężczyzna pożegnał się i wyszedł, a ja szybko zjadłam gofry prawie własnej produkcji (pani Mitchell je zrobiła, a ja położyłam mój sweet dżem z odrobiną jadalnego brokatu- dziewczyny wczoraj oszalały na jego punkcie) i pobiegłam na górę się przebrać. Misja: Moja-sweet-16 wymagała zakamuflowania swojej tożsamości. Wyjęłam z głębi szafy ciuchy emo, które w przypływie chwilowego załamania zostałam zmuszona nosić. Jak to dobrze, że ich nie wyrzuciłam. Musiałam niestety zmazać również mój fancy makijaż, który był zbyt charakterystyczny i zastąpić go pasującym do emo ciuchów. Spojrzałam ze smutkiem na rząd moich ukochanych szpilek.
-Nie dzisiaj, kochane...-rzuciłam ze smutkiem, zakładając trampki.
Chwyciłam torebkę, uścisnęłam jednorożca na pożegnanie i wybiegłam z domu. Dzień był wprost idealny na misję. Słońce grzało tak, że na pewno odciągnie uwagę od jednej niewinnej nastolatki, która powinna być w szkole. Założyłam moje fancy okulary przeciwsłoneczne.
-A więc misja rozpoczęta- rzuciłam do siebie, włączając muzykę z Mision:Impossible. Szpiegowski nastrój to podstawa.

                                                                  :*     :*     :*

Na przystanek autobusowy dotarłam po paru minutach. Widziałam go wiele razy, jadąc z panem Pettersonem, więc miałam przewagę. Nie mogłam sobie pozwolić na taksówkę. Ktoś mógłby mnie rozpoznać. Podeszłam do kartek, rozwieszonych na szybie, jednak nic z nich nie rozumiałam. Jakie to wszystko skomplikowane, cyfry, ulice, różne autobusy...
-Przepraszam, o której odjeżdża najbliższy bus?- zapytałam staruszkę siedzącą obok.
-A czy ja wyglądam jak informacja?!- oburzyła się kobieta.- Co za młodzież...
Już miałam jej coś odpowiedzieć (na pewno nie była by to sweet pogawędka), gdy zauważyłam wielki, czerwony pojazd nadjeżdżający zza rogu. Wsiadłam do autobusu, wysoko podnosząc głowę.
-Na Rodney Street poproszę- rzuciłam, siadając na wolnym miejscu.
I znowu spotkałam się z kompletnym nietaktem, gdyż pasażerowie zaczęli się śmiać, a kierowca mruczał coś do siebie. Nie pokażę im, że mogą mnie urazić. Podgłosiłam szpiegowską muzykę w telefonie i włączyłam facebooka, sprawdzając co tam nowego w moim fancy świecie. Tasha dodała kolejne zdjęcie ze swoim chłopakiem, Georgie pisała, że znów zawaliła test, a Leo pytał, kto wybierze się z nim na imprezę. Właśnie odpisywałam mu, że chętnie, dodając mnóstwo serduszek do wypowiedzi, gdy ktoś szturchnął mnie w ramię. Wyjęłam jedną słuchawkę z ucha, patrząc pytająco na mężczyznę stojącego nade mną.
-Bilet, proszę- rzucił gniewnie mężczyzna.
-Ja jeszcze nie dojechałam, później zapłacę- odparłam, uśmiechając się.- Tak jak za normalną taryfę, tak?
Mężczyzna spojrzał na mnie jak na idiotkę, a dookoła znów rozległy się śmiechy. Czy na mieście rozdawano gaz rozweselający?

                                                                     :*     :*     :*

Skąd miałam wiedzieć, że autobusy nie są w rzeczywistości zbiorowymi taksówkami i potrzeba do nich biletu? Wysiadłam z pojazdu z jakimś kwitkiem i wyrzuciłam go do śmieci. Będzie mi jeszcze ulotki rozdawał! Czerwona ze złości zadzwoniłam po taksówkę. Byłam w kompletnie innej części miasta niż miałam być. Po dwudziestu minutach wysiadłam wreszcie na Rodney Street, płacąc kierowcy solidny napiwek.
-Proszę tu na mnie poczekać- rzuciłam, zostawiając dwie setki na siedzeniu.
Musiałam się zabezpieczyć na wypadek, gdybym miała szybko uciekać. Ach, gdybym miała taki fancy bat-mobil... Poprawiłam okulary i weszłam do dość obdrapanego budynku. Numer 10, 12... W oddali zauważyłam przebiegającego szczura. Jejciu, gdzie ja weszłam?! Nagle moja komórka głośno zapikała, czym przyprawiła mnie niemalże o atak serca. Kulawy jednorożec! To był Marcos. "Coll, gdzie jesteś??". Nie miałam teraz na to czasu. Miałam misję do zrealizowania. Szybko odpisałam, że źle się czuję i wrzuciłam komórkę z powrotem do torby. Odnalazłam drzwi numer 32 i zapukałam do nich, wyjmując wizytówkę. Otworzyła mi miła kobieta w zwykłych ciuchach z sieciówek.
-Przepraszam, czy zastanę pana... Sergiejew'a?- przeczytałam, nieco się plącząc. Po jakiemu to?
-Iwan jest w pracowni. Zaprowadzę cię.
Przeszłyśmy obok ślęczących nad monitorami mężczyzn. Niektórzy mówili w jakimś obcym języku, co chwilę pokrzykując i przewracając jakieś zdjęcia. "Spokojnie, Coldy, to tylko ukryta firma szpiegowska. Jordan z informatyki przecież by cię nie oszukał". Kobieta otworzyła drzwi do pracowni która okazała się dość słabo oświetlonym pomieszczeniem z mnóstwem sprzętu elektronicznego, a Iwan kolesiem z zupełnie nie sweet ubraniami. I w dodatku ten podkoszulek! Zignorowałam tak rażące naruszenie kodeksu modowego i przywitałam się.
-Pan Sergiejew, tak? Ja przychodzę od Jordana...
-Mów mi Iwan- mężczyzna podał mi rękę. Poznawałam ten akcent. To był rosyjski. Czyżbym właśnie odkryła tajną bazę ruskiej mafii? Podczas gdy rozważałam, czy nie zadzwonić na policję i wydać wujka Jordana, Iwan wyjął z szafki jakieś papiery i rozłożył je na stole, odgarniając puste opakowania po batonach.
- To ile będzie dowodzików?- spytał, uśmiechając się.

piątek, 19 września 2014

Rozdział 20: Matt Solitarie

Ech... przez Marcosa prawie spóźniłem się na lekcje... Na szczęście pani zapomniała klucza i musiała się wracać. Inaczej miałbym gwarantowaną jedynkę. I pewnie też nieobecność.... Bo cóż... nasza pani od historii jest największą 'kosą' w szkole. Nikomu nie przepuści. Jeśli tylko idzie korytarzem natychmiast uczniowie poprawiają swoje zachowanie, nawet nie musi nic mówić i zwracać uwagi, wystarczy, że spojrzy na kogoś z nad jej okularów.
Reasumując - Nie zdążyłem na lekcje równo z dzwonkiem, ale pani też nie więc w sumie nie mam ani spóźnienia ani nagany.
Ech... Historia to okropna lekcja... nie można się oprzeć na łokciu, nie można sobie porysować w zeszycie do przedmiotu, nie można wyjąć własnego zeszytu żeby porysować. Kto wymyślił tak sztywne zasady? Oczywiście pytam sarkastycznie.  Cmoknąłem cicho niezadowolony gdy po raz kolejny zwrócono mi uwagę żebym się tak nie kiwał na boki na 'jej' lekcji. No ale ludzie historia na pierwszej lekcji! Jak ja niby mam być wyspany i nie marzyć tylko o poduszce, a skupić się na nudnym gadaniu o jakichś detalach w naszej, jedynej (na szczęście!) wojnie domowej....
Zmarnowany od niechcenia kreśliłem w zeszycie kolejne litery, słowa i zadania modląc się tylko o to żeby były prosto, bo ta jędza też zeszyty sprawdza....
Zmarnowany przyjąłem dźwięk dzwonka jako błogosławieństwo. Niestety zatrzymano nas w klasie ale tylko po to by podyktować co jest do domu. Nie musieliśmy kończyć notatki na przerwie Hurra!
Wyszedłem z klasy i powlokłem się do automatu z kawą. Proszę, niech nie będzie kolejki! Zmarnowany wlokłem się korytarzem. Ręce wsadziłem sobie do kieszeni bluzy. Ziewnąłem potężnie cały się przy tym prężąc, oczywiście minimalistycznie, bo nie chciałbym nikogo uderzyć. Ktoś nagle złapał mnie za ramię i pociągnął w bok, zmęczony dałem się chwilę poholować nim w ogóle zdałem sobie sprawę z tego ze jestem szarpany przez Marcosa.
- Obudź się chłopie - Spojrzał na mnie - 45 minut temu kipiałeś energią, co się stało.
- historia. - Odpowiedziałem zdawkowo, a on pokiwał głową ze zrozumieniem- Kawyy~....- jęknąłem i opadłem na ławkę. - O hej Sophie.- Spojrzałem w bok i uśmiechnąłem się do siedzącej tam dziewczyny - Ciebie też tu przyciągnął?- Zapytałem gdy Marcos ruszył przebijać się przez tłum po moją kawę.
- Nie, sama tu przyszłam. Zanim zdarzył się pewien incydent- zacisnęła dłoń w piąstkę- Marcos wpadł na pomysł.- Mruknęła i kiwnęła głową na footballistę przedzierającego się przez tłum uczniów z powrotem do nas. Z moja kawą na szczęście~....- Ale niech on ci o tym opowie, bo gdy miał mnie wtajemniczyć w szczegóły coś się wydarzyło.  - Przyjąłem od Marcosa napój bogów potocznie zwany kawą i kiwnąłem mu głową uśmiechając się w podziękowaniu. Dmuchnąłem dwa razy na wrzątek, ale nie mogąc dłużej wytrzymać napiłem się go.
- Co się stało? - Rzuciłem do brunetki udając że wcale nie wyczułem podniesionej irytacji w słowach "incydent" i "coś".- Na tej lekcji, że Marcos nie wyjaśnił szczegółów.- Dorzuciłem siorbiąc po mału z kubka, widać Marcos dopiero zrozumiał o co chodzi.
Chłopak uśmiechnął się głupio i machnął niedbale ręką- nie, nic nauczyciel stwierdził, że flirtuję z Sophie.- Rzucił lekko a ja o mału nie zakrztusiłem się kawą. Marcos i Sophie!?
- Takie upokorzenie to dla ciebie nic!- Dziewczyna podniosła głos ze złości. Wydawało mi się, że chciała wstać i trzepnąć Marcosa, albo przynajmniej zdzielić z liścia w twarz. Kto wie jak się rozwiązuje takie sprawy w Angli, więc ścisnąłem ją lekko za ramię.
- Uspokój się...- mruknąłem- to była tylko uwaga żebyście nie gadali, rzucona przez nauczyciela, chciał być śmieszny...- Dodałem powoli znów zaczynając pić tę kawę. O tak  brązowe palone złoto do picia, jestem w niebie~....
- Hmpk!- Odpowiedziała brunetka zakładając ostentacyjnie ręce.  no cóż muszę przyznać dobry argument jak nie masz żadnego innego. Natychmiast kończy temat... choć chyba działa tylko u kobiet.
- Marcos ile słodziłeś?- Rzuciłem chcąc zmienić temat na przyjemniejszy.
- Co?
- Ile słodziłeś - Powtórzyłem uśmiechając się uprzejmie- nie mogę rozgryźć tego automatu.
- Co! to ten automat słodzi!- Spojrzał na mnie z oczami wielkimi jak spodki. Zachichotałem, co po chwili przerodziło się w śmiech. Sophie też przestała strzelać focha, na nie wiadomo kogo, uśmiechnęła się starając powstrzymać śmiech.
- D-Dobra!- Chłopak trochę zawstydzony swoją niewiedzą starał się zmienić temat- To chcecie usłyszeć mój pomysł czy nie?
Po chwili zdołałem się uspokoić na tyle by pokiwać głową wciąż rozweselony... może ta maszyna faktycznie nie daje cukru tylko jakiś gaz rozweselający?
Mięsożerca (znajdź synonim jak nie chcesz żeby Marcos został Mięsożercą) dumny z siebie zaczął nam opowiadać jak t moglibyśmy pójść we czwórkę do kina. Kupić popcorn i nachos z serem... a potem pójść na ostre skrzydełka i mięsną ucztę do czegoś co się nazywa "U Samiego" ponoć miał kupon zniżkowy "jedz tyle mięsa ile chcesz".
W tym momencie razem z Sophie zainterweniowaliśmy. Co prawda z innych powodów. Dla mnie to było "Po tej imprezie nie tknę mięsa przez kilka tygodni" a u angielki "nie tknę niczego w tej jankeskiej śmierdzącej potem i starymi facetami budzie". Brunet zbył nasze wątpliwości i dopiero wtedy sięgnąłem po naszą ostateczną broń "Coldy jest wegetarianką". Marcos jakby pobladł... może przypomniał sobie sceny jakie urządzała na widok mięsa... albo głowy dzika z salonie ,mojego rodzinnego domu. Tak czy inaczej to sprawiło, że pomysł z "mięsną budą Sammego" został kategorycznie odrzucony. I chwała mu za to!
Dorzuciliśmy jeszcze kilka ograniczeń w kwestii filmów. Miał to nie być Romans, a jak już to nie taki gdzie są sceny, nawet zasłonięte, które przekraczają dozwolenia naszego wieku. - Pomysł Sophie, która chwile później uraczyła nas pewną historyjką jak to po raz pierwszy włączyła romans i przeraziła się, że nie było to uznane za "tylko dla dorosłych". Puentę oczywiście zaczęła od "W naszej szanowanej Anglii..." i gdzieś w środku pojawiło się "głupi jankesi" a ostatecznie kategorycznie zabroniła nam iść na coś takiego. W sumie, nawet się cieszę.
Dzwonek zadzwonił więc ruszyliśmy wspólnie na kolejną lekcję. Angielski więc mieliśmy go razem i mogliśmy też dogadać zaprawę z Coldy, której tak a propos jeszcze dziś nie widziałem. 
- No szybciej, szybciej dzieci pan Richardson nie będzie czekać.- Pan Richardson właśnie przebiegł obok nas brzdąkając kluczami od klasy. Pod pachą miał jakąś teczkę i listę obecności.
Przyspieszyliśmy kroku rozglądając się też za Coldy.

piątek, 29 sierpnia 2014

Rozdział 19: Nowa zagadka

     Po całej mojej wielkiej imprezie padałem na twarz. Miałem tylko nadzieję, że Matt oddał listę - ja bym się tam kolejny raz nie od... - znaczy się poszedłbym tam, ale musiałem jeszcze odprawić chłopaków do domu, tak? A to wbrew pozorom nie było takie proste...
- MIKE... JAK CIĘ DORWĘ RODZONA MATKA CIĘ NIE POZNA!!! - wygrażał jeden z moich gości. Niestety dorwać go nie mógł... Mike dodał mu czegoś do coli, tak więc moja łazienka została... chwilowo zajęta... na dłuższy czas, tak przypuszczałem.
- Zamknij się i pozbądź balastu, bo niedługo moi rodzice wracają. - stęknąłem, przystając pod drzwiami. Zatkałem nos z obrzydzeniem. Boże, nie wywietrzę tego do końca roku... - I weź czymś tam psiknij! - zawołałem zduszonym głosem. Obojętne mi było czym... Niech ktoś to paskudztwo zneutralizuje!
- Kopnij tego dupka ode mnie!!! - zawołał zduszonym głosem, ale byłem już na tyle daleko, bym nie mógł usłyszeć zbyt dobrze. A przynajmniej tak zamierzałem się wymigiwać.
- Już mogę mój koc, prawda? - mruknąłem, zabierając niedawno "ochrzczony" Kocyś z objęć jednego z moich gosci. Ten dopiero się otrząsnął i wstał, po czym poprawiwszy bluzkę i włosy, prychnął, że wcale nie był mu taki niezbędny, jak myślę. To w końcu tylko koc. Ta, bo uwierzę. - Spoko, miłej podróży do domu. - Klepnąłem go w ramię. Byłbym złośliwy, ale po co... SPAAAĆ... Może to po to dziewczynom te wszystkie maseczki? Po tylu imprezach powinny mieć chociaż cienie pod oczami, nie? No, a jakoś ich nie zauważyłem. W ogóle ciekawe, jak one sobie radzą ze zmęczeniem... Radzenie ze zmęczeniem! Że też dopiero na to wpadłem!
     Przerwałem żegnanie niedobitków, zamiast tego pognałem jak głupi do kuchni. Energetyki... Gdzie moje energetyki?! ...Cholera, wszystkie mi wychlali w nocy, zostały jedynie puste butelki! Z ostatniej wypłynęła jedynie kropla życiodajnego płynu. Zemsta. Poprzysięgam zemstę... tylko na kim? A kurna na wszystkich! Moje energetyki, zemrę!
     Upewniłem się, że wszyscy prócz tego szopa na toalecie wyszli, wziąłem forsę i poszedłem do sklepu.
     Czy wiecie, jak to jest, być zombie? Dokładnie tak czułem się w tej chwili. Szedłem do sklepu, droga przede mną była prosta i pozornie krótka, a jednak mój krok, nie ważne jak bym się starał, był tak powolny... Powłóczyłem nogami, a droga się wydłużała i wydłużała... W końcu sięgając samego horyzontu...!
- Marcos... Marcos! - Ktoś mnie wołał. Odwróciłem głowę... Było tak ciepło... - MARCOS! - Podskoczyłem, zderzając się głową z ojcem. Ten z niezadowoleniem rozmasował głowę. Rozejrzałem się. Nie skończyłem sprzątać resztek śmieci...
- Sorry... Przysnąłem...?
- Ta, zdecydowanie. Obiecałeś, że będzie czysto. I co? - Pełne oczekiwania spojrzenie wbite było centralnie w moje oczy. Przełknąłem nerwowo.
- No wybacz. Już się za to zabieram, serio. Jak wam się spało?
- Zdecydowanie lepiej, niż tobie, jak widać! - zaśmiała się mama, wyglądając z przedpokoju. Cała była roześmiana. - Głodny?
- Aa... Nie, nie zjem nic chyba do wieczora. - Skrzywiłem się, masując brzuch. Gdzie by spalić ten tłuszcz z wczorajszego wieczora...
- O? Czyżbyś złamał dietę nałożoną przez tenera? - Ojciec popatrzył na mnie z cieniem uśmiechu.
- A czy kiedykolwiek ją stosowałem? - Uśmiechnąłem się do niego porozumiewawczo i rozłożyłem ręce. Po tym już jednak szybko chwyciłem za w połowie wypełniony worek stojący w rogu pokoju i zacząłem wrzucać do niego nadal leżące śmieci. W końcu nie zostawię wszystkiego na głowie mamy...
- Może chcecie lemoniady, czy czegoś? - Mama już krzątała się po kuchni. Przynajmniej tam był w miarę porządek. - Kochanie?
- Ja kawy.
- Mamo, mi też! - zawołałem z salonu. Przypomniał mi się sen o energetykach. Drugi raz po nie nie wyjdę... Namieszał mi w głowie. Gości już dawno nie było, energetyków też faktycznie nie...
- Dobrze, dobrze!

     Następnego dnia obudziłem się zadziwiająco wcześnie, wciąż nie odespawszy do końca poprzedniej nocy. Zrobiłem sobie tosty i kawę i porobiłem kilka ćwiczeń rozciągających, po których poczułem się znacznie lepiej. Chyba czas wymienić łóżko, moje było niewygodne...
     Dojechałem do szkoły, zabierając się na doczepkę z ojcem. Tak to jest, jak się nie ma prawa jazdy... Będzie trzeba je zdać jak najprędzej...
     Wchodząc do szkoły powitałem kilku kumpli z drużyny, oczywiście z kilkoma cheerleaderkami... nawet Matt dał się znaleźć, a zwykle znikał mi z oczu. jak taki cień, patrzy się na niego, a go nie widać. Wyglądał na o wiele bardziej wypoczętego ode mnie. Czy tylko ja odczuwam tu niesprawiedliwość...?
- Hejka Matt. - Dosiadłem się i zajrzałem mu przez ramię w podręcznik. - Jakim cudem oglądasz środek podręcznika na początku roku? - Zmarszczyłem brwi, patrząc bez zrozumienia.
- Hej. - Przywitał się skinieniem głowy. - Sprawdzałem, czy będziemy mieli temat, który mnie interesuje...
- I co, jest? - Z prychnięciem oparłem się o ścianę. Jeszcze chwila do dzwonka... Kwadrans. Za co trafiłem tu tak wcześnie...? mogłem jeszcze spać... Przyjechać w piżamie... No... Dobra, pokazanie się w piżamie w szkole to nie najlepszy pomysł. Już szczególnie nie dla mnie.
- Jakby cię to interesowało... - Pokręcił głową i z lekkim uśmiechem schował podręcznik do torby. - Jest, ale za pół roku. Lepiej pogadajmy o czymś, co faktycznei cięinteresuje, co? - Jego uśmeich zmienił się w jakiś... podstępny...? - Masz zdjęcia w tej kiecce? - Wyszczerzył się.
     No, tego to się nei spodziewałem.
- W jakiej kiecce? - Zmarszczyłem brwi, próbując sobie przypomnieć, żebym kiedykolwiek wkładał sukienkę. Nie... No, nie... O co do cholery chodziło???
- Ech... Jak ty nic nie rozumiesz... Miałeś założyć tę perukę z szafy i sukienkę po moim wyjściu, pamiętasz~? - Puknął mnie w skroń, na co popatrzyłem na niego, urażony.
- Nie, nie miałem. Potem to było... - Spróbowałem przegonić mój nieudany sen i przypomnieć sobie, co tak właściwie się działo. - Potem chyba wszyscy się rozeszli. Jeśli faktycznie wyobrażasz sobie, że mógłbym założyć coś takiego, to idź się lecz. - burknąłem, wyjmując z plecaka butelkę z wodą i pijąc z pół butelki naraz. Muszę się nauczyć nosić te większe... Albo raczej zacząć je w ogóle kupować, co mi po takiej buteleczce...?
- Pewnie Steve'owi byś się podobał. - rzucił i śmiejąc się, uchylił się przed tym, jak próbowałem go trzepnąć w głowę. Skubany, koordynację miał niezłą. Jak na gościa z lasu przystało, nie...?
- Jak się od niego nie odwalisz to serio ci przyłożę. - ostrzegłem, w międzyczasie wyciągając z torby jeszcze czekoladę. To tak na odżycie... Po niewyspaniu się... - Chcesz trochę? - Połamałem kilka kostek i poczęstowałem go, wyciągając rękę z tabliczka w jego stronę. Niebo dla podniebienia...
     Niespodziewanie podeszła do nas Sophie. Przywitała się tylko i poszła dalej, ale chyba mogłem uznać za sporą zmianę, że mnie nie zignorowała... Ani nie ochrzaniła za wtargnięcie na jej imprezę...
     Poszedłem za zajęcia, rozglądając się po drodze za automatami z jedzeniem. Przysiągłbym, że w tym korytarzu stał jeden... Może go przenieśli...? Albo poszedł do naprawy? Chociaż nie, powinien być naprawiany na miejscu... Gdzie do cholery zabrali moje upragnione słodycze???
- Idę do swojej klasy.
- A, jasne. - pożegnałem Matt'a tymczasowo i stanąłem pod drzwiami, czekając na nauczycielkę. Sophie rozglądała się, najwidoczniej zdezorientowana. - Co jest? - podszedłem do niej, zaciekawiony.
- Coldy jest nieuchwytna. - Wzruszyła ramionami, prostując się. - Nie widziałam jej w szkole, telefonu też nie odbiera...
- Może jest chora? - Rozejrzałem się, jakbym faktycznie jej szukał. A to w końcu było niemożliwe, gdyby tu była już dawno bym zauważył...
- Wczoraj było z nią wszystko w porządku...
- A na waszej imprezie nie zachowywała się dziwnie...?
- Nie bardziej, niż zwykle. - prychnęła.
    Korzystając z okazji, dosiadłem się do niej. Na matmie nikt nie powinien zwrócić na to uwagi... nie? Zresztą, najwyżej dostanie mi się mały ochrzan...
- No to nie wiem... Możemy ją odwiedzić... W końcu dziś chyba mieliśmy wyjść gdzieś całą grupą, nie? Ty, ja, Matt i Coldy...
     Zmarszczyła nos, jakby zastanawiała się nad czymś nieprzyjemnym. Czyżby myślała o mnie...? Tak to wyglądało. Całkiem zabawnie.
- Z Matt'em u boku chyba nic mi nie grozi. - oznajmiła w końcu.
- Ej, ej, masz mnie za jakiegoś zboczeńca, czy jak...?
     Jej spojrzenie mówiło samo za siebie.
- Może nie chce, żeby się do niej odzywać, jak tak mnie unika... - westchnęła, zaczynając spisywać działanie z tablicy. Wziąłem się za to samo.
- Nie uważam w ten sposób... Możemy chociaż zapukać po drodze. Po drodze to będzie... kino? - zaproponowałem, całkiem zadowolony ze swojego geniuszu. Chociaż zaraz... Jeśli Coldy dołączy, to ja się nie zgadzam na żadne romansidła!
- No... - Przewróciła długopis między palcami. - Może być. Matt wie?
- Nie, dopiero to wymyśliłem. - Uśmiechnąłem się szczerze, spisując rozwiązanie zadania. - Obgadamy to na przerwie, dobra?
     Właśnie w tej chwili nauczyciel wywołał mnie do tablicy za "randkowanie na lekcji". Co jest do cholery, czy ja już nie mogę porozmawiać z dziewczyną, żeby nie brali tego za podryw?!


niedziela, 1 czerwca 2014

Rozdział 18: Sophie Tania Brown


Chwile po tym, jak chłopaki efektownie wparowali na pidżama party już ich nie było. Ale emocje wśród dziewczyn pozostały. Cheerliderki chwile popiszczały, po czym wszystkie usiadłyśmy w kole, Coldy przyciszyła karaoke i zaczęły plotkować o tym, co było nieuniknione – o chłopakach.
-Rany, ale ten Marco jest sweetaśny!!! – pisnęła podnieconym głosem Cathy. – I jaki silny! Założę się, że Oliver nie wytrzymałby tak długo trzymając się rynny. I ten jego uśmiech!!!
-A widziałaś jak słodko jadł zapiekankę!!!
-Tak, myślałam, że wtedy zejdę!!!
-Ja jak zawsze wyglądałam okropnie, kiedy jakieś ciacho przychodzi! – Żaliła się Amy, widocznie bliska płaczu.
-Coldy, ty na pewno masz jakieś fancy newsy dotyczące Marcosa! W końcu często razem gadacie i wogóle – najwyraźniej zapomniano o tym,że Matt był tu też przed chwilą, a ja też często rozmawiam z Marcosem.
-No wiecie kochane, to są takie sprawy o których można się potem wygadać tylko sweetaśnemu jednorożcowi przed zaśnięciem. Ale skoro nalegacie to powiem wam… – powiedziała Coldy z tajemniczym uśmieszkiem – że świetnie całuje!
To zapoczątkowało kolejną fale dzikich pisków podniecenia i wypytywań. Temat Marcosa ciągnął się jeszcze przez dobrych kilka minut, kiedy miałam chwilę spokoju. Nagle dziewczyny zdały sobie sprawę, że też siedzę w tym kole.
-A ty Sophie, co sądzisz o Marcosie? – Zapytała Donna i wszystkie odwróciły się w moją stronę.
Kurcze, od tej odpowiedzi może zależeć cała reszta dzisiejszego wieczoru.
-Ja,yy….sądze,że Marcos ma…. - dalej, wymyśl coś, obojętnie co, byle by im pasowało  –…fajny….tyłek?- powiedziałam, a raczej zapytałam.
Przez chwile dziewczyny jakby analizowały moją odpowiedź.
-Wiesz co skarbie – odezwała się w końcu Riley – trafiłaś w sedno!!!! – Pisnęła i znowu zaczęły piszczeć. Uff, chyba zostałam zaakceptowana.
-Dobra dziewczyny, nie będziemy marnowały całej imprezy na chłopaków – Coldy przekrzykiwała się przez nastolatki. – Pora trochę potańczyć!!! – Wstała i z prędkością światła włączyła odtwarzacz.
Któraś z dziewczyn zgasiła główną lampę, i włączyła kinkiety. Pomogłam reszcie pozbierać miski z podłogi i parkiet był gotowy. Z wieży Coldy na cały regulator zabrzmiała nowa piosenka Taylor Swift. Wszystkie zaczęły skakać do rytmu. Na początku raczej niepewnie się ruszałam, jednak po chwili rozluźniłam się i zaczęłam tańczyć jak one. Tańczyłyśmy dobrych kilkadziesiąt minut. W trakcie tańca dziewczyny dalej gadały o ulubionych piosenkarzach i o wyższości spuszczonych spodni Biebera nad rurkami chłopaków z One Direction. Po skończonych pląsach zaczęłyśmy się przebierać, malować i robić sobie nawzajem jak to ujęła Coldy „sweet focie”, co Bridgett poprawiła na „selfie”. Ach jankesi i ten ich niezrozumiały język. Było już koło północy, kiedy zaczęłyśmy sobie pleść warkocze. Coldy z największą powagą podchodziła do każdej, przykładała całą kolekcje różowych wstążek i dawała do wplecenia ten kolor, który najlepiej według niej pasował. W ten sposób wylądowałam z warkoczem wypełnionym wstążkami w kolorze krwistego różu, który „sweetaśnie podkreśla kolor moich kości policzkowych”, czy coś takiego. O północy uzbrojone w chusteczki usiadłyśmy( czy raczej położyłyśmy się) przed telewizorem, żeby obejrzeć „Szkołę uczuć”.
Zasnęłam nim się spotkali. Na szczęście dziewczyny były zbyt zajęte płakaniem za każdym razem gdy któreś z nich się odezwało, bądź chociaż na siebie spojrzało i nie przerywały mi bezcennej dawki snu. Wstałam około 4. Chyba już nie zasnę. Wzięłam czarne spodnie, t-shirt i koszulę w zieloną kratkę i poszłam do łazienki się przebrać. Przebrałam się, rozplotłam warkocz i  gotowe. Co teraz mogę zrobić sama w tym wielkim domu? Jest już trochę jasno, więc może pójdę posiedzieć na dworze? Idąc w stronę drzwi usłyszałam „jeśli ci się to niepodobna, to twój problem.” „ale Willow,żartowałem z tą wiewiórką, zaczekaj!” i  zobaczyłam mamę Coldy w …. Rudych włosach?! A za nią jak on się….Simba? I to do tego w samych spodniach!!! No nie powiem, było na co popatrzeć. Uśmiechnęłam się szeroko mijając go i poszłam w zamierzonym kierunku.






Wyszłam na ganek, usiadłam i zaczęłam patrzeć na wschodzące słońce. Jakie to mdle romantyczne. W sumie to Coldy się udało. Jak teraz na to soporze, to rzeczywiście mój wybuch płaczu był wtedy naprawdę przesadzony. Postanowione. Żadnych facetów aż nie stuknie mi 20. Gdy tylko to pomyślałam usłyszałam głos Matta:
-Hej, a ty nie śpisz?
Znajomych spodkasz wszędzie, nawet na werandzie cudzego domu o czwartej rano.
-Nie, rozmyślam…co to? – wskazałam na papier w jego ręku.
-Lista rzeczy na sweet przeprosi nową imprezę – powiedział i podał mi kartkę. – Oddasz to Coldy…nie mam pojęcie, czy mogę do was wejść, w końcu to „babskie przyjęcie” a myślę, że świętej pamięci Marcos tego właśnie by chciał. Pozbyć się tego piekielnego nasienia. – zachichotał.
-Ou…co się stało?
-Dowiesz się jutro – uśmiechnął się i ziewnął – padam z nóg. Dobranoc… - mruknął i ruszył w drogę powrotną.
Siedziałam jeszcze chwile na dworze, ale gdy usłyszałam ruch w domu postanowiłam wrócić.  Gdy tylko przeszłam przez drzwi zostałam spleciona przez mocny uścisk Coldy.
-Na wszystkie jednorożce, bałam się,że ktoś cię porwał!
-Spokojnie, kto miałby mnie, czy kogokolwiek porywać?
-No nie wiem….jacyś antyfani Biebera? Zresztą nieważne. Choć, zaczęłyśmy robić sweetaśne śniadanko. Pamiętaj, śniadanie to najbardziej  fancy posiłek w ciągu dnia!
Po śniadaniu przyszedł czas się pożegnać.
-Jesteś pewna, że mój szofer ma cię nie odwozić? – Zapytała Coldy, umazana jeszcze na policzku różowym dżemem.
-Tak, spacer dobrze mi zrobi. Jeszcze raz wielkie dzięki za pocieszeniową imprezę. Naprawdę się nie nudziłam.
-Podobało ci się! – Pisnęła Coldy z milionem iskierek w oczach. – W takim razie padniesz z wrażenia, jeśli ci powiem, że…. – już chciała coś wykrzyczeć, ale w ostatniej chwili się powstrzymała.- Ale ze mnie kulawy jednorożec,  przecież to tajemnica! Na szczęście nic ci nie powiedziałam. Ufff – westchnęła głośno, przytuliła mnie i wreszcie mogłam wrócić do domu. Nie, żebym nie lubiła spędzać z nią czasu, w końcu przeżyłam z nią sporo czasu w lesie. Ale każdy potrzebuje chwili spokoju, a ja potrzebuje jej wyjątkowo dużo.


środa, 30 kwietnia 2014

Rozdział 17 :Matt Solitarie




  Ta impreza to będzie masakra. Wiedziałem to, gdy tylko zobaczyłem listę. Nawet nie musiałem czytać punktów. Cała różowa kartka z wyszczególnionymi na żarówiasty róż najważniejszymi punktami... Mnóstwo ozdóbek, kwiatków, kokardek i innych 'sweet' rzeczy. Kompozycja leżała, gama kolorów bardzo ograniczona, choć styl rysunków ma potencjał... Oj, Coldy musi poważnie popracować nad tym, żeby nie dodawać wszędzie różu i może wtedy byłaby całkiem dobrą artystką... Pomrukując co chwila, oglądałem kartkę pod różnymi kontami. Niby był wieczór i ciemno, a jak na nią nie spojrzeć i tak błyszczał brokat... ciekawe.
- I co, wypatrzyłeś coś fajnego?- zagadnął Marcos. Czułem, że wpatrywał się we mnie od dłuższej chwili, ale liczyłem, że się nie odezwie... Co ja mam mu niby powiedzieć?
- Nie... Nie sądzę, żeby spodobały ci się takie imprezy... Ani komukolwiek z twojej drużyny... - Bo ja już widzę tych napakowanych kolesi siedzących sobie w kółeczku i zaplatających sobie nawzajem warkoczyki... Zwłaszcza, gdy większość jest prawie łysa.
- To się potem osądzi. - zbagatelizował moje obawy, machając na mnie ręką i wyciągnął telefon.
Reszta drogi upłynęła mi na słuchaniu jego zaproszeń skierowanych do poszczególnych osób. Z czego prawie upadłem na chodnik skręcając się ze śmiechu, gdy usłyszałem "Steve, mordko, jak się masz~?"
- To pierwszy punkt możemy wykreślić. - stwierdziłem, gdy tylko skończył rozmawiać z ostatnią już osobą.
- Co? Że jak?
- No... Zaprosiłeś ludzi... Choć nie sądzę, żeby było to tak "sweet" jak tu opisała Coldy. - Machnąłem mu przed oczami listą.
- Wiesz... Weź to z przed moich oczu... One bolą! - Udawał, że traci wzrok. No tak, takie zachowania są dość popularne u przedstawicieli grupy społecznej - sportowcy.
- Nie jest tak źle. - Jeszcze raz spojrzałem krytycznie na pracę blondynki. - Musi trochę popracować nad kreską i wyrobić własny styl, ale rysunki nie są złe. - Utwierdziłem siebie we wcześniejszych przekonaniach. Marcos pewnie tego nie dostrzegał... Że aż powiem jak Sophie: "Ci Jankesi!".
- Ale nie, tak na serio... Odbijmy to na ksero w gamie szarości, bo jak to ohydne różowe coś będzie wygadać w moim pokoju? - mruknął, otwierając drzwi.
- A myślisz, że ja mam ochotę na chodzenie po mieście z różowa kartką? - fuknąłem na niego, wchodząc przez dopiero co otwarte przez Marcosa drzwi. Szybko zdjąłem buty i poszedłem do jego pokoju. Włączyłem komputer.
- Ej, ej! - Dołączył do mnie po chwili, zaglądając mi przez ramię na ekran logowania. - ...Nie znasz ha... - zaczął, ale widząc że wpisałem je poprawnie przerwał. - Skąd wiedziałeś?!
- To nie było trudne. - prychnąłem. - Jasne, że ktoś taki jak ty mógł wpisać tylko "football" jako hasło... Choć przyznaję, że przez chwilę wahałem się czy nie wpisać "mięso" albo "I love meats", ale ostatecznie postawiłem na sport~! - westchnąłem, opierając się na krzesełku. Założyłem sobie ręce za głowę czekając, aż system się uruchomi. Marcos położył się na łóżku i czekał.
- Może w międzyczasie przeczytaj chociaż pierwsze punkty z tej listy? - zaproponował w końcu, chwytając za jakąś kauczukową piłeczkę i zaczynając ją odbijać od ściany.
- Nie rzucaj, bo ktoś zaraz tą piłeczką dostanie... - westchnąłem cierpiętnico i zacząłem czytać. - Najpierw przygotuj jakieś sweet przekąski~! - próbowałem naśladować głos Coldy, ale nie wiem jak mi to wychodziło. - Pamiętaj, muszą być eko~!!! Najlepsze będą sweet babeczki z różową posypką i lukrem~! Koniecznie w różowych papierkach, do tego... Marcos, naprawdę muszę to czytać?
- Tak! Zorganizuję najlepsze pocieszynowe pidżama party w historii takich imprez! - wykrzyknął, zrywając się z łóżka. Miałem rację, żeby nie rzucał piłeczką... Teraz dostał nią w głowę, a ta odbiła się i poleciała gdzieś na przedpokój. Później usłyszeliśmy tylko trzask tłuczonego szkła. Spojrzałem niepewnie na Marcosa. - Ty sprzątasz! - rzuciłem i już nie słuchając jego protestów zabrałem się za powielanie listy.

*******

-No i wygląda jak trzeba! - Marcos wyszczerzył się głupio, oglądając swój pokój. Wszędzie gdzie tylko się dało poustawiał miski z żarciem. A skąd on wytrzasnął w pół godziny tyle steków i skrzydełek w ostrym sosie pozostanie chyba tajemnicą na wieki.
     Westchnąłem zmęczony, padając na krzesło. Obróciłem się raz na nim i zainteresowałem komputerem. Ciekawe, czy można by poprawić wydajność i trochę przyspieszyć procesor... Może gdybym... A nie zaraz, to nie mój komputer, nie mogę w nim grzebać... Zwłaszcza, że nie wiadomo co taki Marcos ma na dysku... I jeszcze się okaże, że to co ja uważam za śmieć będzie dla niego ważne. Westchnąłem, poprzestając na zaktualizowaniu bazy wirusów i zlecenia pełnego skanowania systemu. To mnie jakoś odprężało... i skutecznie odciągało moje myśli od tego, co ma się zaraz stać. Jak ja miałem wytrzymać z nimi kilka godzin? Oni sa jak mój tato... Sport, sport, mięso, sport... no i dziewczyny, czego na szczęście tato mi oszczędza. Jak można być tak ograniczonym?

*******

     Goście siedzieli sobie poupychani w pokoju, w salonie, na przedpokoju i w kuchni... Założę się, że w łazience też, ale Marcos o tym nie wspomniał. Nadal siedziałem przy komputerze... Diagnostyka systemu wykazała błędy strukturalne zapory oraz niektórych plików systemowych. Normalnie byłbym zły, ale w tym momencie dziękowałem losowi, że Marcos nie zabezpieczał swojego komputera jak trzeba... Przynajmniej miałem co robić!
- Hej Matt~! - zagadnął, szczęśliwy przyciągając mnie ramieniem do siebie.
- Już żeś się nachlał? - westchnąłem, odpychając go i wracając do o wiele ciekawszych zajęć... Patrzenia jak wolno przesuwa się pasek pobierania i instalowania programów.
- No daj spokój~... - westchnął, ale chyba zrozumiał, że wciągnięcie mnie do ich zabawy nie ma najmniejszego sensu, bo przeszedł do rzeczy. - Goście zaczynają się nudzić... Jaki jest następny punkt z listy?
- Em... Poczekaj. - Oderwałem się od komputera i chwyciłem za szarą karteczkę. Jej różowy oryginał bezpiecznie spoczywał w skanerze. - No więc... - Zagryzłem wargę, żeby się nie śmiać. - Malowanie paznokci śpiewając piosenki na karaoke.
- Pośpiewać możemy, a ty malujesz, punkt zaliczony~... - mruknął szczęśliwy, a ja zrobiłem wielkie oczy... No my chyba się nie rozumiemy. - Ja nie będę nikomu malował paznokci. - Spojrzałem na niego chłodno. - Kiedyś mama mnie do tego namawiała. Nigdy więcej. - oznajmiłem, po czym znów się uśmiechnąłem, spoglądając na kartkę. - Szczególnie polecane... - zacząłem, ale zatkał mi usta dłonią. No tak, jego kumple przechodzili obok, a on nie może się ośmieszyć i pokazać, że realizuje listę Coldy.
- Nie będę śpiewał żadnego Biebera czy innych Kucyków Pony. - warknął.
- Okej wyluzuj~... Czytam tylko to, co napisała. - Podniosłem ręce w obronnym geście. Ja tu mu komputer ratuję, a jak mi się odwdzięcza?
     Ostatecznie chłopacy zamiast karaoke po prostu włączyli kanał muzyczny w telewizji i oglądali teledyski. Niektóre gwizdy i podniecone okrzyki dochodził nawet do moich uszu... a siedziałem w innym pokoju, ze słuchawkami na uszach i walczyłem z jakimś wirusem.
     Później Marcos stwierdził, że jak już mają sobie czymś ubrudzić palce (jego tłumaczenie malowania paznokci) to zrobią konkurs na jedzenie skrzydełek w ostrym sosie na czas... Wtedy wszyscy będą mieć śliskie i tłuste paluchy... Zobaczą, kto najbardziej... Ohydne. Skrzywiłem się. Tak w moim domu jada się mięso. Wegetarianinem nie jestem, ale jak zobaczyłem to gigantyczne "coś", co na pewno nie było zwykłym, niezmutowanym kurczakiem, do tego ociekające tłuszczem, to aż mi się niedobrze zrobiło.
- I to niby pan chodząca siłowania tak się odżywia? - prychnąłem do siebie.
     Niestety wirus okazał się słabym przeciwnikiem, więc zacząłem się trochę nudzić. Co jeszcze mógłbym zrobić? Nic. Wyłączyłem PC'a i poszedłem do chłopaków żeby, jak to ujął Marcos, się aklimatyzować.
- Dobra wygrałem! - darł się jeden z nich. Chyba jakiś obrońca, bo wielki jak byk... I owłosiony jak rosomak... O hej, wreszcie wiem skąd taka dziwna nazwa drużyny... Przyjemnie się czegoś dowiedzieć, nie ważne w jakich okolicznościach. - Teraz wybieram co robimy! - Nastała chwila ciszy, podczas której rozważałem możliwość ewakuowania się z tego pomieszczenia... Niestety dorwał mnie brunet. Marcos pociągnął mnie za rękaw dość niedelikatnie, osadzając na sofie obok reszty ludzi... Że też znalazło się miejsce dla mnie.
- KONKURS BEKANIA!!! - Dobiegło do moich uszu, a zaraz po nich dzika fala ekscytacji i rozmów odnośnie tego, kto lepiej, szybciej, melodyjniej wybeka cokolwiek... Ktoś się chwalił, że potrafi cały marsz żałobny... A to trwa ponad 8 minut!
     Zagazują mnie tu!
     W panice rozejrzałem się za jakąś możliwością ucieczki. Cokolwiek... Pusta miska po popcornie, błagam!

*******

     Od dziesięciu minut nie mogę się zdecydować, czy mam stać przy toalecie i czekać na wymioty, czy biec otwierać okno, bo jak wyjdę to znów poczuję te wszystkie "zapachy". Zapach pieczonego mięsa przemieszanego z potem około 20 facetów, do tego konkurs bekania... Ja dziękuję za takie tortury...
- Hej Matt, trzymasz się chłopie? - Marcos zajrzał do kibla... i wpuścił za sobą nową falę smrodu. 
- Tak! Zamykaj bo... - Znów zebrało mi się na wymioty. - Pootwieraj okna... - wyspałem, od razu głęboko oddychając. Świeże, jak na miasto, powietrze wpłynęło mi do płuc. Dziękuję ci dobry losie, że Marcos postanowił otworzyć okno. Nie sądziłem, że kiedykolwiek będę się cieszył, czując smród tych ulic. W lesie pachnie o wiele lepiej... I nawet jak ktoś beknie to i tak tego nie czuć... Nie to, co tu. Jeszcze nas pozwą o stworzenie nowej broni biologicznej.

********

     Westchnąłem, przenosząc przekąski z salonu do pokoju Marcosa. Ponoć następny punkt z listy tego wymagał... Tak, już to widzę, wymagał tego abym to akurat JA taszczył piętnaście tacek ze skrzydełkami... Aż mi się nie dobrze robi, jak na nie patrzę. Mimo, że dom został już jako tako wywietrzony (i tylko pod tym warunkiem zgodziłem się opuścić łazienkę - pewnie by mnie nie posłuchali, ale kapitan musiał za potrzebą a w krzaki nie wypada).
- Dobra~! - Marcos znów leżał na łóżku i obżerał się... tym razem stekiem. Cóż, przynajmniej jakaś odmiana... Choć mięso równie złej jakości. - To... Co jest następne na tej liście~? Chłopakom zaczyna się podobać... - Uśmiechał się wesoło i pomachał w powietrzu nogami. Jak dzieciak. 
- Następne? - Odłożyłem tackę i spojrzałem na listę. Ochlapana ostrym sosem, bo przecież nie można było kulturalnie nad talerzykiem zjeść. - Um... Make-up i plotkowanie o chłopakach.
- Dobra, to możemy zrobić! - Uśmiechnął się jeszcze szerzej. 
- Nie wiem jak ty... - zacząłem niepewnie - ale ja jestem przekonany, że 90% ludzi tam - wskazałem drzwi oddzielające pokój Marcosa od reszty domu - jest hetero, więc... plotki o chłopakach raczej nie przejdą. - stwierdziłem, obserwując jego reakcję. Którą na moje szczęście był zwyczajny facepalm.
- No tak, nie o to mi... Ej, czemu tylko 90%! - oburzył się nagle.
- Bo Steve nazwałeś mordką i o mało nie króliczkiem. - Puknąłem go w czoło, zadowolony wychodząc z pokoju. Zaraz podbiegł do mnie, starając się wytłumaczyć, że to tylko żarty. - Jasne, jasne... - Pokiwałem głową z politowaniem. Chociaż wierzyłem mu, to... Byłem ciekaw, co jeszcze zrobi, żeby mnie przekonać do swoich racji. Póki co okrążał mnie, podnosząc głos i zaczepił jednego chłopaka, któremu kazał potwierdzić orientację Steve'a przede mną. Czuję się wyróżniony. Za to chłopak, któremu przypadło to zaszczytne zadanie nie wiedział o co chodzi i dlaczego ma to zrobić... Chyba nieświadomie Marcos rozkręcił burzę, bo chłopak popatrzył na nas dziwnie i zaczął zaraz rozwlekać temat ze swoim kolegą. Biedny Marcos, dostanie mu się pewnie później za to...

*******

     Po ponad trzech godzinach słuchania o tym, jak obmawiają każdą dziewczynę w szkole... podczas którego, nie okłamujmy się, zasnąłem dwa razy i właśnie niebezpiecznie kiwałem się na krześle, mogąc w każdej chwili znów odpłynąć... Jedyne co mnie budziło to ich zażarte dyskusje czy Tina Peterson jest jakaś tam... Nawet nie słuchałem. W sumie ciekawe która to ta Tina...
- Dobra! - Klasnąłem w dłonie. - Zaraz północ, a Marcos miał jeszcze ambitny plan stworzenia seansu grozy i wytrwania do rana! - Zmyślałem na poczekaniu, ale jak się okazało skutecznie. Maraton horrorów chyba wszystkim podpasował... Albo raczej nikt nie chciał wyjść na tchórza i wszyscy się zgodzili.  Marcos dumny wypinał pierś, chwaląc się nie swoim pomysłem. W sumie to byłem szczęśliwy, horrory nie są straszne i nie ma tu żadnych dziewczyn, więc pewnie będzie względnie spokojnie. 

********

     Z kolejnej drzemki wyrwał mnie przeraźliwy pisk. Nie, to nie było nic na ekranie, żadna kobieta nie ginęła z rąk psychopatycznego mordercy i nikt nie został żywcem pożarty przez zombie... To jeden z tych "odważnych" członków drużyny bał się i trząsł jak osika na widok zombie klauna... Nudy, czy Marcos nie ma ciekawszych filmów... Choć może jemu już wystarczy strachu. 
- Ej wiara, słuchajcie, Jim zamknął się w łazience i płacze że chce do mamy! - rzucił ktoś, najwyraźniej tak samo znudzony jak ja... A może chciał odciągnąć uwagę innych od tego, że sam się boi? 
     Ktoś postanowił zadrwić sobie bezlitośnie z biednego trzęsącego portkami napastnika i wrzasnął "O nie, król klaunów zombie wychodzi z sedesu!". Gdy tylko ta wiadomość dobiegła do uszu zabarykadowanego w łazience chłopaka ten wybiegł z niej z szybkością torpedy i wbiegł między leżące na podłodze w salonie osoby. W tym również mnie. Nieszczęście polegało na tym, że tylko ja sobie przyniosłem koc do spania, który Jim rozpoznał jako niejaki "kocyś". No cóż, niech go bierze, tylko... nie obślini. Niestety okazało się że "kocyś" nie wystarcza, albo też nie zostałem zauważony, bo mnie również zamknięto w żelaznym uścisku.
- Ma-Marcos... Ra-ratunku... Tra-cę od-dech! - wychrypiałem. Na szczęście brunet był dość blisko, by usłyszeć moje wołanie na bezdechu. Chwycił mnie za ręce i jakoś wyciągnął.
- I znów tracę dech~! - zażartowałem sobie, łapiąc kolejne hausty powietrza. Usiadłem obok Marcosa i zacząłem dalej oglądać film... "Kocyś" pocierpi, grunt, że ja żyję.
- Matt... - zagadnął mnie brunet, gdy zombie zjadało kolejnego klauna. 
- Mhm? - mruknąłem sennie. Ten film był nudny...
- Zrobiliśmy wszystkie punkty z listy?
- Nie wiem... - mruknąłem niechętnie, przekręcając się i grzebiąc w kieszeniach bluzy. - Został jeszcze pokaz mody. - zawiadomiłem. Może trochę zbyt głośno, ale co tam, jest czwarta nad ranem wszyscy pletli głupoty. - Zobacz, twoje pudło z sukniami balowymi na karnawał na coś się przyda~!- zachichotałem sennie. - A tak się broniłeś przed tą czerwoną peruką.
- Nie będę ubierał się w damskie ciuszki! - wydarł się tak że wszystkich pobudził... A obudzony footballista to zły footballista. 
     Wiedząc to szybko zgarnąłem różową listę ze skanera i ubrałem buty. Wolę nie wiedzieć, co ta banda zrobi Marcosowi za pobudzenie ich... Jednak jestem pewien, że powinienem pomścić jego śmierć. Nie, nie zdjęciem, bo pewnie nie chciałby być fotografowany w różowej sukni, ale... Przynajmniej spełnię jego, tak sądzę, ostatnie życzenie i oddam Coldy tę listę. Tak, niech pamięć o nim zostanie. 
     Zimne, rześkie powietrze sprawiło, że trochę się obudziłem. Przemierzając szeroką pustą ulicę i idąc w stronę wschodu słońca zastanawiałem się, czy lepiej nie zawrócić... i nie zrobić zdjęcia upokorzonemu brunetowi, ale... zaprzestałem tej myśli. Jeszcze by mnie wsadzili w sukienkę. Zatrząsłem się z obrzydzeniem. 
     Uśmiechnąłem się wesoło i pomachałem Sophie siedzącej na ganku domu Coldy.
- Hej, a ty nie śpisz?- zagadnąłem
- Nie, rozmyślam... co to?- wskazała na oryginalną listę.
- Lista rzeczy na sweet przeprosinową imprezę - podałem jej kartkę- oddasz to Coldy... nie mam pojęcia czy mogę do was wejść w końcu to "babskie przyjęcie" a myslę że świętej pamięci Marcos tego własnie by chciał. Pozbyć się tego piekielnego nasienia- zachichotałem
- Ou... co się stało?
- dowiesz się jutro- uśmiechnąłem się tajemniczo, choć może nie wyszło to najlepiej bo zacząłem ziewać- padam z nóg..- westchnąłem- dobranoc...- mruknąłem na pożegnanie i ruszyłem dalej do domu wujka. Jeśli takie mają być imprezy nastolatków to ja już chyba wolę być w tej puszczy amazońskiej z rodzicami... nie byłbym chyba tak zmęczony jak dziś.

środa, 23 kwietnia 2014

Rozdział 16:Coldy Canavan


Jejciu, to było moje najlepsze piżama party jakie dotąd urządziłam!! Niestety dużo dziewczyn nie mogło do nas dołączyć przez późne ogłoszenie imprezy, więc mama z Simbą poszli na randkę do tego fancy lokalu, który zamówiliśmy. Nie byłam zmartwiona z tego powodu. Imprezy w małym gronie zawsze są bardziej sweet a my miałyśmy teraz cały dom dla siebie. Gdy patrzałam na Sophie jedzącą watę cukrową i kołyszącą się do taktu muzyki od razu miałam ochotę samej sobie przyznać medal Najlepszej Przyjaciółki Roku. Do dwudziestej drugiej przebrnęłyśmy już przez pięć punktów z mojej listy. Aktualnie śpiewałyśmy karaoke i malowałyśmy sobie nawzajem paznokcie.
-A ty jakie chcesz, Sophie?- zapytałam moją przyjaciółkę, pokazując cały koszyczek lakierów.
-Jakieś nie brokatowe? I w miarę naturalne...- odpowiedziała niepewnie.
-Już się robi. Dla ciebie wszystko- wyjęłam z koszyczka jedną buteleczkę.- Biskupi róż. Tak to jest to. Nazwa nie jest zbytnio fancy, ale jaki głęboki, wyrazisty kolor! I zobacz! Nie jest brokatowy!- uśmiechnęłam się, chcąc dodać przyjaciółce śmiałości. Sophie nadal dziwnie patrzała na lakier.
-Coldy, doceniam to co dla mnie robisz, ale...
-Zobaczysz, wyjdzie sweetaśnie!
Dziewczyna mruknęła cichutko "ale ja nie chcę mieć sweetaśnych paznokci", jednak zbagatelizowałam tą uwagę. Sophie wprost oniemieje jak zobaczy efekt mojej pracy. Zabrałam się do roboty, podśpiewując do "Baby" Justina Biebera, które to właśnie śpiewała Stacy, tańcząc z mikrofonem. Po paru następnych piosenkach na karaoke moje dzieło zostało zakończone.
-Coll, naprawdę nie wiem, co powiedzieć...
-Drobiazg- odparłam, uśmiechając się szeroko.
Wiedziałam, że odejmie jej mowę. Sophie miała teraz wściekle różowe paznokcie w sweet wzorki.

-Wow, Coldy, masz talent!- pochwaliła mnie Donna, a inne dziewczyny przytaknęły. Wprost promieniałam.
-To kogo teraz kolej?- zapytała Amy, trzymając mikrofon od karaoke.
-Sophie jeszcze nie śpiewała!-pisnęłam wypychając swoją fancy przyjaciółkę na środek. Amy podała jej mikrofon.
-Ale ja nie znam żadnych piosenek...
-To na pewno znasz- powiedziałam, włączając jej "Oops I did it again" Britney Spears.
No bo kto by nie znał naszej drogiej Britney? Piosenka zaczęła się, a ja wraz z dziewczynami podrygiwałyśmy do rytmu. Sophie zaczęła śpiewać, kurczowo ściskając mikrofon. Gdy zaczęła się scena, gdy kosmonauta wyznaje Britney, że wyłowił dla niej ten fancy wisiorek z Titanica, wszystkie dziewczyny powtarzały całą kwestię wraz z nim, chociaż słowa nie były wyświetlane na karaoke. Po raz kolejny zabrzmiał refren i wszystkie dołączyłyśmy do Sophie, śpiewając na całe gardło. I w tym właśnie momencie usłyszałam trzask i jakiś krzyk dochodzący z prawej strony. Podeszłam do okna, odsunęłam zasłonkę i zobaczyłam Marcosa, kurczowo trzymającego się mojej rynny. Otworzyłam okno.
-Yyy... Mogę wejść?- zapytał chłopak.
-Mówiłam ci, to impreza TYLKO dla dziewczyn.
-Drabina się połamała przy upadku, ale spokojnie, znalazłem młotek!- usłyszałam z dołu Matta.
A więc to tak?! Knuli, żeby nielegalnie dostać się na moje sweetaśne party i wszystko zepsuć! Nie mogę do tego dopuścić.
-Jak to tu... Marcos, wytrzymaj, muszę tylko skoczyć po gwoździe!- zawołał chłopak.
-NIE ZOSTAWIAJ MNIE TUTAJ!!! MATT!!!-gracz Rosomaków wpadł w panikę, trzymając się ramionami dachu i wisząc co najmniej 100 szpilek nad ziemią.-Coldy, błagam, nie chcę umrzeć na twoim trawniku!!
Piosenka na karaoke już jakiś czas temu się skończyła, a parę dziewczyn podeszło do okna.
-O, cześć Marcos- Cathy uśmiechnęła się, bawiąc się włosami.
-Hej- mruknął chłopak, na chwilę podnosząc rękę, co było dużym błędem. Marcosik  zachwiał się i pobledł na twarzy.
-Marcos? Ten footbalista jest tutaj?!- pozostałe dziewczyny, które nie zauważyły dotąd zajścia`wpadły w popłoch. Szczególnie głośno pisnęły Amy i Riley, które miały maseczki na twarzy.
-COLDY, BŁAGAM!!!!! JA TU UMRĘ!!!!!
Widząc śmiertelnie przerażonego (ale przy tym bardzo sweet) Marcosika, wychyliłam się i złapałam go za rękę. Dziewczyny mi pomogły i po chwili chłopak znalazł się już w moim pokoju.
-Dzięki- wysapał.-Nigdy. Więcej. Szpiegowania.
W tym samym momencie usłyszałam za drzwiami głośne "Trzymaj się, Marcos!!" i do mojej imprezowej świątyni wparował zziajany Matt.
-O, już nie wisisz- stwierdził spokojnie.-Jejku, zupełnie jakbym trafił do świątyni różu. Te monochromatyczne kolory aż biją po oczach.
-Co wy do-stu-złych-make-upów tutaj robicie?!- pisnęłam i poczułam jak moja twarz przybiera czerwony kolor.
-Yyy... Podobno macie imprezkę- Marcos nerwowo drapał się w szyję.-Chciałem, chcieliśmy zobaczyć co takiego robicie.
Sophie trzymała ręce za plecami, Cathy nadal bawiła się włosami, Amy z Riley schowały się w łazience, by zmyć maseczki, Rachel, Melinda i Anna mierzyły chłopaków wzrokiem, Donna malowała paznokcie, Bridgit pisała sms-a do chłopaka, a Britney z karaoke właśnie śpiewała drugą zwrotkę we wciąż powtarzającej, się piosence.
-Mogę się poczęstować?- zapytał Matt, podchodząc do waty cukrowej.
-Tfu! Co to jest?! Smakuje jak podeszwa buta!- Marcos wypluł moją eko zapiekankę na różową chusteczkę. Tego było już za wiele.
-Macie stąd natychmiast wyjść!!!- wrzasnęłam piskliwie.
-Wyluzuj, Coll, chcieliśmy tylko spędzić z wami trochę czasu. No wiesz, przyjaciele tak robią.
Głośno stukając obcasami podeszłam do biurka i wyciągnęłam listę rzeczy do zrobienia na Pocieszyniowym Pidżama Party, poczym wcisnęłam ją chłopakom.
-To urządźcie sobie własne pidżama party i nie rujnujcie mojego. Masz tu listę, skoro nie wiesz co się robi na takich imprezach. A teraz żegnam- teatralnym gestem wskazałam drzwi.
-Chodź, Matt, urządzimy sobie imprezę TYLKO DLA CHŁOPAKÓW. Będzie sto razy lepsza niż wasza- mruknął naburmuszony Marcos i zszedł na dół.
Matt chwycił popcorn i wycofał się na schody.
-Miskę zostawię przy wejściu. Pa, dziewczyny!- rzucił na odchodne.

poniedziałek, 31 marca 2014

Rozdział 15: Wbijamy!

     Nerwowo przegryzałem chipsy, podkurczając nogi jeszcze bardziej, żeby nie spadły z mojego krzesła obrotowego.
- Cholerne dziewczyny i ich zasady. - prychnąłem, wgapiając się w ścianę. Rzuciłbym czymś.
- Mhm.
- Jak ja bym ich nie zaprosił na trening czy zabronił przyjścia na koncert, bo są dziewczynami, to byłby krzyk i wielki sprzeciw, że to dyskryminacja. Tymczasem pidżama party to sobie robią i mnie nawet nie wolno się dowiedzieć, co one tam będą robiły!
- To, co na filmach, znając Coldy.
- Czyli gadały o tym czymś, przez co Sophie jest smutna! - oznajmiłem tryumfalnie, patrząc na Matt'a przenikliwym wzrokiem. W sumie to nie, żeby wyglądał specjalnie dziewczęco, ale jak już w klimaty filmowe idziemy...
- Mhm.
- Ej, Matt? - zagadnąłem go. Miałem nadzieję, że dalej mnie nie słucha i będzie tylko potakiwał, ale słysząc, jak dość wesoło się do niego zwróciłem, aż podniósł głowę znad swojego szkicu i popatrzył na mnie uważnie. Brr, jakby mnie prześwietlał...
- No? - zachęcił mnie. Jakbym tego potrzebował... Dobra, teraz potrzebowałem, w końcu przy tym wzroku niełatwo wykrztusić z siebie taką propozycję.
- Przebrałbyś się za dziewczynę? Dla mnie? - Wyszczerzyłem się głupio.
- C...? HAHAAHAHA! - Zgiął się w pół ze śmiechu, co nie powiem, pochlebstwem dla mnie raczej nie było. Wiedziałem, że to głupi pomysł, no ale chyba nie aż tak?
- Nie. Ale ty tak. - Wstał i zanim się zorientowałem już siedział w mojej szafie, przeglądając ciuchy. Nie, żebym miał ich specjalnie dużo, dlatego już zaraz znalazł coś, czego chyba szukał... Dopiero patrząc na to, co trzyma w ręce dotarło do mnie, co powiedział. Zastygłem z ręką w paczce z chipsami.
- No chyba nie. - parsknąłem nerwowo. - TY się w to ubierzesz. - oznajmiłem stanowczo.
- Nie. - odparł po prostu, grzebiąc dalej.
     W tym miejscu chwila na wyjaśnienia. Jako, że szafa jest całkiem spora, a ja nie mam aż tylu ciuchów, mama włożyła tam pudło ze strojami z karnawału... Rozumiecie już mój dramat?
- Nie? TO JA MÓWIĘ NIE!!!  - wydarłem się widząc, jak wyjmuje perukę z długimi, prostymi, czerwonymi włosami. Jeszcze nie zwariowałem do reszty... - Patrz, tobie pasuje. - Wstałem i zabrałem mu ją, próbując nałożyć ją na jego włosy. Niestety bronił się jak mógł i w końcu zabrał mi ją z rąk, zakładając na moją głowę.
- Ahahaha... Jeszcze tylko szminka... Marcos, czekaj, zostań tak! - krzyknął i znów zagłębił się w kartonie.
- MOWY NIE MA! - warknąłem, czerwieniejąc. Ściągnąłem sobie perukę z głowy, na co Matt odwrócił do mnie głowę i zrobił obojętną minę, która w jego wydaniu była zwyczajnym fochem.
- No i zepsułeś zabawę. - oznajmił, wstając. Przerażające, jak tak patrzył miałem ochotę założyć tę perukę jeszcze raz, byle tylko nie był tak śmiertelnie poważny... Na szczęście strzeliłem sobie mentalnego liścia i otrząsnąłem się z tego.
- Odwal się. - burknąłem, strzelając sztucznymi włosami do kartonu. Doleciały i tam spoczęły, choć już mocno potargane. - Musimy się tam dostać i koniec. I bez tego.
- Po co? - wzruszył ramionami i siadł na moim łóżku, chwytając znów za szkic. - I usiądź tak, jak siedziałeś, ok?
- Nie okey! Ja się dowiem, co one tam robią, więc... - Popatrzyłem na niego mega poważnie. - Ty mi w tym pomożesz. - stwierdziłem głosem grabarza.
- Nie.
- Tak!
- Nie.
- Tak!
- Nie! - sam podniósł głos.
- TAK!
- N-I-E!
- NIE!!!
- No to dobrze.
     Ej, zaraz, co...?
- EJ!!!
- No co? Sam powiedziałeś nie. - Uśmiechnął się radośnie.
- I jeszcze czego. Idziemy. - prychnąłem i nie bacząc na protesty, siłą wyciągnąłem go z pokoju. Chyba popsułem mu przy tym rysunek, ale nieważne... Odegra się później. Skoro już chce się mieć za mojego kumpla, niech mi pomoże dowiedzieć się, co to za impreza i o czym one gadają. A jak nie chce się przebrać i wprosić, to niech mi chociaż pomoże zajrzeć przez jakieś okno, czy coś... Nie spocznę, dopóki się nie dowiem, na czym polegają te całe "babskie imprezy". Facet też ma prawo być wtajemniczonym.

piątek, 7 marca 2014

Rozdział 14: Coldy Canavan


Nie mogłam wprost ukryć radości z mojego genialnego pomysłu. Zrobiłam dramatyczną pauzę, tak jak uczyłam się kiedyś na zajęciach teatralnych i po chwili pisnęłam zachwycona:
-URZĄDZIMY POCIESZYNIOWE PIDŻAMA PARTY!!!- podskoczyłam parę razy i przytuliłam Sophie.- Będzie tak sweetaśnie, zobaczysz!!!! Obejrzymy jakiś film, upieczemy takie fancy ciasteczka, pomalujemy sobie nawzajem paznokcie, poczytamy BRAVO GIRLS, zrobimy sobie takie małe sweet SPA, wiesz, maseczki...
-Maseczki?- szepnęła zaskoczona dziewczyna.
-Sophie, musisz się jeszcze dużo nauczyć...- zaczęłam prowadzić ją do pracowni komputerowej.- Ale najpierw zaproszenia. Dla ciebie, Brigitt, Cathy, Stacy, Rose, Rachel, Bonnie, Melindy, Claire, Amy, Adrianne, Cecilii, Annabeth... Myślisz, że Tasha i Sonia przyjdą? Sprawiają wrażenie takich dorosłych... Ale na pewno jeszcze Riley, Dianne, może Chloe...
-Coll, nie wydaje ci się, że twój dom będzie ciut za mały na tyle osób?- zapytała niepewnie Sophie.
-O to się nie martw!- odpowiedziałam z uśmiechem.- U nas zmieści się jakieś 16 osób, a w razie czego mama wynajmie taki fancy lokal koło nas... Ty masz tylko przyjść. O jejciu! Nie mogę się już doczekać!! Będzie tak sweetaśnie!!
Weszłyśmy w korytarz prowadzący do sali komputerowej, gdy za plecami usłyszałam głos mojego znienawidzonego nauczyciela, pana Richardsona:
-Canavan, czyżbyś dzierżyła w swych rękach wypchanego pluszem zwierzaka powszechnie uważanego za jednorożca?
Kulawy jednorożec!! Raz człowiek weźmie przyjaciela do szkoły i do końca życia będą mu to wypominać... Szybko wcisnęłam pluszaka w ręce Sophie i odwróciłam się, obdarzając nauczyciela swoim najsweetszym uśmiechem. Numer 4 jeszcze nigdy mnie nie zawiódł.
-To nie mój, to koleżanki. Wie pan, zaraziłam Sophie swoją pasją...- uśmiechnęłam się tak niewinnie jak tylko potrafiłam.
Spojrzałam na Sophie, która szybko potaknęła, kiwając głową. Pan Richardson był bezsilny.
-Przypominam, Canavan, że na następnej przerwie jest zebranie samorządu- mruknął na odchodne.
Punkt dla mnie. A teraz pora na zaproszenia. Zostało nam tak niewiele czasu a tak masę roboty...

                                                                      :*   :*   :*



Przez następne dwa dni ciężko pracowałam nad swoim Pocieszyniowym Pidżama Party, w skrócie "Projektem 3P" jak to lubiłam nazywać. Sprawiłam sobie nawet takie fancy okulary i teczkę z listą rzeczy do przygotowania. Chodziłam po szkole i rozdawałam zaproszenia, od czasu do czasu dopisując coś do listy. Czułam się jak kierownik imprezy oscarowej. Do pracy zwerbowałam mamę, Simbę, pana Pettersona, dość zajętą Bridgit, która na szczęście pomogła mi w zakupach rzeczy-bez-których-pidżama-party-nie-może-się-odbyć i naszą kucharkę, pannę Mitchell. Organizowanie takiej fancy imprezy to naprawdę trudna praca. Szczególnie jeśli trzeba wszystkim dowodzić. W piątek wieczorem Simba wrócił ze sklepu z czerwonymi serwetkami w róże zamiast jednolitymi różowymi.
-To katastrofa! Co ja mam podać przyjaciółkom jak będą chciały wytrzeć łzy filmowe?! Odwołujemy...
-Spokojnie Coldy, pojadę jeszcze raz do sklepu- powiedział dość zmęczony Simba. Byłam pewna, że wychodząc mruknął "co za różnica?". Jejciu, ci faceci wcale nie znają się na dobrym guście... I to właśnie z chłopakami był największy problem. Raz Marcosowi w ręce wpadło moje zaproszenie.
-Robisz imprezę i mnie nie zaprosiłaś?- zapytał, lekko urażony.
-Nas obu, Marco- dorzucił Matt, który wyłonił się zza moich pleców.- Ja też nic o tym nie wiedziałem. A więc Pidżama Party dla Sophie. Ciekawe...

-To impreza TYLKO dla dziewczyn- oświadczyłam, poprawiając swoje fancy okulary kierownika i zabierając Marcosikowi kartkę z zaproszeniem.- Chłopakom wstęp wzbroniony.
-Ja też bym chciał pocieszać Sophie- mruknął footbalista, naburmuszając się.
-Wiem, co masz na myśli. Wam, facetom tylko jedno w głowie- rzuciłam, czym wywołałam salwę śmiechu ze strony Matta.- Przykro mi, takie zasady. A teraz przepraszam, ale... DONNA! Hej, Donna! Poczekaj!
Ruszyłam w stronę dziewczyny, podskakując na swych obcasach.
-Marco, odpuść- zauważyłam jeszcze, jak Matt klepie chłopaka po ramieniu.
-Głupie zasady...
                                                                      :*    :*    :*


W sobotę wieczorem wszystko było dopięte na ostatni guzik. Różowe serwetki stały w pudełku na każdym stoliku gotowe na lawiny łez wzruszonych imprezowiczek, magazyny BRAVO GIRL czekały posegregowane z zaznaczonymi psychotestami i wróżbami, popcorn i inne słodycze zostały rozsypane do misek, przybory do makijarzu i upiększania przygotowane na toaletce, poduszki rozłożone, eko przekąski przyrządzone, filmy włożone do DVD, karaoke włączone, kominek o zapachu "Party Queen" zapalony, moja sweet maszyna do robienia waty cukrowej naprawiona i gotowa do działania... Brakowało tylko moich fancy gości. Siedziałam na fotelu, który przystawiłam sobie dokładnie naprzeciwko wyjścia i kurczowo wpatrywałam się w drzwi, nerwowo machając nogami.
-Jejciu, jejciu, czemu to tak długo trwa??!!
-Skarbie, nie martw się, na pewno zaraz przyjdą. Pan Petterson pojechał przecież po Sophie i Bridgitt, bo było po drodze. Jak przyjedzie to może jechać po resztę koleżanek...
-Mamo, zaprosiłam 85 osób!!
-I dlatego sala czeka w pogotowiu, kochanie- mama położyła mi rękę na ramieniu.
Do pokoju wszedł Simba.
-Willow, nie uważasz, że pidżama party dla 90 osób to trochę za du...
Nagle rozległ się dzwonek do drzwi. Podskoczyłam jakby to był sam Brad Pitt stojący u progu mych drzwi i pobiegłam otworzyć. Przed sobą ujrzałam uśmiechniętą i niezwykle zadowoloną Sophie oraz lekko naburmuszoną Bridgitt, ściskającą kurczowo swą srebrną torebkę. Jejciu, chyba wczorajszy niezbyt fancy trening nadal tak ją irytował...
-Wchodźcie, wchodźcie- zaczęłam szybko machać rękami.- Simba, weź torby dziewczyn, dzięki, chodźcie, Sophie, tutaj, na górę. Jejciu, nie mogłam się was doczekać!!! Tak siedziałam i zastanawiałam się czy przyjdziecie. Ale byłam głupia, nie? No przecież, że wszyscy przyjdą! Kto by miał opuścić takie sweetaśne Pidżama Party? O, to jest właśnie mój pokój, Sophie. Później, jak większość przyjdzie, to przeniesiemy się do lokalu, ale tu też jest całkiem fancy, nie?
-Tak, bardzo tu... różowo- powiedziała Sophie, rozglądając się dookoła.


Bridgit włączyła sobie laptopa, a moja angielska przyjaciółka usiadła na wielkiej różowej pufie, ostrożnie chwytając po zielonego żelka.
-Zielone, dobry wybór. Sama też często je jem. Czerwone też są fancy, ale jednak wszystkim czegoś brakuje. Kiedyś napisałam nawet list do producenta, żeby spróbował zrobić różowe o wyglądzie jednorożca, ale nie dostałam odpowiedzi.
-Szkoda- mruknęła Sophie.
-Taa, na pewno byłyby przepyszne-rzuciła Bridgitt znad laptopa.- Cholera! Adam znowu wczoraj się upił, a chłopacy pomazali go markerem!
Paroma szybkimi skokami znalazłam się nad dziewczyną wpatrującą się w ekran laptopa. Rzeczywiście, na czarnej sofie leżał niezbyt przytomny chłopak z wymazaną twarzą i brzuchem.
-Jejciu!! Jeszcze rok temu Adam był taki sweet... Sophie, chcesz zobaczyć?
-Nie, dziękuję... Już widziałam. Przed wyjściem.
Nagle usłyszałam kolejny dzwonek do frontowych drzwi. Zbiegłam na dół, jakby niesiona na skrzydłach latającego jednorożca. Chwilę później dołączyły do nas Riley, Cathy, Donna oraz Amy. Usiadłam po turecku, uważnie wpatrując się w moje wszystkie super uczestniczki Pocieszyniowego Pidżama Party. Chciałabym, żeby ta chwila trwała wiecznie.
-Jejciu, tak się cieszę, że tu jesteście!!! To może karaoke?-pisnęłam, zachwycona.

czwartek, 27 lutego 2014

Rozdział 13 : Sophie Tania Brown


Kiedy szłam w kierunku Colina, czułam się jak idiotka. Gdy reszta spojrzała się wtedy na niego, wzbudzili zainteresowanie osób z kawiarenki i teraz byłam przez wszystkich odprowadzana wzrokiem.
-Hej Sophie, możemy pogadać?
-Tak, oczywiście, ale nie tutaj, chodźmy może na stadion, dobra? – Powiedziałam, ciągnąc go już w stronę wyjścia.
Obejrzałam się na moich przyjaciół, żeby zobaczyć czy nas nie śledzą. Na szczęście ruszyli w kierunku wolnego stolika. Coldy skakała wokół Matta i co chwila albo klepała go po ramieniu, albo energicznie machała rękoma, najwyraźniej mu coś tłumacząc. Marcos szedł za nimi, rozglądając się wokół, czy nie nadchodzi ruda wariatka. Przynajmniej będę mogła spokojnie porozmawiać z Colinem. Ciekawe o co mu chodzi. To raczej coś poważnego, skoro specjalnie mnie szukał. Ciekawe…
-Wszystko dobrze?- Zapytał chłopak wyrywając mnie z zamyślenia.
-Wybacz, ostatnio dużo się u mnie wydarzyło i ciągle mam zajęte myśli.
-U mnie też wiele się pozmieniało i właśnie dlatego chciałem z tobą pogadać.
Już chciałam go zapytać o co chodzi, gdy koło nas przeszła Maggie, lekko trzęsąc się z zimna. Jednak nie przeszkodziło jej to w uderzeniu mnie ramieniem.
-Uważaj jak łazisz!- Syknęła ze złością i poszła dalej.
-Kto to był? – Spytał chłopak ze zdziwioną miną.
-Znajoma z wakacji – powiedziałam otrzepując ramię.
Nareszcie znaleźliśmy się przy drzwiach prowadzących na szkolne podwórze. Przeszliśmy przez nie i usiedliśmy w cieniu na trybunach szkolnego stadionu.
-Dlaczego nie przyszłaś wczoraj na spotkanie? –Zapytał Colin od razu.
-Jakie spotkanie….- zastanowiłam się. Kurcze, rzeczywiście  miałam się wczoraj z nim spotkać w parku!!!! – O rany, Colin strasznie cię przepraszam, na śmierć zapomniałam do ciebie zadzwonić!!! Widzisz, wczoraj kiedy miałam okienko – opowiedziałam mu całą historię z kozą. – I przez to wszystko zapomniałam o spotkaniu. Naprawdę mi przykro… - powiedziałam patrząc ze wstydem na swoje buty.
Colin przez chwilę się nie odzywał, najwidoczniej myślał o tym, co mu powiedziałam. W końcu się odezwał.
-Nie martw się, ja się nie złoszczę. Przeciwnie, cieszę się, że pogodziłaś się z przyjaciółmi.- Przerwał na chwilę, jakby dobierał odpowiednie słowa i zaczął jeszcze raz. –Sophie, odkąd cię poznałem, moje życie trochę się pozmieniało. Kiedyś nigdy bym nie pomyślał, że kogoś tak mocno polubię. Wywarłaś na mnie spore wrażenie swoim charakterem i poczuciem humoru.-Poczułam, że moje policzki robią się czerwone. – Długo nie byłem pewny, co jest między nami. Jednak ty z każdym dniem coraz bardziej przekonywałaś mnie, że to co czuje jest prawdziwe. Chciałem się z tobą wczoraj spotkać, żeby zadać ci jedno ważne pytanie.- Zaraz moje policzki spłoną. Dobrze, że siedzimy tu, gdzie nikt nas nie widzi. Chciałam mu przerwać i powiedzieć, że ja też coś do niego czuje, jednak powstrzymałam się, bo widziałam, że chce mówić dalej. –Czekałem niecierpliwie na ciebie, zdeterminowany do rozmowy z tobą. Godziny mijały, a ty jednak nie przychodziłaś. Próbowałem zadzwonić, ale nie było nawet sygnału, więc po prostu czekałem. I teraz naprawdę chciałbym…
„Poprosić mnie o chodzenie!!!!!!!” – pomyślałam i byłam gotowa, żeby całą sobą krzyknąć „TAK!!!!!!”
-..ci podziękować.
-Tak!!!!!! –Krzyknęłam przeszczęśliwa, jednak gdy zobaczyłam jego zdziwioną minę spróbowałam odtworzyć to, co przed chwilą powiedział. – Ale zaraz, za co mi dziękujesz?
-Bo widzisz, kiedy się tak nie pojawiałaś postanowiłem do ciebie pójść. Co prawda to było w inną stronę niż ja mieszkam, ale naprawdę chciałem cię zobaczyć. Gdy szedłem zamyślony, nagle usłyszałem krzyk i zobaczyłem, że dziewczyna na rolkach jedzie prosto na mnie. Nie zdążyłem odskoczyć, więc wjechała prosto we mnie. Przewróciliśmy się i wylądowała w moich ramionach. Bardzo mnie przepraszała i pytała, czy nic mi nie jest. I gdy na nią spojrzałem, to tak jakby….. no sam Niewinem…. Po prostu poczułem, że to ta jedyna! Rozumiesz, jedno spojrzenie i byłem w niej zakochany po uszy!!!!
Mój entuzjazm od razu opadł, a jego miejsce zajął okropny ścisk brzucha. Chyba nawet usłyszałam, jak moje serce kruszy się na drobne kawałki.
-Od razu poszliśmy razem do pobliskiej knajpy, podczas rozmowy odczułem, że też jest mną zainteresowana i tak jakoś wyszło, że jesteśmy parą.
Teraz kompletnie nie wiedziałam co mam zrobić. I POTO MNIE TU PRZYPROWADZIŁ I GADAŁ TE BZDURY O TYM, ŻE SIĘ WE MNIE ZAKOCHAŁ, ŻEBY MI OŚWIADCZYĆ, ŻE ZNALAZŁ DZIEWCZYNĘ!!!!!!!
-Nie rozumiem, co ja mam z tym wspólnego. – Powiedziałam spokojnie zatapiając paznokcie w lewej dłoni.
-Jak to nie rozumiesz? Sophie, gdybyś nie zawróciła mi w głowie i gdybym nie chciał cię spytać o chodzenie, nigdy nie poznał bym Emmy. Przecież mogłem wrócić do siebie, ale ciągle myślałem o tobie i dlatego poszedłem w drugą stronę. I spotkałem miłość swojego życia.
-Tutaj jesteś, wszędzie cię szukałam! –Powiedziała radośnie jakaś dziewczyna i rzuciła się Colinowi w ramiona.
-Emma, to jest Sophie, opowiadałem ci o niej. To dzięki niej się spotkaliśmy.
-Miło mi cię poznać Sophie!!! – Zapiszczała radośnie i przytuliła mnie. – Kotku, mam nadzieję, że już jej podziękowałeś? –Zapytała Colina puszczając mnie.
-Tak, podziękował – powiedziałam, sztucznie się uśmiechając.
Emma miała brązowe włosy, niebieskie oczy i była dosyć wysoka, a na pewno wyższa ode mnie. Postanowiłam nie pokazywać Colinowi jak strasznie mnie zranił. Dziewczyna usiadła mu na kolanach i zaczęła jeszcze raz wałkować historię ich poznania. Colin był w nią wpatrzony jak w obrazek. Potem powiedziała, że będzie wspaniale, jeśli wybierzemy się gdzieś wszyscy razem.
-Byłoby naprawdę super. – Powiedział Colin – W końcu Sophie jest teraz moją drugą największą przyjaciółką.
-Tak, naprawdę super. –Powiedziałam wstając. Czułam, że więcej nie zniosę. – Cieszę się waszym szczęściem, ale musze już uciekać, cześć. – Szybko opuściłam trybuny.
Wychodząc ze stadionu miałam wilgotne oczy, idąc przez boisko po moich policzkach zaczęły ciec łzy, a gdy weszłam do szkoły płakałam już na całego. Zaczęłam biec w kierunku najbliższej toalety, która jest przy kawiarence. Miałam gdzieś, że wszyscy się na mnie gapili. Jak on mógł mi to zrobić!!!! I jeszcze ta jego opowieść, że ciągle o mnie myślał. Nikt NIGDY mnie tak nie UPOKORZYŁ!!!!!!!! Przebiegałam przez kawiarenkę, kiedy na kogoś wpadłam. Podniosłam zapłakane oczy do góry. Wpadłam na Marcosa, który teraz patrzył się na mnie zdziwiony.
-Sophie, co się stało? –Zapytał, łapiąc mnie za ramiona.- To przez tego chłopaka? Co on ci zrobił!?
Nie odpowiedziałam mu, tylko wyrwałam się i pobiegłam dalej do łazienki. Gdy do niej wpadłam, weszłam do kabiny, usiadłam na zamkniętej muszli i zaczęłam jeszcze bardziej płakać. Po chwili usłyszałam pukanie do drzwi.
-Sophie, jesteś tu? – Zapytała delikatnie Coldy.
-Błagam cię Coldy, zostaw mnie samą.
Coldy jednak nie dała za wygraną i przez kilka minut namawiała mnie do wyjścia. W końcu wyszłam.
-Sophie, dlaczego płaczesz? Byłaś taka fancy, gdy szłaś z tym chłopakiem.
-Nawet sobie nie wyobrażasz, co on mi opowiedział. –Oparłam się o umywalkę i powiedziałam jej całą historię, jak to z miłości do mnie Colin przeszedł w miłość do Emmy.
-Sophie nie martw się. – Powiedziała i podała mi swojego różowego jednorożca. – Poradzę ci tak jak Mattowi. Nie możesz się teraz próbować upodobnić do tej całej Emmy, ani być Emo. To wcale nie jest takie fancy jak się zdaje. Po rozstaniu z Mattem jakoś się pozbierałaś, więc teraz na pewno też dasz radę. –Widząc, że jej rady niewiele mi pomagają powiedziała. – Dobra zrobimy tak. Jest jedna fancy zasada, kiedy dostaniesz kosza – nie możesz pokazać chłopakowi, że cię to zabolało.- Odwróciłam się do lustra. Moja twarz była cała czerwona i zapuchnięta. Nawet z kosmosu widać, że zabolały mnie słowa Colina. Mogłabym już tylko wytatuować to sobie na czole!
-Coldy, nie obraź się, ale to chyba u mnie nie zadziała. Co prawda już nie płacze, ale…
-Makijaż zostaw mnie. –Powiedziała i wyciągnęła z torebki niewielkie pudełko. – Sprawię, że będziesz wyglądała, jak najbardziej sweet dziewczyna w tej szkole! Oczywiście zaraz po fancy mnie. – Zaczęła otwierać i rozsuwać poszczególne szuflady, tak że za chwilę miałam przed sobą mini wersję studia charakteryzacji. Zabrała się do pracy i po chwili mogłam już wyjść z łazienki.
-Dzięki Coll za pomoc, ale to, że wyglądam jakby nic się nie stało nie znaczy, że psychicznie mnie to nie boli.
-Chyba rozumiem – powiedziała idąc ze mną przez korytarz – i nawet wpadłam na najbardziej sweetaśny pomysł w historii pocieszeniowych pomysłów!!!!! – Klasnęła radośnie w ręce.
Cieszyć się, czy uciekać? Oto jest pytanie.